Nowe życie cz. I
Przepraszam na wstępie za wszystkie błędy potknięcie itp, pisałam to dosyć dawno temu, a za dużo tego jest, żeby teraz wszystko poprawiać
„Już nigdy...”- myślała pakując stary, żółty plecak, w który pomieściła wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy: bielizna, ciepła bluza, spodnie, bluzka na zmianę, trampki, skarpetki. Wyliczała w myślach, przypominając sobie czy na pewno zabrała wszystko. Rozejrzała się po pokoju, który przez dziewiętnaście lat był jej azylem, kryjówką- tu trzymała wszystkie swoje skarby, przyjaciół zatrzymanych w najróżniejszych pozach i zamkniętych w kolorowych ramkach, których było mnóstwo na półkach postarzałego regału. Patrzyła a na te szczęśliwe chwile, jakich nie miała w tym krótkim jeszcze życiu za wiele. Wzięła do ręki jedną z ramek i starła z niej rękawem kurz. Uśmiechnęła się do postaci na błyszczącym papierze. Aśka, Olka i Karol- paczka jej najlepszych kumpli z ogólniaka. Pamięta tamten dzień dokładnie. To były te chwile, które będzie przechowywać w swoim sercu zawsze. Byli gdzieś za miastem, na łące, lato w pełni...Tarzali się jak wariaci w wysokiej trawie, jak małe dzieci bawili się w berka, było tyle śmiechu i radości. Już było po maturze, po wszystkich egzaminach- czuli wolność, rozpoczynali kolejny etap w swoim życiu. „Przynajmniej im się udało...”- pomyślała z żalem. Karol wyjechał z ojcem do Anglii, na razie do pracy. Olka- ta zawsze miał dokładnie zaplanowane życie, teraz też: już wybrała uczelnie, przeprowadziła się do miasta, gdzie będzie studiowała, i tak jak mówiła jak najdalej od domu. A Aśka? Zerwała kontakt, zmieniała numer telefonu i nie ma jej w domu- cała ona, nigdy nie wiadomo gdzie ją wiatr poniesie. Tak dobrze znała tę trójkę- ich tez zabrała ze sobą, delikatnie układając między ubraniami, aby nie zniszczyć ramki.
Basia nie miała żadnych pretensji do swoich przyjaciół, wiedziała przecież, ze takie jest życie- każdy idzie swoja ścieżka. Jej droga nie należała do najłatwiejszych...Cały czas musiała walczyć sama- o siebie i swoja wiedzę, o własne utrzymanie, o to by mieć jakieś nowy ciuchy na dyskotekę. Sama... Rozejrzała się za siebie, czy nikt jej nie obserwuje i schyliła się za fotel, wyciągając zza niego mała metalową kasetkę. Wszystkie jej oszczędności- dużo tego nie było ale wystarczy na kilka dni, a przede wszystkim starczyło żeby kupić bilet na tę długa podróż. Zarobiła te pieniądze udzielając korepetycji, pisząc wypracowania małolatom, które były leniwe ale za to miały kasę. Nie myślała co dalej jak kasa się skończy, wierzyła skrycie, że może jakoś się uda. W nowym mieście znajdzie pracę, może kiedyś nawet pójdzie na wymarzone studia, może...
Teraz w głowie kołatała się jedna myśl- uciec i już nigdy nie wracać w to przeklęte miejsce, do tego piekła, które od lat budowała jej własna matka. Baśka nie dziwiła się ojcu, że odszedł od niej, tylko dlaczego zostawił ją- małą Basie. Nie pamięta jak wyglądał, ale wie że kiedyś był. Gdzieś w snach widziała postać mężczyzny, który bierze ja na ręce i utula w płaczu, wie, że to on- ten miękki sweter i jego zapach, tyle jej zostało po ojcu, sny...
Jeszcze tylko karteczka dla matki: ”Wyjeżdżam, nie szukajcie mnie, nie wrócę. Basia”. Duży plecak postawiła przy drzwiach. Weszła do pokoju. Pomieszczenie to było brudne i zapuszczone, w powietrzu unosiła się woń alkoholu. Jedyny mebel na którym nie było kurzu to chyba telewizor i fotel. Na starym i poprzepalanym papierosami fotelu zalegali na zmianę matka ze swoim nowym „chłopakiem”. Teraz też tam leżała, pochrapując ohydnie i memrząc cos przez sen. na odległość czuć było od niej wódkę. Brudna, zaniedbana, z przetłuszczonymi włosami. „Mamusia”- pomyślała Basia z żalem. Popatrzyła na nią raz jeszcze, żeby nie zapomnieć, w końcu to ostatni raz...
Kartkę położyła na stole obok pustej butelki. Już chciała się odwrócić i udać się w stronę wyjścia, ale wtedy poczuła tą ciężka łapę na swoim karku. Sparaliżował ja strach, do tej pory udało jej się skutecznie przed nim uciec. Spocona ręka, woń papierosów i alkoholu- znała to dobrze. On zawsze znalazł odpowiedni moment żeby klepnąć czy uszczypnąć ją w pośladek, wiele razy widziała ten obleśny wyraz twarzy, gdy wpatrywał się w jej młode ciało Jego palce powoli wplątywały się w jej opadające na ramiona włosy. Dziewczyna wiedziała, że musi przełamać ten strach i wstyd, nie może mu pozwolić, żeby dalej ją krzywdził. Odwróciła się strącając obrzydliwy ciężar z szyi. Bez większego zastanowienia kopnęła go z całej siły w krocze. Ten opadł z jękiem na podłogę i zwinął się w kłębek. Basia wybiegła z domu zarzucając na ramię wypchany plecak.
Na ławce siedziała mała blondynka- w dżinsach, brązowej bluzie z kapturem , glanach, nie zwracała specjalnie uwagi pasażerów oczekujących na pociąg. Nikt przecież nie wiedział, że tego dnia ta krucha dziewczyna podjęła najważniejszą decyzje w swoim życiu. Na peron wtaczał się właśnie pociąg relacji Wrocław- Warszawa. Drobna dziewczyna poderwała się chwytając w pośpiechu żółty plecak i szybko wsiadła do wagonu. Po kilku minutach maszyna ruszyła, a ona stojąc przy oknie, ze strachem w oczach żegnała się z dawnym życiem.
II
Wysiadła na Dworcu Centralnym. Nigdy nie była w Warszawie, nawet nie wiedziała w którą stronę pójść. Była zagubiona i przerażona. Może to wszystko było niepotrzebne? Przecież sobie nie poradzi, jak ma sobie tu poradzić sama, nie znając miasta? Wokół syf-niewiele różnił się od tego, który znała na co dzień. Ludzie z niezbyt przyjaznym wyrazem twarzy potrącali ja na każdym kroku. Basia rozglądała się niepewnie wokół. Od jakiegoś przechodnia dowiedziała się jaki bilet kupić, żeby móc pojechać gdzieś autobusem miejskim. Pierwsze przerażenie minęło po jakiejś godzinie. Zaopatrzona w mapę postanowiła trochę pozwiedzać miasto.
Tak minął jej pierwszy tydzień- ciągła podróż po Warszawie. Sypiała w tramwajach czy autobusach, raz zdarzyło jej się nocować na Centralnym. W pierwszych dniach pokochała tę wolność i adrenalinę , która miała ciągle wysoki poziom w jej krwi. Ale po pewnym czasie zaczęło brakować pieniędzy, nie udało jej się znaleźć żadnej pracy. Zmęczona, zniechęcona porażką, która zbliżała się wielkimi krokami, zaczynała żałować swojej decyzji. Była osłabiona niedospaniem, a głód doskwierał coraz bardziej. Po trzech dniach bez jedzenia zdecydowała się na coś o czym w życiu by nawet nie pomyślała.
Na komendzie Stołecznej Policji od rana panował straszny bałagan. Wszyscy biegali jak oparzeni, nie obyło się bez sprzeczek i kłótni. Wszędzie czasami zdarzają się takie dni gdzie nic nie idzie jak trzeba. Taki właśnie dzień zaczął się dla Zawady i jego ekipy.
- Szczepan, dzwoniłeś do Marka?- zapytał podenerwowany Zawada.
- Kurka panie komisarzu, nie odbiera- tłumaczył przestraszony aspirant
- Ja pierdzielę..., jak jest potrzebny to nigdy go nie ma- zdenerwował się na dobre Adam
- Cześć wszystkim!- w tym momencie wpadł do pomieszczenia Marek. Skórzana kurtka i koszula były w lekkim nieładzie, włosy również, co znaczyło, że pędził jak mógł do pracy.
- Nareszcie raczyłeś się zjawić!- krzyknął Zawada- Ostatni raz zbieram za ciebie zjebkę od Wiśniewskiej! Chociaż mogłeś zadzwonić jak miałeś zamiar się spóźnić!- i nie czekając na jego wyjaśnienia wyszedł trzaskając drzwiami.
- Szczepan co tu się dzieje od samego rana?- zapytał zdziwiony całą sytuacją, spojrzał na zegarek i zauważył, że spóźnił się zaledwie pięć minut...
- Nie pytaj lepiej, sajgon, Wiśniewska zła jak osa doczepiła się jakiś raportów, co mięliście z komisarzem zrobić- tu Marek złapał się za głowę przypominając o raporcie, którego nie napisał,- Grodzki też w nienajlepszym nastroju, co tu dużo mówić poniedziałek...
- Na śmierć zapomniałem, dobra Szczepan dzięki biorę się za te papiery bo najpierw zabije mnie Zawada a potem Wiśniewska.
Tylko on był w dobrym nastroju tego dnia. Poprzedniego wieczoru spotkał się z kumplem z dawnych lat. Przypominali sobie przy piwku szkole lata. Wspominali jak to było zaraz po maturze. Marek odzyskał w końcu dobry nastrój po rozstaniu się z Kaśką. Teraz dopiero, z dystansem mógł popatrzeć na ten toksyczny i bez przyszłości związek. W końcu jak mówiła mu jego matka: „tego kwiatu jest pół światu”, a on nie narzekał na powodzenie. Dzisiaj miał właśnie wyruszyć na łowy do jakiegoś klubu, żeby pocieszyć się po „stracie”, więc nic nie mogło mu zepsuć humoru. Nawet nie zdążył się usadowić wygodnie przy swoim biurku, kiedy do pomieszczenia wpadł jak burza Adam. Zabierając po drodze swoje rzeczy i kluczyki do auta wyszedł mówiąc żeby się zbierali bo jest sprawa. Zuzia, Szczepan i Marek potulnie i bez żadnego zbędnego gadania wyszli za komisarzem.
Zatrzymali się na parkingu przed małym warzywniakiem. Na miejscu pracowali już inni policjanci zajmujący się zbieraniem dowodów, odcisków, wszelkich śladów, które mają pomóc w znalezieniu przestępcy.
Kilka minut wcześniej ze sklepu, w popłochu, rozglądając się na wszystkie strony, wybiegła mała blondynka. Schowała coś szybko do plecaka i zaciągnęła na głowę kaptur, osłaniając się przed deszczem, który właśnie rozpadał się na dobre. Na plecy zarzuciła stary żółty plecak. Szybko odeszła w stronę przystanku tramwajowego.
Komisarz i spółka weszli do pomieszczenia, gdzie pracowali technicy oglądając ciało, które bezwładnie leżało na podłodze.
- Cześć- przywitał się Zawada- Co mamy?
- Brutalne morderstwo, kobita, około 45 lat, zmasakrowana głowa, sprawca użył jakiegoś tępego narzędzia, kości czaszki wgniecione do środka, kilka mocnych uderzeń, nie miała szans już po pierwszym z nich. Zgon nastąpił jakąś godzinę temu.
- Dobra, chłopaki przeszukać mi pomieszczenie, Szczepan sprawdź, może cudem w tej budzie był monitoring.
- Panie komisarzu, kurka, cudów nie ma, ale monitoring był- zaśmiał się Żołda, ale widząc srogą minę Adama kontynuował swoją wypowiedź- Właścicielką była Marianna Sulina, żona bogatego biznesmena, widocznie z nudów, bo przecież kasy jak lodu mieli, prowadziła sobie mały biznesik, żeby ploteczki zbierać, nic nie zginęło, pieniądze w kasie są, jej torebka dokumenty, wszystko jest.
- Adam!- krzyknął Marek- Chyba już wiem czym się nasza mamuśka zajmowała- powiedział wyjmując zza warzywek skrzętnie ofoliowane narkotyki
- Szczepan z Zuzią macie sprawdzić wszystko o denatce, przesłuchać męża, klientów, sąsiadów, zresztą wiecie, ja i Marek przejrzymy zapis z wideo.
Pojechali na komendę, w ciszy pokonywali drogę. Adamowi przeszło poranne zdenerwowanie. Teraz, szczerze mówiąc, było mu głupio, że tak naskakiwał na wszystkich szczególnie na Marka.
- Słuchaj Marek, przepraszam cię za rano, głupio wyszło- powiedział w końcu Adam, gdy siedzieli już przed telewizorem i oglądali zapis z kamery.
- Nic nie szkodzi, widzę, jaki sajgon dziś, więc wybaczam- ucieszył się, że wreszcie współpraca wróci do normy.- Patrz!- jego uwagę zwróciła dziewczyna, która wchodzi do sklepu, nerwowo rozgląda się na boki i za siebie, tu na chwile obraz ginie, potem widać już jak owa niska, drobna blondynka w bluzie z kapturem wybiega ze sklepu.- Kurde ale młoda- zamyślił się Marek
- Nom. To trzeba dać to do informatyków, żeby powiększyli twarz i szukamy małolaty- westchnął Adam- Ten dzisiejszy świat schodzi na psy.- zaklął pod nosem.
W tym czasie gdy informatycy sporządzali portret Basi, ona niczego nie świadoma siedziała w tramwaju i jadła słodycze, które udało jej się zwinąć ze sklepu. Było jej strasznie głupio i wstyd, ale nie miała wyboru- głód był silniejszy od racjonalnego myślenia. W sklepie akurat nie było nikogo, nawet nikt przy kasie nie stał, postanowiła wykorzystać okazję, pakując jak najwięcej do kieszeni i plecaka. Gdy dziewczyna jechała w bliżej nie znanym sobie kierunku, jej wizerunek trafił już do wszystkich patroli, nawet do mediów. Policja usilnie poszukiwała Basi- podejrzanej w tej chwili o brutalne morderstwo. Właśnie zasypiała, kiedy do wagonu wpadli kontrolerzy biletów. Z letargu w jaki popadała wyrwały ją słowa faceta, który już zdążył zablokować kasowniki: „Dzień dobry państwu, proszę przygotować bilety do kontroli...” Baska przełknęła nerwowo ślinę i pomyślała: „ O ku**a, nie mam biletu”. Chciał jakoś uciec, następny przystanek był tuz za skrzyżowaniem, przemieszczała się do tyłu wagonu, w nadziei, że uda jej się wysiąść zanim dotrą do tyłu tramwaju. Niestety było akurat czerwone światło...
- Bilet proszę- usłyszał za sobą twardy głos, który należał do wysokiego i barczystego faceta- Słyszy pani?
- Nie mam- powiedziała w końcu Basia
- To będzie pani musiała wysiąść z nami.
Wsiedli z tramwaju. Mężczyzna wyją z kiszeni jakiś bloczek i długopis. Zaczął wypytywać Basie o dane osobowe, pouczać.
- Imię?- pytał nie zwracając uwagi na tłumaczenia dziewczyny, nie wzruszały go żadne argumenty
- Britnej- wkurzyła się Baska, i tak nie miała pieniędzy żeby cokolwiek zapłacić, więc było jej wszystko jedno. Facet popatrzył na nią złowrogo- A nazwisko Spears jakby chciał pan wiedzieć...- zaśmiała się ironicznie- I wal się pan!- krzyknęła mu na obchodne uciekając na druga stronę ulicy.
Miała jednak pecha- chodnikiem przechadzał się patrol policji, a kontroler należał do wyjątkowych skurwysynów. Gdy zorientował się, że jego zdobycz ucieka z jego własnego terytoriom, zaczął wrzeszczeć: „ Łapać ją!!!”. Policjanci usłyszawszy jego wołanie rzucili się w pogoń za Baśka. Po paru minutach mieli ja już w swoich „objęciach”. Ona próbowała się wyrwać, klnąc siarczyście i wijąc się na wszystkie strony. Tym jednak pogorszyła swoja sytuację, która i tak była opłakana...
- Kurcze, ja ją kojarzę!- powiedział jeden funkcjonariusz do drugiego- To ta małolata, co ją szukają! Ha!- uradowany niesamowicie, zakuł ją w kajdanki i zaprowadził do policyjnego samochodu.
- Kto mnie niby szuka?- próbowała się bezskutecznie dowiedzieć czegokolwiek Basia- Możecie mi do kurwy nędzy coś powiedzieć?!- krzyczała spanikowana
Po kilku minutach siedziała już, nieświadoma zarzutów, które miała za chwile usłyszeć z ust komisarza Zawady, na komendzie w pokoju przesłuchań.
III
Czuła się jak w filmie: weneckie lustro, stare biurko, dyktafon...Zupełnie pogubiła się w tym wszystkim, nie wiedziała co się dzieje, w jej głowie kłebiły się setki myśli, wyrzuty sumienia, w koncu miała dosyc tego wszystkiego i zaczynała żałować, tego, że uciekła. Poniosła porażkę. Nie zasłużyła na lepszy los, widocznie nie był jej pisany. Powinna siedziec teraz z matka i pić, wtedy życie byłoby takie proste, z dnia na dzień, zadnych obowiązków, po co jej praca, studia, po co? To wszystko nic nie warte... Teraz jeszcze wplątała się, sama nie wie jak, w jakieś bagno. Cała dygotała, ręce jej się trzęsły, a oczy ze strach powiększały się do granic możliwości. Co teraz będzię? Ta mysl maniakalnie pojawiała się w jej głowie.
Za lustrem stał Marek z Adamem. Z niedowierzaniem patrzyli na te, jak to trafnie określił Zawada, „małolatę”. Była taka drobna, wręcz bezbronna i jak obaj zauwazyli- ładna.
- Kurde, Adam ile ona może mieć lat, z 18?- zapytał Marek
- Tak sobie życie spieprzć, taka ładna dziewczyna, ale może to nie ona, poszła po działkę, zauważyła trupa i wybiegła?- usprawiedliwiał ją Adam- Dobra, idę z nią pogadać.
Dziewczyna drgnęła słysząc otwierające się drzwi. Spojrzała w tamta stronę. Do pomieszczenia wszedł niewysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, z niezbyt miłym wyrazem twarzy. Spoglądał raz po raz na nią badawczo i kręcił z niedowierzaniem głową.
- Imię i nazwisko- zaczął szorstkim głosem
- Basia Storosz...- odpowiedziała cichutko
- Ile ty masz lat dziewczyno?
- 19...- powiedziała z jeszcze mniejsza pewnością
- I tak sobie życie spieprzyć w tak pięknym wieku?- patrzyła na nią przenikliwie
- Ale o co chodzi? O bilet? Nie miałam kasy, było mi zimno...
- No kpisz czy o drogę pytasz?!- zaczął krzyczeć Zawada
- A snikersy zwinęłam, bo nie jadłam od trzech dni, już mówiłam że nie miałam pieniędzy- tłumaczyła się nerwowo, wyznając swoje małe grzeszki
- Co ty mi tu będziesz kit wciskać!- wrzasnął- Przecież wiemy po co poszłaś do tego sklepu! Mam ci przypomnieć?! To patrz...- rzucił na biurko kilka zdjęć ukazujących zmasakrowane ciało kobiety.
Basia wzięła do ręki pliczek błyszczącego papieru i z niedowierzaniem patrzyła na fotografię. Kobieta, która leżała na podłodze miała roztrzaskaną głowę, były widoczne kości czaszki, a krew, która płynęła z ran przypominała brunatną galaretę. Basia patrząc na tę masakrę wręcz czuła zapach krwi. Widok czerwonego płynu zawsze przyprawiał ja o mdłości. Teraz musiała patrzeć na to przerażające widowisko.. Jej twarz zrobiła się biała jak papier, nie potrafiła powstrzymać spazmatycznego płaczu, który wstrząsał i tak drżącym już ciałem. Rzuciła zdjęcia na biurko i wstała z krzesła, zasłaniając buzie, żeby nie zwymiotować. W jej głowie wszystko zawirowało, nie rozumiała co się wokół niej dzieje, dlaczego, nagle pociemniało jej przed oczami, i już nic nie pamiętała co się działo potem. Osunęła się na podłogę, uderzając mocno o nią głową. Straciła przytomność, z jej nosa pociekła strużka krwi. Komisarz podbiegł do dziewczyny i próbował ją ocucić, nic jednak nie przynosiło skutku.
- Marek!!!- krzyknął do Brodeckikego, który już po chwili był w środku- Dzwoń po karetkę ona nie udaje...
- Przegiąłeś stary...- powiedział tylko, gdy sanitariusze zabierali wciąż nieprzytomną Basie do karetki
Pojechali do szpitala. Mimo wszystko Baśka była jedynym świadkiem(lub podejrzaną, choć po jej reakcji ta teza okazywała się wątpliwa), jakiego mieli. Komisarz odnalazł lekarza, który przyjął dziewczynę na oddział.
- Panie doktorze, Komenda Stołeczna- pokazał odznakę- Chcieliśmy się zapytać o stan Barbary Storosz, która tu niedawno trafiła, co z nią?
- A tak...- przypomniał sobie leciwy lekarz- Obecnie stan stabilny, wycieńczenie organizmu, niedożywienie, stres, zostanie u nas kilka dni.
- A czy możemy z nią porozmawiać?
- Tak, ale za jakiś czas, teraz śpi, podaliśmy jej leki, musi odpocząć, szczerze mówiąc jeszcze kilka dni i byłoby z nią krucho...
Lekarz wskazał im jeszcze salę, w której leżała Basia i prosił, żeby jej jeszcze nie budzili, bo jest słaba i musi spać. Obaj panowie, zajrzeli tylko do środka, najpierw Adam a potem Marek. Ten drugi stał chwilę w drzwiach i z zaciekawieniem przyglądał się zwiniętej w kłębek dziewczynie. Sapała niespokojnie, przekręcając się co jakiś czas na drugi bok. Miała rozpuszczone włosy, które niesfornie opadały na twarz zasłaniając częściowo jej rysy. Z pod kołdry wystawały jej nogi. Koc, którym była dodatkowo przykryta, spadł na podłogę. Marek miał ochotę podejść do niej i otulić dokładnie. Z zamyślenia wyrwał go Adam, ciągnąc za rękaw na korytarz.
- Słuchaj- zaczął- No już przestań się na nią tak gapić!- powiedział gdy podkomisarz nadal patrzył w stronę jej łóżka- Ja jadę na komendę, a ty tu poczekaj aż się obudzi i z nią porozmawiaj, tylko wiesz delikatnie..
- Nie martw się, pogadam z nią spokojnie, a nie tak jak czołg z murem- tu spojrzał wymownie na przyjaciela, który już nic mu nie powiedział tylko odszedł w swoja stronę.
Marek wszedł do pomieszczenia, gdzie była Basia i tak jak wcześniej myślał, podniósł koc z podłogi i przykrył ją. Poruszyła się niespokojnie czując czyjś dotyk, jednak już po chwili spała znowu mocno. Usiadł przy jej łóżku. Patrzył na jej bladą buzię, wiedziony instynktem, którego nijak nie mógł opanować, odgarnął jej delikatnie włosy z czoła i nadal badawczo przyglądał się jej dziewczęcym rysom. Miała piękne usta, grube i długie rzęsy zdobiły jej powieki. Śniada cera stanowiła kontrast dla białej poszewki. Drobne ręce zaciskały się teraz kurczowo na poduszce, przyciskając ją z całej siły do policzka. Nie wie ile tam siedział, bo nie patrzył na zegarek. Przez ten cały czas upewnił się w przekonaniu, że ona na pewno nie jest tą osobą, której szukają. Musiał jej pomóc wykaraskać się z kłopotów, w które się wkopała.
Czuła na sobie czyjś wzrok. Otworzyła powoli oczy i rozejrzała się niepewnie wokół. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć gdzie jest. Próbowała się podnieść ale poczuła silny ból głowy i opadała z powrotem na poduszkę. Powoli wracały wspomnienia z przed kilku godzin, zmusiła się do tego, ażeby ponownie otworzyć oczy. Wtedy dopiero zauważyła, ze ktoś siedzi obok niej. Odwróciła się w stronę Marka, przykrywając się wcześniej dokładnie kołdrą.
- Cześć- zaczął pierwszy, widząc, że się przestraszyła- Jestem podkomisarz Marek Brodecki...- zatonął w jej wielkich oczach, nie mógł oderwać wzroku od jej spojrzenia, ale wziął się w garść i kontynuował wypowiedź- Najpierw chciałem cię przeprosić za kolegę, nie chciał cię skrzywdzić, taki po prostu jest...A teraz musze zadać ci kilka pytań, zgoda?
- Yhyyym- skinęła twierdząco głową
- Opowiedz mi po prostu co robiłaś dzisiaj, po kolei, ok.?- nie odrywał od niej wzroku, nic nie mogło umknąć jego uwadze. Dziewczyna opowiadała „jak jej minął dzień” nerwowo wyrywając skórki z palców lub szarpiąc nitki wystające z poszewki od kołdry. Przyznała się, że zwinęła słodycze ze sklepu, ze nikogo wtedy tam nie było, ale przed nią, wychodził stamtąd jakiś facet w czarnej skórze i wojskowych butach. Miał na głowie kaptur, więc nie widziała jego twarzy. Marek wysłuchał jej zeznań, dopytał o szczegóły, zadzwonił do Zawady, aby zrelacjonować mu rozmowę i właściwie mógł już jechać z powrotem na komendę, jednak on przedłużał rozmowę- To mówisz był wysoki i barczysty?
- Tak- potwierdziła Basia- Mam pytanie do pana...- zaczęła niepewnie- Co ze mną będzie?
- Po pierwsze jestem Marek, staro się czuje jak takie ładne dziewczyny mówią do mnie na pan- posłał jej łobuzerski uśmiech a ona ku jego radości też się wreszcie uśmiechnęła- Po drugie, nic się nie martw, za pomoc w śledztwie darujemy ci te snikersy, bilet też...
- Dzięki, ale i tak mi się to na wiele zda...- powiedziała smutno- Bo wiesz... Przesrane mam i tak i tak delikatnie mówiąc...- spojrzał na nią pytającym wzrokiem- Zwiałam z domu, ten plecak to wszystko co mam, na początku było fajnie, adrenalina i te sprawy, potem skończyła się kasa, nie znalazłam żadnej pracy, a potem no to już wiesz...- jej oczy zaszkliły się, poczuła się taka bezradna i samotna, dużo to ją kosztowało wysiłku, żeby nie wybuchnąć płaczem- Już widzę satysfakcje w oczach starej i tego pieprzonego oblesia, który z nią mieszka!- na samą myśl o nim jej ciało przeszedł dreszcz, schowała twarz w dłoniach i pomimo usilnych starań rozpłakał się na dobre.
- Nie płacz- nie wiedział co zrobić, najchętniej objąłby ją mocno, przytulił i otarł policzki z łez- Coś wymyśle pomogę ci, obiecuje, a teraz połóż się i nie myśl o tym wszystkim, spróbuj zasnąć, jutro jeszcze przyjdę do ciebie...- mówił spokojnym, pocieszającym tonem głosu, który dla tej małej był w tej chwili ukojeniem. Posłuchała go i już po chwili znowu spała mocnym snem.
Marek wyszedł ze szpitala i pojechał na komendę. Tam dowiedział się że są kolejni świadkowie w sprawie morderstwa, ślady i dowody, które pomogą im znaleźć mordercę tej kobiety. W głowie cały czas kołatały mu się różne myśli- jak jej pomóc, jak wyciągnąć z kłopotów. Siedział przy biurku i uzupełniał zaległe dokumenty, nie mógł się zupełnie na niczym skupić. Właśnie wszedł do pomieszczenia Adam, który widząc stos papierów na swoim biurku zaklął siarczyście. Po całym dniu- wypełnianie dokumentów to była ostatnia rzecz, na która miał ochotę.
- Przydałaby się nam jakaś sekretarka od tych cholernych akt!- usiadł przy biurku i niedbale rzucił na stos kolejna teczkę z dokumentami. Gdy wypowiedział te słowa Marka olśniło! Poderwał się z miejsca i pobiegł do gabinetu Grodzkiego. Był tak przez kilka minut coś intensywnie uzgadniając z przełożonym. Wyszedł zadowolony i udał się do Adama, który zdziwiony jego nagłą reakcją oczekiwał na powrót przyjaciela.- No i co się szczerzysz???- zapytał widząc „banana” na twarzy chłopaka
- Właśnie załatwiłem sekretarkę- powiedział uradowany
- To nie dobrze, bo pójdziesz siedzieć- powiedział sarkastycznie Adam
- ku**a, Adam co cię dzisiaj ugryzło?- zapytał poirytowany zachowaniem komisarza Marek- Kobita ci nie dała, czy co???
- Żebyś wiedział, ale dobra mów...
- No! Będziemy mieć sekretarkę, już niedługo, ona jeszcze o tym nie wie, ale się dowie. Poznasz ją jak zacznie pracę, dobra ja lecę do jutra!
Prosto z komendy pojechał do szpitala. Ochrona nie chciał go wpuścić bo było już bardzo późno, więc użył niezawodnego sposobu czyli odznaki. Już po chwili wchodził do sali, w której leżała Basia. Uchylił drzwi, gdy zobaczył, że nie spała zapukał delikatnie. Spojrzała w stronę wejścia zdziwiona. Nie przypuszczała, że naprawdę się zjawi jeszcze kiedyś, ale on przyszedł. Usiadła na łóżku i popatrzyła na jego rozpromienione oczy.
- Ucieszysz się- zaczął tajemniczo- Bo znalazłem dla ciebie pracę...- jej oczy rozszerzyły się do granic możliwości, z wrażenia oniemiała i nie mogła wycisnąć z gardła żadnego słowa- Wiedziałem, że się ucieszysz- sam uśmiechnął się szeroko
- Dziękuje- powiedziała w końcu- naprawdę nie wiem co mam powiedzieć...
- Nic nie mów, zobaczysz spodoba ci się...i mam nadzieję, że się sprawdzisz. Będziesz pracować na komendzie razem ze mną i tym niedobrym Adamem, dzięki któremu tu leżysz- zażartował Marek- A co do mieszkania to tez coś wymyśle- nie dawał jej dojść do słowa- Kiedy wychodzisz ze szpitala?
- Jutro...po południu- sprecyzowała wypowiedź, nadał była w lekkim szoku
- Dobra, to nic się nie martw, cos wymyśle!- i nie czkając na jej reakcje wyszedł z sali, zostawiając ja z tym całym szczęściem samą.
Następnego dnia Marek snuł się z kata w kąt nie mogąc się doczekać, kiedy będzie mógł wyrwać się z pracy i zrealizować do końca swój plan. Właściwie to nie wiedział kogo chce przygarnąć pod swój dach, nie znał w końcu tej dziewczyny, która tak go zaintrygowała, ale postanowił jej zaufać i dać szanse, której jeszcze nie dostała od życia.
Po południu pojechał pod szpital, prawie się spóźnił. W ostatniej chwili zobaczył ja jak z żółtym plecakiem idzie w stronę bramy. Pobiegł za nią.
- Cześć!- załapał ja za łokieć- Chodź...- pociągnął ją w stronę samochodu
- Co?!- wyszarpnęła rękę, troszeczkę przestraszyła się jego bezpośredniością
- No mówiłem, że wymyśle i wymyśliłem, jedziesz???
- Ale ja cię nie znam..., nie wiem o co chodzi, co zamierzasz...
- Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy, jestem policjantem. To co jedziesz? Druga taka szansa się nie zdarzy....- uśmiechnął się szarmancko.
Basia stała jeszcze przez chwilę, przygryzając wargę, musiała się na coś zdecydować... Wzięła głęboki oddech i poszła za nim w strona samochodu. Jechali w ciszy. Dziewczyna wpatrywała się w okno analizując to co się zdarzyło ostatnio. Po kilkunastu minutach zatrzymali się przed blokiem. Nie wiedziała w jakiej dzielnicy nawet jest, bo i skąd miała to wiedzieć. Rozglądała się zaciekawiona wokół.
Weszli do mieszkania. Było przytulne, aczkolwiek widać było, ze mieszka tu facet. Basia nieśmiało podążała za podkomisarzem.
- Tu jest twój pokój- wskazał jej owo pomieszczenie. Stał tam tapczan, jakaś meblościanka, mały stolik i fotel- Tu jest kuchnia, tam mój pokój, a tu salon- Marek zległ na obszernej kanapie. Basia nadal nie mogła wyksztusić z siebie słowa.- Zasady są proste: póki się nie usamodzielnisz możesz mieszkać tutaj, dorzucasz się do czynszu i żarcia, sprzątamy na zmianę, no to wszystko z zasad, więcej zasad brak, czuj się jak u siebie, ja idę zrobić jakiś obiad...A klucze dostaniesz jutro, bo musze dorobić, i jutro zaczynasz pracę więc się wyśpij- Krzyknął do niej z kuchni
Basia siedziała jeszcze przez chwilę na kanapie nie mogąc uwierzyć w to co się działo, po pewnym czasie uśmiechnęła się i znów zaczęła mieć nadzieję, że jeszcze nie wszystko w jej życiu jest stracone.
IV
Mieszkali razem już od trzech miesięcy. Zaprzyjaźnili się przez ten czas. Wiedzieli o sobie bardzo dużo i codziennie poznawali jeszcze bardziej. Marek wiedział, że Basi nie jest łatwo iść samotnie przez życie. Miał tego świadomość, gdy nie mogła spać w nocy, siedziała często zamyślona w kuchni ze szklanką herbaty, wpatrując się gdzieś daleko przed siebie. Musiała dorosnąć bardzo szybko. W jej życiu nie było miejsca na radosną beztroskę, szaleństwo. Często opowiadała mu sny-jawy o partnerze matki, a on wtedy miał ochotę zabić drania. Od dnia jej ucieczki nie było żadnego zawiadomienia na policji o jej zaginięciu. Nikt jej nie szukał i nikogo nie obchodził jej los. Basia musiała się z tym pogodzić i iść dalej własna drogą. Odkładała pieniądze na studia i z każdym dniem marzenie o polonistyce, czy innym kierunku, było bliższe spełnienia. Ale czasami miała wszystkiego dosyć. Nie rozmawiała wtedy z Markiem- płakała cicho w swoim pokoju, snuła się po nocy, nie jadła.
Tego dnia też było jej wszystko jedno. Wyszła wcześnie z domu po nieprzespanej nocy i poszła do pracy.
Marek z Adamem przyjechali właśnie na komendę i szli w stronę pomieszczenia, w którym zawsze zwykli pracować. Brodecki cały czas zastanawiał się dlaczego Basia nie poczekała na niego i nie pojechali razem? Pewnie miała jakąś sprawę- usprawiedliwiał ją w myślach. Rozmawiali o swoich sprawach z Zawadą, gdy zobaczyli siedząca przy biurku Basie. Łokcie miała oparte o kolana, w ręku trzymała piwo, pod jej nogami leżały już trzy puste puszki. Płakała. Rozpuszczone włosy kleiły się do jej mokrych policzków. Obaj stali przez chwilę w milczeniu patrząc na to zjawisko: przecież Basia nie piła?! Ile razy próbowali ją wyciągnąć na drinka czy piwo ona grzecznie zamawiała sok i coś do jedzenia. Cisze przerwał Adam.
- Basiu, co ty robisz do cholery??!!- zapytał ją zwykle delikatnie
- No jak to co?! Przypominam sobie szczęśliwe chwile rodzinne, nie widać?- odpowiedziała ironicznie i wzięła kolejny łyk piwa, krzywiąc się przy tym niesamowicie.- Zawsze się zastanawiałam dlaczego oni tak to lubią- wskazała na puszkę- A teraz już wiem, bo się zajebiście kręci w głowie!- ogarnął ja histeryczny śmiech
- Baśka wstawaj,- powiedział łagodnie Marek, gdyż było mu jej strasznie szkoda- Jedziemy do domu...- próbował ją podnieść z fotela- Jest już Grodzki czy Wiśniewska?- Adam wyjrzał przez okno, żeby sprawdzić czy ich samochody stoją na parkingu
- Nie ma jeszcze- stwierdził upewniając się
- Dobra, to ja ją pocichaczu wyprowadzę...
- Pocichaczu to będzie trudno- powiedział Adam, gdyż Baśka nadal się śmiała jak głupia. Marek próbował ją właśnie podnieść ponownie
- Maruś, no co ty? Zostaw mnie, tu jest fajnie...- broniła się dziewczyna
- Pojedziemy na spacer, dobrze? Tam też jest fajnie...- przekonywał ją
- Dobrze...- zgodziła się w końcu i pozwoliła mu objąć w pasie.
Chwycił ją mocno w tali i jedna jej rękę zarzucił na swoja szyję. Nie była w stanie stać o własnych siłach. Nie dość, że wypiła na pusty żołądek to jeszcze pierwszy raz w takich ilościach. Marek wyprowadził powolutku, potykającą się o własne nogi dziewczynę z komendy i wpakował do samochodu. Przypiął pasami i sam wsiadł za kierownicę. Zanim odjechali z parkingu, Basia już spała. Patrzył na nią i uśmiechał się mimo wszystko. Pogłaskał ją po policzku wierzchem dłoni. Była tak piękna, niewinna. Wiele razy chciał ją objąć i pocałować te aksamitne usta, ale bał się, że dziewczyna się przestraszy. A przede wszystkim nie chciał jej skrzywdzić. Ona miała dziewiętnaście on dwadzieścia siedem lat...Decyzja o tym czy ich przyjaźń może się przerodzić w coś więcej musiała należeć do niej. On nie mógł niczego przyśpieszać, a nawet nie chciał. Na razie wystarczyło, że była blisko niego. Od pierwszej chwili gdy ją zobaczył utonął w jej spojrzeniu, nieświadomie zawładnęła nim w całości, pozbawiła jakiegokolwiek wyboru. Teraz musiał czekać na nią i mieć nadzieję, że jego sen o niej kiedyś w końcu się spełni.
Odjechał z parkingu. Co jakiś czas zerkał na śpiąca mocno dziewczynę. Basia zaczęła kręcić się niespokojnie.
- Marek.... Marek- wyszeptała z zamkniętymi oczyma
- Baśka co jest? Niedobrze ci? Mam się zatrzymać?- przestraszył się w pierwszej chwili
- Bo ja bym chciała...- zaczęła przysypiając na chwilę- Żebyś mnie przeleciał....- wymruczała i znowu zasnęła. Kolejny sen-jawa...
Marek osłupiał i omal nie uderzył w samochód jadący przed nim. Czyżby jego marzenie miało szanse się spełnić? Uśmiechnął się pod nosem i zastanawiał czy ona będzie cos pamiętała z dzisiejszej przygody? Zaparkował przed blokiem. Teraz miał kolejny dylemat: jak odtransportować nieprzytomna Basie do mieszkania. Przypomniał sobie, że winda jest w remoncie, a perspektywa wspinania się na piąte piętro nie napawała go optymizmem. Wyszedł z samochodu i otworzył drzwi od strony pasażera. Baśka spała w najlepsze... Odpiął jej pasy, co spowodowało, że dziewczyna osunęła się na bok.
- Basiu obudź się- próbował ja cucić, ale ona tylko zamruczała cos w odpowiedzi na jego prośbę- Czy ty zawsze musisz coś wywinąć???- Po wielu trudach wyciągnął ją z samochodu. Przelewała się przez jego ręce i nie była w stanie ustać o własnych siłach. Żeby nie osunęła się na ziemie w czasie gdy on będzie zamykał drzwi, oparł ja o auto i wsunął swoje kolano miedzy jej nogi, tak że siedziała na nim, a jej głowa oparła się o jego tors.- Baśka złap mnie za szyję, pomóż mi chociaż trochę co?- patrzył błagalnie na swa towarzyszkę, która o dziwo po chwili zrobiła o co prosił. Wtedy wziął ja na ręce i poszedł w stronę klatki. Po drodze na górę mijał dwie sąsiadki, które z zaciekawieniem i plotkarskim błyskiem w oku nieomieszkały zapytać o szczegóły
- A co się stało pana siostrze???- nie wiedziały kim jest dla niego Basia więc strzelały na ślepo
- To nie moja siostra- zdementował ich przypuszczenia
- A kto w takim razie???- dopytywały zaskoczone
- Nie wiem, ale mieszka ze mną...- mówił zasapany omijając dwie ciekawskie panie. W tym czasie przebudziła się na chwile Baśka, mówiąc dość wyraźnie:
- Marek, co te baby chciały???- on roześmiał się głośno, a obrażone „baby” zeszły szybko na dół.
Wszedł do mieszkania i zaniósł dziewczynę do jej pokoju. Wchodząc tam, poczuł delikatny zapach jej perfum, którymi to pomieszczenie było przesączone. Ułożył ją na łóżku, zdjął jej buty i niewygodna kurtkę ze sztywnego materiału, którą miała na sobie, przykrył kocem i usiadł obok niej. „Oj Baśka, Baśka”- myślał głaszcząc ja po policzku i odgarniając włosy, które opadały na jej twarz. Gdyby nie telefon Adama, który wyrwał go z zamyślenia, pewnie siedziałby tam godzinami i wpatrywał w nią.
- No co jest?- powiedział odbierając
- Ułożyłeś już naszą królewnę do snu?
- Tak, daj spokój ale mała dała czadu...- pogładził ją czule po dłoni, która wystawała spod koca
- No to daj jej jeszcze buzi na dobranoc i dawaj na komendę bo sprawa jest...- Zawada rozłączył się. Marek przykrył jeszcze dokładnie dziewczynę, zasłonił rolety i wyszedł z mieszkania.
Po zakończonej pracy siedzieli jeszcze chwile rozmawiając jak zwykle o wszystkim i o niczym. Adam żalił się na zło tego świata, na to ze ludzie to sukinsyny i łajdaki. Do takich filozoficznych wywodów zmusiła go sprawa morderstwa młodej dziewczyny, którą przyszło im tego dnia rozwiązywać. Marek nie słuchał prawie przyjaciela, rozmyślając o słowach, które usłyszał dzisiaj z ust Basi.
- Chyba ciężką noc dzisiaj będę miał...- zmienił temat, przerywając Adasiowi
- Dlaczego to?- zapytał tamten nieco ironicznie
- Baśka pewnie będzie rzygać jak kot, tym bardziej, że pierwszy raz tak się upiła
- Swoja droga to porządna dziewczyna, ja w jej wieku to dawałem ostro czadu..
- No ty na pewno- zaśmiał się podkomisarz- Z resztą, ja też...
- Ładna dziewczyna, mądra i do tego zgrabniutka... Ach gdybym był młodszy....- rozmarzył się komisarz
- Dobra, Zawada nie świruj mi tu, pilnuj swojej Marty. Chyba nie narzekasz na nudę w związku, bo ostatnio taki padnięty przychodzisz do pracy????- śmiał się Brodecki widząc minę przyjaciela
- Spadaj, małolacie!- krzyknął Adam i rzucił w Marka długopisem.
W drodze powrotnej podkomisarz wstąpił do marketu uzupełnić zapasy wody i jedzenia, choć to pierwsze chyba bardziej się przyda. Obładowany torbami wszedł do mieszkania i zamknął drzwi noga, trzaskając przy tym niechcąco. W środku było ciemno.
- ku**a Marek, specjalnie to robisz???- przestraszył się zbolałego głosu, który dochodził gdzie z pomieszczenia
- A gdzie ty jesteś?- zapalił światło
- Tutaj na kanapie...- opowiedział mu ten sam głos
- Było rozrabiać?- zapytał retorycznie, kiedy wrócił z kuchni ze szklanką wody i jakimiś tabletkami- Masz to ci pomoże- wręczył jej białe kapsułki. Połknęła je popijając obficie wodą i opadała z powrotem na kanapę
- Jak ja się tutaj znalazłam?
- Nic nie pamiętasz???
- Nic...
- Musiałem cię tutaj przynieść bo nie byłaś w stanie sama iść, przez ciebie jeszcze mamy wrogów na klatce..- opowiedział jej sytuacje z sąsiadkami, co wywołało uśmiech na jej twarzy.- Lepiej?- zapytał troskliwie
- No, trochę. Marek, przepraszam...- dodała po chwili skruszona, było jej strasznie głupio
- Nie przejmuj się, każdemu może się zdarzyć taki wyskok- poklepał ja po kolanie i poszedł do kuchni. Basia w tym czasie, gdy Marek robił coś do jedzenia udała się pod prysznic. Chłopak robił właśnie kanapki, gdy usłyszał krzyki dochodzące z łazienki. Przestraszył się i zaciął delikatnie w palec.
- Marek!- wrzeszczała Baśka- Marek! Drzwi się zacięły
- Baśka nie krzycz, już idę- stanął przy drzwiach i zaczął wykręcać coś z zamka- One czasami tak maja- uspakajał ją. Po chwili zamek ustąpił i oczom podkomisarza ukazała się Basia okręcona w ręcznik. Była zakłopotana i zarumieniona.
- No nie patrz tak na mnie...nie wzięłam piżamy z pokoju- po chwili zauważyła, że chłopak ma ranę na palcu- Ojej to przeze mnie?- zapytała jeszcze bardziej się rumieniąc
- Yhyy– pokiwał twierdząco głową- Coś mi się należy za te krwawą ofiarę, nie?- wskazał palcem na policzek. Dziewczyna podeszła do niego, dała mu szybkiego całusa i uciekła do siebie. Po chwili wróciła ubrana w swoja ulubiona, za dużą na nią o kila numerów, koszulkę z napisem: „szanuj zieleń”. Z kubkiem herbaty usiadła obok Marka na kanapie i zabrała mu jedną kanapkę z talerzyka. On wziął od niej herbatę i wypił połowę.
- Zrób sobie swoją, leniu!- odebrała mu kubek, Marek za to zmarszczył brwi, zabrał jej nadgryzioną już kanapkę i wpakował całą do buzi.
- Zrób sobie swoje...- odpowiedział tak samo z zapchanymi ustami. Baśka przyjmując bojowa minę obśliniła swój palec i zamoczyła go w kubku z płynem.
- Skażone moja śliną, nie ruszać!- ostrzegła, po tych słowach oboje zaczęli się śmiać głupio, poprawiając sobie tym samym nastrój.
Siedzieli jeszcze chwile razem. Obejrzeli wiadomości i serial za którym oboje przepadali i rozeszli się grzecznie do swoich pokojów. Marek nie mógł przestać o niej myśleć. Coraz ciężej było mu się powstrzymać, żeby jej nie dotknąć czy nie pocałować, była tak blisko a on musiał trzymać się dzielnie w jej obecności.
Basi myśli niewiele różniły się od jego rozważań. Przecież całe życie nie można uciekać w romansidła i tkliwe historyjki. Jeszcze w wieku dziewiętnastu lat być dziewicą. Trochę bała się facetów i tego wszystkiego co z nimi związane...Ale jej ciekawość była silniejsza.
W tym czasie gdy Basia zastanawiała się nad swoją niewinnością, Marek zdecydował, że koniec z zabawą w kotka i myszkę. Idzie do niej, najwyżej dostanie z tzw. „liścia”, ale musi spróbować, inaczej nigdy się nie dowie czy ona chce tego samego. Poderwał się z łóżka i wyszedł z pokoju. Stanął przed jej drzwiami, odliczył do trzech i nacisnął klamkę...