Świdnica - Znikający poborowi

Młodzi mężczyźni nie stawiaja się na wezwania, bo wyjechali za granicę.
Na Dolnym Śląsku wojskowe komendy uzupełnień poszukują już prawie 10 tysięcy młodych mężczyzn. To ci, którzy nie stawili się na komisji wojskowej, nie zgłosili nigdzie, że wyjeżdżają. Liczba znikających bez śladu poborowych rośnie lawinowo. W 2004 roku na liście było dwa tysiące nazwisk. Rok później poszukiwano 4 tysiące, w 2006 - 8 tysięcy poborowych.

- Problem nasila się od momentu otwarcia granic - mówi major Leszek Nowicki z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego we Wrocławiu.
Przypuszcza, że młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy, z konsekwencji, jakie ich czekają.
- Za uporczywe uchylanie się od służby grożą dwa lata pozbawienia wolności - informuje major Nowicki.
- Wyjechałem do Irlandii, bo kolega załatwił mi pracę. Wiedziałem, że wojsko mnie ściga, ale nie zastanawiałem się ani minuty - opowiada 24 - letni Michał z Jeleniej Góry. Jego mama nie odebrała wezwania z wojska. Michał nigdzie nie zgłosił, że go nie będzie w kraju. Nie wiedział, że można to tak załatwić. Był w domu na święta, ale do komendy uzupełnień nie poszedł. Boi się, że wręczą mu od razu bilet i poślą w kamasze.
Podobne obawy mają i inni. W regionie jeleniogórskim WKU poszukuje około 1,5 tys. mężczyzn. W Legnicy szuka 1,1 tys., a w Świdnicy aż 2,5 tys. osób.
Tymczasem sprawę można bardzo łatwo załatwić. Wystarczy przed wyjazdem zgłosić się w magistracie i podać tymczasowy adres.
- Wtedy urząd nas o tym zawiadamia - tłumaczy major Jarosław Szymański z jeleniogórskiej Wojskowej Komendy Uzupełnień.
W takich przypadkach wojskowi czekają na poborowego do jego powrotu. Nikt nie będzie wysyłał mu wezwań do Dublina, Londynu, Berlina czy innego miasta. Także żandarmeria nie zamierza ścigać poborowych za granicą. Dlatego nie powinni oni mieć obaw przed zgłoszeniem w magistracie zmiany miejsca zamieszkania.
Szymański dodaje, że ma świadomość, iż część z tych osób nie ucieka przed wojskiem, a jedzie za chlebem dla całej rodziny. To nie jest jednak żadnym usprawiedliwieniem zaniechania formalnego załatwienia sprawy wojska.
Jeśli poborowy nie zgłosił zmiany adresu, mogą czekać go kłopoty. Bowiem obowiązek odbycia służby wojskowej, która trwa 9 miesięcy, jest ważny do 50 roku życia.
- Po wyczerpaniu wszystkich naszych możliwości kierujemy sprawę do prokuratury - zaznacza major Nowicki. Wówczas śledczy prowadzą postępowanie i sprawdzają, czy rzeczywiście dana osoba uporczywie uchyla się od służby. Jeśli tak, to za kratki może trafić nawet na dwa lata. Teoretycznie. W praktyce często takie sprawy są umarzane. Trudno bowiem udowodnić, że ktoś wyjechał, aby uniknąć wojska.
- Teraz o wojsku mało kto myśli, ważne jest, by dobrze zarobić - mówi 23-letni Jarek, który pracuje w Irlandii razem z Michałem.
Problemy poborowych skończą się w 2010 roku, gdy Polska będzie miała zawodową armię.
- O ile ten termin zostanie dotrzymany - zaznacza Leszek Nowicki.

Katarzyna Wilk - POLSKA Gazeta Wrocławska

Eheheh WKU szukaj wiatru w polu

Ja tam mam już to dawno za sobą tylko zmarnowany rok życia i zmarnowane pieniądze podatników co roku. Niech sie zawodowi biorą za sprzątanie, drużynke i inne pierdoły a nie ludziom tylko życie utrudniają

 

Bez tematu "FALOWO"

Cytat:

| Miła (przemiła) osoba chcąca być znana jako : Michal "Chmiel"
Chmielarz
|   uczynił wnikliwą odpowiedź ( nie cyniczną )

| Kraj PAP/ 2001-04-24 16:22:22

| Dziadki chodziły po kotach: Wyrok w zawieszeniu

|      Kary od 1,5 roku więzienia w zawieszeniu do 3 miesięcy
ograniczenia
| wolności orzekł we wtorek Wojskowy Sąd Garnizonowy w Szczecinie wobec
16
| byłych
| lub obecnych żołnierzy jednostki wojskowej w Wałczu skarżonych o falę.
| [................]
| Wojskowa Prokuratura garnizonowa w Koszalinie przedstawiła dwóm
chorążym,
| dwóm
| plutonowym, 12 kapralom oraz jednemu starszemu szeregowemu blisko 200
| zarzutów.
| W okresie od listopada 1998 do lutego 1999 przygotowali oni w
jednostce w
| Wałczu grupę żołnierzy do podstawowej służby wojskowej. Według aktu
| oskarżenia,
| przygotowania związane były ze znęcaniem się nad żołnierzami.

| Oprocz st. szeregowego , reszta to podoficerowie i chorazowie - gdzie tu
| jest fala?

| Żołnierze musieli wykonywać pompki (nawet do 100 takich ćwiczeń),

| Musieli? Oni powinni wykonywac pompki - nie widze znamion fali...

| biegać z  plecakami po schodach,

| A jak powinni sie poruszac?  Bieganie rowniez nie wyglada mi na fale....

| stać przez dłuższy czas z maskami gazowymi na twarzy.

| Stac? A powinni biegac, skakac, czolgac sie w maskach... toz to
szkolenie
| pchem - to nie fala....

| Niektórym rekrutom kazano sprzątać specjalnie zanieczyszczane
wcześniej
| korytarze,

| Kazdy kto byl w wojsku, wie, ze z czestego niedostatku srodkow
czyszczacych
| podloge najlepiej czyscilo sie piaskiem.... - nie widze tu fali.....

| rozrzucano im pościel na łóżkach.

| Toc to juz na obozach harcerskich robi sie "piloty" gdy lozko zle
| zaslane....- to fala????

| Według aktu oskarżenia, były
| wypadki sprawdzania "wytrzymałości" rekrutów, którzy musieli kłaść się
na
| korytarzu, a podoficerowi chodzili po nich.

| Czyli pokonywanie OSF-u przez zolnierzy tez jest fala? - ciekawe.....
tam
| sie tez biega po innych....

| Akt oskarżenia mówił również o wypadkach zmuszania do wykupywania
listów,
| uzależniania zakupów w kantynie od odpowiedniej gratyfikacji. Od
| gratyfikacji
| uzależnione było także wydawanie przepustek. Według prokuratury, były
| także
| wypadki ubliżania żołnierzom, uderzania ich wyciorami od karabinów,
| wymuszania
| łapówek za lżejsze ćwiczenia.

| TO JEST DZIALALNOSC PRZESTEPCZA, WYMUSZENIE a nie fala....

| Michal "Chmiel" Chmielarz

|   Wielce przemiły Panie Michale :-)
|   Wcale ten tekścik nie jest mojego autorstwa , poza "bez tytułu falowo"
|   Raczył Pan skomentować wiadomość PAP , podaną w Onecie.

|   Pozwoli Pan  , ja Pana komentować nie będę :-) z cała atencją dla tak
|   przemiłego miłosnika militarystyki .
|   Przedstawię jedynie wypowiedź zamieszczoną piętro(linijkę)pod spodem:)

|  Jestem oficerem rezerwy W.P. i moje zdanie jest takie:

|  Istnienie "fali" w Wojsku Polskim jest - niestety - WIELKIM DOWODEM
slabosci
| naszej armii. NIKT NIE MOZE SOBIE Z TYM PORADZIC - od ministra Obrony
| Narodowej, do kaprala. TO JEST PO PROSTU SKANDAL !!! Armia, w ktorej
| istnieje "fala" - a zatem przejawy nienawisci jednych zolnierzy, wobec
innych Z
| TEGO SAMEGO SZEREGU - jest dokladnie armia DO NICZEGO !!! JEST TO ARMIA,
JAKBY
| Z GORY PRZEZNACZONA DO NATYCHMIASTOWEGO WYBICIA W PIEN PRZEZ KAZDEGO WROGA
!
| DOKLADNIE ! Bardzo latwo to uzasadnic, choc szczuplosc miejsca na
komentarz to
| utrudnia. Jezeli Ministerstwo Obrony Narodowej RP, jak tez poszczegolne
| szczeble dowodzenia w Wojsku Polskim NIE SA STANIE poradzic sobie z fala,
to
| PANOWIE MINISTROWIE O.N. i PANOWIE OFICEROWIE W.P. ! Wy sie w wojsko TYLKO
| BAWICIE, jak rowniez bawicie sie z Przymierzem Polnocnoatlantyckim,
poniewaz o
| nowoczesnej armii NIE WIECIE PRAKTYCZNIE NIC ! (By nie powiedziec
dosadniej.)
| Powyzszy komentarzyk dedykuje Panu Ministrowi Romualdowi Szeremietiewowi -
| mojemu niezapomnianemu, politycznemu przyjacielowi w Polsce.

| (Jerzy Wiechowski, Calgary, Kanada

|  Wypowiedź ta znajduje się w Onecie jako wypowiedź  na temat dyskusji
|  w poruszanej sprawie.
|  Miłego dnia Panu życząc

|  JULIUSZ
Jasne, tez uwazam , ze polityczni wladcy MON to banda darmozjadow ale pan
Jurek chyba nie widzial jak wyglada np. bootcamp w US Army.....
_____________________
Michal "Chmiel" Chmielarz

_________________________________________________________



    | Miła (przemiła) osoba chcąca być znana jako : Michal "Chmiel"

Cytat:  ( z pewnością nie cynicznie)




    Jasne, tez uwazam , ze polityczni wladcy MON to banda darmozjadow
    nie ojczyzny tylko Ojczyzny .....
    nie chcesz to nie idz.

    Tak Panie michale , wygląda na to iż nie wszyscy pałają takim entuzjazmem
    jak Pan czy ja do.......i nie wszyscy podzielają Pana zapał i dość
     specyficzne pojęcie "Fali" a i szkolenia jakie Pan uważa za stosowne...
    Może i tym razem "raczy" Pan skomentować tą wiadomośc PAP ? w nawiązaniu
    do całości tematu  "FALOWO" , tak mile i ładnie Pan to robi i z taką
    dozą wdzięku :)  i wnikliwości.  

      Uniknąć wojska za łapówkę

     Dolnośląska policja zatrzymała 27 osób, zamieszanych w aferę łapówkarską w
wałbrzyskiej Wojskowej Komendy Uzupełnień. W sumie w sprawie podejrzanych jest
80 osób.

    Wśród zatrzymanych są: lekarze, pracownicy WKU oraz niedoszli
poborowi. "Wśród 27 zatrzymanych kilka dni temu jest jeden lekarz, który
zajmował się wystawianiem zaświadczeń o niezdolności do służby wojskowej" -
mówił w czwartek podczas konferencji prasowej kom. Sławomir Cisowski, rzecznik
dolnośląskiej policji. Tego typu "usługa" kosztowała od kilkuset do 2-3 tys. zł.

Wcześniej, gdyż śledztwo w tej sprawie jest prowadzone od roku, prokuratura
zatrzymała dwóch innych lekarzy, dwóch pracowników Wojskowej Komendy Uzupełnień
oraz kobietę, która zajmowała się pośredniczeniem w załatwianiu pomyślnie
spraw. W sumie w sprawę zamieszanych jest 80 osób i tylu też osobom prokuratura
postawiła już zarzuty.

Prokuratura Okręgowa w Świdnicy postawiła wszystkim podejrzanych
zarzuty: "czynnego łapówkarstwa" oraz "poświadczenia nieprawdy w dokumentach
medycznych". Za tego typu działalność grozi tym, którzy przyjmowali łapówki do
10 lat pozbawienia wolności, a tym, którzy dawali od 3 miesięcy do 5 lat.  

  Ciekawe dlaczego ktoś płacił za możliwość uniknięcia osobistego  
  doświadczenia odnośnie wojska a i może "fali"??? z autopsji :-)    
  Pozdrawiam serdecznie

   Juliusz

   ps.Pan wybaczy , szkoda ciąć Pana tekstów , są takie wartościowe:-)  

jak powstawała Festung Brieg

Hans Schulz, Oblężenie Brzegu w roku 1807

z Czasopisma Towarzystwa Historii i Starożytności Śląska (Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Altertum Schlesiens), Rocznik 1900

Jesień roku 1806 przyniosła pruskiej armii druzgocące klęski. Na ziemiach pruskich, które już dawno nie zaznały nieprzyjaciela, stał oto Napoleon, a chwała pruskiego oręża epoki fryderycjańskiej odeszła w przeszłość. Zwycięzca podążył za upokorzonym królem (pruskim) aż na daleki, północnowschodni kraniec państwa (Fryderyk Wilhelm III schronił się w Kłajpedzie), powierzywszy zajęcie południowozachodniej połaci państwa swemu bratu Hieronimowi oraz armii złożonej głównie z wojsk bawarskich i wirtemberskich. Śląsk był źle przygotowany do stawienia czoła nieprzyjacielowi. Niedostateczna współpraca między władzami cywilnymi i wojskowymi, niedbałość i nieudolność sprzyjały przeciwnikowi. 21. listopada generał major książę von Anhalt-Pleß został mianowany gubernatorem Śląska, a następnego dnia komendanci śląskich twierdz (Brzegu, Głogowa, Kłodzka, Koźla, Nysy, Srebrnej Góry, Świdnicy i Wrocławia) otrzymali rozkaz uporczywej obrony powierzonych im placów, za co ręczyć mieli głową. Minmo to już 3. grudnia padł Głogów, a 7. nieprzyjaciel zamknął pierścień oblężenia wokół Wrocławia, którego gubernatorem był generał major von Thile. W celu uderzenia na prawe skrzydło księcia von Pleß, gdyby ten usiłował przyjść z odsieczą Wrocławiowi, do Oławy odkomenderowano generała Montbruna wraz z trzema pułkami wirtemberskiej kawalerii, wzmocnionymi wkrótce 2. pułkiem piechoty Kronprinz Następca Tronu pod dowództwem podpułkownika von Dallwigka. Niebawem dołączył generał hrabia Minucci z 2. batalionem 3. bawarskiego pułku piechoty. Cztery wirtemberskie kompanie zajęły Ścinawę Polską, wioskę położoną między Oławą a twierdzą Brzeg, ku której wysunięto piechotę z bawarskiego pułku piechoty Kronprinz i wirtemberskich jegrów jako forpoczty. Wirtemberska kawaleria rozlokowana była w Oławie i Godzikowicach, pozostałe jednostki, w tym wirtemberska sześciofuntowa bateria artylerii konnej (wyposażona w sześciofuntowe działa), biwakowały między Ścinawą Polską a Oławą. Zgodnie z planem księcia von Pleß z Brzegu miał wyruszyć w stronę Oławy oddział piechoty złożony ze 100 jegrów i strzelców z Brzegu i Koźla, 40 cieśli, do tego 100 koni i 4 3-funtowe działa z zadaniem zerwania tam mostu odrzańskiego i obsadzenia mostu na Oławie. 29. grudnia o czwartej nad ranem odrzucono (wirtemberskie) forpoczty i zajęto Ścinawę Polską, jednak wobec niespodziewanej przewagi nieprzyjaciela Prusacy musieli się wycofać do Brzegu, ponosząc dotkliwe straty. Ponieważ gubernator Wrocławia nie spełnił swojej powinności, podjęta przez księcia von Pleß próba odsieczy zakończyła się niepowodzeniem. 5. stycznia śląskie miasto stołeczne i rezydencjonalne (oficjane określenie Wrocławia) skapitulowało, a 7. Hieronim , który przybył pośpiesznie w tym celu z Polski, wkroczył do zdobytego miasta na czele swych wojsk oblężniczych. Jeszcze tego samego dnia bawarska dywizja generała lejtnanta Deroy`a otrzymała rozkaz blokady Brzegu.

Brzeska twierdza, okryta chwałą w wojnie trzydziestoletniej, kiedy to z powodzeniem stawiła czoła Szwedom Torstensohna, zdobyta przez Fryderyka Wielkiego w 1741 roku, już od 66 lat zaznawała pokoju. Zaniedbane dzieła fortyfikacyjne były na tyle popsute, że książę von Pleß jeszcze w trakcie oblężenia Wrocławia rozważał możliwość ewakuacji Brzegu, rozkazwszy już przeniesienie zapasów do Koźla.

Miasta strzegło 9 bastionów: bastion Prusy (dawniej zamkowy), na którego pozostałościach powstały promenady Parku Nadodrzańskiego, bastion Brandenburgia (wielki), naprzeciw (..) szkoły rolniczej (czyli późniejszej piątki), bastion Pomorze (małujowicki), na posiadłości przemysłowca von Löbbecke (czyli w miejscu ruin pałacyku przy ul. Chrobrego), bastion Marchia (Rady Miejskiej), w miejscu aresztu śledczego (dzisiejsze więzienie), bastion magdeburski (wysoki), naprzeciw restauracji Bergel (czyli nieco dziś zaniedbanago placu za murem w kwadracie ulic Spacerowej i Głowackiego; sam bastion znajdował się na terenie zajmowanym dziś przez szkołę podstawową nr 1), bastion Halberstadt (starobrzeski), między bramami Nysańską i Opolską (wyloty dzisiejszych ulic Długiej i Dzierżonia), bastion Wilhelm, dawniej nawiedzony „Strzeż się” (miało tam ponoć straszyć) na terenie rejonowego zakładu dla umysłowo chorych (czyli warsztatów ZSZ Nr 1), bastion Hautcharmois (Odrzański) - na wschód (w miejscu dzisiejszego mostu) i bastion Fryderyk – na zachód od mostu. Przyczółek mostowy na prawym brzegu Odry chronił Szaniec Celny w kształcie litery M (czyli tzw. dzieło rogowe – 2 półbastiony połączone kurtyną), a przed nią – na drodze do Pisarzowic – wysunięta reduta (pisarzowicka). Umocniona była również wyspa Młyńska (znajdował się tam szaniec). W najgorszym stanie znajdował się bastion Pomorze: część przedpiersia osunęła się do fosy, zawężając ją do szerokości 5 stóp.

Rozmieszczenie poszczególnych dzieł fortyfikacyjnych twierdzy oraz baterii oblężniczych można prześledzić na poniższym planie oblężenia Brzegu w roku 1807 (pochodzącym z pracy Eduarda von Höpfnera „Wojna roku 1806 i 1807”, Berlin 1850-51).



Przykładowy profil fortyfikacyjny z opisem poszczególnych elementów.


Poniższa projekcja planu oblężenia na dzisiejszy plan miasta pozwoli m.in. rozeznać położenie baterii oblężniczych. Warto zwrócić również uwagę na fakt, że niektóre charakterystyczne ulice i place Brzegu poza obrębem fortyfikacje (n.p. rondo) istniały praktycznie już przed 200 laty.



Ludność cywilna, żyjąca w obrębie tych fortyfikacji liczyła ponad 7000 dusz, wliczając w to mieszkańców przedmieść oraz podlegających jurysdykcji kolegiackiej i kasztelańskiej. W skład załogi wchodził 3. batalion pułku piechoty Malschitzky - 780 ludzi, batalion uwolnionych (z niewoli – w pierwotnym znaczeniu wykupionych lub wymienionych jeńców, w szerszym znaczeniu zbieranina różnej maści „niedobitków”), liczący 227 ludzi, 193 kantonistów (powołani do służby wojskowej z kantonów, czyli rejonów uzupełnień pułków), 62 jegrów z zaciągu, 53 artylerzystów i 158 inwalidów – w sumie 1473 ludzi, łącznie z oficerami. Komendantem twierdzy był 73-letni generał major (Peter) von Cornerut, któremu książę Pleß tuż przed oblężeniem przydzielił majora Bourdeta jako inżyniera placu i wicekomendanta. Na wałach znajdowało się 22 dział 12-funtowych, 4 haubice i 8 moździerzy.

Oblężenie pobliskiego Wrocławia wymogło podjęcie kroków w celu podwyższenia stanu obronności dzieł fortyfikacyjnych. Już 10. grudnia zerwano zewnętrzny most przed Bramą Odrzańską (tzn. most na fosie wokół szańca celnego), a mieszkańcom przedmieść obwieszczono, by zabezpieczyli swe mienie. Większość z nich nie zastosowała się jednak do tego polecenia. 1. stycznia nieprzyjaciel pojawił się w Dobrzyniu Wielkim, a 2. także w Karłowicach. Były to oddziały brygady generała majora hrabiego Mezanellego, które nadciągały z okolic Kalisza, a wykorzystując Opole jako punkt wyjściowy, wysyłały patrole w stronę Brzegu, Koźla i Nysy. Następnie Mezanelli przemaszerował z całą brygadą przez Lewin, Grodków i Pępice do Oławy. 7. stycznia bawarski oficer przeprowadził rozpoznanie twierdzy od strony Pisarzowic, następnego dnia nadciągnął generał major von Raglowich wraz z trzema bawarskimi oddziałami 4. pułkiem piechoty Salern, sześciofuntową baterią pieszą Göschl i lekkim batalionem Braun. Wkrótce nadciągnął również Mezanelli i o godzinie drugiej oddano z twierdzy pierwsze strzały do zbliżającego się nieprzyjaciela, na które ten odpowiedział kilkoma granatami wystrzelonymi z haubic. Twierdza została zablokowana i wezwana przez Mezanellego do kapitulacji na razie bezskutecznie. Nieprzyjaciel zajął Żłobiznę, Pawłów i Kościerzyce. W nocy ostrzał artyleryjski z twierdzy, skierowany na rozpalone przez straże ogniska, zmusił nieprzyjacielskie forpoczty do cofnięcia się o kilkaset kroków. W końcu 9. stycznia na prawym brzegu Odry nadciągnął z Wrocławia generał lejtnant von Deroy wraz z pułkiem piechoty i równie bezskutecznie ponowił wezwanie do kapitulacji.

Wieczorem bateria Göschla ustawiła się za wałem (przeciwpowodziowym) na prawym brzegu Odry i ostrzelała przyczółek (szaniec celny) pełnymi kulami, a miasto granatami, z których 67 wyrządziło szkody w różnych budynkach, a zwłaszcza w ratuszu. Od strony miasta podpalono przedmieście nysańskie oraz ściśle z nim graniczącą wieś Rataje (tak napisał autor, w rzeczywistości z Ratajami graniczyło przedmieście wrocławskie). W mieście panowała zupełna cisza, pożary rozświetlały kościół św. Mikołaja i wieżę ratuszową tak jasno, że wyraźnie widoczne były cyfry na tarczy zegara. Nie wybijały jednak godziny i nie dzwoniły dzwony. Następnego dnia, w niedzielę 11. stycznia nie odprawiono nabożeństw. Nieprzyjaciel otrzymał posiłki i w nocy przystąpił do budowy baterii w dolince zielęcickiej, graniczącej od północy z Ratajami (na terenie dzisiejszej zachodniej dzielnicy miasta). Z miasta widoczne były liczne słomiane szałasy przed Zielęcicami i Żłobizną; z wielką obawą oczekiwano nocnego szturmu. 12. stycznia nadciągnął jeszcze jeden bawarski pułk, przez co Brzeg był zupełnie zablokowany. Z uwagi na stan, w jakim znajdowała się twierdza, nieprzyjaciel nie uważał za stosowne rozpoczynanie regularnego oblężenia (czyli tzw. kreciej roboty, polegającej m.in. na kopaniu rowów zbliżeniowych, zwanych z francuska „sappe”; ich kopacze zaś - „sappeur”, to właśnie stąd wywodzi się termin „saper”), ograniczając sie jedynie do budowy siedmiu baterii na lewym i jednej na prawym brzegu Odry. Z powodu ostrego mrozu, porywistego wiatru i zamieci śnieżnej prace te ukończono dopiero 14. stycznia. Aż do tego dnia nie strzelano zbyt wiele, lecz wieczorem w akompaniamencie gwałtownej strzelaniny przed Bramą Wrocławską na wspomniane baterie wtoczono działa. O trzeciej w nocy rozpoczęło się bombardowanie, trwające nieprzerwanie 12 godzin – aż do trzeciej po południu 15. stycznia. Na miasto spadło 1500 pocisków i tylko nieliczne budynki nie doznały żadnych szkód. Wszyscy mieszkańcy gorąco pragnęli zakończenia oblężenia. O trzeciej pojawił się wysłany przez Hieronima jako parlamentariusz z kwatery głównej we Wrocławiu generał Lefebvre- Desnoëttes, który został wpuszczony do twierdzy, lecz jego wezwanie do kapitulacji spotkało się z odmową. Jednak z powodu zamarznięcia fosy, wskutek panującego mrozu, twierdzy groził (bezpośredni) szturm. Komendant wycofał więc załogę z przyczółka (Szańca Celnego) do drogi ukrytej na lewym brzegu Odry. Nieprzyjaciel natychmiast obsadził opuszczone dzieło i rozpoczął ostrzał wału głównego. W tej sytuacji Cornerut zdecydował się na kapitulację, którą podpisano 16. stycznia. Jeszcze tego samego dnia Bawarczycy obsadzili Bramę Wrocławską i Nysańską. 17. stycznia o dwunastej w południe pruska załoga opuściła twierdzę przez Bramę Wrocławską, złożyła broń przed Hieronimem, przybyłym specjalnie z tej okazji i powędrowała (do niewoli) nad Ren. Pruska armia doznała kolejnej hańbiącej porażki, a ręce Bawarczyków dostały się bogate zasoby broni, amunicji i żywności.

Bardzo ciekawy opis zaszłości w brzeskiej twierdzy zamieszczony jest we wspomnieniach, które bezpośredni uczestnik wydarzeń – ówczesny podporucznik śląskiej artylerii fortecznej Johann Carl Theodor Doerks - spisał dla swych dzieci w roku 1830. Doerks został 19. grudnia 1806 odkomenderowany z Nysy do Brzegu z zadaniem sformowania półbaterii. Oto jego relacja.

Przybywszy do Brzegu odnalazłem porucznika von Wallbauma, który z rozkazu księcia von Pleß formował batalion z żołnierzy, którzy dostawszy się do niewoli pod Jeną, sami zdołali się z niej uwolnić. Do wyszykowania owego batalionu użyto zapasów pułku von Malschitzky, który to wcześniej wymaszerował w pole. Mnie przypadły dwa 3-funtowe pułkowe działa polowe 3. batalionu von Malschitzky. Dobrawszy dalsze 2 3-funtowe działa forteczne przysposabiałem je do użycia w polu (zapewne chodziło o lafetowanie), z czym uporałem się w ciągu kilku dni.

Zaraz potem, w związku z powziętym zamiarem odsieczy Wrocławia, otrzymałem rozkaz dołączenia ze swą półbaterią do korpusu, w skład którego wchodziły wspomniany wyżej, nowo sformowany batalion, oddział 100 prywatnych (cywilnych) jegrów oraz szwadron huzarów. Całością dowodził major von Kossecky z pułku von Pelchrczim. Przydzielono mi 4 podoficerów, 30 kanonierów z brzeskiego oddziału artylerii oraz konie i pachołków z rozwiązanego „latającego” konnego depotu (zaplecze, magazyn) porucznika Stünznera z Głubczyc. Plan odsieczy Wrocławia był źle przygotowany i nie pozostał niestety utrzymany w należytej tajemnicy.Ponadto książę von Pleß zdawał się nie być wcale obeznany z rozmieszczeniem sił nieprzyjaciela. Na przykład mały korpus (oddział) piechoty wraz z kawalerią i artylerią, odkomenderowany ze Świdnicy do działań pod Wrocławiem, został już w drodze zaatakowany przez Wirtemberczyków, oficer artylerii – porucznik Esklony został zabity,zaś sam korpus, poniósłszy znaczne straty, odparty. Korpus, w którym ja się znajdowałem, wyruszywszy z Brzegu, miał za zadanie wyprzeć z Oławy nieprzyjaciela, którego siły szacowano na kilkuset ludzi, oraz gruntownie zniszczyć most odrzański – w tym celu zabrano 30 mieszczańskich (cywilnych) cieśli, którzy w wyniku zakończonego niepowodzeniem ataku zostali z powodu nieporozumienia paskudnie porąbani przez nieprzyjaciela (kawalerię) - poczym dołączyć do głównego korpusu księcia, maszerującego z Nysy w stronę Borka Strzelińskiego, gdzie nieprzyjaciel rzekomo miał zająć pozycje. Niestety główny korpus nieprzyjaciela nie stał w okolicach Borka, lecz pod Oławą, oczekując już nadejścia księcia. My jednak – t.j. nieliczny korpus z Brzegu – natarliśmy na nieprzyjaciela, wypierając co prawda ciemnym rankiem jego korpus obserwacyjny spod Oławy – w pobliżu wsi Ścinawa Polska, zdobyliśmy obóz wraz z armatami oraz wzięliśmy jeńców, niemniej wraz z nastaniem dnia musieliśmy stwierdzić,że właściwie wpadliśmy prosto w ramiona nieprzyjaciela, który teraz na dobre zauważył naszą garstkę, jako że za nami – niczym biała chmura – nadciągały pułki nieprzyjacielskiej kawalerii, celem odcięcia nam odwrotu. Zamiar ten powiódł się, gdyż lękliwy brzeski komendant genarał major von Cornerut nie pozwolił, by przybyły z Koźla odwodowy 3. batalion muszkieterów (określenie zwykłej piechoty, w odróżnieniu od elitarnych grenadierów, czy fizylierów) pułku von Pelchrczim ruszył nam w sukurs, z obawy, by nie utracić i tego oddziału, stojącego już w gotowości na brzeskim rynku, gdzie słychać było kanonadę.

Ja ze swej strony czyniłem w tym przedsięwzięciu swą powinność, choć nie było mi obojętnym, gdy już przy pierwszej komendzie ognia padł kanonier odpalający armatę, trafiony kulą karabinową w głowę i gdy - nacierając - dostaliśmy się pod grad kul, nadlatujących głównie od strony barykady, ustawionej przez nieprzyjaciela na drodze, przy czym ranionych zostało kilku moich artylerzystów. Tak już bowiem jest, że każdego żołnierza, stojącego pierwszy raz w nieprzyjacielskim ogniu, ogarnia swoisty zapał. Szarżowałem więc zawzięcie, mimo że mój wierzchowiec – dano mi ich dwa wraz z pachołkiem - spłoszony błyskiem armatnich wystrzałów, nacieraliśmy bowiem o brzasku – zrzucił mnie, jako że jeźdźcem byłem niewprawnym i pogalopował w dal. Komenderowałem więc dalej pieszo, aż całkowicie wyparliśmy nieprzyjaciela, biorąc jeńców i dwie armaty. Z tym większym przeto frasunkiem przyszło mi zaraz potem oglądać, jak otaczała nas nieprzyjacielska kawaleria, tym bardziej, że nie zdołałem zrejterować do tak zwanego ukrytego zagajnika (prawdopodobnie nazwa lokalna), a z Brzegu, do którego to miejsca się cofałem, nieprzerwanie przy tym strzelając, nie pośpieszono nam w sukurs. Tak więc musiałem się poddać swemu losowi, zwłaszcza że mające mnie osłaniać oddziały w większości uciekły; lekko ranny major wraz z adjutantem i kilkoma oficerami zrejterowali i jedynie kapitan von Prittwitz i porucznik von Wittig wraz z 50 ludźmi dołączyli do baterii, niezdolni już do stawiania dalszego oporu. Powierzając swój los w ręce boskie wydałem rozpaczliwy rozkaz zagwożdżenia armat (chodziło o wbicie gwoździ w zapał, przez co armata stawała się praktycznie bezużyteczna, gdyż nie można jej było odpalić). Wyrwawszy gwoździe z rąk kilku nieskorych do tego kanonierów własnoręcznie zagwożdżałem już drugie działo, gdy dopadła nas nieprzyjacielska kawaleria. Otrzymałem potężne cięcie przez głowę, które powaliło mnie z nóg. Kilku nieprzyjacielskich kawalerzystów zsiadło wtedy z koni i poderwało mnie z ziemi i wśród najgorszych wyzwisk ze strony nieprzyjaciół, będących przecie również Niemcami – a to Wirtemberczykami, rozpoczęła się grabież: wzięto mi szpadę, zerwano szarfę, odebrano sakiewkę, a nawet chustkę do nosa i rękawiczki. Nieprzyjacielski oficer rozkazał mi odprzodkować armaty i zwrócić w przeciwną stronę. Również kapitan von Prittwitz i porucznik von Wittig zostali ograbieni, ostatniemu odebrano nawet kapelusz – chyba z powodu galonów. Tak oto w triumfalnym pochodzie odwiedziono nas do Oławy, lecz po drodze nieprzyjacielscy żołnierze, których uprzednio wyrzuciliśmy z obozowiska, do którego tymczasem powrócili, potraktowali nas kolbami. W Oławie doprowadzono nas na zamek, gdzie naczelnik urzędu Eisfeld dzierżawił domenę. Przydzielono nam tam pokój i postawiono pod strażą. Naszych ludzi, wśród których dostrzegłem niestety wielu z moich artylerzystów i jegrów, którzy to nie byli nawet żołnierzami, straszliwie porąbanych szablami w głowy i plecy, umieszczono po części w szpitalu lub wyprawiono do Wrocławia. Około dziesiątej zostaliśmy przedstawieni przybyłemu tymczasem generałowi Montbrun, któremu przy tej okazji właśnie zzuwano buty. Jego zadane po francusku pogardliwe pytanie „czy to są oficerowie?” do dzisiaj dźwięczy mi w uszach. Niedługo potem proszono nas na śniadanie i z galanterią posadzono przy rzeczonym generale. Moi współtowarzysze niewoli mówili, jak się okazało, dobrze po francusku i pan generał żywo z nimi konwersował. Nie rozumiejąc niestety rozmowy zorientowałem się jednak, że i o mnie była mowa. Porucznik von Wittig przetłumaczył mi, że generał wyrażał się z uznaniem o mojej postawie, jako że poprzez celny i dobrze prowadzony, skuteczny ogień utwierdzilem go w wierze, że nadciąga cały korpus księcia von Pleß oraz że podczas odwrotu uczyniłem wszystko, co dobry artylerzysta uczynić powinien. W odpowiedzi skinąłem tylko głową, duch mój był bowien przygnębiony i nie miałem apetytu na śniadanie. Moja kariera zdawała się być zakończona, a pójście w niewolę do Francji moim przeznaczeniem. Po śniadaniu pozwolono nam się oddalić, a około piątej przywołano nas do obiadu. Tym razem wyraźnie starano wywiedzieć się od moich towarzyszy celu naszej wyprawy. Obaj zapewnili mnie jednak, że na ponowione zapytanie generała, jaki zamiar przyświecał przedsięwzięciu księcia von Pleß, odpowiedzieli, iż nie jest to im wiadomym. Również sekretarz generała, zapisujący nasze nazwiska i stan, nie dawał nam tego wieczoru spokoju i - stawiając w naszej izbie wazę punczu - nieprzerwanie rozmawiał z moimi współtowarzyszami. Dołączył do nas i wirtemberski oficer, wcześniej bywszy na pruskiej służbie i nie mówił tedy o naszej armii najlepiej. Zniechęcony ległem na łożu, a później i moi kamraci. Koło pierwszej obudziło nas potężne trąbienie i warkot werbli. Ponieważ nasze okna wychodziły na dziedziniec, nie wywiedzieliśmy się powodu tego poruszenia.

Następnego ranka pojawił się nasz gospodarz – naczelnik Eisfeld, życząc nam dobrego dnia i winszując odzyskanej wolności. Byliśmy zupełnie skonfudowani, nie mogąc sobie tego wyjaśnić. Jednak nie było już straży i Eisfeld zapewnił nas, że w mieście nie ma już nieprzyjaciela, może z pominięciem rannych, o czym sami się przekonaliśmy. Oznajmiono nam, że nocą wszystkie nieprzyjacielskie wojska wymaszerowały. Pozwalało to jedynie suplikować, iż książę von Pleß - tak czy owak - uderzył pod Wrocławiem, zaś generał Montbrun pośpieszył w sukurs swoim, a o nas - w całym rozgardiaszu - po prostu zapomniano. Był już 1. styczneń 1807 roku. Badając sytuację w mieście napotkaliśmy tylko jednego wirtemberskiego oficera na prywatnej kwaterze, który raniony kartaczem (pocisk artyleryjski w formie kulek, umieszczonych zwykle w papierowym lub płóciennym zasobniku, używany do zwalczania „siły żywej” na krótkich dystansach) w zadek straszliwie lamentował. Poza tym w szpitalu byli jeszcze ranni w bitwie nasi i nieprzyjacielscy żołnierze. Radząc, co czynić, rozważaliśmy powrót do Brzegu, mimo iż nie zaręczyliśmy słowem, że pozostaniemy tu jako jeńcy, czego nie dopuszczało nasze poczucie honoru. W końcu uradziliśmy, żeby przez konnego posłańca wyklarować wszystko komendantowi Brzegu i uprosić, by wysłał podjazd celem nas uwolnienia. Jak postanowiliśmy, tak i uczyniliśmy i pod wieczór przybył porucznik von Koekritz wraz z oddziałem – ten sam, który w naszej wyprawie dowodził kawalerią, jednakże zmiarkowawszy niepowodzenie, zawczasu zrejterował, zabierając przezornie zdobyte przez nas działa i jeńców, za co książę von Pleß udekorował go swym własnym orderem „pour le merite” (błękitny Max – najwyższe pruskie odznaczenie bojowe od roku 1740 do 1918). Zameldowawszy na zamku swe przybycie nam na ratunek, odebrał od rzeczonego rannego nieprzyjacielskiego oficera słowo honoru, że ten nie będzie już przeciw nam służył i kazał załadować znajdujących się w szpitalu naszych i nieprzyjacielskich rannych, zdolnych do transportu, na podstawione na oławskim rynku wozy furażowe. Również i my usadowiliśmy się na takim wozie i tym oto sposobem znaleźliśmy się znów w Brzegu.

Po kilku dniach otrzymaliśmy rozkaz od generała Montbrun, który suponując nas jeszcze w Oławie żądał, abyśmy się niezwłocznie udali do kwatery głównej pod Wrocławiem. Rozkaz ów przesłał nam naczelnik Eisfeld. W naszej odpowiedzi eksplikowaliśmy, że będąc uwolnionymi wojennym sposobem (właśnie w tym celu wysłano ów podjazd; owa zaszłość odegra jeszcze pewną rolę przy mającej później nastąpić kapitulacji brzeskiej twierdzy) nie poczuwamy się w obowiązku respektować owego rozkazu. Jednak komendant (twierdzy), stary, blisko 70-letni słaby człowiek (Peter von Cornerut miał w rzeczywistości 73 lata; jednym z przejawów kryzysu pruskiej armii był zaawansowany wiek korpusu oficerskiego, a w szczególności podeszły wiek korpusu generałów; obsadzanie stanowisk komendantów twierdz – w okresie pokoju - wysłużonymi oficerami było często praktykowane jako przyznanie rodzaju dożywotniej renty) lękliwie i wbrew wszelkim argumentom żywił obawy, czy pozwolić nam – uprzednio wziętym do niewoli oficerom – pełnić dalszą służbę i przedłożył sprawę księciu von Pleß. Mnie jednak odejść (do Nysy) nie pozwolił, chcąc zatrzymać do obrony twierdzy. Ponieważ odpowiedź księcia nie nadchodziła, a tymczasem nieprzyjaciel podszedł również pod Nysę, przez co nie mogłem już tam powrócić, pozostałem więc w Brzegu, gdzie powierzono mi sporządzanie kul zapalających i świecących (amunicji zapalającej i świetlnej). W tym celu musiałem wpierw wysuszyć saletrę, gdyż o takiej amunicji dotychczas nie pomyślano. Stary komendant był dobrym żołnierzem, jednak zgoła nieodpowiednim do piastowania poruczonego mu urzędu, przy tym nadzwyczaj dziwacznym i małostkowym, choć i niezwykle sumiennym. Tak więc – dla przykładu – kazał przenieść zapasy sukna mundurowego pułku von Malschitzky, wyruszywszego uprzednio w pole, do swego mieszkania (w komendanturze, czyli późniejszej aptece pod „Murzynkiem” w rynku) i własnoręcznie odmierzał je krawcom, mającym ubrać kilkuset ludzi z zaciągu. Zaiste zajęcie to niegodnym było komendanta. Zadbał również o zaprowiantowanie twierdzy, sprowadzając do miasta pokaźną liczbę wieprzy – z zasobów podlegających inspektoratowi sprawowanemu przez audytora rządowego Schuberta. Wpadł przy tym na osobliwy pomysł, by pokaźną część ubić, zaś mięso ugotować w kadziach warzelniczych, a zupę zaszpuntować w beczkach i wyprawić wraz z solą i pieprzem jako strawę dla oddziałów odkomenderowanych do odsieczy Wrocławia. Kto jednak ową zupę jadł i co się z nią stało, nie jest mi wiadomym, mnie ona nie rozgrzała. Jeśli prawdą jest, co mówią niekórzy, że komendant - przy okazji bicia - kiszki i podroby zachował dla siebie, poleciwszy z tego zrobić kiełbasę, to i ja odniosłem stąd korzyść, jako że będąc codziennym gościem u jego stołu, zaświadczyć mogę, że prawie przez 14 dni nie jadłem nic prócz kiełbasy. Rzeczona wieprzowina została zapeklowana i była składowana w piwnicy komendanta, skąd po kapitulacji wyciągnęli ją Wirtemberczycy.

(-)

Właśnie siedzieliśmy przy obiedzie u komendanta i jedliśmy – jak zwykle - kiełbasę, gdy wszedł frajter (starszy szeregowy) i zameldował, że na przedpolu (twierdzy) pojawiły się nieprzyjacielskie wojska. Ha! – odrzekł komendant, pałaszując przy tym talerz kiełbasy, jako że jak na swój wiek, cieszył się dobrym apetytem – jakichż to znów nieprzyjaciół widzicie, to pewnie zbiegli z niewoli strzelcy krajowi z korpusu księcia von Pleß. Frajter odmaszerował, ale wkrótce pojawił się podoficer, składając tenżesam meldunek. Komendant pokręcił tylko głową, nie przerywając jedzenia i skinieniem ręki odprawił podoficera. Teraz zameldował się sam porucznik von Jentzen zapewniając, że pojedyńczy nieprzyjacielscy kawalerzyści harcują już na stoku bojowym twierdzy (wał po zewnętrznej stronie fosy i drogi ukrytej, opadający w stronę nieprzyjaciela, by uniemożliwić mu wgląd w fosę; to dzieło fortyfikacyjne jest jeszcze dziś dość czytelne – najlepiej na górnej alejce odcinka plant, równoległego do ul. Jana Pawła II; przebiegająca równolegle, nieco niżej, dolna ścieżka, to właśnie droga ukryta). Dopiero teraz sytuacja wydała się naszemu wszechwładnemu być podejrzaną, a i kiełbasa była już zjedzona. Postanowił więc przekonać się naocznie, zaprosiwszy do towarzystwa kapitana von Rawę – jednego ze stołowników i mnie. W drodze dołączył do nas porucznik von Koschitzky, z którym pośpieszyłem na bastion przy bramie Nysańskiej, gdzie przekonałem się o prawdziwości meldunków (brama Nysańska znajdowała się mniej więcej u zbiegu dzisiejszych ulic Piastowskiej, Chrobrego i Długiej; wspomniany bastion to bastion magdeburski lub wysoki – znajdował się na nim tzw. kawalier, czyli nadszaniec, umożliwiający lepszy wgląd w przedpole, bastion ten jest wyraźnie widoczny na starych rycinach, wyobrażających Brzeg od południa). Podążyłem niezwłocznie do komendanta i spytałem, czy nie zamierza rozkazać zamknąć bram, gdyż w przeciwnym razie nieprzyjaciel gotów jeszcze zająć twierdzę z zaskoczenia. Komendant wydał odpowiedni rozkaz, a mnie pozwolił, bym z rzeczonego bastionu dał ognia z działa 12-funtowego, by pohamować nieprzyjaciela w swej zuchwałości harcowania na stokach twierdzy. Na mój rozkaz stawił się przywiedziony przez straż bramną augmentacyjny artylerzysta z 2. pułku (czyli z zaciągu, dla dopełnienia stanu osobowego), który to jednak niestety nie rozumiał się nawet na ładowaniu, tak że asystując mu wraz z Koschitzkim wypaliliśmy kilka razy zaledwie, co jednak wystarczyło, by nieprzyjacielscy jeźdźcy się oddalili. Jednak już niebawem pojawił się parlamentariusz, żądając wpuszczenia do twierdzy. Przekazane przezeń wezwanie do kapitulacji komendant oddalił starą pruską repliką, że „wpierw musi mu się chustka do nosa w kieszeni zapalić ” (tzn. że nie odda twierdzy bez walki). Lecz jakże szybko owo buńczuczne zapewnienie zupełnie się odmieniło.

Następnej nocy nieprzyjacielskie konne baterie haubic ostrzeliwały miasto – bawarska artyleria posiada takowe działa - z jaszczami zarazem przodkami będącymi, na których i kanonierzy siedzą, poczym ustawił kilka baterii demontujących (przeznaczonych do bezpośredniego zwalczania – demontowania – umieszczonej na wałach artylerii obrońców oraz przedpiersi wraz z ambrasurami/ otworami strzelniczymi), nie sypiąc jednak szańców (wokół baterii), jako że wiedząc o słabej gotowości do obrony, nie uznał najwidoczniej twierdzy za godną regularnego oblężenia. Niestety nie mogliśmy przeciw temu uczynić zbyt wiele. Kilka lat wstecz pułkownik von Pontanus (ówczesny komendant twierdzy) projektując z poruczenia ministerstwa wojny atak na twierdzę i na tej podstawie koncypując jej obronę, określił rozmieszczenie ambrasur (otworów strzelniczych) w przedpiersiach, które podług tego planu uczyniono i obłożono faszyną. Niestety nieprzyjaciel nie zastosował się do owych planów, przez co nie sposób było z rzeczonych ambrasur trafić nieprzyjacielskich baterii. Dopiero po długich debatach i konferencji z inżynierami (chodziło o inżynierów wojskowych, odpowiedzialnych za twierdzę) na wałach usypano dodatkowe nasypy, by strzelając z barbetty (tzn. ponad przedpiersiami), prowadzić ogień flankujący, przez co jednak artylerzyści rychtujący armaty nie byli chronieni przedpiersiami.

Poniższa rycina, pochodząca ze strony internetowej http://www.coehoorn.nl, znakomicie ilustruje zaistniały problem i jego rozwiązanie).



I mnie z wielkim trudem przyszło przekonać komendanta, by sporządzić więcej amunicji artyleryjskiej. Ten bowiem stale obstawał przy tym, iż rzeczony pułkownik von Pontanus przewidział jedynie po sto strzałów na armatę i że gdyby on (komendant) polecił teraz przygotować więcej amunicji armatniej, to mogłoby to mu wyjść na niekorzyść. Moje pragnienie zostało wprawdzie spełnione, jednak komendant dla swego honoru ratowania uczynić mógł więcej, niż wytrzymać jeno 24-godzinny ostrzał twierdzy przed jej poddaniem, więcej ponad względy, które mogły go poniekąd usprawiedliwiać. A to, że załoga twierdzy liczyła jedynie 600 piechurów i 40 artylerzystów, do jej obrony dysponowano tylko 50 armatami, a sama twierdza tylko z jednej strony (od południa) chroniona była słabą enwelopą (wieniec dzieł zewnętrznych) poza linię głównych bastionów, a jej fosy srogą zimą zamarzły, a lód na nich nie mógł być stale rozbijany, przez co szturm stawał się wielce łatwym. Na domiar złego nieprzyjaciel obrał sobie za cel dom zamieszkiwany przez komendanta (komendantura mieściła się w późniejszej aptece pod murzynkiem w rynku), przez co żona komendanta śmiertelnie zaniemogła i wkrótce zmarła (Johanna Charlotte Adolphine von Cornerut zmarła jeszcze tego samego miesiąca w wieku 69 lat). Magistrat, jak i cały stan mieszczański, uparcie nalegały na przekazanie twierdzy, uważając że tak czy owak stać się to musi, a domy dalszym oblężeniem na próżno będą zniszczone. Żołnierze zaś, rozmieszczeni bez zluzowania na wałach, nie chcieli i nie mogli dłużej tam wytrzymać o srogim mrozie, gdyż po pierwsze nie mieli płaszczy, które komendant zamówił u mieszczańskich (cywilnych) krawców dopiero po pierwszym ataku, lecz ci podziękowali mu za robotę; po drugie – przy braku jakichkolwiek kazamat, na szańcach nie postawiono też żadnych baraków dla załogi, która musiała biwakować pod gołym niebem i po trzecie wojsku nie wydano ni drewna na ognie strażnicze (ogniska), ni słomy na sienniki, przez co żołnierze – ku wielkiemu niezadowoleniu komedanta – plądrowali jego drewutnię na wałach, zaś słomę podbierali ze ściółek w jego ogrodzie.

To wszystko skłoniło owego starego i słabego człowieka do przekazania twierdzy po kolejnym do tego wezwaniu, zwłaszcza gdyż – wedle własnej opinii – tak wielu silniejszym twierdzom nie udało się uniknąć podobnego losu.

Dla zawarcia kapitulacji do Brzegu przybył francuski adiutant major le Febvre, z którym konferowano również w sprawie kapitana von Prittwitza, porucznika von Wittiga i mojej i po wyjaśnieniu wszystkich okoliczności rzeczony le Febvre zdecydował, że podobnie pozostałym oficerom garnizonu zostaniemy zwolnieni na słowo honoru (chodziło o to, że wspomniani oficerowie, już raz wzięci do niewoli pod Ścinawą Polską, powrócili z niej w niejasnych okolicznościach – według własnej wersji uwalniając się wojennym sposobem – to właśnie w tym celu odbyły się korowody z wysyłaniem podjazdu z Brzegu, jednak nieprzyjaciel mógł im zarzucić złamanie słowa honoru, danego na okoliczność, że nie będą walczyć przeciw sprzymierzonym, co mogło mieć konsekwencje; być może dali owo słowo honoru już wtedy, co autor pomija jednak milczeniem, by nie padło nań odium krzywoprzysiężcy; należy również nadmienić, że zwalnianie oficerów z niewoli na słowo honoru było wówczas na porządku dziennym, podobnie jak następujące po nim zwykle „odwracanie kota ogonem”). Podczas mojej - przy tej okazji - bytności u komendanta, zastałem go zajętym odczytywaniem obszernych warunków, na których miał przekazać twierdzę. Francuz wprawdzie wszystko zapisał i obiecał, ale w końcu niczego nie dotrzymano. Ani on, ani starzy generałowie von Prittwitz (nie mylić ze wspomnianym kapitanem o tym nazwisku) i von Heising, którzy z uwagi na podeszły wiek nie wyruszyli w pole, lecz schroniwszy się w brzeskiej twierdzy, dostali się tu do niewoli, nie otrzymali kapitulacyjnej pensji, ani racji (żywnościowych), o które tak zabiegali podczas negocjacji. Sam komendant wkrótce zmarł i niestety inżynier twierdzy major Bourdet, mianowany co prawda przez księcia von Pleß wicekomendantem, lecz nie będąc samemu „Lumen mundi” (światłem świata - w sensie: człowiekiem nazbyt rozgarniętym), cierpliwie znosząc upokorzenie, gdy raz komendant w mojej obecności kazał mu stulić pysk, musiał teraz odpokutować nieswoje winy, jako że sąd wojenny za uchybienia w obronie twierdzy Brzeg skazał go na dożywotnią karę twierdzy w Kłodzku, gdzie i przyszło mu później zemrzeć. Mnie nie wystawiono glejtu do obleganej już Nysy (macierzysty garnizon autora wspomnień), lecz - tak jak pozostałym oficerom – jedynie glejt kapitulacyjny do Brzegu, wystawiony przez bawarskiego generała de Roi.Ponieważ nikt mi nic nie dał, żyłem na kredyt mojego gospodarza, kupca o nazwisku Otto, za co jednak przyszło mi później drogo zapłacić. Chcąc mu bowiem okazać wdzięczność, pożyczyłem na jego prośbę pieniądze, ale on później zbankrutował, przez co i ja poniosłem dotkliwą stratę. Moja dobra żona, odważywszy się do mnie przybyć, przeszła szczęśliwie przez nieprzyjacielskie linie. Żyliśmy cicho i skromnie, oczekując wydarzeń, które miały nastąpić. Nie trzeba było czynić więcej, gdyż jako jeńcy byliśmy pod stałym nadzorem. Tak - dla przykładu - zwolnieni wraz ze mną na słowo honoru porucznicy von Drigalsky i Scheurwasser zostali aresztowani i odesłani do Francji, gdy pozwolili sobie wyrazić poglądy polityczne. Dochodziło i do innych prześladowań. Mój gospodarz nabył od francuskiej artylerii złom mosiężny w postaci metalowych form do odlewania kul, granatów i bomb (granaty wystrzeliwano z armat i haubic, bomby z moździerzy), dobrze mi znanych i o których wiadomym mi było, że krótko po wybuchu wojny Urząd Górniczy przesłał je z Małejpanwi do Brzegu celem tu przechowania. Poradziłem więc memu gospodarzowi, by je do czasu przechował, lecz on, nie posłuchawszy mojej rady, zażądał od Urzędu Górniczego zapłaty, zaś urząd ów, zapominając o swych powinnościach podczas nieprzyjacielskiej niewoli, złożył meldunek księciu Hieronimowi we Wrocławiu. Nieprzyjacielskie wojsko odebrało zatem memu gospodarzowi rzeczone formy, nie zwracając mu zapłaty, a na domiar złego wtrącono go jeszcze do lochu, cenne zaś formy wysłano do Francji.

Brzeg musiał nadto srodze odpokutować uprzednie naleganie na kapitulację, jako że majątek komunalny został znacznie uszczuplony przez uposażenie wszystkich oficerów, kosztowne umeblowanie domu komendanta oraz bale, które miasto co tydzień wyprawiać musiało.

10. maja 1807 roku wezwany zostałem przed oblicze komendanta, generała Rheinwalda - Alzatczyka – który oznajmił mi, iż zostanę wymieniony na wziętego do niewoli nieprzyjacielskiego oficera jegrów, co stało się już 17. marca, zaistniałą zaś zwłokę tłumaczono nieznanym miejscem mego pobytu. Tak więc 11. maja zaprzęgiem i w towarzystwie bawarskiego ogniomistrza odesłany zostałem do Nysy. Moja kochana żona nie chciała w rzeczy samej tu pozostać, lecz dzielić mój los, zaś ja, ceniąc ten dowód jej miłości, nie mogłem jej tu pozostawić.

Bombardowanie miasta pociągnęło za sobą 3 śmiertelne ofiary: 60-letniego pomocnika warzelniczego, 3 ½-letnie dziecko, zabite w domu przez granat oraz 75-letniego mężczyznę, zastrzelonego na ulicy Rybackiej. Straty materialne były jednak znaczne. Na Ratajach szacowano je na 6.600 talarów. Uszkodzony został tzw. młyn krupniczy na Wyspie Młyńskiej (w roku 1813 całkowicie zniosła go woda). W samym mieście całkowicie wypalił się tylko
1 budynek - oficyna przy ulicy Jeziuckiej, neleżąca do rzeźnika Hoffmanna, zaś przed Bramą Małujowicką (brama ta znajdowała się mniej więcej na dzisiejszym skrzyżowaniu ulic Staromiejskiej i Chrobrego) 3, a przed Bramą Nysańską 8. Wszystkie wypalone budynki – w liczbie 12 - zostały urzędowo wycenione przez inspektora budowlanego Nixdorffa na łącznie 3.660 talarów. Szkód w posiadanych budynkach doznało w sumie 274 właścicieli – w tym aptekarz Ludewig, drukarz Wohlfahrt oraz aptekarz Haumbold w Rynku. Poza tym uszkodzonych zostało 9 budynków publicznych, 6 należących do urzędu kolegiackiego, 35 budynków na przedmieściu nysańskim, jeden przed Bramą Małujowicką, 12 na przedmieściu odrzańskim, 10 na wrocławskim, 5 na Wyspie Młyńskiej oraz dom należący do Żyda Silbersteina, z niewiadomych powodów urzędowo osobno wyszczególniony. Zgodnie z zestawieniem z 30. września 1807 roku całkowite straty wyniosły – po odliczeniu wspomnianych 3.660 talarów - jeszcze ponad 10.800 talarów.

Wielka afera drzewna

Pewien obraz zachowań mieszczan widoczny jest na przykładzie wspomnianej również przez Doerksa kradzieży drewna, która to afera zatoczyła szerokie kręgi. Zgodnie ze sprawozdaniem magistratu, materiał znajdujący się w królewskim składzie drewna przed Bramą Nysańską padł pastwą płomieni podczas oblężenia, zaś 1064 sążni drewna, które komendant rozkazał przenieść do miasta, zostało rozkradzionych podczas kapitulacji. Drewno to było składowane w ogrodzie, znajdującym się między Bramą Wrocławską i Odrzańską, tuż przy wałach (czyli na terenie dzisiejszego Parku Nadodrzańskiego), strzeżonym z rozkazu gubernatorstwa („zarządu” twierdzy). Podczas oblężenia w mieście stał się odczuwalny brak drewna. Zamieszanie, panujące krótko przed i krótko po kapitulacji, „której to powodzenia każdy mieszkaniec wyczekiwał drżąc ze strachu i trwogi” wykorzystane zostało przez kierujących się niskimi pobudkami do zaspokojenia doskwierającego braku drewna – początkowo niepostrzeżenie - z zasobów twierdzy. Z tej przyczyny z rozkazu generała Corneruta odkomenderowano 12 ludzi ze straży obywatelskiej do strzeżenia placu drzewnego (we wspomnianym ogrodzie), a gdy tych przestano respektować, gubernatorstwo twierdzy odkomenderowało jeszcze 40 ludzi warty wojskowej. Kroki te pozostały jednak bezowocne, a doszło wręcz do tego, że mieszczanie, po dojściu do porozumienia z żołnierzami, nie tylko otwarcie wynosili drewno, lecz także już wywozili – na sankach, ciągnionych przez dzieci - nawet całymi łasztami (dawna jednostka miary objętości) tak żywo i zachłannie, że trudno się było przecisnąć przez rynek. Jednym słowem, wśród publiczności zapanował taki entuzjazm, że żaden przedstawiciel władz cywilnych, czy wojskowych, nie śmiał się przeciwstawić owemu niedozwolonemu procederowi poprzez środki doraźne. Tym bardziej, że nawet wskazanie konkretnych osób gubernatorstwu przez dyrektoriat miejski nie przynosiło żadnego skutku. Magistrat twierdził więc, że nie sposób wykryć głównych sprawców. Na podstawie raportu do króla, sporządzonego przez brzeskiego radcę wojennego i podatkowego Bergera, zbadanie sprawy powierzono asesorowi sądu miejskiego Reichertowi. Przeprowadzone dochodzenie wykazało, że po przekazaniu twierdzy drewno zostało nieodpłatnie udostępnione ogółowi. Wśród zaopatrujących się tą drogą w drewno, w przeświadczeniu, że postępują w dobrej wierze, znajdował się również radca komisji justycjarnej (urząd lub tytuł w hierarchii prawniczej) Laube. Winą za stratę poniesioną wskutek tego przez Królewską Kasę Drzewną, w wysokości 3156 talarów, Kamera Wojny i Domen (organ administracji regionalnej) we Wrocławiu obciążyła byłego komendanta von Corneruta. Zarzut nieodpłatnego udostępnienia drewna, co było sprzeczne z prawem, skłonił starszego jegomościa do złożenia oficjalnego pozwu, w którym m.in. czytamy:

„Z całą powagą muszę zaznaczyć, iż w momencie przekazania (twierdzy) zapasy drewna nie wynosiły bynajmniej 1064 sążni, lecz znacznie mniej. Drewno przydzielone etatowo nie wystarczało do ogrzewania wartowni. Od początku oblężenia Wrocławia garnizon musiał w ciągu 8 tygodni dzień i noc przebywać na wałach, by uniknąć zaskoczenia. Nie mogłem pozwolić, by w większości źle umundurowani i nie posiadający płaszczy żołnierze zamarzli przy panujących często tęgich mrozach, co zmusiło mnie do rozdzielenia drewna na wszystkie bastiony. Gdyby nie kładziono przy tym nacisku na oszczędność, to miesięczny przydział 1064 sążni (drewna) zostałby całkowicie zużyty. Lecz w momencie przekazania twierdzy pozostał jeszcze rzeczywiście pewien zapas. Już od samego początku kazałem rzeczonego drewna pilnować i jestem pewien, że aż do chwili, gdy wiadomym było zawarcie kapitulacji, nie uszczknięto z tego ni piędzi. Przekazanie twierdzy stało się wiadomym 16. (stycznia) o 4. godzinie po południu poprzez obsadzenie 2 bram przez Bawarczyków. Około godziny 8. zameldowano mi, że drewno składowane w dawnym ogrodzie jezuickim pod bastionem Hautcharmoy (na terenie dzisiejszego Parku Nadodrzańskiego) jest plądrowane, zaś warta nierespektowana (ignorowana). Poleciłem podwoić wartę i rozkazałem, by z pobliskiego bastionu Hautcharmoy, który to również mógł strzec rzeczonego drewna, jako że znajdowało się ono pod nim samym, strzelać do plądrujących – lecz tylko dwóm całkowicie pewnym ludziom – ślepymi nabojami na postrach. Jednak niestety i te kroki na nic się nie przydały, bowiem żołnierz, dowiedziawszy się o dojściu do skutku kapitulacji, zapomniał o subordynacji i skłonny był wspierać zwyczajną klasę ludową (plebs), która to prawie w wyłączności rozkradła całe drewno. Wobec tych okoliczności i ponieważ większa część garnizonu była zupełnie niezdatna do pełnienia warty, zaś pozostała musiała być po części przydzielona do pełnienia zwyczajnych wart, a po części do strzeżenia zasobnych magazynów - w obliczu groźby ich splądrowania, nie pozostało mi nic innego, niż polecić goszczącemu u mnie burmistrzowi Grofemu, by pilnowanie drewna powierzyć straży miejskiej, co się i stało. Jednak już niebawem burmistrz powrócił z wiadomością, że cały trud na nic, gdyż w obawie przed poturbowaniem musiał się salwować ucieczką - wraz ze strażą złożoną z 12 mieszczan. Poza tym nie mógł w ciemnościach nikogo rozpoznać, a i straż nie zdawała się mieć zapału do ratowania zapasów drewna, które - wedle jej poniekąd słusznego mniemania – już wkrótce i tak stać się miały łupem nieprzyjaciela. Występujący zwykle podczas przekazywania twierdzy brak subordynacji udaremnił wszelkie usiłowania”.

Z datą 29. kwietnia 1808 roku sprawa została odłożona ad acta. Powyższy przykład uwidacznia, jak zaledwie 8-dniowe oblężenie wpłynęło na mieszczan i żołnierzy.

jak powstawała Festung Brieg

Zamieszczam dziś materiały dotyczące blokady i oblężenia Brzegu przez Prusaków w okresie od stycznia do początku maja 1741 roku. W pierwszej części podaję tłumaczenie stosownego rozdziału z pracy historyczno-wojskowej „Wojny Fryderyka Wielkiego, pierwsza wojna śląska 1740 - 1742”, wydanej przez Wielki Sztab Generalny w Berlinie w roku 1893 (Die Kriege Friedrichs des Großen, der Erste schlesische Krieg 1740 – 1742; Großer Generalstab, Berlin 1893). Część druga zawiera „krótki kurs oblężniczy”, czyli wyciąg z artykułu poświęconego wojnie oblężniczej, pochodzącego z uniwersalnego leksykonu Pierera z roku 1858 (Pierer's Universal-Lexikon der Vergangenheit und Gegenwart oder Neuestes encyclopädisches Wörterbuch der Wissenschaften, Künste und Gewerbe. Vierte, umgearbeitete und stark vermehrte Auflage, Sechster Band: Europa – Gascogne, Altenburg: Verlagsbuchhandlung von H.A. Pierer, 1858). Tekst ten uwzględnia szczególnie regularne oblężenie, czyli takie, jakim było oblężenie roku 1741, służy wyjaśnieniu niektórych pojęć, pozwala lepiej zrozumieć plan oblężenia, zamieszczony w części pierwszej oraz niektóre fakty, podane w części trzeciej, zawierającej relacje świadków. Własne komentarze pisane są kursywą.

II. Wydarzenia w teatrze działań wojennych do zawarcia sojuszu prusko-francuskiego

1. Oblężenie Brzegu

Po podjęciu przez Fryderyka (Wielkiego) decyzji odnośnie oczekiwania na korzyści - głównie na polu polityki, które na podstawie ogólnej sytuacji uważał za możliwe i prawdopodobne oraz po oderwaniu się od armii Neipperga (po bitwie małujowickiej) nie pozostawało już nic innego do uczynienia, niż zerwanie dojrzałego owocu małujowickiego zwycięstwa, czyli zdobycie Brzegu, które pozwoliłoby zapewnić znacznie korzystniejsze warunki zaopatrzenia armii, niż było to możliwe dotychczas. 11. kwietnia król (Fryderyk) dysponował bezpośrednio 40 batalionami (piechoty) i 56 szwadronami (kawalerii). Do 13. kwietnia dołączyły 2. i 3. batalion gwardii. Oprócz wspomnianych oddziałów na Śląsku znajdowały się jeszcze 2 bataliony grenadierów - Wylich i Düring w Oławie, szwadron huzarów wraz z bagażami na Psim Polu pod Wrocławiem (zbędne bagaże, wysłane przez króla podczas marszu z Prudnika na prawy brzeg Odry, powróciły najpierw do Oławy, a później do Wrocławia, skąd wysłano je ponownie do armii; Psie Pole leży 4 km na północny wschód od Wrocławia), 2. batalion Kalckstein w Świdnicy, oraz pułk Münchow - jeden batalion w Głogowie, a drugi we Wrocławiu. W marszu nadciągały jeszcze pułk piechoty Camas i pułki konne książę Wilhelm i Bredow (Pułk Camas przybył 22. kwietnia do Wrocławia, od 18. kwietnia, po śmierci pułkownika Camasa pułk przejął pułkownik du Moulin. Pułk Bredow przybył 18. kwietnia do Oławy, zaś pułk książę Wilhelm 19. kwietnia).

Jeszcze 11. kwietnia król wyznaczył jednostki, które miały wziąć udział w blokadzie i oblężeniu Brzegu: łącznie 9 batalionów i 6 szwadronów; pozostałe jednostki wysłane zostały dzień po bitwie na wypoczynek na bardziej odległe kwatery – od Janikowa i Stanowic na północny wschód od Oławy - aż po dolną Nysę w Michałowie i Lewinie. W celu zabezpieczenia kwater, w kierunku Grodkowa wysunięty został generał von Derschau wraz ze swym pułkiem oraz 1. batalion Alt-Borcke i 2 szwadrony Schulenburg. Z rozpoznania poczynionego przez ów oddział wynikało, że Austriacy wycofali się w stronę Nysy. Zwiad, który 14. kwietnia przeprowadził generał Geßler (późniejszy generał-feldmarszałek Fryderyk Leopold hrabia von Geßler – 1688 – 1762, jeden z najsłynniejszych pruskich kawalerzystów, ostatnie lata życia spędził w Brzegu, gdzie został pochowany; jego nagrobek, zaprojektowany przez niemniej słynnego śląskiego architekta, Karola Gottharda Langhansa, m.in. twórcy Bramy Brandenburskiej w Berlinie, znajdował się w kościele św. Mikołaja, gdzie do dziś – przy wejściu głównym – zachował się nagrobek żony generała, z którą miał on 12 dzieci) z kilkuset konnymi i dalszymi posiłkami 18. kwietnia (dziennik pułku konnego książę Wilhelm) dowiódł, że również na linii Świdnica – Strzelin – Wiązów nigdzie nie natknięto się na nieprzyjacielskie patrole, mogące zagrozić połączeniom tyłowym armii w kierunku Wrocławia.

W ten sposób, pod osłoną armii, rozmieszczonej na rubieży o szerokości około 5 i głębokości około 2 mil i zdolnej do koncentracji w kierunku Nysy w ciągu dnia, zaś w kierunku każdego skrzydła w ciągu 2 dni, można było przystąpić do oblężenia Brzegu.

Stan twierdzy

Po oblężeniu przez Szwedów Torstensona w roku 1642, któremu twierdza Brzeg zwycięsko się oparła, krótko po zakończeniu wojny trzydziestoletniej dzieła fortyfikacyjne zostały odnowione i jednocześnie poszerzone. Miasto otaczały pochodzące z dawnych czasów mury obronne wraz z basztami (z punktu widzenia nowożytnej sztuki fortyfikacyjnej praktycznie bez znaczenia), przed nimi przebiegało częściowo podwójne obwałowanie (chodzi tu o tzw. przedwał lub fosbreję, wyjaśnienie – patrz post „Oblężenie Brzegu w roku 1807, część II) wraz z 8 bastionami. 2 najstarsze bastiony – położony nad Odrą bastion odrzański oraz bastion zamkowy - w północnozachodnim narożniku miasta - były zbudowane całkowicie z kamieni (raczej oblicowane kamieniami, względnie cegłami, znajdowały się w nich również pomieszczenia dla załogi i magazyny amunicji (kazamaty). Na terenie bastionu zamkowego znajdowała się również niska, podpiwniczona wieża. Wszystkie pozostałe bastiony były usypane z ziemi, osadzone na fundamentach w postaci drewnianych kratownic i posiadały wykonane z drewna pomieszczenia dla załogi (baraki lub ziemianki). Bastiony były ze sobą połączone kurtynami. Fosa była w przeważającej części wypełniona wodą, ale nie osiągała głębokości bojowej (tzn. wymaganej dla celów fortyfikacyjnych, czyli co najmniej 1,6 m). Skarpy były oblicowane jedynie na froncie odrzańskim i w większej części frontu północnozachodniego, zaś przeciwskarpy całkowicie ziemne. W fosie, przed kurtynami, znajdowały się raweliny, osłaniające jednocześnie znajdujące się za nimi bramy. Połączenie z Odrą stanowiły śluzy, osłonięte dziełami fortyfikacyjnymi. Szaniec na Wyspie Młyńskiej osłaniał dodatkowo od strony rzeki znajdującą się tam śluzę. Brama Odrzańska i most odrzański były po drugiej stronie rzeki osłonięte małym szańcem (dzisiejsza przeprawa mostowa znajduje się ok. 40 m w górę rzeki, przyczółek miejski ówczesnego mostu zwodzonego znajdował się tuż przy Bramie Odrzańskiej, mniej więcej w miejscu dzisiejszego skwerku z tablicą pamiątkową, może trochę dalej w dół rzeki; most przebiegał nieco skośnie przez rzekę i przypuszczam, że jego drugi przyczółek znajdował się w miejscu dzisiejszego budynku z wodomierzem; występujące tam nierówności terenu mogą być pozostałością fortyfikacji). Brama Opolska nie była w ogóle drożna i nie wymagała dodatkowej osłony. Na obwodzie stoku bojowego nie było ciągłej drogi ukrytej, lecz jedynie w kilku miejscach jej zaczątki.

W momencie wkroczenia Prusaków na Śląsk wszystkie dzieła fortyfikacyjne były mniej lub bardziej zaniedbane. Jednak od tego czasu zarówno Browne (Maximilian Ulysses hrabia Rzeszy Browne, baron de Camus i Mountany – austriacki feldmarszałek-lejtnant, pochodzenia irlandzkiego, naczelny wódz na Śląsku), jak i komendant hrabia Piccolomini (Octavio Enea Józef Piccolomini d’Aragona, książę Duca, hrabia di Sticciano, 1698 – 1757, austriacki generał pochodzenia włoskiego, jego sławny dziad walczył w wojnie trzydziestoletniej pod rozkazami Wallensteina; zdradziwszy swego wodza został sowicie wynagrodzony przez cesarza, m.in. dobrami i zamkiem w Nachodzie, który stał się siedzibą rodową Piccolominich) podjęli odpowiednie kroki w celu doprowadzenia ich do stanu gotowości. Celem podwyższenia zabezpieczenia przed atakami z zaskoczenia, na przeciwskarpie osadzono dobrą (gęstą) palisadę, dodatkowo wzmocnioną kozłami kolczastymi (przenośna zapora ze skrzyżowanych ze sobą, obustronnie zaostrzonych pali, połączonych poprzecznicą), kolcami i fugasami (improwizowane miny, zakopane tuż pod powierznią ziemi, odpalane za pomocą lontów – w odróżnieniu od stałych korytarzy minowych, których w Brzegu nie było). Również przed fosą (na stoku bojowym i przedpolu) założono fugasy. Na nieoblicowanych odcinkach skarpy posadowiono ostrokół. Drewniane mosty przez fosę, jak również zbudowany z drewnianych jarzem most odrzański zostały częściowo zerwane, lub spalone już na początku stycznia. Jak już wcześniej wspomniano, w celu uzyskania wolnego pola ostrzału, komendant już przed pierwszą blokadą (zaraz po zajęciu Śląska) rozkazał rozbiórkę budynków leżących w bezpośrednim sąsiedztwie dzieł fortyfikacyjnych (w celu umiemożliwienia nieprzyjacielowi wykorzystania ich jako osłony). W celu usprawnienia służby wartowniczej i robót fortyfikacyjnych komendant powołał mieszczan pod broń, formując z nich 4 kompanie oraz wydając im karabiny i amunicję.

Gdy 7. kwietnia pruskie wojska blokadowe ustąpiły spod Brzegu (koniec pierwszej blokady krótko przed bitwą małujowicką), hrabia Piccolomini podjął natychmiast kroki w celu uzupełnienia i powiększenia zgromadzonych w twierdzy zapasów żywności, których zasoby były właściwie już wtedy w takim stopniu wystarczające, że miały z nich być nawet zaopatrzone wojska Neipperga (dowódca austriackiego korpusu, pokonanego pod Małujowicami), z którymi nawiązano kontakt 9. kwietnia.

W skład załogi twierdzy wchodziło 11 kompanii Wenzel Wallis, 7 kompanii Botta, 6 kompanii Browne, 1 wolna kompania (ochotnicza), dragoni Liechtensteina i żołnierze artylerii polowej – w sumie 1931 ludzi. W skład parku artyleryjskiego wchodziło 61 dział , 9 moździerzy i obfite zasoby amunicji.

Tak więc w momencie, gdy Prusacy po raz drugi stanęli pod jej murami, twierdza była jak najbardziej w odpowiednim stanie, by z powodzeniem wytrzymać nawet dłuższe oblężenie.

Korpus oblężniczy, dowodzony przez generała-lejtnanta von Kalcksteina, składał się z następujących sił, przydzielonych doń przez króla Fryderyka: pułków piechoty Jeetze i Gravenitz (pułk Jeetze wszedł w skład korpusu przypuszczalnie dopiero kilka dni później –ewidencja Pruskiego Królewskiego Kwatermistrzostwa jako miejsce postoju między 11. a 20. kwietnia podaje jeszcze Przylesie, 9 km na południowy zachód od Brzegu, w rzeczywistości pułk osłaniał później park oblężniczy pod Brzeziną), 2. batalionu (pułku) Alt-Borcke, 1. batalionu (pułku) Kalckstein, batalionów grenadierów (pułków) Buddenbrock, Reibnitz i Saldern oraz 6 szwadronów (pułku) Schulenburg (2 z tych szwadronów odeszły później do obozu w Małujowicach. 21. kwietnia pułk grenadierów konnych Schulenburg, którego dowódca poległ w bitwie pod Małujowicami, został podzielony i zamieniony w 2 pułki dragonów, liczące po 5 szwadronów. Dowództwo jednego z tych pułków otrzymał pułkownik von Bissig, przydzielony uprzednio do pułku dragonów Bayreuth, zaś drugiego pułkownik hrabia Rothenburg, będący uprzednio na służbie francuskiej).

Większość z tych oddziałów pojawiło się pod twierdzą jeszcze 11. kwietnia.Komendant został wezwany do poddania twierdzy, które to wezwanie co prawda odrzucił, godząc się jednak na przyjęcie do twierdzy 500 ciężko rannych w małujowickiej bitwie i niezdolnych do marszu Austriaków, rozmieszczonych w okolicznych miejscowościach.

W celu zdobycia twierdzy konieczny był teraz regularny atak i król wydał natychmiast rozporządzenia w sprawie rozpoczęcia formalnego oblężenia.

7 batalionów i 4 szwadrony z korpusu blokadowego obsadziło pozycje na lewym brzegu Odry, zajmując Pawłów, Żłobiznę, Skarbimierz, Zielęcice i Brzezinę, zaś 2 bataliony i 2 szwadrony – na prawym brzegu, zajmując Pisarzowice i Kościerzyce. W celu zapewienia łączności między obu ugrupowaniami, pod Pawłowem i Brzeziną przerzucono mosty pontonowe.

Kierowanie atakiem artyleryjskim powierzono generałowi Lingerowi, zaś atakiem inżynieryjnym (fortecznym) pułkownikowi Walrave, który kierował też przypuszczalnie całością prac oblężniczych; w każdym razie król rozkazał: „oficerowie artylerii od generała aż do ostatniego winni są respektować polecenia pułkownika Walrave’a tak, jak osobiste polecenia Jego królewskiej Mości”. (Pułkownik, a później generał Gerhard Cornelius von Walrave – 1692 – 1773 - pochodził z Westfalii i pierwsze doświadczenia w sztuce fortyfikacyjnej zdobywał w służbie holenderskiej. Dzięki niezwykłemu talentowi zrobił błyskotliwą karierę w armii pruskiej, fortyfikując m.in. Magdeburg i Szczecin. Po zdobyciu Brzegu przez Prusaków został pierwszym pruskim komendantem i kierował pracami nad wzmocnieniem i rozbudową twierdzy. Walrave był katolikiem i wysyłał m.in. dary wotywne do Częstochowy. Mimo sporych zasług, trudny charakter przysparzał mu licznych wrogów, zaś hulaszczy i wystawny styl życia pchnął go do defraudacji i nawiązania kontaktów z agentami obcych państw, którym prawdopodobnie oferował dostarczenie planów fortyfikacyjnych i innych tajnych informacji. Gdy sprawa wyszła na jaw i zbadała ją specjalna komisja, Walrave popadł w niełaskę u króla i został bez wyroku sądowego osadzony w magdeburskiej twierdzy, którą kiedyś sam budował, a w której kazamatach teraz przyszło mu spędzić ostatnie 25 lat swego życia).

Po przeprowadzeniu rozpoznania, w następnych dniach Fryderyk zdecydował się zaatakować twierdzę od północnego zachodu. Przemawiał za tym w pierwszym rzędzie fakt, że od tej strony środki oblężnicze mogły być w łatwo transportowane drogą wodną na Odrze. Front północnozachodni twierdzy był najkrótszy i mógł zostać łatwo oskrzydlony z prawego brzegu Odry. Górujące nad terenem zbocze wzgórza Zielęcickiego (niem. Grünninger Berg) zapewniało dogodne stanowiska dla baterii oblężniczych, zaś leżąca na południowy wschód od wzgórza równia nadawała się dobrze na skrzydłową pozycję okopów. Również stosunkowo płytka na tym odcinku fosa zdawała się dawać dobre widoki na dokonanie wyłomu w wale.

Zaraz po zapadnięciu powyższej decyzji przetransportowany drogą wodną z Oławy park artyleryjski zaistalowano pod Brzeziną, zaś park oblężniczy pod Zielęcicami i 17. kwietnia przystąpiono do sporządzania koszy szańcowych (charakterystyczne, wysokie kosze, a właściwie „rury”, które po wypełnieniu ziemią stanowiły dobrą osłonę przed kulami) i faszyn (wiązki chrustu, o długości do sążnia – ok. 2,5 m - stosowane n.p. do budowy umocnień lub zasypywania fos i budowy grobli; faszyny stosowali już starożytni Rzymianie – łac. nazwa „fascis” - wiązka; faszyny z zatkniętym toporem – tzw. „rózgi liktorskie” były symbolem władzy urzędniczej; symbolem tym posługiwał się powstały we Włoszech w latach dwudziestych XX w. ruch polityczny i właśnie stąd wywodzi się słowo „faszyzm”).

20. kwietnia główne siły korpusu oblężniczego na lewym brzegu (Odry) zostały skoncentrowane w obozie pod Zielęcicami, leżącym na lewym skrzydle utworzonego w tym samym dniu obozu głównego. Ponieważ przez ustawienie pruskiej armii i obsadzenie mostów na Nysie twierdza została zupełnie odcięta na lewym brzegu (Odry), a niska liczebność załogi raczej wykluczała wypady, całkowita blokada nie była co prawda konieczna, niemniej mosty odrzańskie pozostały obsadzone, szczególnie most na wysokości Pawłowa, gdzie na pozycjach pozostał batalion grenadierów.

Plan oblężenia zakładał budowę pierwszych baterii na wysokości wzgórza Zielęcickiego, w odległości 800 do 900 m od twierdzy i na prawym brzegu Odry, na wysokości spalonej wsi Rataje oraz wytyczenie pierwszej paraleli (wyjaśnienie – patrz plan oraz następny post) już w odległości 300 m od twierdzy, by jak najszybciej osiągnąć cel (nie wiadomo, w jakim stopniu na plany te wpłynął król, zgodnie z relacją Belle-Isles, był on (król) jego autorem).

25. kwietnia ukończono wszystkie przygotowania do rozpoczęcia regularnego oblężenia i w nocy z 26. na 27. kwietnia miano przystąpić do kopania pierwszej paraleli i budowy baterii. Jednak z powodu gwałtownej burzy rozpoczęcie prac przesunięto o 24 godziny (powód ten wspomiał sam król w liście do księcia Leopolda von Anhalt z 27. kwietnia, według innych źródeł zwłokę spowodowały niepokojące wieści o próbie odsieczy, podjętej przez Neipperga). Król wydał szczegółowe rozporządzenia odnośnie wykonywania tych prac, w oparciu o instrukcję atakowania twierdz, opracowaną kilka lat wcześniej przez księcia Leopolda (von Anhalt-Dessau – nazywanego starym Dessauerem lub ojcem pruskiej armii). Pod osłoną korpusu zlożonego z 2 batalionów muszkieterów (piechota liniowa) i 3 kompanii grenadierów (elita piechoty – początkowo dodatkowe uzbrojenie w granaty ręczne – stąd nazwa, później stosowane już tylko w wojnie oblężniczej, spowodowało pojawienie się 2 charakterystycznych elementów umundurowania: wielkiej torby na granaty i wysokiej czapki, zamiast kapelusza, by przed rzutem granatem łatwiej można było zarzucić na plecy karabin; na grenadierów wybierano mężczyzn rosłych i silnych, zaś wspomniana wysoka czapka miała dodatkowo wzmacniać psychologiczne działanie na wroga; znana była słynna gwardia olbrzymów króla pruskiego Fryderyka Wilhelma I; grenadierzy musieli też tradycyjnie nosić wąsy, a gdy nie pozwalał na to zbyt młodociany wiek, to ów mankament korygowano przy pomocy węgla lub sadzy), stojącym pod rozkazami generała von Jeetze, do budowy paraleli i rowów komunikacyjnych przystąpić miało 2000 piechurów, a do budowy baterii 1200. Do prac na prawym brzegu Odry wydzielono 200 ludzi. 300 dragonów (rodzaj kawalerii, początkowo „konna” piechota, używająca koni jedynie do przemieszczania się, walcząca zaś pieszo; w czasach wojen śląskich dragoni byli już właściwie pełnowartościową kawalerią, choć zachowali niektóre różnice, m.in. w uzbrojeniu w karabinki dragońskie – krótsze od karabinów piechoty, lecz dłuższe od kawaleryjskich, wyposażone – jak te ostatnie – w kabłąk z pierścieniem do przypinania karabińczykiem do bandoliera (pasa) oraz przystosowane do zakładania bagnetu; w pułkach dragonów rotmisrzowie nosili – tak jak w piechocie – miano kapitanów) przyciągnęło końmi wielkie faszyny do budowy baterii.

Korpus osłonowy wyruszył na pozycje wieczorem 27. kwietnia, gdy tylko zaczęło się ściemniać. 3 kompanie grenadierów podeszły pod twierdzę na odległość ok. 170 metrów od fosy, rozstawione w odstępach szerokości batalionu, na skrzydłach wysunięto po 2 podoficerów i 20 żołnierzy o kolejnych 15 m. W odstępy między grenadierami weszły bataliony muszkieterów, podchodząc na odległość ok. 60 m do linii grenadierów, wysuwając po 1 oficerze, 2 podoficerów i 12 żołnierzy na pierwszą linię. Gdy wspomniane oddziały osiągnęły swe pozycje, żołnierze położyli się na ziemi, podczas gdy postępujący za nimi robotnicy w odległości 20 m za linią batalionów muszkieterów rozpoczęli wytyczanie linii okopów i ich kopanie. Mimo jasnego światła księżyca, w twierdzy do pierwszej w nocy nie zauważono robót, które były wtedy już tak zaawansowane, że okopy zapewniały wystarczające schronienie. O brzasku paralela była gotowa do obrony i korpus osłonowy mógł zostać do niej wycofany. Paralela opierała się na lewym skrzydle stronie o Odrę, zaś na prawym o wspomnianą równię, na której usypano szaniec i obejmowała atakowany front na długość ok. 800 m. Długość biegnącego na tyły rowu komunikacyjnego wynosiła ok. 1600 m. Głębokość okopów wynosiła 1,3 m, zaś ich szerokość 2,3 m. Z wykopanej ziemi usypano przedpiersie, wyłożone od wewnątrz workami z piaskiem, bankiety zostały utwardzone faszyną. Również na prawym brzegu Odry udało się bez przeszkód wykopać podobne okopy o długości ok. 250 m.

Wczesnym rankiem 28. kwietnia pracujący dotychczas przy kopaniu okopów robotnicy zostali zluzowani przez 1000 następnych, którzy w ciągu dnia rozbudowywali pozycje.

Budowa baterii nie postępowała z taką szybkością. Ciężka, gliniasta ziemia, rozmiękła przez opady minionych dni oraz brak doświadczenia pozwalały tylko na nieznaczny postęp. Dopiero w południe 28. kwietnia zdołano ukończyć baterię nr 5 na prawym brzegu Odry, i ustawić w niej 6 moździerzy. Budowa baterii nr 1 na wzgórzu Zielęcickim była bardzo słabo zaawansowana i gdy rano król dokonywał tu inspekcji robót, rozkazał ich natychmiastowe poniechanie. Następnej nocy miano od razu przystąpić do budowy dalszych baterii, bliżej twierdzy, tym bardziej że nieprzyjaciel wydawał się być zaskoczony i - najwidoczniej nie oczekując ataku od tej strony - prowadził jedynie słaby ogień artyleryjski. Gdy tylko ukończono baterię nr 5, rozpoczęto ostrzał, skoncentrowany jednak wyłącznie na dzieła fortyfikacyjne, gdyż zgodnie z królewskim rozkazem miasto miało być oszczędzane. Około 90 bomb wystrzelonych (z moździerzy) w ciągu popołudnia nie wyrządziło znaczniejszych szkód, eliminując jedynie nieprzyjacielski moździerz. Nieprzyjacielski ogień nie spowodował żadnych strat.

Okopy obsadzono w ten sposób, że 2 bataliony muszkieterów i 3 kompanie grenadierów pełniły służbę przez 24 godziny. Zluzowanie odbywało się wieczorem. Kompania grenadierów obsadziła usypany na prawym skrzydle paraleli szaniec. Bataliony muszkieterów zajęły stanowiska w paraleli, podczas gdy dalsze 2 kompanie grenadierów strzegły okopów na prawym brzegu Odry.

W nocy z 28. na 29. kwietnia znów była niepogoda, co znacznie zakłóciło rozbudowę paraleli, zaś na prawym brzegu Odry do ranka 29. kwietnia zdołano jedynie uzbroić 2 dalsze baterie nr 6 i 7. Z ustawionych tu 12 dział 12-funtowych oraz z baterii moździerzy nr 5 prowadzono w ciągu dnia umiarkowany ogień, na który Austriacy odpowiadali żywiej, niż dnia poprzedniego. Mimo to udało sie wyłączyć z dalszej walki kilka dział fortecznych.

Przerzucone nad celem pruskie bomby uszkodziły położony za atakowanym frontem stary renesansowy zamek, zbudowany przez księcia Jerzego II. W następnych dniach zamek całkowicie spłonął, ku wielkiemu żalowi Fryderyka, mimo iż pruska artyleria spowalniała ogień, by nie zakłócać gaszenia pożaru.

W ciągu dnia oblegani prowadzili z wałów skuteczny ogień karabinowy przeciw załodze okopów, na który ta odpowiadała równie skutecznie. Następnej nocy zdołano w końcu częściowo ukończyć baterię moździerzy nr 3 na lewym brzegu Odry, zaś w pozostałych bateriach zwiększono liczbę dział, dzięki czemu 30. kwietnia otwarto wzmożony ogień, na który nieprzyjaciel odpowiedział równie intensywnie. Pojedynek artyleryjski prowadzono z wielkim uporem przez cały dzień.

Następnej nocy ukończono baterię nr 3 oraz baterię nr 2, ustawiając w niej 16 armat 24-funtowych. Tak więc rankiem 1. maja otwarto ogień z 52 dział:

bateria nr 2 – 16 armat 24-funtowych
bateria nr 3 – 12 moździerzy
bateria nr 5 – 6 moździerzy
bateria nr 6 – 10 armat 12- i 24-funtowych
bateria nr 7 – 8 armat 12- i 24-funtowych.

Nieprzyjacielska artyleria, początkowo prowadząca jeszcze intensywny ogień, została do czwartej po południu całkowicie wyeliminowana z walki. Większość dział na wałach była niezdatna do dalszego użytku, a ambrasury (otwory strzelnicze w przedpiersiu wałów) zniszczone.

Ostrzału nie przerywano przed następne 2 noce, rozbudowując przy tym baterie i rankiem 2. maja w baterii nr 2 ustawiono kolejnych 8 armat 24-funtowych. Rozpoczęto również budowę nowej baterii nr 7. Obrońcom udało się jeszcze co prawda ustawić na wałach 7 nowych dział i podjąć dalszą walkę, lecz 2 działa unieszkodliwiono do południa 2. maja, a następne 2 do wieczora tego dnia.

3. maja oblegający prowadzili dalszy intensywny ogień z wszystkich 60 dział w bateriach, na który nieprzyjaciel mógł jedynie sporadycznie odpowiadać. Wieczorem tego samego dnia przystąpiono do kopania drugiej paraleli.

Generał-major von Jeetze wraz z załogą okopów osłaniał roboty, rozpoczęte o dziewiątej rano przez 2 grupy robocze w sile 7 oficerów, 24 podoficerów i 300 żołnierzy każda, przy czym przeciwnik nie podjął próby ich zakłócania. Druga paralela, wysunięta z prawego i lewego skrzydła pierwszej i połączona z nią rowami dobiegowymi, składała się z 2 oddzielnych części, które na najbardziej wysuniętych odcinkach dochodziły do przeciwskarpy (twierdzy) na odległość do 60 m. Kontynuowano też budowę baterii nr 4, której jednak nie dokończono z powodu trudnych warunków ziemnych.

Wraz z ukończeniem nocnych robót, 4. maja o piątej rano Prusacy wznowili ostrzał, na który twierdza odpowiedziała tylko pojedynczymi wystrzałami i o drugiej po południu na bastionie położonym na południowy zachód od Bramy Wrocławskiej (czyli na bastionie Wielkim lub Książęcym, położonym tuż przy amfiteatrze, załamana linia znajdującego się tam stawu – dawnego odcinka fosy – odpowiada narysowi jego czół) załopotała biała flaga i oblegający wstrzymali ogień.

Należy przy tym nadmienić, że twierdza nie znajdowała się jeszcze w stanie, umożliwiającym szturm – palisada była prawie wszędzie nienaruszona i nigdzie nie dokonano też wyłomu (przerwanie ciągłości wałów byłoby warunkiem koniecznym dla przypuszczenia szturmu). Niemniej, ze względu na brak bezpiecznych pomieszczeń dla załogi (chodzi o kazamaty, których w brzeskiej twierdzy praktycznie nie było) opuszczono już zarówno odcinek drogi ukrytej atakowanego frontu oraz znajdujący się tam rawelin (wysunięte dzieło fortyfikacyjne na planie trójkąta, otwarte od tyłu, leżące w fosie i osłaniające kurtynę; raweliny budowano często jako osłonę bram; rawelin Zamkowy, o który tu chodzi, znajdował się nieopodal dzisiejszego pomnika „hydraulika” ). Ponieważ wał główny był słabo chroniony przedpiersiami, przebywanie na nim podczas wzmożonego ognia oblegających było znacznie utrudnione. Z uwagi na te fakty komendant (twierdzy) doszedł do wniosku, że dalsza obrona jest bezcelowa, tym bardziej, że również morale załogi nie było zbyt wysokie, o czym świadczyły liczne przypadki dezercji. Na podjęcie takiej decyzji wpłynął również wzgląd na oszczędzenie miasta. W ciągu ostatnich dni oblężenia w wielu miejscach wybuchły pożary i już 2. maja delegacja zlęknionych mieszczan złożyła u komendanta petycję w sprawie poddania twierdzy.

Z początku król stawiał za warunek oddanie się załogi w niewolę, od czego jednak odstąpił, otrzymawszy wiadomość, że nieprzyjacielska armia, maszerująca na odsiecz twierdzy, dotarła już do Grodkowa. Skłoniło go to do tego, by nie tracić dłużej czasu i móc jak najszybciej rozporządzać w polu wojskami, zajętymi dotąd oblężeniem. Co prawda wspomniana wiadomość okazała się wkrótce być falszywą, niemniej spowodowała przyśpieszenie negocjacji, które zakończono już 4. maja. Załodze przysługiwało prawo wolnego wymarszu z bronią i honorami wojskowymi, musiała się jednak zobowiązać, że nie będzie służyć przeciw królowi pruskiemu przez 2 lata, zaś nigdy więcej na Śląsku.
Jeszcze wieczorem, po naprawieniu mostów (przez fosę), pruska kompania grenadierów obsadziła Bramę Wrocławską i leżący przed nią rawelin (Zamkowy). Następnego ranka zdjęto miny i przekazano arsenał, działa, amunicję i pozostały sprzęt. O dziesiątej przed południem do twierdzy wkroczył pułk Kleist oraz 2. batalion Alt-Borcke, który zluzował austriackie posterunki i straże.

O dwunastej w południe nastąpił wymarsz załogi z powiewającymi sztandarami i przy dźwiękach muzyki, jednak bez dział i bagażu, który w większej części wysłano drogą wodną do Opola. 8 pruskich batalionów stało w szpalerze wzdłuż drogi. Podążającego za swą załogą komendanta król uhonorował, zaproszeniem do stołu. Około 400 ludzi z austriackiej załogi zgłosiło się po wymarszu do pruskiej służby (zgodnie z raportem Piccolominiego ich liczba wynosiła wraz z tymi, którzy przeszli na pruską stronę już w czasie oblężenia, łącznie 412).

Straty oblegających wyniosły 5 kanonierów, podczas gdy po stronie austriackiej było 9 poległych i pewna liczba rannych. Hrabia Piccolomini poprowadził swych żołnierzy przez Grodków do Nysy. Obsadzono nimi później Przełęcz Jabłonowską oraz przydzielono do załóg Pragi i Chebu.

W ręce zwycięzcy wpadło 61 armat, 9 moździerzy, przeszło 2500 pocisków i 260 cetnarów prochu, ponadto około 3000 karabinów, 63 cetnarów kul ołowianych, 1200 łasztów zboża oraz zasoby mąki i paszy.

Król, który często wizytował okopy, sam przykładając rękę i zachęcając żołnierzy, był wielce rad z szybkiego zdobycia twierdzy, jednak mniej zadowolony ze swej artylerii, która - jego zdaniem – nazbyt często strzelała za wysoko. Również budowa baterii nie przebiegała - jego zdaniem - wystarczająco szybko.

Genarał von Kalckstein został odznaczony przez króla orderem Czarnego Orła, zaś pułkownik von Walrave mianowany generałem-majorem i zobowiązany do szybkiego doprowadzenia twierdzy do stanu obronności, jako że miała stać się ważną bazą operacyjną dla dalszego prowadzenia wojny.

 

Szkolenie poborowych posiadających prawo jazdy kat. B

O G Ł O S Z E N I E O Z A M Ó W I E N I U
NR 2006/07
1. Nazwa i adres zamawiającego.
Wojewódzki Sztab Wojskowy we Wrocławiu,
50-984 Wrocław, ul. J. Piłsudskiego 76/78,
tel. (071) 76 53 750, fax (071) 76 53 825,
osoba kontaktowa: mjr Tomasz Majcherek

2. Określenie trybu zamówienia.
przetarg nieograniczony - usługa

3. Określenie sposobu uzyskania specyfikacji istotnych warunków zamówienia.
Specyfikację Istotnych Warunków Zamówienia zamieszczono na stronie internetowej www.przetargi.army.mil.pl.

4. Opis przedmiotu oraz wielkości lub zakresu zamówienia.
Przedmiotem zamówienia jest:
Szkolenie poborowych posiadających prawo jazdy kat. B w zakresie uzyskania prawa jazdy kat. C
przez 325 poborowych do 30.11.2007r.
CPV - 80411000-8
Zakres obejmuje:
1. Nazwa zadania.
Szkolenie poborowych posiadających prawo jazdy kat. B w zakresie uzyskania prawa jazdy kat. C przez 325 poborowych w terminie do 30.11.2007r. CPV - 80411000-8
2. Lokalizacja i siedziba ośrodków.
Teren województwa dolnośląskiego podzielony na 7 grup powiatów tj:*
a) bolesławiecki, lubański, zgorzelecki,
b) głogowski, górowski, lubiński, polkowicki, wołowski,
c) jeleniogórski, kamiennogórski, lwówecki, miasto Jelenia Góra,
d) kłodzki, ząbkowicki,
e) jawroski, legnicki, złotoryjski, miasto Legnica,
f) dzierżoniowski, świdnicki, wałbrzyski,
g) milicki, oleśnicki, oławski, strzeliński, średzki, trzebnicki, wrocławski, miasto Wrocław,
* np. w przypadku skierowania kursanta z powiatu jeleniogórskiego winien on być szkolony w na terenie jednego z powiatów określonych w grupie "c".
W grupach od "a" do "f" ośrodek szkolenia ma znajdować się w jednym z wymienionych miast powiatowych. Dla grupy określonej w pkt. "g" siedziba ośrodka ma znajdować się we Wrocławiu.
3. Opis zadania.
3.1. Przedmiotem zamówienia jest wyszkolenie max 325 kursantów posiadających prawo jazdy kategorii B w zakresie uzyskania praw jazdy kat. C.
3.2. Ilość, miejsce i termin przeprowadzenia szkolenia ustali Zamawiający z Wykonawcą w trybie roboczym co najmniej z 7 dniowym wyprzedzeniem.
3.3. System szkolenia winien być całodzienny i całotygodniowy.
3.4. Szkolenie winno zakończyć się egzaminem państwowym. Zapłata wynagrodzenia
za wyszkolenie konkretnego kursanta nastąpi w momencie uzyskania przez niego prawa jazdy kategorii wymaganej przez Zamawiającego tj. po przedstawieniu dokumentów potwierdzających zdanie egzaminu państwowego.
3.5. Przed przystąpieniem do szkolenia Wykonawca przeprowadzi na swój koszt badania lekarskie o których mowa w § 10 ust. 2 pkt. 2 Rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 7 stycznia 2004r. w sprawie badań lekarskich kierowców i osób ubiegających się
o uprawnienia do kierowania pojazdami ( Dz.U. Nr 2, poz. 15 z 2004r. ) skierowanych kandydatów. W przypadku negatywnych wyników powyższych badań, o fakcie tym Wykonawca powiadomi właściwego Wojskowego Komendanta Uzupełnień oraz Zamawiającego celem wytypowania i skierowania w ich miejsce kolejnych kandydatów.
3.6. Przed rozpoczęciem szkolenia Wykonawca zobligowany jest do przeprowadzenia wstępnych testów teoretycznych i praktycznych w celu wykluczenia ze szkolenia kandydatów, którzy - jego zdaniem - nie rokują nadziei na uzyskanie prawa jazdy wymaganej kategorii. Wykonawca powiadomi właściwego Wojskowego Komendanta Uzupełnień oraz Zamawiającego o wynikach w/w testów i wykluczeniu kursantów, którzy otrzymali negatywną ocenę, z dalszego szkolenia celem wytypowania i skierowania w ich miejsce kolejnych kandydatów.
3.7. Kandydatów na szkolenia typują i kierują do Wykonawcy Wojskowi Komendanci Uzupełnień: Bolesławiec, Głogów, Kłodzko, Jelenia Góra, Legnica, Świdnica, Wrocław-1, Wrocław-2, Wrocław-3.
3.8. Jednorazowo Zamawiający wyznaczy grupę kursantów nie większą niż 20 osób.
3.9. Kandydaci zostaną poddani badaniom psychotechnicznym w Wojskowej Pracowni Psychologicznej, przed rozpoczęciem szkolenia i na koszt Zamawiającego.
3.10. Zamawiający zastrzega sobie możliwość prowadzenia bieżącego nadzoru - nad procesem szkolenia kursantów - na każdym etapie szkolenia.
3.11. Wykonawca winien przeprowadzić kursy zgodnie z wymaganiami określonymi
w Ustawie z dnia 20 czerwca 1997r. Prawo o ruchu drogowym ( t.j. DzU. Nr 58, poz. 515 z 2003r. ) wraz z aktami wykonawczymi.
3.12. Szkolenia praktyczne winny być prowadzone na pojazdach na jakich kursant będzie zdawał egzamin państwowy.
Lokalizacja: województwo dolnośląskie.
Zamawiający nie dopuszcza składania ofert częściowych.
Zamawiający nie dopuszcza składania ofert wariantowych.
Zamawiający nie przewiduje zawarcia umowy ramowej i aukcji elektronicznej.

5. Termin realizacji.
od dnia podpisania umowy do 30.11.2007r.

6. Opis warunków udziału w postępowaniu oraz opis sposobu dokonywania ich oceny.
1. O udzielenie zamówienia ubiegać się mogą Wykonawcy składający ważną i odpowiednią ofertę oraz:
1.1. posiadają uprawnienia do wykonywania określonej działalności lub czynności, jeżeli ustawy nakładają obowiązek posiadania takich uprawnień,
1.2. posiadają niezbędną wiedzę i doświadczenie oraz dysponują potencjałem technicznym i osobami zdolnymi do wykonania zamówienia,
1.3. znajdują się w sytuacji ekonomicznej i finansowej zapewniającej wykonanie zamówienia,
1.4. nie podlegają wykluczeniu z postępowania o udzielenie zamówienia na podstawie art. 24 PZP,
a ponadto spełniają niżej wymienione warunki:
1.5. wykonali, w przypadku świadczeń okresowych lub ciągłych również wykonywanych,
w okresie ostatnich 3 lat, a jeżeli okres działalności jest krótszy, to w tym okresie min. 2 zadania
w zakresie szkoleń dla grup zorganizowanych min. 10 osób,
1.6. wykonali/wykonują w/w usługi należycie
1.7. dysponują potencjałem technicznym niezbędnym do wykonania zamówienia tj:
1. min. 1 samochodem ciężarowym o dopuszczalnej masie całkowitej co najmniej 10 t i długości co najmniej 7 m, , dla przeprowadzenia kursu w zakresie praw jazdy kat. C, zgodnym z warunkami określonymi w Ustawie z dnia 20 czerwca 1997r. Prawo o ruchu drogowym ( t.j. DzU. Nr 58, poz. 515 z 2003r. ) oraz w aktach wykonawczych
2. dysponują placówkami przeznaczonymi do szkolenia kierowców i spełniającymi warunki określone w Ustawie z dnia 20 czerwca 1997r. Prawo o ruchu drogowym
( t.j. DzU. Nr 58, poz. 515 z 2003r. ) oraz w aktach wykonawczych, na terenie powiatów - grup:
- bolesławiecki, lubański, zgorzelecki,
- głogowski, górowski, lubiński, polkowicki, wołoski,
- jeleniogórski, kamiennogórski, lwówecki, miasto Jelenia Góra,
- kłodzki, ząbkowicki,
- jawroski, legnicki, złotoryjski, miasto Legnica,
- dzierżoniowski, świdnicki, wałbrzyski,
- miasto Wrocław,
1.8. dysponują osobami zdolnymi do wykonania zamówienia oraz posiadającymi kwalifikacje niezbędne do wykonania zamówienia tj. min. 2 instruktorami posiadającymi uprawnienia zgodne z Ustawą z dnia 20 czerwca 1997r. Prawo o ruchu drogowym ( t.j. DzU. Nr 58, poz. 515 z 2003r. ) oraz z aktami wykonawczymi.
1.9. są ubezpieczeni od odpowiedzialności cywilnej w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej na kwotę min. 200 000,00 zł
1.10. oświadczą, że spełniają warunki określone w art. 22 PZP oraz że nie podlegają wykluczeniu z postępowania na podstawie art. 24 PZP,
1.11. Zgodnie z art. 26 ust. 2 załączą dokumenty wymienione w § 1 ust. 1 pkt. 2,3,4,5, ust. 2 pkt. 2, 3,5,6 oraz ust. 3 pkt. 3 Rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z dnia 19 maja 2006r. w sprawie rodzajów dokumentów, jakich może żądać zamawiający od Wykonawcy oraz form, w jakich te dokumenty mogą być składane. (Dz.U. Nr 87 z dnia 24 maja 2006r. poz. 605).
Sprawdzenie w/w warunków udziału w postępowaniu odbywać się będzie na podstawie przedłożonych przez Wykonawcę dokumentów i oświadczeń wg zasady spełnia / nie spełnia.

7. Informacje na temat wadium: 6500,00 zł

8. Kryteria oceny ofert i ich znaczenie
A. CENA -100 %

9. Termin oraz miejsce składania i otwarcia ofert.
Termin złożenia ofert do dnia 2007-01-05 do godz. 10:00, siedziba Zamawiającego, w Kancelarii WSzW.
Otwarcie ofert nastąpi dnia 2007-01-05 o godz. 10:30, siedziba Zamawiającego, w pok. nr 216.
Składający ofertę pozostają nią związani przez okres 30 dni.

10. Sposób porozumienia się z Wykonawcami.
Oświadczenia, zapytania, zawiadomienia i protesty składane przez Wykonawców oraz odpowiedzi Zamawiającego wymagają formy pisemnej. Zamawiający dopuszcza przekazanie informacji za pomocą faksu, potwierdzonego niezwłocznie pisemnie.
Treści oświadczeń, zapytań, zawiadomień, modyfikacje SIWZ i protesty oraz odpowiedzi zostaną zamieszczone na stronie internetowej Zamawiającego;

Ogłoszenie zostało przekazane do Urzędu Zamówień Publicznych w dniu 18.12.2006r.