Nalczyk. A co tam, pokompromituje sie

Cytat:Jak komus sie wydaje ze cos takiego mozna zrobic od reki
to niech sie zastanowi ile planowania by mu zajelo zeby
np. zaplanowac zajecie powiedzmy Plocka.



to nie wygladalo jak proba zajecia miasta ( nawiasem mowiac w Nalczyku ( czy
tez mowiec scislej w republice ) i okolicach stoi dywizja MSW i pulk
piechoty zmot )
to naprawde wygladalo raczej na atak odciazajacy , dosc rozpaczlliwy zreszta
bo kazda z grup liczyla gdzies po gora 15 ludzi ( w wariancie skrajnie
optymistycznym czyli z kawkaz centr bylo to ok 60 ludzi na grupe )
Czy 9 x 60 ludzi z granatnikami i kalasznikowami moze sie pokusic o zajecie
300 tysiecznego miasta ?

Jesli taki mial byc plan to oni sa glupsi nie ustawa przewiduje ( a akurat o
glupote jesli chodzi o operacje wojskowo - terrorystyczne trudno czeczencow
posadzac )
Zreszta sam przebieg walk czyli na dobra sprawe rozstrzelanie 5 grup na
dzien dobry ( lotnisko , 2 komisariaty , wiezienie i komenda uzupelnien )
swiadczy ze planowanie bylo takie sobie - czyli wersja o robionym na szybko
wariancie odciazajacym sie uprawdopodabnia . Media rosyjskie twierdza ze i
owszem miala miejsce w okolicach Nalczyka koncentracja bandytow i szykowano
sie do akcji ( odkryto w miescie 5 skladow broni i amunicji ) ale nie na 13
pazdziernika .

Bez szczegolowego

Cytat:rozpoznania i planowania taki rownoczesny atak jest wykluczony...



Michal - czy wyslal bys 15 ludzi na przedpole portu lotniczego szturmowac
blokposty z bwp - ami ?

albo 8 ludzi na komende uzupelnien gdzie obsada liczyla poza etatem 30
OMONowcow i gdzie najsprawniejszy Czeczen zdolal wbiec na schody przed
wejsciem zanim go nie zdjeto ?

Cytat:W inecie pojawily sie juz zupelnie bzdurne pomysly, przykladowo:

"Zdaniem redaktora gazety "Czeczenskoje Obszczestwo" Timura Alijewa,
cytowanego w piatek przez dziennik "Izwiestija", Basajew chcial tam
zdobyc wojskowy samolot transportowy, wyposazony w system "swój-obcy",
ktory - wypelniwszy go wczesniej materialami wybuchowymi - zamierza
skierowac na Moskwe".



no , zaczelo sie  od wykrycia oddzialu pod lotniskiem , tam tez znajdowalo
sie dwoch domniemanych przywodcow akcji
ale lotnisko trzeba by bylo zatakowac caloscia sil a i tak raczej marne
szanse na sukces

wiec ogolnie - zgoda , bzdura

. Wskazuje sie przy tym na fakt, ze atak na

Cytat:miasto Nazran w czerwcu 2004 mial niemal identyczny przebieg.
Taaa, niemal identyczny, krotkie pogooglanie pokazuje ze
istotnie - identyczny byl modus operandi, ale calkiem inny rezultat.
Zdobyto wowczas kontrole nad miastem, przez opanowanie
wszystkich atakowanych obiektow. Przez kilka godzin
miasto bylo w rekach bojownikow (terrorystow, partyzantow)
a nie Federacji Rosyjskiej. Demonstaracja sily. Bardzo przekonujaca.



Bo w miescie nie bylo w zasadzie federalnych , tylko republikanska milicja
ktora w obliczu ataku Czeczenow ( oficjalnie ok 300 , obecnie oficjalnie w
Nalczyku ok 100 ) dala ciala .

Obecnie czeczeni mniejszymi silami chcieli zdobyc o wiele silniej obsadzone
obiekty . Jesli bylo to dzialanie planowe to juz chyba im federalni
wiekszosc strategow odstrzelili ....

Cytat:Co sie dowiadujemy z prasy i grupy:
Przeprowadzono rownoczesny atak na co najmniej osiem punktow,



9

Cytat:w tym budynki mieszkalne urzednikow Moskwy.



nie - zaden taki obiekt nie byl atakowany , atakowane byly komendantura FSB
, 3 komisariaty , budynek MSW , wiezienie ( tu nacierala najsilniejsza grupa
, ok 25 - 30 ludzi ) , komenda uzupelnien , i " lotnisko " ( " lotnisko " bo
ich bwp czy tez czolgi rozjechaly na dalekich przedpolach portu lotniczego )

Atak zawiodl doslownie

Cytat:na calej lini, zadnego z budynkow nie udalo sie zdobyc.



zajeto 1 komisariat w sumie wszystkiego

Cytat:Przebieg starcia wskazuje na to, ze dobrze przygotowane natarcie
zawiodlo na calej lini, a Rosjanie okazali sie _dokladnie_ przygotowani
na _dokladnie_ taki atak ktory mial miejsce. Co oznacza IMO zdrade
w szeragach napastnikow, albo jesli kto woli, oznacza to ze
"zwyciestwo sil federalnych bylo mozliwe dzieki uzyskaniu przewagi
informacyjnej nad nacierajacymi". Co brzmi znacznie ladniej.



no , mozna sie zastanowic nad taka hipoteza
tylko ze Rosjanie byli przygotowani z grubsza na taki atak od wrzesnia 2004
kiedy znaczaco wzmocniono republikanskie struktury silowe na Kaukazie
formacjami federalnymi

no i powtorze raz jeszcze - mniej atakowalo silniejszego w porownaniu do
Nazrania 04 . Dlatego moim zdaniem byla to akcja odciazajaca , krotko
mowiac - to nie tak mialo byc . Mial byc inny atak na warunkach czeczenow a
byl na warunkach Rosjan

 

Strona internetowa Powiatu

Cytat: To masz tylko takie wrażenie. :-)


Sprawdziłem i chyba gośc NOWY ma trochę racji :(

To jest lista wiadomości z Powiatu publikowanych od 29.05.2007 r. do 23.04.2008 r. na oficjalnej stronie w Internecie:

Mazowieckie Igrzyska Młodzieży Szkolnej
Wymagania formalne określone w ogłoszeniu o naborze
Przeprowadzone zostały Drużynowe Mistrzostwa
Komunikat organizacyjny Indywidualnych Biegów Przełajowych
Zapraszamy do udziału w XVI Powiatowym Konkursie Muzycznym
Konkurs Plastyczny
Starostwo Powiatu Warszawskiego Zachodniego informuje
IV Powiatowy Festiwal Piosenki o Zdrowiu
Starosta Powiatu Warszawskiego Zachodniego ogłasza konkurs ofert
Rozpoczął sie pobór 2008 Wojskowej Komisji Uzupełnień
Sukcesy sportowe zawodników KS "Jedynka"
Piłka Ręczna Szkół Gimnazjalnych
Starosta Warszawski Zachodni ogłasza konkurs ofert na stanowisko
Komunikat Organizacyjny Powiatowego Turnieju w Piłce Ręcznej
Zapraszamy wszystkich miłośników gry w siatkówkę
Raport z przeprowadzonej akcji zbiórki krwi w Starostwie
Piłka Ręczna Szkoły Podstawowe
Informacja o rozstrzygnieciu konkursu na stanowisko referenta
wymagania formalne określone w ogłoszeniu o naborze na stanowisko
upowszechniania kultury fizycznej i sportu oraz kultury i sztuki
Powiatowe zawody w Mini Piłce Siatkowej Chłopców
Piłka Siatkowa Chłopców – Gimnazja
Informacja o rozstrzygnięciu konkursu na stanowisko młodszego referenta
wymagania formalne określone w ogłoszeniu o naborze na stanowiska
konflikty społeczne dotyczące lokalizacji różnych inwestycji
rozstrzygniecie Konkursu na reportaż
Co nowego zaplanowano na drogach powiatowych?
spotkanie dotyczące planowania i budowy nowych ścieżek rowerowych
odbędzie się zbiórka krwi
konkurs ofert na 2 stanowiska inspektora/podinspektora
konkurs ofert na stanowisko referenta
Powiatowy turniej Piłki Siatkowej Dziewcząt
zapraszają do udziału w konkursie fotograficznym
konkurs ofert na stanowisko młodszego referenta
Dofinansowanie zakupu sprzętu specjalistycznego dla Komedy
został wywieszony wykaz nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży
Międzypowiatowe Finały w Pływaniu
Komunikat Organizacyjny Powiatowych Zawodów w Mini Piłce
Ważna informacja Urzędu Skarbowego
"Tydzień Ofiar Przestępstw"
Sportowe podsumowanie I semestru roku szkolnego 2007/2008
Narada Roczna podsumowująca działalność KP PSP w Powiecie
w sprawie zmian regulaminu w mini piłce siatkowej
Zawodnicy z Klubu Sportowego "Jedynka" Ożarów Mazowiecki
Minister Sportu Mirosław Drzewiecki wręczył Nagrodę II stopnia
I Powiatowy Przegląd Chórów
realizację zadania z zakresu pomocy społecznej
Informacja o zmianie nadzoru nad gospodarką leśną
O ROZSTRZYGNIĘCIU KONKURSU na stanowisko referenta
Konkurs języka angielskiego dla najmłodszych
Brązowy medal dla zawodniczki z Leszna
Partnerstwo szansą dla gminy.
Dęby na chwałę Rzeczpospolitej.
projektu operatu gleboznawczej klasyfikacji gruntów
Programu ochrony środowiska i Planu gospodarki odpadami
w sprawie projekt operatu opisowo-kartograficznego
Ograniczenie możliwości korzystania z części nieruchomości
Konkurs fotograficzny
poprawy stanu bezpieczeństwa w szkołach i placówkach
Dofinansowanie zakupu sprzętu specjalistycznego dla Komedy Powiatowej
Miedzypowiatowy Finał piłki nożnej
Podsumowanie MIMS 2007 – Płock i Ostrołęka.
w sprawie projektu budowy na terenie Powiatu szkieletowej sieci teleinformatycznej
Piłka nożna chłopców
Finał piłki nożnej szkół ponadgimnazjalnych
Wyniki Indywidualnych Biegów Przełajowych
Starostwo Powiatu Warszawskiego Zachodniego otrzymało certyfikat ISO
Indywidualne Biegi Przełajowe
wsparcie inicjatyw społecznych służących wyrównywaniu szans
Policja Powiatowa ma nowego Komendanta.
Nowe nawierzchnie na drogach powiatu!
Przebudowa ul. Świerkowej w Broniszach
konkurs ofert na realizację zadań publicznych

Nieformmalne metody szkolenia w wojsku tzw."FALA".

Wspomnienie jednego z rezerwistow, ktory sluzyl w WP !!!

Poszczegolne etapy od wcielenia do WP, az do zakonczenia sluzby wojskowej (ZSW).
ZRODLO : Wojsko-CSOPL.

Bilet do wojska !!!

Pewnego "pięknego dnia" znalazłem w skrzynce na listy wezwanie do WKU (Wojskowa Komenda Uzupełnień). Stawiłem się tam zgodnie z planem. Odczekałem swoje w kolejce i po wejściu do pokoju w którym siedziało dwóch trepów i pisarz, dowiedziałem się, że bardzo długo na mnie czekali (miałem wtedy 23 lata i kilka odroczeń za sobą). Pomyślałem, że faktycznie długo czekali, a najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałem już możliwości odroczenia służby. Na wstępie zapytano mnie czy będę uczył się dalej i czy chcę iść do marynarki wojennej. Na oba pytania odpowiedziałem przecząca (uczyć się już nie mogłem, a służba w marynarce należy do najcięższych). Dostałem wtedy skierowanie na badania do Łodzi i miałem się stawić za dwa tygodnie.

Do Łodzi zajechałem bez problemów, dowiedziałem się od kolegów gdzie znajduje się WAM i po wyjściu z pociągu udałem się na miejsce. Tam dowiedziałem się, że takie badania dla poborowych robi się tylko dwa dni w tygodniu, a akurat to nie był taki dzień (zamotani trepi z WKU musieli o tym zapomnieć). Stwierdzono jednak, że wyjątkowo te badania mi zrobią. Jedną dobrą stroną tego był fakt, że nie musiałem czekać w monstrualnych kolejkach do poszczególnych gabinetów. Wszystko załatwiłem w 2 godz. i dowiedziałem się, że jestem zdolny do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Otrzymałem kategorię A1. W międzyczasie rozmawiałem z żołnierzami którzy byli na badaniach. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, ale tak ogólnie to wszyscy mi współczuli.

Po badaniach z pełną kieszenią kwitów udałem się do WKU. Znowu odczekałem swoje. Nie było to bezstresowe czekanie. Wiedziałem ja, jak i wszyscy wezwani w danym dniu, że bez biletu nie wyjdziemy. Wszyscy w milczeniu zastanawiali się gdzie ich poślą. Słyszałem niektóre rozmowy ludzi wychodzących z biletami. Mówili gdzie pojadą. Jeden z nich mówił, że do Bemowa. pomyślałem, że ten to ma szczęście i będzie służył na warszawskim Bemowie (niedaleko Płocka). W myślach modliłem się o taki sam przydział.

Nadeszła moja kolej. Po standardowych pytaniach typu imię, nazwisko itp. major odpowiedzialny za przydziały spojrzał na stół gdzie odkreślał biedaków idących do wojska i z uśmiechem na twarzy powiedział:
Pójdzie pan do Bemowa (w ułamku sekundy już się cieszyłem, ale niestety po chwili dokończył) Piskiego w woj. Suwalskim. Teraz już wiedziałem, pierwsze trzy miesiące służby spędzę na wygnaniu pod ruską granicą. Na terenie który potocznie nazywany jest POLSKĄ SYBERIĄ, Cieszyłem się tylko z tego, że do wojska mam się stawić 7 listopada 1995 roku. Miałem więc całe trzy miesiące. Myślałem, że to jest bardzo dużo czasu i właściwie to nie będę w tym czasie myślał o wojsku. Myliłem się jednak. Czas minął niepostrzeżenie, a o wojsku myślało się niemal codziennie.

Więc po trzech miesiącach, 6 listopada wsiadłem w pociąg do Olsztyna. Wagony wypełnione były praktycznie poborowymi, takimi nieszczęśnikami jak ja. Szybko się z nimi zaprzyjaźniłem wyciągając flaszeczkę, po rozpiciu jej oni wyciągnęli swoje. Niestety jechali do Gdyni, a ja miałem przesiadkę w Olsztynie. Pożegnałem się z nimi i na wiotkich nogach, krokiem tanecznym odnalazłem pociąg do Szczytna. W pociągu tym spotkałem chłopaków jadących w to samo miejsce. W Szczytnie jeszcze czekaliśmy trochę na pociąg. W tym czasie zdążyliśmy się napić życiodajnej herbaty. Wsiedliśmy do pociągu i okazało się, że tam jest kilkudziesięciu nieszczęśników jadących tam gdzie ja. Teraz spokojnie trzeba siedzieć i czekać na "dworzec kolejowy" z napisem Drygały (tam właśnie mieliśmy wysiadać). Prawdę mówiąc jeszcze nigdy nie jechałem tak powolnym pociągiem. Chwilami jechał tak wolno, że można było za nim iść. Nudziło się nam strasznie bo nie było już gorzałki, a i kaca nie było już czym leczyć. Przemęczyliśmy to jakoś i szczęśliwie wysiedliśmy w na miejscu. Tu okazuje się, że jednostka oddalona jest od dworca o 6 km i prawdopodobnie będziemy iść na pieszo przez las. Nikt się tym jednak nie przejął i grupą kilkudziesięciu chłopa poszliśmy na piwo. Po jakimś czasie zaczęli przychodzić do nas trepi z propozycjami przewozu do jednostki swoimi samochodami, jednak za pewną odpłatą. Nikt się jednak nie spieszył (chociaż większość była już spóźniona - tak jak ja) i czekaliśmy na autobus z jednostki którego mogliśmy się spodziewać. Wszyscy upajali się ostatnimi chwilami wolności. Po godzinnym oczekiwaniu podjechał autobus w sraczkowatym kolorze i kierowcą w mundurze. Wiedzieliśmy, że to jest już prawie koniec i za kilkanaście minut znajdziemy się za murami. Wsiadamy jednak do "autokaru" i jedziemy do jednostki.

Pozdrawiam.

Działalność "Łupaszki" na terenie Warmii i Mazur.

Dla zainteresowanych tematem powojennej partyzantki na terenie Warmii i Mazur.
Obszerne opracowanie o działalności oddziałów "Łupaszki" na terenie Warmii i Mazur Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego opublikowane w "Znad Pisy" nr 15.

ZAPOMNIANY EPIZOD Z WALK 6 BRYGADY WILEŃSKIEJ.
PATROL "TYGRYSA" DO BYŁYCH PRUS WSCHODNICH (grudzień 1946 - styczeń 1947)
Gdy wiosną 1946 r. 5 Brygada Wileńska, jeden z najsłynniejszych oddziałów partyzanckich powojennego podziemia niepodległościowego, odtworzona w Borach Tucholskich przez majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę" ponownie podjęła akcję zbrojną, także Mazury i Warmia zostały objęte jej działaniami. Podstawowe siły tej jednostki często operowały zwłaszcza w zachodniej części wspomnianego regionu. Czterokrotnie całe Mazury zostały przemierzone wzdłuż - ze wschodu na zachód i z powrotem - przez pododdział 5 Brygady Wileńskiej dowodzony przez ppor. Henryka Wieliczkę "Lufę". Podczas rajdu przeprowadzonego w wrześniu i październiku towarzyszył "Lufie" osobiście major "Łupaszka".
Podczas kolejnego rajdu na Mazury trwającego od 18 października do 20 listopada 1946 r., terenem działania szwadronu ppor. "Lufy" stał się powiat piski i powiaty z nim sąsiadujące. Zadanie ppor. "Lufy" polegało wówczas na przesunięciu się daleko na zachód i dotarciu w rejon lasów purdzkich w pobliżu miejscowości Łajsy (na południe od Olsztyna), gdzie miał zlokalizować dwa kadrowe szwadrony 5 Brygady Wileńskiej dowodzone przez ppor. Olgierda Christę "Leszka" i Leona Smoleńskiego "Zeusa". Następnie miał doprowadzić wspomniane jednostki do majora "Łupaszki”, przebywającego przy oddziałach 6 Brygady Wileńskiej kpt. Władysława Łukasiuka "Młota", operującej w tym czasie na terenach nadbużańskich powiatu Bielsk Podlaski. Misja ppor. "Lufy" nie powiodła się, bowiem obaj dowódcy zdecydowali się rozformować swe oddziały jeszcze na terenie Borów Tucholskich, będących główną bazą ich działalności.
Podczas przemieszczania się przez powiat piski szwadron ppor. "Lufy", liczący już tylko 11 żołnierzy, poruszający się przy pomocy zdobycznego samochodu ciężarowego, wykonał kilka znaczących akcji zbrojnych. Gdy 28 października 1946 r. w zasadzce na szosie Szczytno - Rozogi zdobyli 160 litrów benzyny, zdecydowali się dokonać dalszego uzupełnienia zaopatrzenia w Rozogach. Gdy przed południem szwadron "Lufy" wjechał do miasteczka, obiektem jego ataku stał się przede wszystkim posterunek MO. W Wyniku zaskoczenia został on opanowany bez walki. Ze spółdzielni zabrano potrzebną partyzantom żywność - głównie konserwy. Następnie grupa ppor. "Lufy" pojechała do oddalonego o kilkanaście kilometrów Lipowca, gdzie także rozbroiła posterunek MO oraz dokonała rekwizycji w urzędzie gminy i spółdzielni. Pościg zorganizowany przez UB dotarł do miasteczka Rozogi już w półgodziny po opuszczeniu go przez partyzantów. Gdy partyzanci "odskoczyli" z Lipowca na teren powiatu Nidzica, zostali zlokalizowani przez grupę operacyjną UBP i MO na kolonii Jankowo. Zdołali oderwać się od pościgu bez walki i kontynuowali odwrót. Po opuszczeniu szosy Wielbark - Jedwabno, na bocznej drodze pod wsią Rękownica, ppor. "Lufa" zdecydował się urządzić zasadzkę na jadący jego tropem jeden z pododdziałów grupy pościgowej (samochód z 18 funkcjonariuszami plutonu operacyjnego KP MO ze Szczytna). Pomimo znaczącej przewagi liczebnej ze strony "resortu", akcja powiodła się w pełni. Ostrzelani i obrzuceni granatami milicjanci po stracie kilku zabitych i rannych poddali się (zginął m.in. komendant powiatowy MO ze Szczytna, chor. Kazimierz Jarzębowski). Ze strony partyzantów został śmiertelnie ranny odłamkiem granatu kpr. Henryk Wojczyński "Mercedes".
Szwadron "Lufy" "odskoczył" po walce na teren powiatu olsztyńskiego, skutecznie gubiąc pościg UB. Ponownie pojawił się w powiecie piskim w końcu pierwszej dekady listopada 1946 r., gdy wracał z lasów purdzkich na Podlasie.
W dniu 9 listopada założył zasadzkę na szosie Szczytno - Rozogi, w celu zdobycia niezbędnej do dalszego "odskoku" benzyny. Doszło wówczas do niecodziennego zdarzenia, które ppor. "Lufa" tak opisał w swoim dzienniku:
Z rana wyjeżdżamy na szosę znów za benzyną. Zatrzymujemy samochód z Anglikami. Nie chcą nam ani sprzedać, ani dać paliwa. Jeden z nich mówi, że "Anders gut i partizan gut, a benziny malo". W sentymenty bawić się nie mogliśmy, benzyny część wzięto. Wycofanie na Annuszewo. Po południu żegnamy oszronione Prusy i zawracamy w "swoje" białostockie. Trasa ta sama. Oddajemy samochód szoferom, a sami się "spieszamy". Przeprawiamy się przez Narew i stajemy na postój w kolonii Rudniki Kurpiki.
Jeszcze raz partyzanci spod znaku majora "Łupaszki" pojawili się na Mazurach w grudniu 1946 i styczniu 1947 r. Tym razem zapuścił się tu patrol podlegający dowódcy 6 Brygady Wileńskiej - kpt. Władysławowi Łukasiukowi „Młotowi". Został on sformowany w październiku 1946 r. na terenie gminy Boćki w powiecie Bielsk Podlaski. Początkowo składał się on z czterech żołnierzy miejscowego ośrodka WiN, dowodzonego przez plut. Eugeniusza Korzeniewskiego "Ryga", przekazanych do 6 Brygady Wileńskiej. W trakcie działań powiększył się o kolejne trzy osoby. Patrol, zamaskowany jako pododdział ludowego WP, przerzucił się koleją na Mazury (trasa Niewodnica -Białystok- Szczytno) i objął swą działalnością teren byłych Prus Wschodnich penetrując je w ciągu dwóch miesięcy dość głęboko (pow. Szczytno, Lidzbark Warmiński, Nidzica, Olsztyn, Pisz).
Z dokumentacji WUBP w Białymstoku wynika, że celem działania "zimowego" patrolu 6 Brygady Wileńskiej na Mazurach - było przede wszystkim zwiadowcze rozpoznanie panujących tam warunków, a także nawiązanie kontaktu z żołnierzami AK-WiN z powiatu Bielsk Podlaski, którzy zamieszkali na tym terenie. Można też domyślać się, że w grę mogło wchodzić też zdublowanie wcześniejszej misji 4 szwadronu ppor. "Lufy". Zapewne mjr "Łupaszka", który początkowo negatywnie ocenił przebieg ostatniego pruskiego rajdu tej jednostki, chciał uzyskać jakąś informację o losie szwadronów 5 Brygady dowodzonych przez "Leszka" i "Zeusa". Przypomnijmy, że ppor. "Lufa" nie odnalazł ich w oczekiwanym rejonie lasów purdzkich - gdyż w ogóle tam nie dotarły, bowiem ich dowódcy podjęli samodzielną decyzję o rozformowaniu podległych sobie jednostek. Być może intencją dowódcy 5 Brygady Wileńskiej było też dalsze zbadanie możliwości działania na terenach Warmii i Mazur. Były one słabo zaludnione i pokryte lasami, wydawało się, że można tu prowadzić partyzantkę nie wywołując masowych represji wobec ludności, tak jak miało to miejsce w Białostockim, Warszawskim i Lubelskim. Zastępca szefa PUBP w Łomży ppor. Rewucki w swym "Raporcie specjalnym" dotyczącym działalności patrolu "Tygrysa" stwierdzał, że: "Zadaniem jego było pojechać do Szczytna i zbadać teren i przeprowadzić wywiad jak na terenie i powrotna droga do Bociek przez powiat łomżyński. Warto zwrócić uwagę, że około półtora roku później, gdy oddziały 6 Brygady operujące na Podlasiu znalazły się w wyniku operacji sił MBP i wojska w wyjątkowo ciężkiej sytuacji, mjr "Łupaszka" zalecał por. "Młotowi" przerzucenie całości sił 6 Brygady znajdujących się w polu właśnie na teren b. Prus Wschodnich. Odwoływał się przy tym do znajomości tego rejonu przez ppor. "Lufę".
Funkcję dowódcy patrolu powierzono plut. Henrykowi Mieczkowskiemu vel Kulawiakowi "Tygrysowi". Ponadto w skład grupy wchodzili: kpr. pchor. Tadeusz Warecki ,,Anglik", Stefan Lekler "Ryś", Jan Cymerman "Jaś", Bolesław Czubaszek vel Czubaszew "Czarny", Mieczysław Smorczewski "Słowik", Henryk Smorczewski "Sroka", "Kubuś", i Anna Werkowska "Hanka" (trzy ostatnie spośród wymienionych osób dołączyły już podczas działań na Mazurach na terenie powiatu lidzbarskiego). Większość uczestników patrolu miała już za sobą doświadczenia w służbie partyzanckiej. Dowódca patrolu, który w stopniu podoficerskim w latach 1945-1946 służył w 49 pp LWP, po porzuceniu komunistycznych szeregów dołączył do patrolu bojowego "Kreta" w Obwodzie WiN Bielsk Podlaski (podczas "zimowego rajdu na Mazury występował jako porucznik, w rzeczywistości miał tylko stopień plutonowego z LWP). Także jego zastępca, ,,Anglik" miał kilkutygodniowy staż w partyzantce WiN. "Jaś" w 1945 r. służył w oddziale leśnym AKO ppor. Władysława Wołoncieja "Konusa" operującym w Puszczy Białowieskiej i 5 Brygadzie
Wileńskiej, a w 1946 r. w patrolach WiN. Bracia Smorzewscy przed przeniesieniem się na Mazury byli żołnierzami AK-WiN w powiecie bielskopodlaskim. Patrol "Tygrysa" jako samodzielna grupa bojowa został wyodrębniony ze składu grup dyspozycyjnych Obwodu WiN Bielsk Podlaski w październiku 1946 r. Pierwsze ślady jego działalności odnajdujemy w listopadzie tegoż roku
w postaci pokwitowań z dwóch akcji zaopatrzeniowych dokonanych na terenie powiatu bielskopodlaskiego w placówkach służby leśnej. Do operacji na terenie Prus wyruszył w dniu 5.12.1946 r. z rejonu Bociek. Początkowo jako środek transportu wykorzystywał pociągi, co było możliwe, gdyż początkowo występował jako patrol ludowego WP kontrolujący pasażerów, potem zaś jako konwój transportujący aresztanta.
Patrol "Tygrysa” pokonał trasę wiodącą szlakiem kolejowym Niewodnica Korycka - Białystok - Szczytno i zgodnie z planem wysiadł z pociągu w tej ostatniej miejscowości w dniu 7 grudnia 1946 r. Potem poruszał się pieszo lub przy pomocy zdobycznych samochodów. Ze Szczytna marszem pieszym osiągnął teren Olsztyna, skąd przesunął się do powiatu lidzbarskiego. Maszerowano nocami, bez mapy - kierując się wyłącznie kompasem, w trudnych warunkach terenowych i atmosferycznych (jak zapisał "Tygrys" – "Mróz nie do wytrzymania”). Patrol za wszystko płacił ludności, zaś "Tygrys" prowadził dokładną rachunkowość dochodów i wydatków, według wzoru przyjętego w pododdziałach 6 Brygady Wileńskiej. W ciągu dwóch miesięcy działalności w Prusach przychody grupy wyniosły 8.800 zł (1.800 zł zabrano w dwóch spółdzielniach i 7.000 zł napotkanym dezerterom włóczącym się po wioskach), zaś koszty utrzymania nie mniej niż 12.130 zł. Można sądzić iż oprócz przychodów uzyskiwanych na miejscu patrol musiał posiadać jakieś fundusze organizacyjne, zabrane na drogę. Lecz i tak w jego budżecie występował deficyt, jako że "Tygrys" odnotował - "Od Jasia pożyczono 650 zł”.
Podczas pobytu na Warmii patrol dokonał kilku akcji - 16 grudnia 1946 I rozbrojono posterunek MO i grupę wojska w gminnej miejscowości Lubomino pow. Lidzbark Warmiński. W dniu 23 grudnia 1946 r. wykonano wypad na miejscowość Lunen (Łaniewo), gm. Runowo pow. Lidzbark Warmiński, gdzie obiektem, akcji stała się spółdzielnia, z której zabrano potrzebne patrolowi zaopatrzenie. Dodatkowym elementem działań stało się zatrzymanie samochodu osobowego z dwoma funkcjonariuszami PUBP w Lidzbarku i szoferem PPR - owcem (jeden z funkcjonariuszy - członek PPR Edward Walczak - został rozstrzelany w odległości 7 km od Lunau). Drugiego - Tadeusza Lewandowskiego - który obiecał "poprawę" wcielono do grupy nadając mu pseudonim "Wyzwoleniec" (uciekł po tygodniu). "Tygrys" skorzystał ze zdobycznego samochodu, a zapewne także z zeznań rozbrojonych funkcjonariuszy, i w nocy 23/24 grudnia pojechał do miejscowości Basinowo, skąd zabrał aktywistę PPR Pawła Rasina sprawującego funkcję zastępcy przewodniczącego obwodowej komisji wyborczej w gminie Gietrzwałd. Został on rozstrzelany.
Święta Bożego Narodzenia 1946 r. patrol "Tygrysa" spędził w lesie. Jego dowódca odnotował dobry nastrój partyzantów pomimo ciężkich warunków bytowych. Unikanie postojów we wsiach było krokiem bardzo rozsądnym, gdyż w terenie działalności patrolu operowały oddziały wojska. W tym czasie "Tygrys" odnotował w swych zapiskach, że już 20 grudnia uzyskał wiadomość od "pewnych osób", iż informacje na temat jego patrolu zostały rozesłane do wszystkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego, jednak "pościg był nieduży". Z jego dalszych zapisków wynika jednak, że wojsko na wszystkich drogach urządziło blokady, a milicja wykazywała bojową postawę ("wszystkie posterunki podminowane" - zauważał "Tygrys").
27 grudnia 1946 r. patrol "Tygrysa" ponownie wyruszył do akcji. Zatrzymał na drodze samochód ciężarowy, załadował się na niego i pojechał na operację do gminnej miejscowości Peterswalde (Pietaszewo, Pietrzwałd), a następnie w rejon Jezioran pow. Lidzbark Warmiński. Występując jako grupa UBP z zaskoczenia rozbroił posterunek MO w Peterswaldzie i zlikwidował przygotowania do wyborów w tejże gminie, potem zaś pod Jezioranami rozbroił z zaskoczenia dwa posterunki MO w miejscowościach Siegfriedswalde (obecne Radostowo?) i Lamkowo. Patrol partyzancki po opuszczeniu Lamkowa był ścigany przez grupę operacyjną na dwóch samochodach, lecz dość szybko zdołał ją "zgubić". Część zdobycznej broni zniszczono i wyrzucono, część, jak wynika z zapisków "Tygrysa", przekazano "porządnym ludziom" z którymi patrol miał kontakt. Podczas akcji w Pietrzwałdzie ujęto sekretarkę tamtejszej gminy Łucję Anatolak będącą członkiem ZWM i PPR - a zarazem i współpracowniczką resortu bezpieczeństwa (została ona rozstrzelana 28 grudnia 1946 r. w rejonie m. Kot, pow. Nidzica).
Podczas akcji w Peterswalde patrol uprowadził ze sobą kilka osób i podjął próbę wcielenia ich w swe szeregi. Byli to Hipolit Moskalik (wójt tamtejszej gminy), UB-owiec Tadeusz Lewandowski oraz ORMO-wcy Henryk Bogusz i Jan Kempkiewicz. W dniu 29 grudnia odebrano od nich przysięgę, która miała improwizowaną formułę, bez wymieniania nazwy jakiejkolwiek organizacji. Odwoływała się do służby Bogu i Polsce, prawa partyzantów i walki o niepodległość przeciw komunizmowi. Powiększenie grupy tym sposobem nie było dobrym pomysłem. Nowi "partyzanci" nie byli ochotnikami, wcielenie do oddziału uratowało ich od śmierci, lecz nie mieli najmniejszej ochoty na pozostanie "w lesie". Pierwszy z nich, ORMO-wiec Jan Kemkowski uciekł w dniu przysięgi. Dwaj następni - Tadeusz Lewandowski i Henryk Bogusz zbiegli z posterunku wartowniczego 3 stycznia 1947 r. Wbrew ocenie wyrażonej w zapiskach "Tygrysa" zbiegowie zameldowali się z bronią w PUBP w Lidzbarku Warmińskim, co i tak nie uchroniło ich przed aresztowaniem. Także 29 grudnia 1946 r. o godz. 18 patrol "Tygrysa" zaatakował posterunek MO we wsi Kot gm. Jedwabno pow. Nidzica. Załoga posterunku nie dała się jednak zaskoczyć i rozbroić, podjęła zdecydowana obronę otwierając ogień i rzucając granaty. Partyzanci musieli wycofać się. Zlikwidowano jedynie komendanta posterunku, członka PPR Eugeniusza Karwowskiego, który wcześniej wpadł w ręce partyzantów.
Pościg idący śladem patrolu "Tygrysa" dopadł go 31 grudnia 1946 r. w leśniczówce Nielsce. Partyzanci po krótkiej wymianie ognia zdołali jednak oderwać się od pogoni. Grupa operacyjna UBP poszukująca partyzantów spaliła budynek, w którym patrol "Tygrysa" zatrzymali się na postój, a także odnalazła część zniszczonej i porzuconej broni pochodzącej ze zdobyczy na MO. Funkcjonariusze UBP dokonali także aresztowań szeregu osób oskarżonych o udzielanie pomocy partyzantom (łącznie pod tym zarzutem aresztowano 9 osób, w tym Aleksandrę Smorczewską - siostrę "Sroki" i "Słowika", a także wszystkich pracowników UB, MO oraz członków PPR i ORMO, którzy zostali zatrzymani przez partyzantów i zostali puszczeni wolno lub uciekli).
W dniu 8 stycznia 1947 r. patrol zatrzymał się na postój w miejscowości Gloa. W tym rejonie "Tygrys" zarządził dwudniowy odpoczynek. 9.1.1947 r. patrol ujął dezertera z LWP, który podając się za partyzanta "nakładał liczne kontrybucje i rabował”. "Tygrys" nakazał sołtysowi wsi dostarczyć bandytę do UBP. Jeszcze tego samego dnia zarządził wymarsz patrolu w kierunku Szczytna, do miejscowości Worfengrund, rozpoczynając tym samym odwrót na Białostocczyznę, do macierzystego obwodu bielskiego. Następnego dnia wyruszono do miejscowości Jedzwalde.
Maszerowano bardzo ostrożnie, starając się zacierać ślady. Napotykana ludność sygnalizowała obecność dużych sił wojska na trasie przemarszu. Zauważono też, że grupy wojska lub UB posługujące się samochodami penetrują pojedyncze kolonie. 14/15 stycznia nocowano w Rucianem, zaś 15/16 stycznia w miejscowości Klaine Latania. W dniu 16 stycznia przekroczono szosę Wielbark - Radzym. Od kilku dni pogorszyły się warunki terenowe. Śnieg utrudniał maskowanie śladów, a jednocześnie w wyniku ocieplenia zaczął topnieć, przez co teren stał się mokry utrudniając marsz. 16 stycznia patrol znalazł się już na terenach objętych działalnością grup partyzanckich XVI Okręgu NZW dowodzonych przez chor. Józefa Kozłowskiego „Lasa”. Zapiski "Tygrysa" z tego okresu zawierają bardzo ciekawe uwagi na temat stosunku miejscowej ludności do władz komunistycznych, wyborów do Sejmu, a także na temat wysokiej jakości pracy siatki terenowej NZW. W dniu 18 stycznia 1947 r. przy pomocy gospodarza z siatki terenowej nawiązano łączność z oddziałem partyzanckim Pogotowia Akcji Specjalnej NZW dowodzonym przez Piotra Macuka "Sępa" i Bolesława Szyszko "Klona" . Kontakt z partyzantami NZW okazał się jednak trudny, gdyż podejrzewali iż patrol "Tygrysa" może być grupą pozorowaną UBP. Dopiero gdy "Tygrys" poszedł do nich sam, bez broni, zabierając prowadzoną przez siebie dokumentację, uwierzyli mu. W rezultacie patrol został przeniesiony na zaufaną "melinę" NZW, bardzo dobrze zakonspirowaną. Następnego dnia okazało się jednak, że wątpliwości narodowców nie zostały całkowicie rozwiane. Wieczorem na
kwaterę patrolu przyszło trzech ludzi z NZW, ubezpieczanych przez cały oddział. Narodowcy brali pod uwagę możliwość rozbrojenia patrolu "Tygrysa", ten jednak ponownie zdołał ich uspokoić i przekonać, że dowodzi prawdziwą grupą partyzancką. Z kwatery NZW grupa miała podjąć dalszy "odskok". Powrót patrolu miał odbywać się teraz przy pomocy zorganizowanych przez żołnierzy NZW sań. Por. "Tygrys" jeszcze na Mazurach zaplanował ten etap "odskoku" liczący 220 km, zamierzając w cztery dni pokonywać odpowiednio 75, 85, 48 i 12 km dziennie. Kolejne odcinki miały prowadzić do Klimek, Milewa, Uszy i Kalinowa (łącznie do przejechania 61 wiosek, jak obliczał por. "Tygrys").
Od tej chwili organizację przerzutu patrolu "Tygrysa" wzięła na siebie sieć terenowa NZW. Zorganizowano rozpoznanie, wskazując przez jakie wioski patrol będzie mógł przesuwać się bezpiecznie, wynajęła też podwody. Wyruszono 20 stycznia wieczorem, docierając nad ranem następnego dnia do Czerlonki. Stąd 21 stycznia wieczorem osiągnięto miejscowość Dombek. Tutejsza ludność, jak dowiedziano się, w ogóle nie brała udziału w wyborach i była nastawiona bardzo niechętnie do władz komunistycznych i wojska "berlingowskiego". 22 stycznia przejechano przez rzekę Rozogę a następnie przez Narew. Posuwano się bez mapy, biorąc miejscowych przewodników. Tu urywają się zapiski "Tygrysa" i dalszy przebieg wydarzeń znamy już z tylko z raportów PUBP w Łomży. Wiadomo, że poprzez Chmielewo patrol pojechał do wsi Gumowo. Akurat odbywało się w niej wesele i partyzanci byli miłymi gośćmi dla patriotycznie nastawionych mieszkańców. Wydaje się, że patrol "Tygrysa" podczas wykonywania zadania osiągnął pewną granicę zmęczenia psychicznego i fizycznego. Jeszcze w trakcie pobytu na Mazurach "Tygrys", który na ogół świetnie dawał sobie radę, zaczął popełniać błędy. Jego ludziom także zaczęły już "puszczać" nerwy (np. fałszywy alarm w nocy 15/16 stycznia). Zetknięcie się z powszechnie życzliwą postawą ludności i opieką siatki NZW w Łomżyńskiem - bezpośrednio po okresie ogromnego napięcia psychicznego i zmęczenia fizycznego towarzyszących rajdowi w b. Prusach - uśpiło czujność "Tygrysa" i jego żołnierzy. Można zaryzykować tezę, że po prostu zaczęli się czuć zbyt bezpiecznie. Tymczasem okres wyborów w powiecie łomżyńskim nie przebiegał spokojnie. W terenie stale działały grupy operacyjne złożone z funkcjonariuszy UBP i KBW oraz żołnierzy LWP, przeprowadzające aresztowania ludności według list przygotowanych przez PUBP w Łomży. Jedna z takich grup, dowodzona przez st. Sierz. UBP Romana Płockiego, złożona z 4 referentów PUBP w Łomży oraz 2 oficerów i 28 żołnierzy 62 pp LWP poruszając się na 2 samochodach ciężarowych wyjechała późnym wieczorem 22 stycznia 1947 r. z Łomży na operację w gminie Lubotyń. Jej zadaniem było przeprowadzenie aresztowań mieszkańców kilku wiosek na podstawie list przygotowanych przez PUBP. O pierwszej w nocy następnego dnia aresztowała czterech mieszkańców wsi Gniazdowo, po czym podzieliła się na dwie podgrupy. Jedna z nich, dowodzona osobiście przez sierż. Płockiego (l pracownik UB, l oficer + 14 żołnierzy) zaraz za Gniazdowem natknęła się na dwie furmanki jadące z Chmielewa. Aresztowani furmani poddani szybkiemu śledztwu zeznali, że przewozili partyzantów. Zabierając ze sobą pechowych woźniców grupa operacyjna odjechałam do Lubotynia, skąd pieszo poszła do Chmielewa. Partyzantów we wsi już nie było, dowiedziano się jednak, że w niedalekim Gumowie jest wesele. Sierż. Płocki postanowił sprawdzić tę wieś i poprowadził do niej swych podkomendnych. Należy zauważyć, że zastępca szefa PUBP w Łomży ppor. Rewucki podawał w swym "raporcie specjalnym" skierowanym do szefa WUBP w Białymstoku, iż grupa już wyjeżdżając z Łomży miała informacje na temat wesela w Gumowie i otrzymała zadanie skontrolowania tej wioski. Bardziej wiarygodny wydaje się jednak raport dowódcy grupy operacyjnej, st. sierż. Płockiego sporządzony bezpośrednio po powrocie z akcji, w którym nie ukrywał on przypadkowego charakteru wydarzeń, które sprawiły, iż grupa mająca zupełnie inne zadanie zdecydowała się na udanie do Gumowa. Po dotarciu do Gumowa grupa operacyjna okrążyła dom weselny. W chwili gdy funkcjonariusz UBP i oficer LWP zbliżyli się do wejścia, z domu wyszedł partyzant - bez broni długiej (w późniejszym raporcie szef PUBP w Łomży opisał go, niezgodnie z prawdą, jako wartownika). Kompletnie zaskoczony, został natychmiast po cichu "zdjęty" i rozbrojony. Dwaj następni partyzanci, którzy wyszli z domu weselnego, zostali zapytani przez stojącego 6 metrów od drzwi sierż. Płockiego, kim są. Odpowiedzieli, że - "wojsko". Płocki zażądał, by ich dowódca podszedł do niego bez broni w celu porozumienia się. Por. „Tygrys” spełnił jego życzenie (zachowując jednak jeden ze swych pistoletów) i rozpoczął rozmowę z funkcjonariuszem UB, biorąc go zapewne za miejscowego partyzanta. Tak Płocki opisał dalszy rozwój sytuacji: "...wyszedł do mnie ubrany po wojskowemu jako porucznik dowódca bandy, po zapytaniu się przeze mnie z jakiego pułku pochodzi odpowiedział mi, że z 6-ej Brygady Wileńskiej, więc ja odebrałem temu porucznikowi broń: pistolet siódemkę belgijkę i odprowadziłem go do następnego budynku, tam porozmawiałem z nim i dowiedziałem się, że jest to oddział bandycki" .
"Tygrys" oraz wcześniej "zdjęty" jego podkomendny zostali odprowadzeni na tyły, gdzie pilnował ich osobiście dowódca grupy operacyjnej i jeden z żołnierzy. Jednocześnie Płocki wysłał dwóch gońców do drugiej części grupy operacyjnej, przeprowadzającej aresztowania w niedalekiej wsi Rogowo. Do domu weselnego poszedł oficer 62 pp wraz z kilkoma żołnierzami. Raport UBP nie opisuje przebiegu rozmowy jaka miała tam miejsce, ale można przypuszczać, że berlingowcy podali się za partyzantów, gdyż najpierw wyprowadzili "Hankę", a po 10 minutach kpr. pchor. ,,Anglika", rozbrajając ich następnie.
Pozostałych czterech członków patrolu "Tygrysa" znajdowało się w domu na krańcu wioski. Poszedł do nich ponownie gorliwy oficer 62 pp z trzema swymi ludźmi. Zamierzał i tych wziąć podstępem, gdyż tym razem powiadomił ich, że są wzywani przez por. "Tygrysa". Początkowo uwierzyli, gdyż zabrali broń i szykowali się do wyjścia, lecz coś musiało wzbudzić ich nieufność. Ostatecznie odmówili udania się z wojskowymi. Wówczas wezwano ich do poddania się. Odpowiedzieli, że "będą się bronić do ostatka, a żywcem wziąć się nie dadzą". Nastąpił dramatyczny moment, obie strony trzymały broń w rękach, w końcu jednak partyzanci pozwolili berlingowcom opuścić budynek. Może liczyli, że sprawa "rozejdzie się po kościach", jak to często bywało przy spotkaniach z wojskiem. Niestety tym razem wojsko miało nadzorców z UBP, zresztą dowódca plutonu 62 pp sam również wykazywał jakąś chorobliwą gorliwość.
Zaczynało już świtać, o 6.30 do Gumowa dotarła oczekiwana druga część grupy operacyjnej. Sierż. Płocki zażądał, by por. "Tygrys" wezwał swych ludzi do złożenia broni, ten jednak odmówił. Pracownicy UB i oficerowie LWP dysponując prawie dziewięciokrotną przewagą postanowili przeprowadzić szturm na budynek w którym znajdowali się partyzanci. O godzinie siódmej rano grupa operacyjna rozpoczęła ostrzał budynku zajmowanego przez czterech partyzantów. Żołnierze i pracownicy UBP obrzucili też obiekt granatami. Był już jasny dzień, partyzanci nie mieli szans na wyrwanie się z okrążenia. Podpalone przez atakujących gospodarstwo zaczęło szybko płonąć. Podjęta w tych warunkach próba przebicia nie powiodła się. Tak ostatnie chwile resztek patrolu "Tygrysa" opisał dowódca grupy operacyjnej w swym raporcie: "...zaczęliśmy zdobywać dom szturmem, strzelając z RKM-ów i KB-eków oraz rzucając granatami. Budynek w którym byli bandyci zaczął się palić lecz bandyci nie przerwali ognia do ostatniej chwili, aż zaczęło się wszystko obwalać z góry na nich, wtedy wyskoczyło już z ognia trzech bandytów na których płonęły ubrania i dwóch było rannych, natomiast czwarty bandyta przeszyty w domu serią kul z RKM-u spalił się z pistoletem w ręku. W budynku, w którym nie pozostało nic, wszystko spłonęło. Gospodarz domu z żoną i troje dzieci zostali przy życiu, ponieważ wyszli jak tylko zaczął się palić dom. Wszystko im się spaliło".
Z "raportu specjalnego" zastępcy szefa PUBP w Łomży ppor. Rewuckiego wynika, iż partyzantem, który odmówił złożenia broni i do końca bronił się w płonącym domu był Henryk Smorczewski "Sroka", "Kubuś". Już po nieudanej próbie przebicia się podjętej przez trójkę partyzantów, "Sroka" miał być jakoby ponownie wezwany do złożenia broni, nie wyszedł jednak z płonącego budynku. Ciężkie rany odnieśli Mieczysław Smorczewski "Słowik" i Bolesław Czubaszek vel Czubaszow "Czarny". Grupa operacyjna zdobyła l rkm, 2 PPSz, 7 pistoletów i 18 granatów. Reszta broni spaliła się (3 rkm, 2 PPSz, 2 pistolety, 16 granatów) 18. Straty atakujących ograniczały się do jednego ciężko rannego żołnierza 62 pp. Już po zakończeniu walki grupa operacyjna otrzymała dalsze wsparcie - przyjechały dwa samochody ciężarowe załadowane pododdziałem 38 pp LWP. Załadowano na samochody ujętych partyzantów oraz wcześniej aresztowanych cywilów i konwój pojechał do Łomży, gdzie więźniowie zostali przekazani w ręce funkcjonariuszy PUBP. Natychmiast rozpoczęło się śledztwo, które w pierwszym etapie dało dokładne dane personalne wszystkich ujętych. Dalsze śledztwo musiało przynieść pożądane przez "resort" rezultaty, gdyż ppor. Rewucki mógł napisać w końcowym fragmencie swego raportu: "Tygrys" dąje materiał na powiat Bielsk Podlaski na "Ryka", "Kreta", "Wiktora" i na jednego księdza z PSL. Dalsze dokładniejsze dane podamy w jak najbliższym czasie". Działalność patrolu "Tygrysa", która zakończyła się tak tragicznie w Gumowie, trwała blisko cztery miesiące (w tym rajd pruski dwa miesiące). Tygrys" początkowo zupełnie dobrze radził sobie w obcym i nieznanym terenie, wykazując inicjatywę, a nawet brawurę. Sama technika prowadzenia działań wskazuje na korzystanie z doświadczeń pododdziałów 5 i 6 Brygady Wileńskiej. Posługiwał się różnorodnymi środkami lokomocji do dalekich przerzutów (w tym - podobnie jak ppor. "Lufa" - zdobycznymi samochodami), często występował jako grupa wojskowa lub UB, ludność traktował dobrze, zawsze płacąc za zaopatrzenie i żywność, stale zmieniał miejsce postoju i starał się zacierać za sobą ślady. W czasie rajdu pruskiego zaatakował pięć posterunków MO. Cztery spośród nich rozbił zdobywając dużo broni, zaś jednym przypadku w wyniku oporu milicjantów został odparty. Zdobył samochód z funkcjonariuszami UBP, zlikwidował jednego funkcjonariusza i dwoje agentów resortu. Rozbił przygotowania do wyborów w dwóch gminach, a także wykonał kilka pomniejszych akcji.
W ostatecznym rachunku przeprowadzona przez niego operacja zakończyła się jednak niepowodzeniem, gdy po wykonaniu rozpoznania na terenie b. Prus dał się zaskoczyć UBP w drodze powrotnej do macierzystego obwodu bielskiego. Na porażce patrolu zaważyły przede wszystkim błędy popełnione przez jego dowódcę w ostatnim etapie działań w Łomżyńskiem, zwłaszcza zupełnie niepotrzebne zatrzymanie się w nocy 23/24 stycznia w Gumowie zamiast kontynuowania marszu. Opisany powyżej rajd patrolu "Tygrysa" jest jedyną operacją wykonaną przez jednostki 6 Brygady Wileńskiej w b. Prusach Wschodnich, która w przeciwieństwie do 5 Brygady - konsekwentnie trzymała się terenu Podlasia.

Pozdrawiam.
:wink:

 

1918 - 1920

Bolszewik złamany (interesujące wypowiedzi, może ktoś nie czytał)
Paweł Wroński

Piłsudski miał tak dokładne informacje, jakich do jego czasów nie miał żaden dowódca w żadnej wojnie. Rozmowa z doktorem Grzegorzem Nowikiem o kryptoanalitykach Piłsudskiego

Czy w 1920 r. nad Wisłą zdarzył się cud?

Nie lubię wyrażenia "cud nad Wisłą". To propagandowe określenie wymyślone przez przeciwników Piłsudskiego. Wmawiali, że uratowały nas nie talenty dowódców, siła i patriotyzm armii, tylko interwencja opatrzności. Ale przyznam, że i mnie czasami wojna polsko-bolszewicka wydawała się pasmem zdarzeń cudownych.

Na przykład?

Na przykład 5 marca 1920 r. polska armia przeprowadza skomplikowaną "operację mozyrską". Władysław Sikorski otrzymał rozkaz rozdzielenia dwóch rosyjskich frontów - na Białorusi i Ukrainie. Uderza stosunkowo niewielkimi siłami na bolszewickie jednostki na Polesiu. Skutecznie, bo akurat rosyjska 47. dywizja jest luzowana [zmieniana - red.] przez 57. dywizję. Dodatkowo dowodzenie nad tym rejonem było wtedy przekazywane z jednej armii do drugiej i z jednego frontu do drugiego. Czyli był to krótki moment organizacyjnego chaosu.

Geniusz wojenny.

Tak to też można tłumaczyć. Ale oto inny przykład. Wrzesień 1920 r., początek wielkiej bitwy nad Niemnem. Wydzielona polska grupa obeszła pozycje bolszewickie przez Litwę i stanęła w Puszczy Rudnickiej. Czeka cierpliwie, aż Rosjanie zaczną się wycofywać. Jak tylko pada rozkaz odwrotu po rosyjskiej stronie, nasi ruszają na ich tyły.

Pan nie wierzy w geniusz dowódców?

W ograniczonym zakresie. Na wojnie w dużej mierze decyduje przypadek. W 1920 r. możliwości lotnictwa wywiadowczego były ograniczone. Nie wiadomo było do końca, gdzie jest nieprzyjaciel i co zamierza uczynić - sztaby starały się wczuwać w sytuację przeciwnika i przewidzieć jego ruch. Wojna manewrowa przypominała wtedy pojedynek, w którym przeciwnicy mają zawiązane oczy. Tymczasem nasi bez przerwy trafiali albo uchylali się przed uderzeniem. Miałem podejrzenia, że nasi sztabowcy wiedzieli znacznie więcej, niż nam się wydawało.

Skąd takie podejrzenia?

Od dziesięciu lat jestem członkiem zespołu kierowanego przez płk. dr. Marka Tarczyńskiego. Opracowujemy i wydajemy dokumenty wojny polsko--bolszewickiej. Gdy czytaliśmy codzienne "Zestawienia sytuacji nieprzyjacielskiej" przekazywane wyższym polskim dowództwom, zastanawialiśmy się, skąd ta mnogość danych o Armii Czerwonej. To była pierwsza przesłanka.

Potem natrafiłem na dokument z końca lipca 1920 r. Jest najgorętszy moment wojny, a tu aż sześć polskich radiostacji polowych zostało przeznaczonych wyłącznie do nasłuchu.

Co w tym dziwnego?

W całej polskiej armii było wówczas jedynie 26 radiostacji polowych. Nagle aż sześć z nich zostało przeznaczonych wyłącznie do nasłuchu! To nieracjonalne! Przecież radiostacje służą przede wszystkim do utrzymywania łączności między jednostkami! Co innego, gdy przyjmiemy hipotezę, że te sześć radiostacji prowadziło nasłuch korespondencji operacyjnej 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego, która mogła od południowego wschodu uderzyć na polskie wojska grupujące się do ofensywy znad Wieprza. Jeśli te sześć radiostacji było ustawionych na nasłuch, to chyba potrafiliśmy przejęte depesze radiowe rozszyfrować. Wtedy miałem już niemal

100 proc. pewności. Brakowało tylko żelaznego dowodu.

I znalazł go Pan.

Zdarzył się kolejny cud. Pułkownik Zygmunt Kozak z Centralnego Archiwum Wojskowego powiedział mi o dokumentach polskiego wywiadu wojskowego z 1920 r., jeszcze nieopracowanych. Przywieziono je niedawno z MSW. Dzięki Bogu, nie zostały zniszczone. Były tam rozszyfrowane przez Biuro Szyfrów polskiego Oddziału II Sztabu Generalnego sowieckie depesze radiowe. Trudno o bardziej niezbity dowód tego, że polscy kryptoanalitycy złamali sowieckie klucze szyfrowe.

Ile tych dokumentów się zachowało?

Kilka tysięcy rozszyfrowanych sowieckich depesz. Sądzę, że było ich znacznie więcej, niestety nie wszystkie się zachowały.

Oczywiście historycy wojny 1920 r. wspominali o tym, że nasz wywiad przechwytywał - jak to ówcześnie nazywano - informacje i dokumenty bolszewickie, ale traktowano to jako wydarzenia incydentalne. Przy przejęciu zaś radiogramu zazwyczaj wskazywano, że były to informacje jawne, a tylko wyjątkowo szyfrowane. Tymczasem te dokumenty świadczyły po pierwsze o tym, że nasi kryptoanalitycy złamali rosyjskie szyfry. Po drugie, że rozpoznanie przeciwnika było robione metodycznie: prowadzono ewidencję nieprzyjacielskich jednostek, personaliów, składu, uzbrojenia, nastrojów itd. Informacje były porządkowane w teczkach zgodnie z podziałem na fronty, armie i dywizje. Depesze pochodzą z różnych szczebli dowodzenia - od dowództw dywizji, korpusów i armii po dowództwa frontów, ale zdarza się też korespondencja wyższego szczebla - Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej. To zresztą prowadzi do zabawnych porównań.

ŹRÓDŁO:

Co innego piszą dowódcy wysokiego szczebla, co innego ci, którzy są niżej?

Dokładnie. W zbiorze jest sporo odczytanych depesz bolszewickiej Flotylli Dnieprzańskiej z 1919 i 1920. Dowódcy niższego szczebla donoszą, że panuje tyfus, głód, żołnierze nie mają mundurów, buntują się. Nie chcą iść do walki, bo nie mają butów, a jest listopad. Oddziały partyzanckie złożone z chłopów atakują patrole rekwirujące żywność. Oficerowie wściekają się, że nie ma co jeść, a tymczasem każą im urządzić Tydzień Partyjny w rocznicę rewolucji. A jaki meldunek idzie do dowództwa? Że nastroje wspaniałe, gotowość bojowa wysoka, a ludność miejscowa popiera bolszewików, bo jest uciskana przez polskich panów.

Ale przecież akta polskiego wywiadu w 1939 r. wpadły w ręce Niemców i zostały zniszczone.

O nie, akta tak łatwo nie płoną. Niemcy zdobyte w 1939 r. polskie archiwum wojskowe przewieźli do Oliwy. To był dla nich niesłychanie cenny materiał, ale oczywiście zainteresowali się głównie polską siatką wywiadowczą w Niemczech i teczkami personalnymi. Całego archiwum nie zbadali. W 1945 r. akta te wpadły w ręce Armii Czerwonej. Rosjanie oczywiście też zajęli się teczkami personalnymi. Po 1957 r. uznali, że są to dokumenty niepotrzebne, i dużą część z nich zwrócili. Najpóźniej wróciły do Polski akta Oddziału II dotyczące wojny 1920 r. Rosjanie popakowali je w worki i wysłali do MSW. Zupełny przypadek. Profesor Andrzej Pepłoński, autor kilku monografii polskiego wywiadu wojskowego, we wstępie do jednej z nich z żalem stwierdził, że nie odnalazł akt polskiego Biura Szyfrów, a one były tu, w Polsce.

Te meldunki musiały być jednak znane już przed II wojną światową.

Oczywiście, ale to była tajemnica strzeżona jak źrenica oka. Podczas wojny 1919-20 niewiele osób dopuszczono do tajemnic wywiadu wojskowego, a szczególnie radiowywiadu. Po wojnie nakazano zebranie tzw. tłumaczeń szyfrogramów w jednym miejscu - w archiwum Biura Szyfrów. Generał Tadeusz Kutrzeba, ale i wielu innych autorów, opisując wojnę polsko-bolszewicką, używa sformułowania "dowiedzieliśmy się", "wywiad doniósł". Także Józef Piłsudski nigdy nie zdradził, że złamaliśmy bolszewickie klucze szyfrowe. Obowiązkiem żołnierza w takich przypadkach jest albo nic nie mówić, albo łgać. Przecież w czasie II wojny światowej premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill zdecydował się poświęcić Coventry, które zostało zbombardowane przez Niemców. A zrobił to po to, by Niemcy nie podejrzewali, że wywiad brytyjski zna tajemnice szyfrowane za pomocą Enigmy.

Wiemy, kto rozszyfrował Enigmę. Kto w takim razie złamał szyfry bolszewików?

Tu trzeba zacząć opowieść od podpułkownika austro-węgierskiej armii Józefa Rybaka.

To ten sam, który przed I wojną światową jako agent wywiadu austriackiego prowadził w Krakowie rozmowy z Józefem Piłsudskim, wówczas komendantem Związku Strzeleckiego?

Ten sam, ale wówczas był kapitanem wywiadu armii austro-węgierskiej. W 1918 był już podpułkownikiem Wojska Polskiego. Piłsudski przed 1914 dostrzegł w nim Polaka patriotę. Gdy powstała niepodległa Polska, sprowadził go z Wiednia i postawił na czele centrali polskiego wywiadu wojskowego. Przydał mu jednego ze swoich najbliższych współpracowników, publicystę, tłumacza, w przyszłości ministra Ignacego Matuszewskiego. Ta konstelacja stworzyła mieszankę wybuchową. Ppłk Rybak ściągnął do polskiego wywiadu następną cenną osobę. Był to mjr Karol Bołdeskuł. Niemcy pisali go Boldeskul - w czasie I wojny to on był szefem radiowywiadu państw centralnych na froncie wschodnim.

Bołdeskuł to jakieś dziwne nazwisko

No właśnie. Nazwisko jest rumuńskie. Urodził się opodal Kołomyi. Może z pochodzenia Rumun? Może Hucuł? A może wszystkiego po trochu? W 1918 r. po rozpadzie Austro-Węgier zadeklarował jednak narodowość polską. Wiadomo, że znał polski oraz ukraiński, niemiecki, francuski, nie znał rosyjskiego.

W ck armii radiowywiad i kryptografia stały na najwyższym poziomie.

To prawda. Na przykład genialny matematyk kpt. Victor von Marschesetti złamał w czasie I wojny większość szyfrów carskiej armii. Bołdeskuł był w tym zakresie prawą ręką płk. Maksa Rongego, szefa wywiadu austro-węgierskiego. W czasie II wojny światowej wielu oficerów wywiadu austriackiego spotkało się w Abwehrze, choć na przykład Max Ronge wylądował w Dahau, bo Hitlerowi służyć nie chciał.

Multinarodowe cesarstwo było wspaniałym środowiskiem dla kryptologów i kryptoanalityków.

Czy jest coś takiego jak środowisko dla kryptologów?

O tak. Najbardziej znany specjalista od historii kryptografii, profesor uniwersytetu w Oksfordzie David Kahan, autor książki "Łamacze kodów", twierdził, że dobrzy specjaliści pochodzą z krajów wielojęzycznych i wielokulturowych. Muszą tam być uniwersytety z matematyką na wysokim poziomie i coś jeszcze: muzyka, tam musi być komponowana muzyka. Według Kahana najlepsi w kryptografii są Włosi, Austriacy, no i właśnie Polacy. Bo matematyka to logiczne myślenie, a muzyka to kwestia wyobraźni.

A co się stało z Bołdeskułem? Został w Polsce?

Nie wiemy. W 1922 r. odszedł z Wojska Polskiego w stan spoczynku i zniknął. Ostatnia wzmianka o nim pochodzi z 1934 r. - był wówczas oficerem rezerwy. Niemcy w 1942 na podstawie materiałów zgromadzonych w Oliwie stworzyli jego dossier. Widać usiłowali go odszukać, ale nie znaleźli. Może umarł, a może skutecznie się ukrył?

Wróćmy do początków radiowywiadu.

Otóż wiosną i latem 1919 r. Bołdeskuł stworzył sieć radionasłuchu. Ściągnął swych kolegów z austriackiego Abchorhdienst. Był jednak jeden problem, brakowało kryptoanalityka - specjalisty od szyfrów, który znałby rosyjski. Wówczas zdarzył się przypadek. Nazywał się Jan Kowalewski. Pochodził z Łodzi, skończył tam gimnazjum handlowe. Przed I wojną światową studiował chemię na uniwersytecie w Liege. W czasie wojny służył początkowo w rosyjskich wojskach inżynieryjnych, następnie był szefem jednej z komend POW na Ukrainie. Walczył w II Korpusie pod Kaniowem, w dywizji gen. Żeligowskiego został szefem wywiadu. Już wówczas interesował się szyframi ukraińskimi na Podolu. W sierpniu 1919 r. trafił do biura wywiadowczego.

ŹRÓDŁO:

Skąd u chemika zainteresowanie kryptografią?

To był niebywały talent lingwistyczny i matematyczny. Znał francuski, niemiecki, rosyjski i ukraiński. Miał niewiarygodną fotograficzną pamięć. Gdy w końcu lat 20. został attaché w Związku Radzieckim, z pamięci rysował sprzęt wojskowy widziany na defiladach na placu Czerwonym. Ze wszystkimi szczególikami. Już na emigracji w Wielkiej Brytanii w latach 60., w stulecie powstania styczniowego, odszyfrował korespondencję polskiego rządu powstańczego Romualda Traugutta. Te szyfrogramy od XIX wieku leżały w archiwum i nikt ich nie mógł odczytać, bo zostały zakodowane niebywale skomplikowanym szyfrem "nie do złamania", a klucz do niego zaginął.

Kowalewski swego talentu być może nie ujawniłby, gdyby nie ślub pewnej panny. W sierpniu 1919 r. nocny dyżur w sekcji szyfrowej miał jego przyjaciel por. Stanisław Sroka, ale on miał ślub swej siostry. Kowalewski zgodził się go zastąpić. Nocą napłynęły materiały z radionasłuchu, a wśród nich jawne i zaszyfrowane depesze rosyjskie. Były to depesze szyfrowane w formie grup cyfrowych. To tak jakby ktoś przesyłał pomieszane numery z książki telefonicznej, ale bez nazwisk. Kowalewski nudził się na tym nocnym dyżurze i postanowił zabawić się w coś na kształt krzyżówki. Wziął za podstawę rosyjskie słowo "diwizija" i zaczął je przymierzać do poszczególnych fragmentów szyfrogramów.

Dlaczego akurat "diwizija"?

Bo w każdej z trzech sylab jest literka "i". W ten sposób udało mu się znaleźć samogłoskę i trzy spółgłoski. Te literki trzeba było teraz nałożyć na kratkę szyfrową przypominającą tabliczkę mnożenia. Rosyjski szyfr był raczej prosty, jego podstawowe założenia powstały w XVII i XVIII wieku. Później należało rozpisać odpowiednio dużą partię szyfrogramów na grupy i zbadać je tzw. metodą frekwencji - czyli porównać charakterystyczną dla danego języka częstotliwość występowania po-szczególnych liter.

Nad ranem Kowalewskiemu udało się złamać pierwszy klucz szyfrowy. Oczywiście pochwalił się znajomym. W sztabie gruchnęła wieść, że jest taki facet, który dla zabawy łamie rosyjskie szyfry. Tak w noc poślubną pani Sroczanki narodziła się nowożytna polska szkoła kryptoanalizy.

Kowalewski niebawem złamał klucze nie tylko bolszewików, ale "białych" wojsk rosyjskich, klucze ukraińskie, a później zainteresował się też szyframi czechosłowackimi, litewskimi i przede wszystkim niemieckimi. Z czasem wciągnął do pracy profesorów uniwersytetów Lwowskiego i Warszawskiego. Pod koniec wojny polscy szyfranci odszyfrowywali rosyjskie depesze szybciej niż Rosjanie.

Jakie znaczenie miało złamanie szyfrów?

Nasze dowództwo otrzymało do ręki niesamowitą broń. Można to porównać do sytuacji, w której toczy się rozgrywka w pokera, trwa licytacja już nie o ostatnie portki, ale o życie, a tymczasem za plecami jednego z graczy ustawiamy lustro. Lustro to radiowywiad. Gdy to wiem, zupełnie inaczej spoglądam na przebieg wojny 1920 r., na te wszystkie mniejsze i większe "cudowne" wydarzenia. Dziś znam nie tylko skutki, ale uwarunkowania, motywy polskich decyzji.

Na przykład słynna narada w Belwederze 15 września 1919 r., w której - jak twierdzą biografowie Piłsudskiego - po raz pierwszy pojawia się idea walnej rozgrywki z Rosją, postawienia na Ukrainę Petlury, późniejszej wyprawy kijowskiej.

Uczestniczyli w niej szef sztabu płk Stanisław Haller, mjr Ignacy Matuszewski (zastępca Bołdeskuła) oraz bliski współpracownik Komendanta Bogusław Miedziński, który pozostawił zapis z tego spotkania.

To jest moment, w którym Matuszewski w porywie entuzjazmu mówił, że możemy nawet iść na Moskwę? Wielu historyków pisało, że polscy politycy doznali wtedy zawrotu głowy.

O nie. Matuszewski nie był człowiekiem skłonnym do egzaltacji. Proszę zwrócić uwagę na datę - rozmowa odbywa się 15 września 1919 r. Uczestniczą w niej najważniejsze osoby w Wojsku Polskim. Tam oczywiście nie pada słowo o złamaniu szyfrów rosyjskich. Ale z dokumentów, które badałem, wynika, że pierwszą dużą partię sowieckich depesz Południowej Grupy XII Armii nasz wywiad rozszyfrował około 12 września i wówczas Kowalewski przygotował raport dla szefa Sztabu Generalnego.

Może to zbieg okoliczności?

Moim zdaniem nie. O takim wydarzeniu jak złamanie szyfrów wroga musiał być powiadomiony wódz naczelny - i dokładnie ci ludzie, którzy uczestniczyli w naradzie 15 września 1919 r. Stawiam hipotezę, że stało się to właśnie wtedy. To wówczas doszła do nich informacja - mamy lustro, wiemy, co robi przeciwnik. Piłsudski i jego rozmówcy wiedzą, że wojna z Rosją bolszewicką jest nieunikniona, zastanawiają się teraz, jak to lustro wykorzystać.

Matuszewski mówi, że jesteśmy tacy silni, że możemy iść na Moskwę, a Piłsudski?

On odpowiada: "Na Moskwę nie pójdziemy, bo cóż my w Moskwie będziemy robić? Moskale pozostaną Moskalami. Musimy uderzyć tam, gdzie ich najbardziej zaboli". Tym czułym miejscem Rosji była wówczas - i jest, jak to widać, po dziś dzień - Ukraina.

Dla Polski powstanie niezależnej Ukrainy jest sprawą życia i śmierci. Od ugody perejasławskiej rozpoczął się proces upadku Rzeczypospolitej i budowania imperialnej potęgi Rosji.

W 1923 r. na wykładzie w Wyższej Szkole Wojennej Piłsudski mówił, że kwestia niepodległej Ukrainy to dla Polski sprawa i polityczna, i strategiczna, bo po pierwsze, bez Ukrainy Rosja nie będzie mocarstwem, po drugie, Polska nie jest w stanie utrzymać szerokiego na blisko 2 tys. km frontu z Rosją. Gdy powstanie niepodległa Ukraina, część tego frontu weźmie na siebie. Pamiętamy, co mówił Jerzy Giedroyc o Ukrainie? A co ostatnio mówił prezydent Wiktor Juszczenko o tym, że nie ma wolnej Ukrainy bez wolnej Polski, tak jak nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy? To przecież to samo. Dopiero teraz jest szansa, że uda się zrealizować testament Marszałka.

ŹRÓDŁO:

Ale z Ukrainą toczyliśmy rok wcześniej krwawą wojnę o Lwów.

A Ukraińców narodowi demokraci i duża część społeczeństwa nazywają wtedy "hajdamakami". Niewielu traktuje poważnie ich aspiracje państwowe. Piłsudski jednak myśli tak: nasze najbardziej nawet krwawe starcia dotyczyły granicy - dalej na wschód czy dalej na zachód przesuniętej. Chodziło o to, do kogo będzie należał Lwów czy Kamieniec Podolski (według naszych intencji) albo Chełm, Przemyśl i Sanok (w myśl najdalej idących wielkoukraińskich planów). W konflikcie z Rosją chodziło zawsze o wiele więcej - o byt całego narodu, o sprowadzenie Polski do roli bliskiej zagranicy - strefy wpływów, "priwislinskiego kraju".

Jednym z przełomowych momentów wojny jest zima 1920 r. 28 stycznia Rosja Sowiecka nagłośniła swoje propozycje pokojowe. Oddawała Polsce terytorium od Dźwińska (Dyneburga) do Kamieńca Podolskiego. To było znacznie więcej, niż Polska uzyskała

po kończącym wojnę traktacie ryskim z 1921. Narodowa Demokracja zawzięcie domagała się przyjęcia tych propozycji. Wojna nie musiała wybuchnąć.

n Musiała. Publicystyka przeciwników politycznych Marszałka, głównie endecji, ale i socjalistów, wskazywała, że wojna była niepotrzebna, że wyczerpała państwo, że Piłsudski chciał wojny i był politycznym awanturnikiem. W Sejmie toczyła się wielka batalia. Decyzja zgodna z wolą Marszałka przeszła niewielką przewagą głosów. Piłsudski mówił, że Rosjanie szykują się do wojny, i nie blefował, ale przecież nie mógł posłom powiedzieć wszystkiego - że wie to na pewno ani tym bardziej, skąd to wie.

Rzeczywiście wiedział wszystko? Front był rozciągnięty na wieleset kilometrów.

Tu musimy posługiwać się trybem przypuszczającym. Nie wszystko się zachowało. Nie udało mi się na przykład odnaleźć kompletu depesz z frontu litewsko-białoruskiego, z najwcześniejszego okresu 1919 i początku 1920 r. Jestem jednak przekonany, że polski radionasłuch tam działał.

Skąd ta pewność?

Kilka przesłanek. Skoro polski radiowywiad prowadził nasłuch na Ukrainie i złamał pierwsze szyfry, to dlaczego nie zrobił tego na Białorusi? I tu, i tam Rosjanie stosowali te same szyfry. Szefem wywiadu frontu litewsko-białoruskiego był płk Józef Beck - późniejszy szef MSZ. On w styczniu 1920 depeszował do Naczelnego Dowództwa o "zwiększonej aktywności sowieckich stacji radiotelegraficznych", o "przejmowaniu całej masy radiodepesz treści niewątpliwie operacyjnej" i dopominał się o skierowanie do dowództwa frontu specjalistów od radiowywiadu.

Kolejna przesłanka. Komunikaty informacyjne Oddziału II Naczelnego Dowództwa z sytuacji na całym froncie, łącznie z litewsko-białoruskim, z początku 1920 r. są niesłychanie precyzyjne. Podawana jest szczegółowa obsada do szczebla pułku, rodzaje uzbrojenia, kalibry artylerii, przebieg kolejnych przegrupowań, luzowania, uzupełnienia itd.

Te informacje mogli zebrać polscy wywiadowcy lub dezerterzy.

Owszem, wiele informacji zyskiwał polski wywiad od żołnierzy - Polaków i Rosjan, którzy przeszli na drugą stronę. Ale tak zwany wywiad osobowy nie mógł obejmować równomiernie całego frontu, nie jest tak metodyczny, dokładny. Iluż musiało być szpiegów, aby polska strona wiedziała, kto dowodzi, kto jest komisarzem politycznym, jakie są stany oddziałów, jakie zapasy amunicji, jakie plany itd. Ugrupowanie - tak zwane Ordre de Bataille - rosyjskich oddziałów na froncie z tego czasu było identycznie rozrysowane na rosyjskich i polskich mapach sztabowych.

To rzeczywiście wygląda jak lustro.

Gdy badałem te dokumenty, pomyślałem sobie tak: "Gdyby Lenin i Trocki, Stalin i Budionny oraz dowódcy frontów na Białorusi i Ukrainie byli agentami polskiego wywiadu wojskowego, to nie byliby tak efektywni, bo nie mieli tak szczegółowej wiedzy". Piłsudski moim zdaniem miał tak dokładne informacje, jakich do jego czasów nie miał żaden dowódca w żadnej wojnie. Wykorzystywał je wspaniale nie tylko w działaniach wojennych, ale i przy podejmowaniu działań politycznych.

Jak?

I tu dochodzimy do zdarzenia, które przez historyków w zależności od sympatii było traktowane w kategorii mistrzowskiego posunięcia albo zbiegu okoliczności. Otóż pod ogromnym naciskiem politycznym Józef Piłsudski w marcu 1920 r. zaproponował stronie rosyjskiej, że rozmowy pokojowe z bolszewikami rozpocznie, ale jako miejsce ich prowadzenia zaproponował miasto Borysów na tak zwanej drodze Smoleńskiej. Rosjanie odpowiedzieli: a może spotkajmy się gdzie indziej? Piłsudski na to, że Borysów to świetne miejsce. Rosjanie deklarują, że gotowi są spotkać się w dowolnym mieście, ale nie w Borysowie. Piłsudski odpowiada, że Borysów jest właśnie takim dowolnym miastem.

O co chodzi?

Otóż Piłsudski już w połowie stycznia 1920 r. zaczął otrzymywać informacje, że dowództwo Armii Czerwonej przerzuca na front polski jednostki z Kaukazu, znad Donu, z Uralu i te, które do tej pory walczyły z "białą" Armią Ochotniczą gen. Antona Denikina. Po co ta koncentracja? Dla rozpoczęcia rozmów pokojowych? Postanowił zagrać. Polski wywiad ustalił, że w Borysowie koncentrowana jest ciężka artyleria. Ciężka artyleria była używana do przerwania frontu, a ukryć ją jest dość trudno. Borysów jest połączony magistralą kolejową ze Smoleńskiem i na tej magistrali pojawiły się w marcu 1920 r. dwa nowe angielskie pociągi pancerne zdobyte na Denikinie.

Piłsudski, mówiąc do bolszewików: "Panowie, porozmawiajmy o pokoju w Borysowie", mówi jak w pokerze: "Uwaga, sprawdzam". Przeciwnik odpowiedział - "pas". Wtedy uzyskał pewność, że Trocki i Lenin robią tylko zasłonę dymną, a w rzeczywistości gotują się do wojny. Dowody na to znajdują się zresztą w rosyjskich archiwach.

Jednak Rosjanie utrzymują do dziś, że chcieli pokoju.

Ale w latach 90. polski badacz Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego odnalazł w rosyjskich archiwach datowany na połowę stycznia rosyjski plan wojny z Polską. Piłsudski miał więc rację. Wiedząc o koncentracji, musiał sam podjąć uprzedzające uderzenie.

ŹRÓDŁO:

25 kwietnia ruszyła wyprawa kijowska.

Dlaczego jednak Piłsudski postawił na Petlurę? Grać na wolną Ukrainę próbowali już Habsburgowie w 1918 r. Niemcy postawili na atamana Pawła Skoropadskiego. Jedni i drudzy przegrali. Ukraina jako państwo była wtedy mirażem.

Piłsudski dobrze kalkulował. O rzeczywistej sile narodowego ruchu ukraińskiego informowali nas jego najwięksi przeciwnicy - bolszewicy i Denikin - którzy walczyli w 1919 r. na Ukrainie i w swej szyfrowanej korespondencji radiowej podkreślali, że panowali tylko w większych miastach. We wsiach rządził Petlura.

Polska armia wkroczyła do Kijowa

7 maja, a już miesiąc później musiała się z niego wycofać. Petlura był w Kijowie tyle co Piłsudski w 1914 r. w Kielcach. Nie był w stanie zorganizować owych dziesięciu dywizji, które być może zaważyłyby na froncie.

Piłsudski nie miał czasu, dlatego że pomylił się w rachubach. W kwietniu zaatakował na południu. Ruszył w kierunku Kijowa, gdy tymczasem siły sowieckie pod dowództwem Tuchaczewskiego koncentrowały się na północy, na Białorusi. To przeczy tezie o jego wszechwiedzy.

Otóż dziś wiem, że nie pomylił się. Przypomnijmy. Polsko-ukraińska ofensywa na Kijów rozpoczyna się 25 kwietnia. Ta data jest ważna, bo zaledwie dwa dni wcześniej, 23 kwietnia, Piłsudski otrzymuje meldunek radiowywiadu, że w rejonie Witebsk - Orsza - Połock nasz nasłuch zarejestrował pięć nowych radiostacji bolszewickich usytuowanych głęboko za frontem. Na razie nie pracowały, jedynie organizowały sieć. Następnego dnia Wódz Naczelny dowiedział się, że działa tam już nie pięć, ale dziesięć stacji - czyli prawdopodobnie dwa dowództwa armii i około ośmiu dywizji. To były nowe siły Tuchaczewskiego grupowane w tajemnicy do wojny z Polską. Piłsudski postanowił przeciwdziałać, mimo że operacja na Ukrainie ruszyła 25 kwietnia. Polskie jednostki miały uderzyć na armię Tuchaczewskiego - metodą kroczącej ofensywy od południa w kierunku północy. Główna polska ofensywa na Białorusi miała ruszyć 17 maja z południa na północ w kierunku Mohylewa, Orszy, a może i Połocka. Uderzyć tam miały jednostki zgrupowane na Polesiu i Białorusi oraz zwolnione z operacji kijowskiej i przerzucone koleją. Tuchaczewski musiałby wtedy walczyć odwróconym frontem i znalazłby się w trudnym położeniu. Jednak wobec tragicznej sytuacji na południu głównodowodzący Armią Czerwoną Sergiusz Kamieniew zaczął słać dramatyczne depesze do Tuchaczewskiego. Rozkaz brzmiał: uderzyć na Polaków natychmiast, aby odciążyć wojska na Ukrainie! Tuchaczewski trochę marudził, mówił, że jest niegotowy, że jednostki są niekompletne, brakuje amunicji, ale ruszył.

Atak sowiecki rozpoczął się 14 maja. Do rozpoczęcia polskiego natarcia zabrakło trzech dni. Być może te trzy dni zdecydowały o losie wolnej Ukrainy. Norman Davies napisał, że gdyby polska ofensywa ruszyła wcześniej, historia mogłaby się potoczyć inaczej.

Może wówczas nasi dowódcy za bardzo zapatrzyli się w lustro, czyli informacje radiowywiadu, a zapomnieli, że mają po prostu za mało żołnierzy?

Są takie sytuacje, że choć widzi się w lustrze karty przeciwnika, niestety okazuje się, że on bez przerwy ma karty mocniejsze. Jednak trzeba nadal grać.

Piłsudski nie docenił Rosji Sowieckiej?

Moim zdaniem zdawał sobie sprawę z jej przewagi. Wiedział jednak, że historia dawała mu unikalną szansę rozegrania karty ukraińskiej, zagwarantowania polskiej niepodległości na dziesięciolecia. Miał do wyboru podjąć ryzyko lub czekać biernie. Zaryzykował.

Wróćmy do lata 1920 r. Kijów stracony. W lipcu oba sowieckie fronty prą do przodu. Armia polska jest w odwrocie i rozsypce.

Tu bym zaprotestował. To nie była rozsypka. Żadna polska armia ani dywizja nie została okrążona i zniszczona. Sami Sowieci byli tym zdziwieni.

Ale sytuacja staje się dramatyczna. W sierpniu politycy myślą o ewakuacji rządu, premier Wielkiej Brytanii David Lloyd George namawia Polaków, by przyjęli propozycje pokojowe Kamieniewa: granica na linii Curzona, czyli Bugu, likwidacja armii i przekazanie uzbrojenia Rosji. W kraju Piłsudski jest obwiniany o spowodowanie klęski.

Jest taka scena z posiedzenia Rady Obrony Państwa 19 lipca, na którym pojawia się przybyły z Poznania ks. Stanisław Adamski, wskazuje palcem na Piłsudskiego i mówi: "Tu jest zdrada". Gazety endeckie piszą, że Piłsudski ma bezpośredni telefon do Moskwy i jego celem jest zniszczenie Polski. Piłsudski wtedy był rzeczywiście załamany. Potrafił się jednak pozbierać.

Czy z militarnego punktu widzenia Polska miała szanse w sierpniu 1920 r. na zwycięstwo, gdy armia Tuchaczewskiego stała pod Warszawą?

Wszyscy realnie myślący szacowali je jako niewielkie. Ogólny potencjał wojskowy obu państw latem 1920 r. nie dawał Polsce szans: Rosja - 5 mln ludzi pod bronią, Polska - ponad 900 tys. Dysproporcja ogromna. Różnica w liczebności bezpośrednio na froncie polskim nie była duża, ale Rosja dysponowała olbrzymim zapleczem. Ponadto Armia Czerwona zwycięża, jest w ruchu, idzie naprzód. Polskie armie są w odwrocie. Na niebywałą skalę szerzy się dezercja. Tysiące polskich żołnierzy z poboru - chłopów - dezerterowało. Uciekało do domu na żniwa.

Pamiętamy legendę studentów, gimnazjalistów i harcerzy, którzy w sierpniu 1920 r. pod Radzyminem heroicznie powstrzymali atakujące bolszewickie oddziały. Oni byli włączani do jednostek z poboru, bo choć zwykle nie umieli dobrze strzelać, imponowali patriotyzmem i podtrzymywali ducha. Nawiasem mówiąc, jeżeli doświadczeni oficerowie decydują, by do boju rzucić 16-letnich wyrostków, to jest to sytuacja ostateczna.

Spójrzmy na siłę przeciwnika - dowodzi Michaił Tuchaczewski, jeden z późniejszych najwybitniejszych sowieckich teoretyków wojny. Razem z nim w szeregach Armii Czerwonej walczy około 30 tys. doświadczonych oficerów carskich, dywizjami i armiami dowodzą absolwenci Nikołajewskiej Akademii Sztabu Generalnego. Wojsko jest nieźle uzbrojone i wyposażone, bo w Rosji nadal pełną parą pracują wystawione przez Francuzów przed I wojną światową fabryki broni i amunicji. Rosjanie mieli też dużo nowoczesnego sprzętu po interwentach.

ŹRÓDŁO:

Tymczasem w Polsce tego czasu produkowano tylko bagnety i skorupy granatów, wszystko trzeba sprowadzać, a transporty broni są blokowane przez zachodnioeuropejskie ruchy komunistyczne, związki zawodowe. Strajkują dokerzy w Gdańsku, transporty blokują Niemcy i Czechosłowacja.

A nasza łączność?

Właśnie, to jeden z atutów, każda dywizja dysponuje końcówką przewodu telegraficznego. Rozmów telegraficznych nie można podsłuchać jak korespondencji radiowej, chyba że przeciwnik włączy się bezpośrednio na linię.

Jeszcze do 13 sierpnia 1920 r. wydawało się, że już przegraliśmy?

Dlatego Polska wbrew stanowisku Piłsudskiego godziła się na tak upokarzające warunki pokoju jak propozycja konferencji w Spaa, czyli przyjęcie granicy na linii Curzona. Chodziło o chwilę oddechu, o chwilowy rozejm, o zatrzymanie Armii Czerwonej. Prezydent Czech Tomasz Masaryk przestrzegał Zachód, by już nie angażował się w obronę Polski, bo sprawa jest stracona i "zniszczy to autorytet mocarstw".

Jakie znaczenie miało powstrzymanie przez polską armię Tuchaczewskiego na przedmieściach Warszawy 14 i 15 sierpnia?

Z punktu widzenia morale polskiej armii było bardzo ważne. Dało też czas Piłsudskiemu na przygotowanie kontr-ofensywy, która ruszyła znad Wieprza. Musimy pamiętać, że losy wojny ważyły się wówczas nad Wieprzem, a nie pod Radzyminem. Porażka nie zrobiła większego wrażenia na sowieckim dowództwie. Rosjanie przygotowywali kolejny atak. Warszawę od północy otaczały trzy rosyjskie armie: III, XV i IV oraz korpus konny Gaja Bżyszkiana, które miały powtórzyć manewr marszałka Iwana Paskiewicza z 1831 r. i po przejściu Wisły zaatakować Warszawę od zachodu.

Nic nie było przesądzone. Kontratak przygotowany przez Piłsudskiego znad Wieprza 16 sierpnia, który w ostatecznym rozrachunku rozbił front Tuchaczewskiego, był manewrem skrajnie niebezpiecznym. On uderzał co prawda na słabe ugrupowania sowieckie - czyli Grupę Mozyrską - ale w każdej chwili na tyły i skrzydło jego wojsk mogła uderzyć z kolei 1. Armia Konna.

Czym była Konarmia?

My postrzegamy ją jako masy kozaków wymachujących szablami, których tak wspaniale opisał Izaak Babel. Ale to wówczas była najlepiej wyposażona jednostka Armii Czerwonej. Konarmia to nie tylko kozacy i taczanki, ale świetna artyleria, zwiad lotniczy, pociągi pancerne. Łącznie, gdy szła na polski front, liczyła ponad 30 tys., z tego 16 tys. liniowego żołnierza, tzw. szabel. Coś jeszcze. Miała przeszło 30 radiostacji polowych. Więcej niż cała polska armia. To dawało jej możliwość utrzymania łączności i dowodzenia w ruchu, a ruch był jej atutem.

Skąd u Rosjan takie zamiłowanie do łączności radiotelegraficznej?

Na takich przestrzeniach, w jakich toczyła się wojna domowa, jaka łączność jest najlepsza? Rosjanie byli zresztą jednymi z pionierów radiotelegrafii. Aleksander Popow budował radiostacje już w końcu XIX w., a na początku XX wieku w Rosji był już rozwinięty przemysł radiotechniczny. Natomiast na stosunkowo niskim poziomie stała sztuka szyfrowania i kryptoanalizy. Bolszewicy stosowali procedury z okresu I wojny światowej. Oczywiście zmieniali często swoje szyfry, najczęściej raz na dwa tygodnie. Na przykład zajęcie Kijowa w maju 1920 r. zostało opóźnione, bo Sowieci na początku maja zmienili szyfry i nasi kryptoanalitycy potrzebowali czasu, by je złamać i odczytać szyfrogramy informujące, że wycofują się z miasta.

Najnowsze zdobycze sztuki maskowania w radiotelegrafii stosowała Kon-armia: specjalne oznaczenie kwadratów map, kryptonimy dywizji, zmieniane często sygnały wywoławcze radiostacji. To wszystko było utrudnieniem w łamaniu jej szyfrów i odczytywaniu jej korespondencji. Ale nasi sobie z tym radzili.

Czy jakieś szyfry stanowiły szczególną trudność dla polskiego wywiadu?

Polskie Biuro Szyfrów ma w ewidencji około stu szyfrów złamanych i zdobytych podczas wojny w latach 1919--20. Były szyfry łatwiejsze i trudniejsze. Najtrudniej było odczytać systemy z tzw. homofonami - czyli zdublowanymi (zwielokrotnionymi) oznaczeniami poszczególnych liter, systemy kombinowane literowo-sylabowe. Nie można było wówczas zastosować wspomnianej już metody badania frekwencji liter. Trudne były też systemy kombinowane oparte na jednoczesnym stosowaniu kodów i szyfrów. Przypomnijmy, pierwszy z nich polega na tym, że całe wyrazy zastępowane są grupą cyfrową, a w szyfrach - poszczególne znaki (litery i cyfry) lub sylaby. Wreszcie Rosjanie stosowali metody wtórnego szyfrowania, gdy tekst ulegał dwukrotnemu przekształceniu. Bardzo skomplikowany był szyfr sowieckiej siatki szpiegowskiej wysyłającej przez agentów meldunki z terenu Polski - m.in. jeden z kluczy był oparty na fragmencie "Warszawianki", pieśni rewolucyjnej - ale szyfry tej siatki też zostały złamane.

Wiadomo, że w sierpniu 1920 r. na korzyść Piłsudskiego przemawiało to, że dowództwo frontu południowo-zachodniego rywalizowało z Tuchaczewskim. Czy chodziło tylko o osobisty konflikt między komisarzem tego frontu Józefem Stalinem a Tuchaczewskim?

Powody były głębsze. Wojska Tuchaczewskiego to armia technokratyczna, oczko w głowie Trockiego, twórcy idei organizowania Armii Czerwonej przez carskich generałów i sztabowców - słowem fachowców. Front południowo-zachodni jest zdominowany przez tzw. grupę carycyńską - bolszewickich dowódców, którzy wzięli udział w obronie Carycyna (Stalingradu, czyli Wołgogradu) przed "białymi" kozakami. Na obronie Carycyna buduje swoją legendę Stalin, Kliment Woroszyłow, Siemion Budionny. Wielu oficerów frontu południowego to podoficerowie dawnej carskiej armii. Oni nie po to rżnęli w 1917 r. swoich dowódców, żeby teraz służyćw Armii Czerwonej pod dowództwem byłych oficerów: Kamieniewa, Lebiediewa, Szapisznikowa i Tuchaczewskiego! Stalin ma też inne plany co do Polski.

Jakie?

Z Tuchaczewskim idzie rząd rewolucyjny z Feliksem Dzierżyńskim i Julianem Marchlewskim na czele. Oni uważają, że Polska stanie się kolejną republiką radziecką. Część rządu to ideolodzy bardzo zdziwieni tym, że wbrew teorii komunizmu polscy robotnicy i chłopi walczą na froncie i nie opowiadają się po stronie Armii Czerwonej.

Natomiast Stalin w czerwcu pisze do Lenina, że Polska "nie zasługuje na zaszczyt włączenie do Rosji Radzieckiej jako republika", i proponuje, by stała się tylko radzieckim satelitą. Czyli dla niego to jakby wojna kolonialna.

ŹRÓDŁO:

To była wojna okrutna. Polacy też nie są aniołkami, ale Konarmia prowadziła wojnę totalną. Kozacy rzadko brali jeńców. Wymordowali jeńców w Żytomierzu, w zdobytym Berdyczowie spalili szpital polowy wraz z 600 rannymi i personelem.

Stalin rywalizuje też z Tuchaczewskim o to, kto poniesie pochodnię rewolucji do Europy. Skoro Tuchaczewski ma zdobyć Warszawę, Stalin chce zdobyć inne ważne miasto - Lwów. Skoro Tuchaczewski ma rozniecać rewolucję w Niemczech, to Stalin z Budionnym chcą ją rozniecać na Węgrzech i w Austrii. Dlatego Budionny pod wpływem Stalina ignoruje rozkazy marszu na Warszawę. Nie podporządkował się Tuchaczewskiemu.

To historycy wiedzą...

Ale nie wiedzą, że Piłsudski doskonale sobie z tej sytuacji zdawał sprawę. Jest dokument z 19 sierpnia świadczący o tym, że wszelkie kontrowersje na szczytach sowieckiego dowództwa śledził porucznik Kowalewski i bezpośrednio o nich informował Wodza Naczelnego.

Oto co pisze Kowalewski: „Tuchaczewski wydał dyrektywę nr 361/op dn. 16 VIII br 1 Armii Konnej, by szła na Włodzimierz Wołyński. Następnego dnia o 1.20 Budionny odpowiedział radiotelegraficznie dowódcom Zachodniego i Południowo-Zachodniego Frontu oraz Główno-dowodzącemu [Sergiusz Kamieniew], że »ze względu na będący w wykonaniu rozkaz zdobycia Lwowa oddziały znajdują się 15 wiorst od miasta i nie mogą być wycofane z walki «”. To oznacza niewykonanie rozkazu. W eter płyną kolejne rozkazy, toczy się bitwa pod Warszawą, a Budionny i Jegorow ich nie wykonują. W końcu do dyskusji włącza się sam Lew Trocki i 17 sierpnia osobiście podpisuje dyrektywę, domagając się od Budionnego wykonania rozkazu. To wszystko śledzi polski radiowywiad. Choć Marszałek był ostrożny, część jego wojsk - 3. armia - cały czas mogła się zwrócić przeciwko Budionnemu, ale to oznaczałoby osłabienie ofensywy na północ.

19 sierpnia Piłsudski wie już, że wygrał?

Tak, jest już za Bugiem. Budionny zawrócił spod Lwowa i ruszył na północ, gdy już było za późno. Utknął pod Zamościem i został pobity w kawaleryjskiej bitwie pod Komarowem.

Co by jednak było, gdyby Budionny od razu wykonał rozkaz i poszedł w sukurs Tuchaczewskiemu?

Niewykluczone, że tak jak obecnie Ukraina usiłowalibyśmy wybić się na pełną niepodległość, a może po eksterminacji inteligencji bylibyśmy jak Białoruś?

Ale przecież Rosjanie w przededniu bitwy warszawskiej mieli też swój, i to dość skuteczny, wywiad. Co wiedzieli o przygotowaniach Piłsudskiego?

Dużo, choć nie wszystko. Przy zabitym w okolicy Dubienki oficerze łącznikowym majorze Drojowskim znaleźli rozkazy o przegrupowaniu wojsk polskich 3. i 4. armii nad Wieprzem. To był opis przygotowanej przez Piłsudskiego kontrofensywy.

Tuchaczewski postąpił niefrasobliwie i informacje zlekceważył?

Tak opisywali tę sytuację historycy. Otóż szyfrogram, o którym wcześniej mówiliśmy, informował też o przejęciu "naszego rozkazu" przez XII sowiecką armię i to był właśnie bezpośredni powód wydania przez Tuchaczewskiego ponaglającego rozkazu Budionnemu. Inna sprawa, że Tuchaczewski nie docenił siły polskiego uderzenia i zbyt późno wydał rozkaz odwrotu. Jeszcze

18-19 sierpnia IV sowiecka armia usiłowała zdobyć Płock. Lenin zaś jeszcze

19 sierpnia pouczał Marchlewskiego i Dzierżyńskiego, by koniecznie nie zapomnieli o przeprowadzeniu reformy rolnej, a oni już z całym Polskim Komitetem Rewolucyjnym wiali na wschód.

Skoro, jak Pan twierdzi, łączność radiotelegraficzna była tak rozpowszechniona w armii sowieckiej, to dlaczego nikt owej IV armii nie zawiadomił, że bitwa nad Wisłą jest już przegrana i trzeba uciekać?

Bo nasz wywiad znał dobrze procedury łączności Armii Czerwonej. Wiedziano na przykład, że z dwóch radiostacji, jakie posiadało dowództwo IV armii, jedną utraciła ona w Ciechanowie. Pozostała druga, znajdująca się wówczas w marszu na zachód. Wiedziano, że w ciągu kilku godzin zatrzyma się i nawiąże łączność, a wówczas odbierze rozkaz odwrotu. Przekazanie Rosjanom fałszywych rozkazów byłoby ujawnieniem informacji, że "znamy wasze szyfry". Postanowiono zrobić coś innego. Warszawska stacja radiowa została dostrojona do pasma 880 metrów, na którym nadawała sowiecka radiostacja frontu zZachodniego z Mińska i zmieniający się radiotelegrafiści przez 36 godzin stukali morsem depeszę, zagłuszając Rosjan. Konkretnie nadawali biblijną Księgę Rodzaju. "Na początku było słowo, a słowo było u Boga...". Dlatego IV armia nie odebrała rozkazu odwrotu i częściowo została rozbita, częściowo internowana w Prusach.

Czy sowieckie dowództwo zdawało sobie sprawę z tego, że w czasie wojny polsko-bolszewickiej polscy kryptoanalitycy złamali ich szyfry?

n Jak powiedziałem, to była jedna z najbardziej strzeżonych tajemnic polskiej armii. Jest jednak pewien dowód na to, że Sowieci coś podejrzewali. W 1928 r. ukazała się niepozorna książeczka autorstwa Mieczysława Wyżła-Ścieżyńskiego "Radiografia jako źródło informacji o nieprzyjacielu" wydana przez Garnizonowe Koło Towarzystwa Wiedzy Wojskowej w Przemyślu. To dziś biały kruk. W Centralnej Bibliotece Wojskowej zachował się jeden egzemplarz z wyrwaną zawartością. Mnie udało się zdobyć egzemplarz cudem. Najwyraźniej ktoś je z bibliotek zabierał. Tam są przykłady skutecznego działania polskiego radiowywiadu. Wiemy, że tę broszurkę zdobył wywiad bolszewicki i w 1929 r. została natychmiast przetłumaczona na rosyjski, a w Rosji Sowieckiej zaczęła się dyskusja nad tym, czy Armia Czerwona nie powinna w ogóle zrezygnować z radiotelegrafu.

ŹRÓDŁO:

Czyli wiedzieli?

Podejrzewali, ale nie uwierzyli. Największy radziecki autorytet w sprawach radiotelegrafii marszałek Iwan Pieriesypkin w latach 60. polemizował z książką Ścieżyńskiego i napisał, że informacja o tym, że Polacy złamali szyfry podczas wojny 1920 r., jest mało wiarygodna. Uważał, że polskiemu wywiadowi udawało się jedynie przejmować depesze jawne nadawane tzw. clairem, a co do depesz szyfrowych - to on wątpi.

Doceniło to oczywiście nasze dowództwo. W 1921 r. szef Sztabu Generalnego gen. Władysław Sikorski dekorował porucznika Kowalewskiego Krzyżem Virtuti Militari, powiedział do niego: "To za wygraną wojnę" i zmrużył oko.

Porucznik Kowalewski po wojnie podsłuchiwał coś jeszcze?

n Oczywiście. Jego podwładni kontrolowali rosyjską korespondencję dyplomatyczną podczas konferencji w Rydze, a on został szefem wywiadu Dowództwa Ochrony Plebiscytu na Śląsku i stał na czele wywiadu III powstania śląskiego - tam najprawdopodobniej zajmował się łamaniem szyfrów niemieckich. Od 1923 r. zaś tworzył służby kryptograficzne w Japonii. Otrzymał najwyższy order imperium - Order Wschodzącego Słońca V klasy. Przez pewien czas Polska wspólnie z Japonią prowadziła nasłuch korespondencji Rosji Sowieckiej z terenu kontrolowanej przez Japonię Mandżurii. Ta współpraca wywiadów polskiego i japońskiego owocowała jeszcze w latach II wojny światowej. Polscy wywiadowcy byli zakamuflowani w placówkach dyplomatycznych państwa Mandżuko kontrolowanego przez Japonię, a kanały dyplomatyczne japońskiego attachatu w Berlinie służyły przerzucaniu polskich przesyłek wywiadowczych do Szwecji i stamtąd do Wielkiej Brytanii.

Przecież była wojna, oficjalnie byliśmy wrogami.

Ale wywiady prowadzą własną politykę.

Widać Kowalewski kiepsko zorganizował kryptografię japońską, bo Japończycy szyfrów amerykańskich nie złamali.

Ale Japończykom chodziło wtedy o szyfry sowieckie. Amerykanie depesze szyfrowali i dodatkowo tłumaczyli na ginący język Indian Nawaho, który jest niepodobny do żadnego innego języka. W armii amerykańskiej służyli Indianie z tego plemienia. Byli tak cenni, że każdym z nich opiekował się wywiadowca. Nie tylko po to, żeby ich chronić, ale żeby zabić, gdyby mogli wpaść w ręce wroga.

Na ile to, co polski wywiad robił w latach 20., wpłynęło na działalność tych polskich kryptologów, którzy rozszyfrowali Enigmę?

W końcu lat 20. rozpoczęto na uniwersytecie w Poznaniu rekrutację ludzi, którzy znali niemiecki, potrafili myśleć po niemiecku i jednocześnie byli świetnymi matematykami. Wśród nich byli: Marian Rejewski, Henryk Zygalski i Jerzy Różycki. Wiadomo, że już od początku lat 20. polskie Biuro Szyfrów usiłowało łamać szyfry niemieckie tzw. transpozycyjne i podwójnych dzielników. Były to inne systemy szyfrowe niż rosyjskie. O łamaniu niemieckich szyfrów świadczy choćby prośba o pomoc w tym zakresie skierowana do Francji na początku 1920 r.

Czy przyszli łamacze kodów Enigmy zetknęli się z pracownikami Biura Szyfrów z wojny polsko-bolszewickiej?

Oczywiście. Marian Rejewski w swoich wspomnieniach mówi, że zajęcia z kryptografii prowadził z nim prof. M. Chodzi o profesora Stefana Mazurkiewicza, którego w czasie wojny wraz z innymi matematykami Kowalewski wciągnął do Biura Szyfrów. Kowalewski był zresztą mężem pierwszej żony Mazurkiewicza. Prof. Mazurkiewicz został prorektorem Uniwersytetu Warszawskiego, jednym z najwybitniejszych teoretyków rachunku prawdopodobieństwa i topologiem (to nauka o teorii pola). Rejewski nie użył w swej relacji nazwiska profesora, bo mimo iż zapewne wiedział, co się z nim stało (Mazurkiewicz zmarł z wycieńczenia po Powstaniu Warszawskim), obawiał się, że samo wspomnienie o jego pracy w II Oddziale może zaszkodzić rodzinie lub imieniu profesora.

Bez sukcesu polskiej kryptografii z wojny polsko-bolszewickiej nasi kryptografowie nie złamaliby Enigmy. To uzmysłowiło polskim władzom wojskowym, jak ważny jest to oręż. Dlatego prace polskiego Biura Szyfrów były rozwijane systematycznie od 1919 r., dlatego takim nakładem stworzono ośrodek kryptografii w Pyrach, gdzie polscy naukowcy zajmowali się niemieckimi metodami szyfrowania i zbudowali model Enigmy.

Sukcesy polskich kryptologów nie uchroniły nas od klęski w 1939 r.

Wojny jak gry w pokera nie wygrywa się samym lustrem, do prowadzenia licytacji potrzebne są jeszcze silne karty. Niemniej znajomość Enigmy pomogła aliantom wygrać wojnę.

* Dr Grzegorz Nowik, wicedyrektor Wojskowego Biura Badań Historycznych, redaktor naczelny kwartalnika „Przegląd Historyczno-Wojskowy”, członek zespołu opracowującego dokumenty wojny polsko-bolszewickiej 1919-20, autor książki „Zanim złamano »Enigmę «... Polski radiowywiad podczas wojny z bolszewicką Rosją 1918-1920”, której promocja odbędzie się w rocznicę bitwy warszawskiej w Łazienkach Królewskich.

Czy kiedyś zaczniemy się doceniać?