Cytat:
W PZPR byli rozni ludzie i nie wszystkich trzeba od
razu potepiac.Niektorzy naprawde wierzyli i mozna ich nazwac naiwniakami
ale karac nie wolno.Natomiast odpowiedzialnosc "wierchuszki" za to co bylo
powinna sie jawic jako oczywistoc.
Tymczasem chlopcy z pierwszego rzedu wladzy przeszli na emerytury a drugi
rzad przesunal sie do przodu.
Z tym ze bylabym za odpowiedzialnoscia jednak indywidualna jesli mialy
miejsce przestepstwa.
Nie mozna karac wszystkich czlonkow PZPR zbiorowo.
Otworzy sie pouszke pandory gdyz trzeba odebrac dyplony ukonczenia szkol
polskich, doktoraty w PRL, ukarac kazdego kto pracowal w sektorach
oplacanych z kasy panstwowej.
Ponadto, LSW, wzorowana na koncepcji denazyfikacji Niemiec, przewiduje
WYLACZNIE niemoznosc zajmowania stanowisk majacych wplyw na zycie
publiczne RP przez osoby ktore zajmowaly byly pewna ograniczona liczbe
nomenklaturowych stanowisk w PRL.
Koncepcja LSW NIE PRZEWIDUJE zapelnienia wiezien b.komunistami, przewiduje
za to mozliwosc apelacji do sadow powszechnych przez osoby uwazajace sie
za skrzywdzone lustracja. Zdymisjonowany na skutek LSW mialby wszelkie
mozliwosci przeprowadzenia przed sadem dowodu, ze nastapila pomylka w
stwierdzeniu tozsamosci, lub ze tozsamosc wprawdzie OK, ale zdymisjonowany
dzialal jako czerwony lajdak jedynie z przyczyn wyzszej koniecznosci.
Jesli niezawisly sad da sie przekonac na podstawie materialu dowodowego,
ze w Biurze Politycznym KC PZPR nie bylo lajdakow, tylko sami
Wallenrodowie, to w porzadku.
Koncepcja LSW NIE PRZEWIDUJE zadnej formy odpowiedzialnosci zbiorowej,
lagrow, zsylki, Syberii, rezerwatow, regulacji Wisly etc.
Z wyjatkiem administracyjnego zakazu zatrudnienia na niektorych
stanowiskach w sektorze publicznym (wyzsi urzednicy panstwowej sluzby
cywilnej, oficerowie WP, oficerowie policji, media publiczne,
nauczycielstwo etc.) LSW NIE PRZEWIDUJE zadnego ograniczenia praw
politycznych lub obywatelskich dla zlustrowanych. ktorzy mogliby wyzywac
sie do woli gospodarczo w sektorze prywatnym oraz prowadzic dzialalnosc
polityczna, z kandydowaniem na urzad prezydenta wlacznie. Jak dla Starego
Wiarusa, to 'NIE' tez moze po lustracji wychodzic dalej, za prywatne
pieniadze wydawcy - tak dlugo, jak dlugo beda chetni, aby je kupowac.
Prosze wiec uprzejmie, aby zechciala Pani zaprzestac przypisywania mi
checi przeprowadzenia pogromow czerwonych na zasadach odpowiedzialnosci
zbiorowej.
W sprawie odbierania dyplomow, to ja chyba bede musial pania poznac z moim
promotorem, bardzo przyzwoitym, przedwojennym jeszcze profesorem. On juz
bardzo starenki, ale jeszcze poradzi obic Pania parasolem za przypisywanie
mu odpowiedzialnosci za PRL :-)
Cytat:Po co czekać na przełożonych jak masz tą listę to wrzuć na forum i wszystko będzie wiadomo. Plotki albo sie potwierdza albo dzięki TOBIE uratujesz ludziom możliwośc załatwienia innej pracy !!!
Cytat:
Cała prawda o tej wojnie
[podpis] GAWRIŁ POPOW *, PRZEŁ. MICHAŁ B. JAGIEŁŁO
Gazeta Wyborcza nr 88, wydanie waw z dnia 16/04/2005 - 17/04/2005 ŚWIĄTECZNA, str. 30
Co chciałbym usłyszeć od przywódców Rosji w 60. rocznicę zakończenia II wojny światowej?
Jeśli człowiek pragnący ujrzeć prawdziwy obraz wielkich wydarzeń uzna za pożyteczne to, co napisałem, będę zadowolony
Tukidydes, "Wojna peloponeska"
Studiowałem na niejednym uniwersytecie wojennym. Na pierwszym - stalinowskim - wszystko było proste. "Okrutny wróg na nas napadł", ale zwyciężyliśmy. Już wtedy zetknąłem się jednak z tym, że oficjalnie mówi się jedno, a w rozmowach z ludźmi słyszy się co innego.
Na drugi uniwersytet przyjął mnie Nikita Chruszczow. Ujawniając kult jednostki, sam przedstawił wiele nowych wersji wydarzeń minionej wojny. Znałem teraz dwie wersje oficjalne: tę z czasów Stalina i z czasów Chruszczowa.
Później zaczął się trzeci uniwersytet wojenny - imienia Leonida Breżniewa. Na tej uczelni "czyścili" obrazy nakreślone przez Chruszczowa i aktywnie tworzyli nowe. Ze zwykłego uczestnika wojny, który zatonął ze swym desantem morskim na Morzu Czarnym, uczynili niemal najważniejszego bojownika przeciw armii hitlerowskiej. To była trzecia oficjalna historia.
Trzy - dla normalnego człowieka - to już dużo. Nadeszła pora, by wszystko przemyśleć samodzielnie. Nie bić pokłonów marszałkom, lecz szukać prawdy. Na szczęście byli ludzie, którzy mi w tym pomogli. Pisarze: Aleś Adamowicz, Wiktor Astafiew, Grigorij Bakłanow, Wasyl Bykow, Wiktor Niekrasow, Konstantin Simonow, Michaił Szołochow, Aleksandr Twardowski, Borys Wasiliew i wielu innych. Pomogły mi gazety i czasopisma, które w latach pierestrojki Gorbaczowa zaczęły drukować wiele prawdziwych materiałów. Pomogli mi reżyserzy i ich filmy. Pomogli nasi historycy publikujący poważne i rzetelne wyniki badań. Pomógł dostęp do wielu publikacji zagranicznych, które przetłumaczono lub po prostu stały się osiągalne.
Tak zaczął się mój czwarty uniwersytet wojenny, na którym szukałem prawdy, tylko prawdy i całej prawdy.
Niestety, nie pozwalają mi ukończyć tej uczelni. Obecna władza ciągnie mnie na swój uniwersytet. Na nim, jak dawniej, najważniejszą rzeczą jest nie wojna i jej lekcje, ale mocno już zwietrzałe próby wykorzystania jej w celach propagandowych. Znów chcą mi wciskać kit. Za wszelką cenę.
Wygląda na to, że zaczyna się mój piąty uniwersytet wojenny - uniwersytet ożywiania starych kłamstw i nowych wersji tworzonych przez "technologów politycznych", jak dziś nazywa się etatowych płatnych fałszerzy.
Rozumiem, że to nie przypadek. Nasi przywódcy, stojąc nad gruzami Czeczenii i Biesłanu, nie mając do zaoferowania nic, co mogłoby nas porwać, chcą się uchwycić szynela Stalina i wskoczyć w jego buty. Stalin był człowiekiem niewysokim, ale jego buty okażą się za duże dla obecnych liderów. Zapadną się w nich po uszy.
Rozumiem, że nowy uniwersytet nie jest przeznaczony dla mnie i mojego pokolenia. Raczej dla moich dzieci i wnuków. Znów mają być wychowywane - jak w minionych dziesięcioleciach - nie na prawdzie, lecz na spreparowanej historii. W imię czego? W imię wielkiej Rosji? Przecież ZSRR upadł m.in. z powodu morza kłamstw u jego fundamentów. Na kłamstwie nie uda się wychować świadomych i odpowiedzialnych obywateli, bez których nie może istnieć wielki kraj, wielka Rosja XXI wieku.
W 2001 r. biurokratyczne bębny już zadudniły z okazji 60. rocznicy bitwy pod Moskwą. Ten i ów chciał ogrzać ręce we krwi 1,3 mln poległych wtedy żołnierzy - przy czym skromnie przemilczano, że Niemcy stracili w tej bitwie tylko 280 tys. ludzi. Zrozumiałem - skoro przemilczają, to znaczy, że nie przeszkadza im poświęcenie pięciu istnień tam, gdzie nieprzyjaciel traci jedno.
Nabrałem niezłomnego przekonania, że dziś, w przeddzień 60-lecia zwycięstwa, muszę opowiedzieć wszystko, co wiem o wojnie ojczyźnianej. Nie chcę już i nie mogę bezmyślnie kłaniać się "tamtym wielkim latom". Dość już wybiłem tych pokłonów.
Trofiejny raj
Wśród oficjalnych "trofeów" z Niemiec raport Głównego Zarządu Dóbr Zdobycznych Armii Czerwonej wymienia 60 tys. fortepianów, 46 tys. radioodbiorników, 190 tys. dywanów, 940 tys. sztuk mebli, 265 tys. zegarów ściennych i stołowych oraz 186 wagonów win szlachetnych. Dobra te posłużyły do wyposażania powstających w ZSRR domów oficerskich, klubów, sanatoriów wojskowych itd. Pierwszymi "użytkownikami" były jednak gabinety i salony najwyższych dygnitarzy partyjnych i państwowych oraz ich dacze służbowe.
W skład "zdobyczy" wchodziło też wiele dóbr, które nie trafiały na listy GZDZ - prosto z rąk niemieckich właścicieli przeszły do rąk właścicieli radzieckich.
Dopóki działania wojenne toczyły się na terenie Polski, Węgier, Austrii, w Armii Czerwonej walczono z maruderstwem i grabieżami. W ciągu trzech miesięcy 1945 r. oddano za to pod sąd ponad 4 tys. oficerów. Jednak po wkroczeniu do Niemiec władze zamknęły oczy na grabieże. Dopiero 9 czerwca 1945 r., miesiąc po zwycięstwie, Stalin wydał dokument porządkujący sprawy "zdobyczy".
Żołnierze musieli ograniczyć się do tego, co mogli unieść w rękach i wysłać w paczkach. Jak w balladzie Władimira Wysockiego: "Japonia padła, wzięty Reich/ walizy pełne wszelkich dóbr/ zdobyczny kraj - trofiejny raj!/ A wszystko to na wschód, na wschód!".
W dzieciństwie, w 1945 r., słyszałem nad Donem taką historię. Uboga rodzina - żona i kilkoro dzieci - dostała od ojca z Niemiec paczkę pełną kawałków wspaniałego mydła toaletowego w pięknych opakowaniach. Życie było ciężkie, mydło uchodziło za luksus. Ale jeść trzeba - kobieta sprzedała większość mydeł na rynku i kupiła ziemniaki. W domu dwaj malcy postanowili podzielić kawałek mydła i przecięli go. W mydle był złoty pierścionek. Kobieta rozcięła drugi kawałek - znów pierścionek. W trzecim - to samo. Pobiegła na rynek. Tych, co kupili mydło, już nie było. Beznogi bazarowy "szef" poradził: "Zjeżdżaj stąd, babo, i milcz, bo twój chłop trafi na Syberię...
Łupem żołnierzy były jednak nie tylko pierścionki. Także niemieckie kobiety i dziewczęta. Nasi wojacy gwałcili we wszystkich krajach - nawet obywatelki ZSRR przymusowo wywiezione do Niemiec i wyzwolone z obozów. Ale prawdziwe bachanalia zaczęły się właśnie w Niemczech. Po zdobyciu Berlina do lekarzy zgłosiło się niemal 100 tys. zgwałconych Niemek. A ile się nie zgłosiło?
Czterej rosyjscy żołnierze zapędzili rodziców i troje dzieci Ursuli Kester do malutkiego pokoiku w piwnicy ich domu, a potem zgwałcili ją po kolei. Następnego ranka zrobili to dwaj kolejni Rosjanie.
Schron przeciwlotniczy w Krentzbergu roił się od rosyjskich żołnierzy, którzy wyszukiwali dziewczęta i kobiety. Wyprowadzali je do mieszkania na górze i gwałcili. Krzyki słychać było przez całą noc. 80-letniej kobiecie zatkali usta mydłem i gwałcili po kolei. Gdy jedna z Niemek wybiegła na ulicę i poskarżyła się radzieckiemu oficerowi, ten odparł chłodno: "Niemcy w Rosji zachowywali się dużo gorzej. To po prostu zemsta".
W książce K. Riana "Ostatnia bitwa", z której korzystałem, opisano wiele podobnych historii. Prawdy o tej stronie wyzwoleńczej misji Armii Czerwonej nie znamy i być może nie poznamy już nigdy. Dowodzący wojskami brytyjskimi marszałek Bernard Law Montgomery pisał w pamiętnikach: "Ich zachowanie, zwłaszcza wobec kobiet, napawało nas wstrętem".
Jednym z następstw był ogromny wzrost zachorowań na choroby weneryczne w jednostkach Armii Czerwonej, a w konsekwencji - w całym ZSRR. Od lutego do kwietnia 1945 r. wśród żołnierzy I Frontu Białoruskiego liczba chorób wenerycznych wzrosła czterokrotnie.
Chciałbym dziś, po 60 latach, usłyszeć od przywódców nowej Rosji oficjalne przeprosiny skierowane do kobiet Europy za orgie w "tamtych wielkich latach".
Sobole, małpy, lisy, foki
Jednak miliony żołnierskich walizek nie pomieściły milionowej części tych dóbr, które zagarnęła radziecka nomenklatura, przede wszystkim generalicja.
Istniały oficjalne normy zdobyczy zatwierdzone osobiście przez Stalina. Każdemu generałowi przysługiwał za darmo jeden samochód osobowy - Opel lub Mercedes. Każdemu oficerowi - jeden motocykl lub rower. Generałom Stalin pozwolił kupować po jednej sztuce i po obniżonej cenie: pianino lub fortepian, radioodbiornik, broń myśliwską, zegarki i zegary - ręczne, kieszonkowe, stołowe. Oficerom sprzedawano bez ograniczeń dywany, futra, serwisy, aparaty fotograficzne itp. Później pozwolono kupować samochody pułkownikom.
Tak wyglądało to oficjalnie. W praktyce przepisy łamano w dwojaki sposób. Po pierwsze, przekraczano dopuszczalną ilość nabywanych rzeczy. Po drugie, wiele przedmiotów przywłaszczano za darmo albo nabywano od Niemców "z ręki do ręki" - za pieniądze lub żywność.
Z transportami, którymi wywożono do ZSRR sprzęt i wyposażenie, jechały dobra prywatne. W książce B.N. Knyszewskiego "Zdobycz" przytoczono wiele faktów. Tak więc lotnicze biuro konstrukcyjne w dwóch transportach maszyn dla przemysłu w lipcu i sierpniu 1945 r. dostarczyło cztery samochody osobowe, pięć motocykli, dziewięć pianin i fortepianów, 199 radioodbiorników, 46 sztuk mebli itd. Zastępca naczelnika biura wysłał do domu sześć skrzyń, w których znajdowała się m.in. maszyna do szycia, dziesięć kuponów tkanin itp. Naczelnik wydziału zakładów lotniczych wraz z eszelonem sprzętu wysłał do siebie dziesięć skrzyń, a także trzy rowery "w prezencie" dla swojego szefa i pracowników organów bezpieczeństwa nadzorujących fabrykę.
Partyjni bonzowie z różnych powodów - albo i bez powodu, nawet wtedy, gdy było to zakazane - wyjeżdżali za granicę "polować" na dobra. Sekretarz KC partii Mołdawii, szef wydziału wojskowego mołdawskiego KC i zastępca naczelnika wydziału transportu jeździli do Rumunii po meble, instrumenty muzyczne, wanny itp. z "opuszczonych" mieszkań.
U gen. Tielegina - zastępcy marszałka Gieorgija Żukowa, aresztowanego na osobisty rozkaz Stalina w 1948 r. - podczas rewizji znaleziono 16 kg wyrobów ze srebra, 218 kuponów tkanin wełnianych i jedwabnych, 21 strzelb myśliwskich, gobeliny mistrzów francuskich i flamandzkich itd. Rekord pobił jednak sam Żukow. Pociąg ze zdobycznymi meblami marszałka składał się z siedmiu wagonów wyładowanych 87 skrzyniami - w tym 194 meble z brzozy karelskiej, mahoniu i orzecha, obite złotym i malinowym pluszem. Wszystko wykonał niemiecki zakład stolarski na osobiste zamówienie marszałka.
Gdy agenci bezpieki w styczniu 1948 r. przeprowadzili rewizje w mieszkaniu i daczy Żukowa, znaleźli 323 skórki soboli, małp, fok i 160 skórek norek. Nadto 4 tys. metrów tkanin jedwabnych, wełnianych i innych; 44 kosztowne dywany i gobeliny; 55 "cennych obrazów malarstwa klasycznego wielkich rozmiarów w artystycznych ramach"; siedem skrzyń z porcelaną i kryształami itd. Żukow oświadczył Andriejowi Żdanowowi, sekretarzowi KC WKP(b) [Wszechzwiązkowa Komunistyczna Partia (bolszewików), w 1952 r. zmieniła nazwę na Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego - red.]: "O mojej chciwości... uważam za poważny błąd, że wiele kupowałem dla rodziny i krewnych". Żukow kręci i kłamie. Zabrał, niczego nie kupując i za nic nie płacąc. A to "zapomniał" o transporcie mebli wysłanym do Odessy; a to wiele dóbr określił jako "prezenty od różnych organizacji"; a to oskarża swego adiutanta, że ten nie wykonał rozkazu, żeby przekazać gobeliny do jakiegoś muzeum.
Charakterystyczne, że w daczy marszałka specjaliści od rewizji nie znaleźli ani jednej książki radzieckiej.
Istniał jeszcze inny rodzaj zdobyczy - budowa dacz z niemieckich materiałów budowlanych rękami jeńców. Tak budowali marszałek Konstantin Rokossowski, marszałek wojsk łączności Iwan Pieriesypkin i inni dostojnicy.
Jak słusznie zauważa w swej książce Knyszewski, czy można sobie wyobrazić Michaiła Kutuzowa lub Aleksandra Suworowa [marszałkowie carscy, bohaterowie wojen z przełomu XVIII/XIX w. - red.] powracających ze zwycięskich wypraw z taborami osobistych łupów dla siebie i pociotków?
Wszystkie te informacje przedstawiam w kontekście jubileuszu Dnia Zwycięstwa. Chcę, by w referatach przywódców Kremla i innych wystąpieniach nie zapomniano i nie zbagatelizowano tych osobistych zasług Żukowa i innych marszałków.
Czyste ręce czekistów
W grabieży mienia zdecydowanie wyróżniali się pracownicy organów bezpieczeństwa - najbardziej elitarnej struktury partii i państwa. Oto co zeznał podczas przesłuchania - według książki Knyszewskiego - gen. A. Sidniew, były naczelnik sektora operacyjnego NKWD w Berlinie: "W różnych miejscach wciąż odkrywano schowki ze złotem, srebrem, brylantami i innymi kosztownościami... drogie futra, szuby... Nie podjąłem żadnych środków zapobiegawczych przeciw grabieżom i czuję się za to winny". Generał nie podjął środków bynajmniej nie bezinteresownie. "Przebywając w Niemczech, rzuciłem się na łatwą zdobycz i, zapominając o interesach państwa, których miałem strzec, zacząłem się bogacić".
W trakcie rewizji w jego mieszkaniu znaleziono około stu wyrobów ze złota i platyny. Damską torebkę z czystego złota zgarnął w podziemiu Reichsbanku. W dobytku generała znalazły się m.in. 32 kosztowne futra, 1500 metrów tkanin, 405 par pończoch, 78 par butów, 296 sztuk odzieży... "Wszystko to ukradłem częściowo sam, przy aktywnym współudziale żony, zaś większość majątku zdobywał dla mnie komendant sektora operacyjnego Aksakow i mój krewny Kuzniecow, którego ściągnąłem do Berlina z ZSRR".
Podczas szturmu na Berlin jedna z grup operacyjnych generała znalazła w Reichsbanku ponad 40 mln marek. W pomieszczeniu oddziału operacyjnego znajdowało się sto worków z 80 mln marek. Jak zeznał Sidniew, znaczna część tych pieniędzy trafiła do kieszeni czekistów.
W Turyngii zgarniał dobra inny naczelnik wydziału operacyjnego MSW - G.L. Bieżenow. Rekord pobił jednak ich naczelnik gen. Iwan Sierow. Przyszły szef KGB - ten sam, któremu Chruszczow zlecił "wytrzebienie" w organach spuścizny po Ławrentiju Berii - w Berlinie był bardzo zajęty. Wspomniany już Sidniew zeznał: "Wątpię, by znalazł się człowiek, który będąc w Niemczech, nie wiedziałby, że Sierow w istocie zajmował się głównie grabieżą... Jego samolot stale kursował między Berlinem a Moskwą, przewożąc bez kontroli na granicy wszelkie dobra, futra, dywany, obrazy i kosztowności... Taki sam ładunek przewoziły wagony i samochody do Moskwy... Sierow pod
pozorem zasilania skarbu państwa przywłaszczał sobie większość tych rzeczy... i na prezenty dla swoich ludzi".
Po aresztowaniu gen. Nikołaja Własika, dowódcy osobistej ochrony Stalina, znaleziono u niego kosztowny serwis porcelanowy złożony ze stu naczyń. "Dostał" go w Poczdamie, dokąd przybył z siedmioma pułkami NKWD i 1,5 tys. ludzi. Własik wyjaśnił, że wydano rozkaz, by każdy członek dowództwa ochrony Stalina dostał taki serwis.
Czy Stalin wiedział, jaka naprawdę jest skala "zdobyczy"? Dlaczego radziecka nomenklatura okazała się tak chciwa? Dlaczego najaktywniejszymi grabieżcami byli czekiści? I wreszcie: dlaczego żołnierze - normalni ludzie - nagle "wyskoczyli z szyn"?
Stalin ścierpiał
Stalin oczywiście wiedział. Nie mógł nie wiedzieć. Nigdy nikomu nie ufał - nawet swojej służbie bezpieczeństwa. I zawsze miał równoległe systemy "śledcze".
Walka z szabrownictwem i grabieżą była jednak niemożliwa - trzeba by karać całą armię. Dlatego urządzono kilka pokazowych procesów, sformowano kilka karnych batalionów i wysłano je na front japoński.
Stalin "ścierpiał" grabieże. Musiał mieć ku temu swoje powody. Jakie?
Po pierwsze, w perspektywie rysowała się długa okupacja Europy Wschodniej, więc nie należało "demontować" armii czystkami i aresztowaniami.
Po drugie, zbliżała się wojna z Japonią. Generałowie i oficerowie wciąż byli bardzo potrzebni.
Po trzecie, Stalin traktował grabież Niemiec jako całkowicie dopuszczalną formę wynagrodzenia swoich opryczników, bez uszczerbku dla państwowej kiesy ZSRR. Równie ważne było to, że taka "zdobycz" pozwalała mu mieć haka na każdego - w razie potrzeby mógł ten hak wyciągnąć.
Po czwarte, Stalin, trudniący się w partii Lenina ekspropriacjami i grabieżami, bardzo umownie, po marksistowsku, rozumiał prawo cudzej własności. Skoro w ZSRR pozwolił na grabież chłopstwa, sojusznika klasy robotniczej, czemu miałby się certolić z Niemcami?
Po piąte, wierny marksista-leninista uważał rozmaite relacje męsko-damskie za burżuazyjne przesądy. Milovan Dżilas w książce "Rozmowy ze Stalinem" wspomina, jak kiedyś poskarżył się Stalinowi na to, że żołnierze Armii Czerwonej gwałcą kobiety w Jugosławii. Stalin odparł: "Nie rozumiecie, że żołnierz, który przeszedł tysiące kilometrów przez krew i ogień, chce się zabawić z kobietą albo wziąć sobie jakiś drobiazg na pamiątkę?".
Stalin uruchomił w Niemczech mechanizm stosowany już w ZSRR: pozwolić szeregowcom kraść drobiazgi, by przymknęli oczy na wagony pazernego dowództwa. W czasach zastoju ten mechanizm działał jeszcze skuteczniej: robotnicy wynosili z fabryk jakąś drobnicę i nikt ich nie ruszał, żeby nie widzieli ciężarówek wyjeżdżających z hal bez jakichkolwiek dokumentów.
Myślę jednak, że chodziło także o coś innego. Stalin uważał, że jeszcze nie nadszedł czas, by na publicznych procesach pokazać krajowi (tak jak w 1937 r.) prawdziwą twarz tej nomenklatury, od której chciał się uwolnić, robiąc miejsce dla dorastających już "młodych wilków". Kiedy zaś pora czystek - w jego mniemaniu - nadeszła, uznał, że lepsza będzie "sprawa żydowska" niż demaskowanie chciwości nomenklatury.
W efekcie kraj nie dowiedział się prawdy o grabieżach. To właśnie pozwoliło później sadzać Żukowa i innych marszałków w pierwszym rzędzie, ozdabiać nimi prezydia i place. A obecna nomenklatura rosyjska nadal wychwala tamtych marszałków...
Czemu kradli?
Dlaczego radziecka nomenklatura dosłownie oszalała, łamiąc w Niemczech wszelkie normy przyzwoitości? Dlaczego w grabieżach przodowali czekiści?
Złożyła się na to chroniczna bezkarność i przyzwyczajenie do braku kontroli. A także doświadczenie roku 1937, kiedy to, konfiskując mienie aresztowanych, nie sporządzano nawet spisu zabieranej biblioteki rodzinnej. O konfiskatach majątków burżuazji, Cerkwi, ziemiaństwa i kułaków nawet nie ma co wspominać.
No dobrze - a miliony prostych ludzi? Armia rosyjska na przestrzeni dziejów nie raz i nie dwa wkraczała do krajów Europy. Czemu jednak tylko na tej wojnie ludzie w rosyjskich mundurach okazali się niemal bandą łupieżców, maruderów i gwałcicieli? Ludzie, którzy tak niedawno obronili swoją ojczyznę, którzy własną krwią i życiem udowodnili oddanie najwyższym ideałom człowieka rosyjskiego?!
Pierwszą przyczyną była, jak sądzę, wielka "czystka moralna", jaka dokonała się w latach rewolucji, wojny domowej, kolektywizacji i industrializacji.
Drugą przyczyną była, moim zdaniem, nieuświadamiana, lecz tkwiącą gdzieś w podświadomości żołnierzy myśl, że tu, w Europie, wysokie morale nie jest już potrzebne. W Niemczech znaleźliśmy się ze względu na obce narodowi interesy stalinowskiej nomenklatury. Zachowujemy się więc stosownie do tych interesów.
I wreszcie trzeba pamiętać, jak w owym czasie żył kraj. Knyszewski cytuje w swej książce tajne dokumenty Żdanowa, faktycznego pierwszego zastępcy Stalina:
"Żona poległego dowódcy I.J. Niekrasowa z trojgiem dzieci zmuszona jest spać na podłodze z powodu braku jakiegokolwiek umeblowania i pościeli". Szczodra władza radziecka przyznała jej 300 rubli wyrwane z krwawicy nomenklatury...
"Samotny 85-letni ojciec poległego żołnierza I.D. Płatkin żyje z emerytury w wysokości 100 rubli, nie ma nawet zmiany bielizny i zmuszony jest żebrać". Jemu też pomogli - dali 50 rubli.
"Żona poległego żołnierza Szatałowa ma pięcioro dzieci, które nie uczęszczają do szkoły z powodu braku odzieży i butów...".
W stanicy stawropolskiej chłopiec Michaił Gorbaczow w 1944 r. nie mógł pójść do szkoły - w domu nie było żadnego obuwia. Ojciec nie przysyłał paczek z frontu - leżał w szpitalu. Napisał do matki list z prośbą: "Sprzedaj wszystko, kup ubranie, buty, książki i niech Michaił koniecznie się uczy". Ale w szkole Misza mógł się zjawić dopiero po pierwszym okresie.
Na Uralu w jednym z 22 pokoików baraku ze wspólnym korytarzem gnieździła się rodzina Jelcynów - ojciec, matka i czworo dzieci. Ponieważ brakowało ubrań, w czasie mrozów najstarszy syn Borys przytulał się do kozy ciepłej jak piec, która też mieszkała w ich pokoju.
Na jednym z moskiewskich podwórek w baraku mieszkała rodzina Łużkowów. Sześć osób w jednym pokoju. Głodowali. Wszyscy chodzili w szmatach. W kałamarzu zamarzał atrament. Ojciec przywiózł z wojny "trofiej" - niemiecki jadowicie zielony pulower, który średni syn Jurij [obecny mer Moskwy - red.] nosił przez całe dzieciństwo, młodość i lata studiów.
Ile takich rodzin żyło w Rosji, gdy liderzy komunistyczni i czekistowcy skrzętnie gromadzili norki, dywany i kupony tkanin?
Chyba właśnie wtedy, w 1945 r., w najbardziej wyraźnej, szczerej i namacalnej formie ukazała się antynarodowa istota socjalizmu państwowego. Chciałbym, by autorzy referatów, zachwycając się wielkim zwycięstwem 1945 r., opowiedzieli też o sławnych czekistach, którzy w dziedzinie bogacenia się wyprzedzili całą stalinowską nomenklaturę.