zmiany kadrowe w administracji wojskowej

Przepraszam, ale obowiązki wzywały , a teraz mogę dokończyć treść pisma, które rozpocząłem pisać w dniu wczorajszym:
III Jednostki wojskowe , w których zamienią stanowiska wojskowe na cywilne:
Wojskowe Centrum Normalizacji, Jakości i Kodyfikacji /pozostawić 11 stanowisk wojskowych w tym płk-1, ppłk-5, mjr-5/,
Biuro Wojskowego Dozoru Technicznego Warszawa,
Wojskowy Dozór Techniczny -Delegatura we Wrocławiu,
Biuro Wojskowej Inspekcji Gospodarki Energetycznej Warszawa,
Delegatury Wojskowej Inspekcji Gospodarki Energetycznej /Bydgoszcz, Wrocław/,
Wojskowe Centrum Metrologii Zielonka,
Specjalistyczny Wojskowy Ośrodek Metrologii Poznań,
Wojskowy Ośrodek Metrologii /Bydgoszcz, Radom, Wrocław, Gdynia/,
1, 3, 4, 6, 7, 15, 20, 33, 36, 43, 74, 79, 96, 102, 124, 149 Rejonowe Przedstawicielstwa Wojskowe,
Wojskowy Ośrodek Badawczo-Wdrożeniowy Służby Mundurowej,
Wojskowy Ośrodek Badawczo-Wdrożeniowy Służby Żywnościowej,
Centralny Ośrodek Naukowej Informacji Wojskowej,
12 i 17 Terenowy Oddział Lotniskowy,
Stołeczny Zarząd Infrastruktury,
Rejonowe Zarządy Infrastruktury /Bydgoszcz, Gdynia, Kraków, Lublin, Olsztyn, Szczecin, Wrocław, Zielona Góra/,
Klub Sił Powietrznych,
Klub Dowództwa Garnizonu Warszawa,
Klub Marynarki Wojennej,
Klub Żołnierski -Hel,
Klub Żołnierski -Gdynia Oksywie,
Klub Żołnierski -Rozewie,
Klub Żołnierski -Świnoujście,
Muzeum Wojska Polskiego,
Centralna Biblioteka Wojskowa,
Dom Wojska Polskiego,
Zakład Inwestycji Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego,
Centrala Wojskowe Misje Pokojowe,

IV. Unieważnić etaty n/w jednostek organizacyjnych, w których pełnią służbę żołnierze zawodowi:
Wojskowy Instytut Techniki Pancernej i Samochodowej,
Wojskowy Instytut Techniki Inżynieryjnej,
Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia,
Wojskowy Instytut Łączności,
Wojskowy Instytut Chemii i Radiornetri,
Instytut Techniczny Wojsk Lotniczych,
Wojskowe Biuro Studiów Projektów Budowlanych i Lotniskowych,
Wojskowe Centralne Biuro Konstrukcyjno-Technologiczne,
Wojskowe Zakłady Elektroniczne Zielonka,
Wojskowe Zakłady Inżynieryjne,
Wojskowe Zakłady Lotnicze Nr 1, Nr 2, Nr 4,
Wojskowe Zakłady Łączności Nr 1 i Nr 2,
Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne Nr 5 Poznań,
Wojskowe Zakłady Uzbrojenia Nr 2,
Wojskowy Zespół wypoczynkowy "JAWOR" Solina.
Przypominam, że pismo jest z miesiąca stycznia i być może zaszły w nim jakieś zmiany.
Może jacyś koledzy z Warszawy, którzy zaglądaja na forum mogą dodać coś do tych wiadomości. Może znają konkretne terminy?? Bynajmniej ja ze swojej st4rony będę wdzięczny za wszelkie wiadomości ponieważ moja jednostka też znajduje się na tej liście.
Pozdrowionka.

 

Program osłonowy ,,Tanie wczasy" 2008

WOJSKOWY ZESPÓŁ WYPOCZYNKOWY „JANTAR” w JURACIE - obejmuje trzy Domy Wypoczynkowe: „Jantar” i „Czajka” – położone na granicy Juraty i Helu oraz „Albatros” – położony ok. 5 km od miejscowości Hel i ok. 3 km od Juraty.

***WYBORY***

Hel. Burmistrz Mirosław W. zatrzymany przez CBA za korupcję
wczoraj

W poniedziałek (01.09) w nocy funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego zatrzymali burmistrza Helu Mirosława W. i Beatę Sawicką, posłankę PO na Sejm. CBA zarzuca im korupcję. W walizce dla burmistrza miało być - według funkcjonariuszy - 150 tys. zł, dla posłanki - 100 tys. zł. Pieniądze miały "pomóc" w rozstrzygnięciu przetargu na 2-hektarową działkę na Helu, na której miał powstać hotel lub pensjonat z funkcjami rekreacyjno-wypoczynkowymi. Burmistrz jest obecnie przesłuchiwany w poznańskiej prokuraturze.

W poniedziałek wieczorem do domu burmistrza Mirosława W. zapukali agenci. Ponoć żona nie zdążyła zamienić z małżonkiem nawet jednego słowa, bo agenci natychmiast zabrali jej męża.

W tym samym czasie agenci pojawili się także u Beaty Sawickiej, posłanki Platformy Obywatelskiej. Ją także zabrano na przesłuchanie i przeszukano jej mieszkanie. Cała akcja trwała kilka godzin.
Najprawdopodobniej posłanka wpadła na gorącym uczynku dając się złapać w sytuacji wręczania Mirosławowi W. łapówki. Parlamentarzystkę wypuszczono po pięciu godzinach i niemal automatycznie wyrzucono z PO.

Łapówka najprawdopodobniej dotyczyła ustawienia przetargu, nie wiadomo jeszcze jakiego. Prawdopodobnie w grę wchodziła sprzedaż gruntów wojskowych na Helu. Centralne Biuro Antykorupcyjne nie chce na razie komentować tej sprawy.

Beata Sawicka do dziś była posłanką Platformy Obywatelskiej. Z zawodu jest nauczycielkę. Do PO trafiła z Unii Wolności, w której działała od 1996 roku. Do Sejmu weszła w 2005 roku z okręgu legnicko-jeleniogórskiego. W Sejmie nie wykazała się aktywnością. Było o niej głośno jedynie, gdy negocjowała ze zbuntowanymi betankami, które nie chciały opuścić klasztoru w Kazimierzu Dolnym.
W październikowych wyborach Beata Sawicka miała startować do Senatu z listy PO w Legnicy.

Sobotni spacer na Twierdzę Wisłoujście

Zali trza Waszmość Panny i Waszmościowie znamienici peregrynacje uczynić w terminie akuratnym a jesiennym, coby wszelakie nadobne wdzięki a i tajemnice takowe obnażyć wyspy Sobieskiego zwanej drzewiej Bonsack, tajemnej a niezwyczajnej. Takoż instrumenta niezbędne w apanaże składajcie i podwody szykujcie co koń mechaniczny wyskoczy. Hej!

A zali także imaginujcie sobie Państwo coby pochodnie jakoweś przysposobić także, bo po lochach sprawy mieć będą przebieg...

Aby Was przeto w klimat wprowadzić takoż artykuła powszechne a dostępne w temacie powyższym przytoczone poniżej zostały...

--------------------------------------------------------------------------------------------

,,Tajemnice Forsterówki,,

Wyspa Sobieszewska to fragment Mierzei Wiślanej przeciętej dwoma ujściami Wisły, położona na wschód od aglomeracji miasta Gdańska. Z uwagi na piękne plaże i walory przyrodniczo - krajobrazowe terenów leśno - wydmowych w północnej części i malowniczych łąk i pól w części południowej, zyskała już w XVII wieku sławę wśród gdańskiego patrycjatu budującego tu swoje rezydencje letnie i urządzającego w tutejszych lasach polowania. Ta wyspa skrywa wiele ciekawostek przeszłości.

To nie tylko unikalne budowle hydrotechniczne w Przegalinie, relikty drewnianej zabudowy podmiejskiej w Górkach Wschodnich czy Świbnie. To także fortyfikacje z okresu ostatniej wojny lub jedne z najstarszych barokowych nagrobków menonickich w Sobieszewie. Lasy kryją też nie jedną tajemnicę jak chociażby opuszczone instalacje podziemne i schrony bazy rakietowej z lat 60/70-tych XX wieku (dawna „JW1110"), wybudowanej na terenie dawnego poligonu i strzelnicy Kriegsmarine z 1941 roku - jednostki rakietowej otoczonej do niedawna kilkoma rzędami drutu kolczastego pod napięciem !

Na tym terenie okopały się w desperackiej obronie w ostatnich miesiącach wojny po zajęciu portu gdanskiego przez Armię Czerwoną, resztki 2 Armii generała Weissa. Kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i uchodźców z Prus Wschodnich i Pomorza koczowało, od marca do maja 1945 roku, oczekując pod ostrzałem na nieuchronną kapitulację. Do dnia dzisiejszego widać w lasach ślady po tym dramacie w postaci licznych pozostałości po ziemiankach, okopach i przypadkowo znajdowanym wyposażeniu wojskowym, amunicji i szczątkach ludzkich.

Te nadmorskie lasy skrywają także mało znaną przez mieszkańców Pomorza tajemnicę. W ich zaciszu z dala od zabudowy miejskiej zapadały najbardziej zbrodnicze rozkazy w historii Ziemi Gdańskiej. To właśnie tu w prawie nietkniętym zębem czasu i wojny modrzewiowym dworku myśliwskim rezydował hitlerowski „Kat Pomorza" - gaulaiter i SS - obergruppenführer Albert Forster.

Działkę pod budowę tzw. dworu myśliwskiego w Wordell (Orliki) k/Sobieszewa przekazał zimą 1932 jeden z urzędników Senatu WMG - członek NSDAP. Budowę budynków rezydencji rozpoczęto wiosną 1933 roku. Autor projektu obecnie jeszcze nie został ustalony. Pewne wskazówki w postaci projektu plastycznego stylizowanych swastyk wyrzeźbionych następnie na belkach stropowych sali kominkowej wniósł osobiście Adolf Hitler na prośbę swojego ulubionego gauleitera. Motyw swastyk przewija się w elementach krat i bramy wjazdowej na teren ośrodka rekrutacyjno - szkoleniowego rozbudowywanego w sąsiedztwie rezydencji Forstera w latach 1935-38. Istnieją przesłanki źródłowe wskazujące na zaprojektowanie modrzewiowego dworku Forstera przez monachijskiego architekta Otto Neumayera, który wcześniej wybudował rezydencję Hitlera w Obersalzbergu. Projekt dworku jest połączeniem niemieckiego modernizmu i elementów zaczerpniętych z tyrolskiego folkloru.

Za zasługi położone w zdobyciu władzy w Gdańsku przez NSDAP, Senat Wolnego Miasta Gdańska na wniosek partyjnych kolegów nadał Forsterowi honorowe obywatelstwo Gdańska, a 26 lipca 1933 roku z okazji swoich 31 urodzin, otrzymuje od swojej partii oraz fuhrera prezent w postaci modrzewiowego domku myśliwskiego z zapleczem kuchenno - jadalnym. Albert Forster z wielką pasją oddawał się łowiectwu. Posiadał pokaźną kolekcję broni myśliwskiej i trofeów łowieckich.

Od tej pory rezydencja pełni funkcję także głównego miejsca poufnych spotkań i narad dla wysokich funkcjonariuszy NSDAP i SS z terenu WMG. Albert Forster przebywał okresowo w swojej rezydencji od 26.07.1933 do 27.03.1945 roku. Rezydencja pełniła również funkcję tajnego magazynu dużych ilości broni zwłaszcza maszynowej, przemycanej na teren WMG barkami od strony morza, w celu uzbrojenia szkolonych potajemnie członków S.A. i SS. Broń przechowywano w piwnicy „Forsterówki" oraz w wybudowanych w późniejszym okresie barakach magazynowych na terenie osrodka „rekreacyjnego" NSDAP.

Szczególnymi gośćmi na terenie „leśnej kwatery gauleitera" byli m.in. Wysoki Komisarz Ligi Narodów w WMG - Carl.J. Burckhardt (kilkukrotnie w 1937 roku), Reichsführer SS Heinrich Himmler (kilkukrotnie w 1939 roku i w listopadzie 1941 roku), dowódca okrętu liniowego „Schleswig-Holstein" komandor Gustav Kleikampf (28.08.1939 roku).

Stałymi bywalcami narad byli: SS - Oberführer dr Aleksander Reiner (jeden z organizatorów gdanskiej SS), SS-Gruppenführer Erach von dem Bach - Zelensky (późniejszy dowódca wojsk pacyfikujacych Powstanie Warszawskie), dr Rudolf Troeger (szef gdanskiej policji kryminalnej przysłany z berlinskiego Gestapo), dowódca SS - Heimwehr Danzig Friedman Goetze, SS-Oberführer Walter Stein (szef gdańskiej policji politycznej), SS-Brigadeführer Johannes Schafer (dowódca okregu SSwGdansku), SS-Sturmbannführer Max Pauly (komendant KL Stutthof), SS-Obersturmbannführer Kurt Eimann (szef Einsatzkommando - realizujący od jesieni 1939 do wiosny 1940 program masowej eksterminacji działaczy polskich na Pomorzu i Poloni gdańskiej. Tu też omawiano szczegóły i zapadały najbardziej zbrodnicze decyzje w historii Pomorza!

W czerwcu 1939 roku w obecności Heinricha Himmlera przygotowywano tu szczegóły operacji „Tannenberg". W trakcie jednej z poufnych wizyt reichsführera SS, Forster otrzymał szpadę honorową z napisami: „Mój honor to wierność" oraz "Mojemu kochanemu Albertowi Forsterowi. H.Himmler wódz SS na Rzesze"! To świadczyło o wyjatkowej pozycji Forstera w strukturach SS i zaufaniu, jakim darzyli go najwyżsi dygnitarze III Rzeszy.

W rezydencji gauleitera przygotowywano w ramach operacji „Tannenberg" listy aresztowań i likwidacji Polaków z terenu WMG i Pomorza (tzw „Sonderfahndüngsbuch Polen"). Tutaj także zapadła w lipcu 1939 roku decyzja oraz wybrano lokalizacje dla utworzenia obozu koncentracyjnego w Sztutowie (KL Stutthof).

W okresie lata 1939 roku prowadzono na polowej strzelnicy osrodka szkolenie specjalne dla wydzielonych grup SS-Waehsturmbann Eimann w zakresie przygotowania i prowadzenia masowych egzekucji lesnych. „Kursanci" mogli wykazać się następnie w praktyce w lasach okolic Szpegawska k/Stargardu Gdańskiego i Piasnicy k/Wejherowa gdzie wymordowano kilkanaście tysięcy pomorskich Polaków.

W sąsiedztwie rezydencji gauleitera, od 1935 roku rozbudowywano ośrodek rekrutacyjno - szkoleniowy NSDAP. Wybudowano budynek koszarowy z zapleczem socjalno - technicznym i własnym ujęciem wody oraz dom dla oficerów -instruktorów wojskowych. W latach 1936-39 pod osłoną lasów i ... policji gdańskiej prowadzono intensywne szkolenie dla formacji S.A. i SS z terenu WMG. Wybudowano także 2 baraki magazynowe dla składowanej z przemytu broni. Wybudowano też dużą strzelnicę polową. Teren był w tym okresie otoczony płotem z drutu kolczastego oraz silnie strzeżony. Zlokalizowano tu równie. jedną z nowo tworzonych jednostek wartowniczych gdanskiej SS-Haimwehry z której rekrutowano następnie załogę wartowniczą obozu koncentracyjnego w Stutthofie.

W listopadzie 1941 po wizytacji KL Stutthof przez Himmlera (po drodze urządzono wystawny obiad na cześć gościa w wielkiej jadalni „Forsterówki", w uznaniu za sprawną organizację i zasługi dla SS, Albert Forster otrzymuje awans na SS-Obergruppenfuhrera.

W latach 1941-1944 ośrodek pełni funkcję szpitala i sanatorium dla rannych na froncie wschodnim żołnierzy między innymi elitarnej Waffen SS. „...W tym miejscu mogą przebywać jedynie najlepsi i najdzielniejsi synowie narodu niemieckiego. Tu mogą leczyć swe chwalebne rany odniesione za naszą ojczyznę..." jak scharakteryzował ten „ośrodek rekonwalescencyjny " sam Forster.

Teren rezydencji gauleitera był też od listopada 1944 do stycznia 1945 roku miejscem zwożenia zagrożonych nalotami dzieł sztuki i archiwów partyjnych NSDAP z terenu Gdańska. To najmniej poznana karta historii tego obiektu. Część archiwum zostało zdeponowane w jednym ze schronów przeciwlotniczych wybudowanych na tym terenie w 1941r. Do dnia dzisiejszego nie zlokalizowano schronu dla personelu i pacjentów przebywających w obiektach dawnego wojskowego ośrodka szkoleniowego NSDAP.

Ze wspomnień biorących udział w początkowym zagospodarowywaniu obiektu po wojnie jak i relacji odwiedzających niedawno ośrodek byłych żołnierzy niemieckich wynika iż, wybudowano tam w 1941 roku duży schron na ok. 150 osób. Znajdował się on w części wschodniej terenu ośrodka pod masywną zalesioną obecnie wydmą, o wysokości ponad 30 m npm o nazwie „Mewia Góra" (Möwe Berg). Schron został po wojnie prawdopodobnie wysadzony przez Rosjan i zasypany. Pełnił on także funkcje magazynu tranzytowego dla wywożonych w okresie początku marca 1945 roku z Gdańska cenniejszych dokumentów urzędów niemieckich i części depozytów muzealnych.

Składnica tranzytowa w „Forsterówce" została zlikwidowana w obliczu bezpośredniego zagrożenia działaniami frontowymi. Depozyty muzealne przewożono ciężarówkami do pobliskiego portu w Swibnie, gdzie barkami i kutrami przewożono je wraz z ewakuowaną ludnością na Hel i dalej statkami na zachód.

Pod koniec działań wojennych na początku kwietnia 1945 roku na terenie rezydencji A. Forstera rozlokował się sztab 4 dywizji pancernej gen. Betela. Na drodze dojazdowej pod osłoną sosnowego lasu i wysokich wydm (dzisiejsza ul. Lazurowa) stała duża kolumna pojazdów pancernych wycofanych z Gdańska. Pojazdy (w tym kilka czołgów) zostały tuż przed kapitulacją zniszczone przez własne załogi. Poległego w walce generała pochowano w pobliżu domku myśliwskiego A. Forstera. Ekshumacje szczątków przeprowadzono kilka lat temu w ramach niezwykłej akcji ekshumacyjnej odsłaniającej mroczne tajemnice okresu końca wojny.

W 2000 roku na terenie tym zlokalizowano w wyniku prac poszukiwawczych niezwykłą masową mogiłę ponad 220 osób. Poszukiwania były prowadzone przez pasjonata lokalnej historii Mariusza Jaskulskiego z gdańskiej Straży Miejskiej przy współpracy z Fundacją „Pamięć" (Niemiecka Fundacja Opieki nad Grobami Wojennymi) pod nadzorem antropologa Andreasa Hintze. Masowy grób zlokalizowany kilkadziesiąt metrów od „Forsterówki" w kierunku SE, zawierał szczątki ludzkie z częściowo zachowanymi mundurami: SS, grenadierów pancernych i policji gdańskiej. Biegli rozpoznali w trakcie ekshumacji również szczątki jednej kobiety. To tajemnicza sprawa zważywszy na fakt, iż większość czaszek w mogile posiadało ślady postrzałów w potylice. Historycy snują domysły na ten temat - akcji „komisji weryfikacyjnej" Armii Czerwonej, której jeden ze sztabów jednostki specjalnej kwaterował po zajęciu terenu właśnie w „Forsterówce" Obiekt służył wojskowej ekipie tropiącej m.in. ukryte dzieła sztuki i ...członków załogi KL Stuthoff. Szczątki rozstrzelanych Niemców przeniesiono w 2001 roku do wspólnej kwatery na cmentarzu garnizonowym w Gdańsku.

Po wojnie dawny ośrodek szkoleniowo - rekrutacyjny NSDAP pełnił przez kilka lat funkcję początkowo rządowego ośrodka wypoczynkowego PZPR, a następnie ośrodka Funduszu Wczasów Pracowniczych. Beztroscy kuracjusze przez lata nieświadomie wypoczywali na masowej mogile w cieniu „Forsterówki", świadka ponurej historii wpisanej w tragiczne losy tego regionu...

Obecnie od 2003 roku zespół obiektów dawnej rezydencji gauleitera Pomorza Gdańskiego i ośrodka szkoleniowego gdańskiego NSDAP nie posiada użytkownika. Obiekty bez należytego dozoru i konserwacji mogą szybko popaść w ruinę lub spłonąć!

Gmina Gdańsk planowała utworzenie Muzeum Wyspy Sobieszewskiej, w ramach filii Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, w którego skład wchodziłby kompleks dawnej rezydencji gauleiter (łącznie ze schronem, także udostępnionym do zwiedzania). Jednak z uwagi na brak funduszy gminnych na adaptacje i utrzymanie obiektu projekt zarzucono. Miasto planuje wystawić na przetarg obiekty „Forsterówki" wraz z okolicznym terenem. Z uwagi na brak pełnej ochrony prawnej (procedura wpisu zespołu do centralnego rejestru zabytków PSOZ jest jeszcze w toku), historyczny obiekt może kupić każdy i nie koniecznie umożliwić jego zwiedzanie. Również ryzyko ewentualnych rozbiórek czy przebudowy wisi nad obiektem pozbawionym statusu zabytku.

Obecnie teren przeżywa najazd turystów pragnących z bliska przyjrzeć się obiektom, w których działa się tragiczna dla mieszkańców Pomorza historia. Teren dawnego FWP „Mewa" na którym zlokalizowany jest zespół dawnej rezydencji i osrodka rekrutacyjno - szkoleniowego S.A. i SS jest opuszczony i dozorowany przez firmę ochroniarską z Warszawy.

Zespół dawnej Rezydencji Gauleitera składał się z:

1. Domku myśliwskiego
2. Budynku Kuchenno - Jadalnego (późniejsza restauracja FWP)
3. Schronu przeciwlotniczego

Zespół dawnego Ośrodka Rekrutacyjno - Szkoleniowego gdańskiej NSDAP składał się z:

1. Budynku Koszar (późniejszy lazaret)
2. Domu Oficerów - instruktorów wojskowych
3. Schronu przeciwlotniczego (obecnie niedostępny - zasypany)
4. Baraków magazynowych na sprzęt wojskowy (fundamenty)
5. Strzelnicy polowej (teren na północ od Góry Mew)

Jednym z ciekawych obiektów fortyfikacyjnych na tym terenie jest osobisty schron gauleitera. Wejście do niego jest nawet obecnie trudne do zlokalizowania mimo, że oddalone kilkadziesiąt metrów od samej „Forsterówki". Dopiero od niedawna zaistniała możliwość przeprowadzenia gruntownej inwentaryzacji obiektu. Był on dotychczas niedostępny bez sprzętu nurkowego z uwagi na wykorzystywanie jego kubatury przez wiele lat jako podziemnego zbiornika przeciwpożarowego w okresie funkcjonowania FWP.

Schron przeciwlotniczy wybudowany w wiosną 1941 roku, modernizowany (instalacje łączności i drzwi gazoszczelne typ 19P7), w 1944 roku. Odporność obiektu wg nomenklatury niemieckiej B1 - strop i ściany żelbetonowe o grubości 100 cm. Przewidziany dla kilkunastu osób. Zagłębiony na ponad 6 metrów w piaszczystej wydmie porośniętej sosnowym lasem. Wyposażenie techniczne i socjalne obiektu zdewastowane, wnętrze mocno zawilgocone. Powierzchnia schronu ok. 50 m2, wysokość w pomieszczeniach 2-2,5 m.

Pomorska Komisja Opieki nad Zabytkami PTTK z Gdańska, która przeprowadzała pod nadzorem Państwowej Służby Ochrony Zabytków inwentaryzację obiektu oraz od lat uzupełniała informacje o jego historii, złożyła już wniosek do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku dotyczący wpisu zespołu do centralnego rejestru zabytków. Obiekt zostanie początkowo zarejestrowany w gminnym rejestrze obiektów objętych ochroną Miejskiego Konserwatora Zabytków oraz uwzględniony przy zmianie planów zagospodarowania przestrzennego gminy na najbliższe lata tego historycznego miejsca.

To miejsce posiada jeszcze wiele białych plam i w miarę dalszych poszukiwać archiwalnych i terenowych być może będą one powoli zanikać...

W jednej z najnowszych książek przygodowych dla młodzieży z serii „Pana Samochodzika” w części 85 pt. „Pan Samochodzik i Wyspa Sobieszewska” przedstawiono inne niezwykłe atrakcje tego skrawka Mierzei Wiślanej...oraz zawiłą intrygę sięgającą czasów i tajemnic ostatniej wojny...

żródło:http://www.polskieszlaki.pl/rezydencja-kata-pomorza---forsterowka-na-wyspie-sobieszewskiej.htm
tudziesz: http://pl.wikipedia.org/wiki/Forster%C3%B3wka

autor -ibidem ;))

 

Zapomniani morscy lotnicy

O tym, że polscy lotnicy nie cieszą się szacunkiem w Wielkiej Brytanii, o którą walczyli, trąbi się od kilkudziesięciu lat. Ale o tym, że ani polscy piloci, ani ich samoloty nie zasługują na szacunek w Polsce, wiemy od niedawna...

Atak o świcie

Słońce wznosiło się nad horyzontem na skrawku helskiej plaży, gdy nad półwyspem pojawiły się stukasy z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Polska obrona helskiej kosy zamarła.

To był poranek 8 września 1939 roku. Przy brzegu od strony Zatoki Puckiej - tam, gdzie teraz mieści się ośrodek wypoczynkowy prezydenta RP w Jastarni, kołysały się zakotwiczone na płytkiej wodzie wodnosamoloty Morskiego Dywizjonu Lotniczego. Niemieckie Junkersy zanurkowały. Wycie ich silników przerwały grzmoty eksplozji bomb, które zostały zrzucone na Hel.

Na nic się zdał ogień artylerii przeciwlotniczej. Stukasy zawróciły i gdy leciały tuż nad wodą, ich karabiny maszynowe rozsiekały resztki polskich samolotów. Polacy zniszczyli to, co zostało po nalocie, i zatopili swoje maszyny. Koniec obrony Helu był bliski.

Dlaczego Niemcy zbombardowali helskie kotwicowisko? Skąd wziął się pomysł nalotu na starannie zamaskowane wodnosamoloty, skoro tuż obok mieścił się sztab dowództwa obrony Helu? Co sprawiło, że z taką zaciekłością zaatakowali Morski Dywizjon Lotniczy?

Szczątki

W listopadzie ubiegłego roku lokalne media na Wybrzeżu obiegła wieść o nieudolnych eksploratorach wydobywających fragmenty starych samolotów z dna Zatoki Puckiej. Spod wody wyciągano blachy, elementy konstrukcyjne, fragmenty silników.

Proceder niszczenia i grabienia pamiątek po MDL trwa nie od dzisiaj. Każdy, kto popłynie w okolicach helskiej kosy, zauważy, że pod płytką wodą kryją się pamiątki z czasów drugiej wojny światowej. Wraki okrętów, zatopione samochody pancerne, szczątki samolotów. To pobudza wyobraźnię.

- Byłem tam kilka razy i widziałem pływaki wodnosamolotów leżące w piasku na dnie - mówi Mariusz Konarski, historyk, archeolog lotniczy, dziennikarz. - Parę razy próbowałem zainteresować sprawą Muzeum Marynarki Wojennej. Bez skutku. Jeśli nic się nie zrobi, to rozgrabią to pseudoeksploratorzy - poszukiwacze skarbów, które potem sprzedaje się na Jarmarku Dominikańskim.
- Wystarczy tam podpłynąć na desce i można dojrzeć jakieś aluminiowe poskręcane kawałki blachy - mówi amator windsurfingu z Warszawy odwiedzający Juratę od trzech lat. - Tam coś musi być.

Polacy bombardują Gdańsk

Jest 7 września 1939 roku. Nad ogarniętym wojennym zgiełkiem Półwyspem Helskim zapada zmierzch. Cichnie artyleryjska kanonada, milkną odgłosy strzałów i jazgot karabinów maszynowych. Na spokojnych wodach Zatoki Puckiej tuż przy brzegu pojawia się sylwetka wiosłowej łodzi z trzema ludźmi na pokładzie. Dwaj lotnicy i mechanik zmierzają do zakotwiczonego nieopodal wodnosamolotu R-XIII. Po chwili zaczyna się krzątanina przy samolocie - silnik strzela spalinami i rozrywa wieczorną ciszę swoim rykiem. Powoli nabiera obrotów. Po kilku minutach samolot sunie po falach i wznosi się w powietrze. Obciążona bombami maszyna mozolnie wspina się na wysokość 1800 metrów. Przez kilkadziesiąt minut lotnicy kluczą nad wodą, by zmylić niemiecką obronę przeciwlotniczą i okręty Kriegsmarine grasujące na Bałtyku.

Za sterami samolotu siedzi pilot por. Józef Rudzki. Dowódcą jest obserwator por. Zdzisław Juszczakiewicz (oficer polskiego wywiadu wojskowego, "dwójki"). Zadanie, jakie wyznaczyli im dowódcy, brzmiało: "rozpoznać baseny portu gdańskiego, ustalić pozycję okrętu liniowego "Schleswig Holstein" i zbombardować go".

Okazało się, że niemiecki pancernik już nie cumuje w miejscu, z którego ostrzeliwał Westerplatte, a walki w obronie tego polskiego przyczółka w Gdańsku ucichły. Piloci postanowili jednak zrobić użytek z bomb podwieszonych pod skrzydłami "era". Z relacji Andrzeja Olejki, autora książek o historii polskiego lotnictwa wojskowego: Lecąc na wysokości 400 m nad Gdańskiem, lotnicy dojrzeli w rejonie obserwowanej ul. Grunwaldzkiej duże skupisko świateł, jak gdyby pochodni. Była to nocna parada zorganizowana przez hitlerowców. Pilot por. J. Rudzki obniżył lot prawie nad same dachy domów i skierował samolot wzdłuż ulicy. Gdy wodnopłatowiec znalazł się nad środkiem pochodu, pilot jednym ruchem zwolnił ładunek 6 bomb 12,5 kg, a w czasie drugiego nalotu por. obs. Z. Juszczakiewicz otworzył ogień.

Znad Gdańska samolot doleciał do Helu kwadrans przed północą. Szczęśliwie wylądował. Lotnicy zakotwiczyli maszynę i tą samą łódką, którą dopłynęli dwie godziny wcześniej do "era", wrócili na brzeg.

Desperacki atak polskiego samolotu na defiladę z okazji pokonania obrońców Westrplatte przeszedł bez echa w gdańskiej prasie tamtych czasów. Nie ma o nim najmniejszej wzmianki. Polacy także nie nagłaśniali tego wyczynu. Chodziło o to, by nie narazić na niebezpieczeństwo jego głównych bohaterów. Porucznik Rudzki, nawet gdy był w obozie jenieckim, nie mówił o tym wydarzeniu, podobnie jak jego towarzysz broni, porucznik Juszczakiewicz. W oflagu roiło się od konfidentów Abwehry, więc trzeba było uważać na to, co się mówi.

Krajobraz po bitwie

Zemsta Niemców przyszła następnego dnia rano. Kiedy niemieckie stukasy rankiem 8 września zrobiły swoje i odleciały po zbombardowaniu polskiego dywizjonu, wraki wodnosamolotów kołysały się żałośnie na wodach Zatoki. Trzeba było je dobić, by nie dostały się w ręce wroga.

Zadanie to otrzymał bosman mech. J. Bartlewski. Wraz z dwoma marynarzami pojechał w rejon kotwicowiska i pod ogniem niemieckich samolotów niszczył polski sprzęt. Z potrzaskanych konstrukcji powyciągano cenniejsze wyposażenie, wraki odkotwiczano i z wiatrem puszczano na wody Zatoki Gdańskiej, gdzie potonęły. Jeden R-VIII podpalono, wraków nie podpalano - z relacji żołnierza MDL spisanej przez Andrzeja Olejkę. Jednak zatopione wraki ściągały nadal naloty niemieckich bombowców, dlatego też na rozkaz dowódcy 2 MDALP te, które jeszcze były widoczne, doszczętnie zniszczono. Po tragicznym nalocie z 8 IX Morski Dywizjon Lotniczy przestał istnieć.

Piloci próbowali uciec do Szwecji - niektórym się udało. Pilot ppor. Edward Jereczek wraz z oficerem Morskiego Pułku Strzelców, dziennikarzem Tadeuszem Nowackim, po brawurowym locie dotarł do miasta Visby na Gotlandii, gdzie wylądował na placu ćwiczeń tamtejszego garnizonu Szwedzkiej Armii Królewskiej. Został odstawiony do Sztokholmu - stamtąd trafił do Newcastle, a potem do Londynu. Tam doceniono jego lotniczy talent. Walczył w bitwie o Anglię w 43. Dywizjonie Royal Air Force. Był też instruktorem pilotażu w szkole pilotów w Hucknall.

Nie wszyscy lotnicy MDL mieli takie szczęście. 17 września wystartował z Gdyni Obłuża R-XIII pilotowany przez mata Stanisława Czerwońskiego. Pułkownik Dąbek rozkazał mu dolecieć do Warszawy i przekazać meldunek z dowództwa obrony wybrzeża. Pięć minut po starcie silnik samolotu przestał pracować. Maszyna zwaliła się na ziemię. Pilot zginął.

Historia Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku to historia tragiczna. Jednostka, która wsławiła się lotami wywiadowczymi nad Prusami w przededniu wojny i wykształciła wielu wybitnych pilotów, została kompletnie zniszczona w ciągu pierwszych dziesięciu dni kampanii wrześniowej. Personel naziemny - mechanicy, podoficerowie i zwykli marynarze - bronili Helu do końca, do 2 października.

Wędrując po sosnowych lasach na Helu, można trafić na ślady wojennych zmagań sprzed prawie siedemdziesięciu lat. Okopy, bunkry, betonowe stanowiska dział przeciwlotniczych. Można też wędrować pod wodą - Zatoka Pucka jest wyjątkowo płytka i nawet domorosły nurek może penetrować jej dno. Szkoda tylko, że amatorzy przygód i podwodnych skarbów nie szanują pamiątek historii polskiego wojska. Szkoda, że tymi pamiątkami nie interesuje się Muzeum Wojska Polskiego. Szkoda, że bezmyślnie depczemy ślady naszej historii.

Źródło: o2.pl

Wspomnienia Niemców z dni wejścia Rosjan do Lauenburga

Przeżycia p. A. S. z miejscowości Leba, Kreis Lauenburg i. Pom. (Łeba powiat Lębork).
Oryginał, 9. sierpnia 1950 r., 5 stron. Niżej kopia fragmentu oryginału.
Tłumaczenie –Apolinary.

"W dniu 8. marca 1945 roku opuściłem Lauenburg, aby pomaszerować pieszo do miejscowości Leba. Udałem się pieszo, ponieważ komunikacja kolejowa została sparaliżowana. Na rogu NeuendorferstraĂźe i BismarckstraĂźe niemal nie do rozwikłania kłębowisko kolumn powozów konnych z uciekinierami, większość z nich przybyła z okolic sąsiednich miejscowości – BĂźtow, Rummelsburg und Stolp [Bytów, Miastko i Słupsk – Apol.]. Wszystkie drogi, aż powyżej Neuendorf [Nowa Wieś – Apol.] zakorkowane. A w tym pozbawionym celu i reguł mętliku przemykali zaaferowani piesi; jedni z nich ciągnąc wózki ręczne, tocząc taczki, inni pchając wózki dziecięce. Oblodzona szosa pozwala tylko powolne posuwanie się, a jeszcze do tego z północnego wschodu wiał silny, lodowaty wiatr z zadymką. Na zachodnim horyzoncie widocznych było szereg łun pożarów, a po południowo-zachodniej stronie widniał jasny blask pożaru, to przypuszczalnie Stolp.
Około godziny 22 dotarłem do Landechow [Lędziechowo – Apol.], droga wiodąca do tej miejscowości pokryta była po kolana śniegiem. Tu gościnne przyjęto mnie w mieszkaniu ogrodnika, a następnego ranka dalsza wędrówka wzdłuż toru kolejowego. Słoneczny marcowy poranek, pośród lasów z lewa i prawa - głęboka cisza, zupełnie jak w czasie najgłębszego pokoju. Ale już dworzec kolejowy we Freist [Wrzeście – Apol.] zburzył ten idylliczny nastrój. Szosa Vietzig - Kl. Massow [Wicko – Maszewko – Apol.] - jak okiem sięgnąć – dosłownie zapchana pojazdami i ludźmi. Nieprzejrzany obraz odwrotu i bezplanowości. Rosyjscy jeńcy eskortowani w marszu na wschód przez niemieckich żołnierzy – przeważnie nieledwie wyleczonych z ran. Pomiędzy nimi toczące się w tym samym kierunku kolumny powozów z uciekinierami oraz poruszające się w obie strony samochody ciężarowe i motocykle Wehrmachtu, a na poboczu unieruchomione, obładowane powozy uciekinierów - typowy obraz całkowitego załamania.
Jakiś samochód ciężarowy zabrał nas do miasteczka Leba [Łeba]. Także i tutaj wszystko w ruchu. Napotkałem kilku nielicznych niemieckich żołnierzy, później pewnego porucznika, któremu burmistrz i Ortsgruppenleiter [kierownik miejskiej grupy partii NSDAP – Apol.] usiłowali uprzytomnić, że Leba musi być bezwarunkowo i bez względu na okoliczności broniona!!! Toż to czyste szaleństwo wobec położenia geograficznego tego małego, nie umocnionego miasta; idealna pułapka na myszy dla jego obrońców i mieszkańców. Późnym popołudniem przepełniony uciekinierami szkuner >>Herbert<< opuścił port. Niektórzy nieliczni mieszkańcy Leba opuścili miasteczko samochodem bądź powozem konnym udając się w kierunku wschodnim. Jednakże przeważająca część mieszkańców w swojej miejscowości rodzinnej pozostała. W późnych godzinach wieczornych zajaśniał na dworcu kolejowym z daleka widoczny >>fajerwerk<<; podpalono kilka stojących tam wagonów załadowanych markietańskim towarem. Co sprytniejsi ratowali z płomieni, ile się tylko dało, m. in. większe ilości tytoniu.
Około godziny 22 spotkałem się u Franza F., hydraulika, z kupcem Willim P. oraz rolnikiem Emilem P., zięciem tego pierwszego; z Lauenburga przybył ślusarz Erich D., który pełnił w Volkssturmie funkcję rusznikarza. Opowiedział nam m. in. o śmierci Kreisleitera [powiatowy kierownik partii NSDAP – Apol.].
Nadchodzącym wydarzeniom przypatrywaliśmy się ze spokojem. Po około godzinie zarząd miasta wydał nakaz opuszczenia miasta ze względu na zagrożenie ostrzałem artyleryjskim. Znaczna większość mieszkańców do tego nakazu się zastoswała, tylko kilka niewzruszonych osób pozostało w swoich domostwach. Długi ciąg powozów, sań, taczek, wózków ręcznych i dziecięcych z naprędce pozbieranymi tłumoczkami z żywnością, pościelą, odzieżą, a pomiędzy tym wszystkim piesi obładowani tłumokami i parę aut, posuwało się w ciemnościach ku lasowi na wydmach położonemu na wschód od uzdrowiska. Tam wszyscy, w grupkach, wyczekiwali nadejścia wydarzeń. Toczono przytłumione rozmowy; od obecnych pośród zebranych osób urzędników i przedstawicieli władz miasta dowiedziano się, że burmistrz wraz z innymi osobami urzędowymi zabrawszy kasę miejską opuścili miasto udając się w kierunku wschodnim, a sprawy urzędowe oraz klucze do budynku magistratu przekazali najstarszemu stażem radnemu Fritzowi BrĂźschke.

Morze i las na wydmach szumiały swoją prastarą pieśń. Przed nami zamarznięta tafla Sarsener See [Jezioro Sarbskie – Apol.]. Nigdzie nawet najmniejszego blasku światła. Nasze oczy zwrócone były - oczywiście – na zachód i w kierunku naszego Leba. Niektórzy dokonali wypadów zwiadowczych aż po skraj miasta, a nawet do wnętrza miejscowości, ale mogli nas tylko poinformować, że Rosjan tam jeszcze nie ma. Od strony portu doszły nas odgłosy pracy silników. To kutry ruszyły się w morze. Po północy usłyszeliśmy od strony zachodniej huk eksplozji, przypuszczalnie wysadzano urządzenia w stacji doświadczalnej broni ‘V’ w miejscowości Rumbke [Rąbka – Apol.]. Nad ranem, około godziny drugiej, pojawił się w bezpośredniej bliskości blask słupu ognia i nasilający się bądź słabnący terkot strzałów karabinowych na przemian z silniejszymi detonacjami. Początkowo przypuszczaliśmy, że w pobliżu doszło do potyczki i że płonie miasto. Zrazu zebrany tłum i tabor ruszyły dalej w stronę wschodnią, częściowo aż po miejscowość Uhlingen [Ulinia – Apol.]. Dopiero później okazało się, że podpalony został przez niemieckich żołnierzy budynek szkolnych kolonii letnich wypełniony aż po strych środkami spożywczymi, używkami i amunicją.
Chyba nikt wówczas nie odczuwał przenikliwego ziąbu nocy ani ostrego, mroźnego wiatru północno-wschodniego, wszyscy przygotowywali się na to nieuniknione, nigdzie nie było oznak paniki, strachu czy rozpaczy, co najwyżej obawy i nadzieja, żeby nie doszło do najgorszego. Zapomniano o różnicach stanów społecznych, żadnych wybuchów nienawiści wobec partyjniaków udających się wraz z nami – że tak określę – w ostatnią drogę, ani wobec ludzi z kierownictwa partyjnego, ani nawet wobec komisarycznego S.A.-SturmfĂźhrera Hansa Weith’a. W tych brzemiennych godzinach wszyscy byli tylko Niemcami, niestety zbyt późno.
Około godz. piątej rano widzieliśmy, jak ostatni niemieccy żołnierze, znużeni szli powoli wydmami na wschód. Udzieliliśmy im jeszcze rad i objaśnień odnośnie terenu, jaki mieli do przebycia. Mijającego nas oficera, który pod wojskowym płaszczem miał już cywilne ubranie, obsypano pytaniami: >>Co się teraz stanie, co dalej z nami wszystkimi?<< Oficer wzruszył ramionami i zawahawszy się odpowiedział: >>Najlepiej zmierzać w kierunku Helu!<<

Z kierunku południowego dochodził od czasu do czasu odgłos toczących się, odległych o około 20 km, potyczek. O brzasku niektórzy rolnicy udali się ukradkiem z powrotem do naszej miejscowości, by zaopatrzyć swoje bydło. Powracając iinformowali, że w mieście nie ma jeszcze żadnego Rosjanina. Według relacji pozostałych tam mieszkańców, około godz. 7 pojawiły się na południowej rogatce miasta pierwsze rosyjskie transportery opancerzone, które wjechawszy w głąb miasta na powrót się oddaliły. Następnie pojawili się kozacy, silne, przysadziste postacie na muskularnych koniach, wszyscy uzbrojeni w pistolety maszynowe. We wczesnych godzinach przedpołudniowych dotarło do nas - wciąż przebywających w lesie na wydmach - wezwanie do powrotu do swoich mieszkań. Każdy miał obowiązek powiewać białą chustą na znak poddania się, później polecono nosić na ramieniu białą opaskę. Na skraju lasu, na progu miasta, wciąż w większości zalęknieni napotkaliśmy kozaków, którzy zatrzymali się tu na krótki wypoczynek. Pomiędzy nimi kilku niemieckich jeńców zdających się spokojnie palić z Rosjanami papierosy. Oddział zachowywał się dość poprawnie, prawie nikt z nas nie był nagabywany, jedynie niektórzy pozbyli się już tutaj swoich zegarków.
Jeszcze do mostu MĂźhlgrabenbrĂźcke dawny, dobrze znany widok miasteczka, ale potem ujrzano wszędzie otwarte, po części wyłamane drzwi domów i wrota zagród, miejscami porozrzucane aż na ulice domowe przedmioty gospodarcze. Na ulicach i na niektórych podwórzach stacjonowały tabory, a konie przeważnie na chodnikach, uwiązane do drzew. Wszędzie śmiecie, różnego rodzaju rozbite przedmioty, zerwane przewody, zwoje kabli itd.. W tym wszystkim grzebiący w mieszkaniach i urządzający polowanie na kobiety - Rosjanie wespół z ukraińskimi robotnikami cywilnymi. Przed moim mieszkaniem, na obszernym podwórzu również stacjonujące powozy, konie, bydło i żołnierze. Wrota budynków gospodarczych, drzwi mieszkań i szaf także wyłamane, a zawartość szaf rozrzucona. W jednym z łóżek śpiący w pełnym umundurowaniu żołnierz. Kuchnia niczym chlew, a przy stole ucztujący i pijący żołnierze. Podłoga usłana potłuczonymi naczyniami, butelkami z utrąconymi szyjkami, papier, części bielizny itd..
Moje buty zostały już wcześniej >>zarekwirowane<<. Znikły prawie wszystkie ubrania, a nawet odzież damska i dziecięca. Poza tym Rosjanie pozostawili mnie w spokoju. Jednakże opuszczając mieszkanie jeden z pijanych Rosjan usiłował zgwałcić moją żonę będącą w zaawansowanej ciąży i moją najstarszą, wówczas ośmioletnią córkę; sterroryzował nas szpicrutą i pistoletem. Zostałem wyrzucony z mieszkania. Do domu powróciłem dopiero po pewnym czasie. Jednakże mojej żonie udało się - kurczowo tuląc do siebie dzieci - opuścić bezpiecznie dom.
W poszukiwaniu moich bliskich błądziłem po sąsiadach; wszędzie ten sam obraz, rozgrzebane, zanieczyszczone mieszkania, ludzie zatrwożeni, uciekające kobiety, a pośród tego wszystkiego wrzeszczący Rosjanie i Ukraińcy. W domu >>Bublitz<< przu ulicy MarktstraĂźe wielokrotnie zgwałcona została przez Rosjan 15-letnia dziewczyna. W sklepie kupca Paetscha przerażający obraz; różnego rodzaju towary rozsypane na podłodze i aż po ulicę. Kierowniczka filii firmy Wilhelm Zeek z Lauenburga usiłowała zapobiec plądrowaniu sklepu, rozłożono ją na ladzie sklepowej i brutalnie zgwałcono.
Rolnik Reinhold Fick poczęstował Rosjan szynką i delikatesami, a ci okazali początkowo poprawne maniery. Potem położyli się do jego łóżek i je zanieczyścili kałem i moczem. W magazynie mąki piekarni BĂśrcke rozsypana na posadzce mąka sięgała miejscami kolan. W godzinach wieczornych tabor opuścił naszą miejscowość. Nie pozostawiono żadnych posterunków.
Cała miejscowość przedstawiała teraz obraz bezsensownego spustoszenia. Mieszkańcy powoli nabierali odwagi do wychodzenia na ulice. Ujawniły się dalsze szczegóły szaleństw żołdactwa.
Znane są dalsze liczne przypadki popełnionych aktów brutalnej przemocy przez Rosjan, których okupacja trwała tam aż do maja 1945 r., do chwili przekazania administracji miasta Polakom.

WYPRAWA MOJEGO ŻYCIA ! w 13 dni wzdłuż Bałtyku !

Siedząc na jednym z wykładów wpadłem na pomysł zorganizowania wyprawy rowerowej, naszkicowałem mapę Polski i naniosłem na nią trasę- tak narodził się pomysł.

Realizacja.
Początkowo miałem jechać sam, lecz z czasem udało mi się namówić moich dwóch znajomych Bartka i Kacpra. Przygotowania nabierały rozmachu ( kompletowanie osprzętu, zakup biletów, namiotów) i dzień zero był coraz bliższy. Na parę dni przed wyjazdem zapisałem się do Hospitality Club, aby ugoszczono nas na trasie. Zawitałem również do urzędu mojej miejscowości i dostałem parę gadżetów do rozdania.

Dzień pierwszy i drugi.


Z dworca PKP Kraków Główny ruszamy do Świnoujścia, jest godzina 6:30, siedzimy wygodnie w fotelach pociągu intercity i patrzymy na wiszące na hakach nasze „bicykle”. Podróż mija dość szybko, pociąg nadrabia opóźnienie i nie mamy zbyt długich postojów na stacjach. Około 18 wysiadamy w Świnoujściu, słyszymy mewy- one oznajmiają nam, że nieopodal jest morze. Na miejscu czeka na nas nocleg z HC, poznajemy wspaniałych ludzi i dzięki ich życzliwości pozostajemy w tym nadmorskim kurorcie dwa dni. Dnia drugiego po rewelacyjnej jajecznicy zwiedzamy miasto: rejs po rzece Świna (dzięki panu Wojciechowi), później plaża, fort i latarnia. Na miejscu odkrywamy parę „NAJ” tzn.: najszerszą plażę (100m), najwyższą latarnię (68m), najdłuższy falochron ( ok. 1,5km) oraz najwyższe klify w Polsce.

Dnia trzeciego po sytym śniadaniu wyruszamy na rowerach do Niechorza, po drodze odwiedzamy Międzyzdroje, aby zobaczyć słynną „aleje gwiazd”. Na trasie mijamy latarnie Kikut, niestety nie udało nam się do niej dotrzeć ( fatalny szlak), odwiedzamy Trzęsacz aby zobaczyć słynną ścianę kościoła nad urwiskiem i dojeżdżamy do celu. Nad okolicą góruje śliczna latarnia o ośmiokątnej wieży, a tuż pod nią morze rozbija się o betonowy falochron. Rozbijamy namioty na campingu, jemy, myjemy się i udajemy się na zasłużony odpoczynek po 77 km jazdy- w końcu na drugi dzień czeka nas droga do Koszalina.


Czwarty dzień będzie jednym z tych, który pozostanie nam na dłużej w pamięci. Ruszamy około 9 rano na Kołobrzeg, niestety nie możemy jechać wzdłuż wybrzeża, gdyż plany krzyżuje nam jednostka wojskowa. Zbaczamy na Trzebiatów i robimy tam mały odpoczynek.

Miejscowy rynek oraz fara mariacka zapierają dech w piersiach. Jesteśmy już w Kołobrzegu, przejeżdżamy przez rynek i obok latarni, aby udać się na zasłużony wypoczynek na plaży. W tym celu jedziemy na Podczele, plaża jest śliczna, ludzi niewiele, a my szalejemy w dużych falach i o dziwo ciepłej wodzie. Po kąpieli około 18 wyjeżdżamy do Koszalina, mamy zamiar jechać trasą R-10 i jest to nasz błąd. Na początku jest niby ok., jedziemy przez lotnisko starej bazy wojskowej Bagicz, wraz z jej końcem zaczynają się mokradła i wertepy- jest fatalnie. W tak niemrawym tempie docieramy do Gąsek, gdzie robimy sobie pamiątkowe zdjęcie przy latarni morskiej. Słońce chyli się ku zachodowi, zaś przed nami jeszcze kawał drogi do Koszalina. Zaczyna się małe błądzenie, bo R-10 jest tak bosko oznakowana i suma summarum w Koszalinie jesteśmy dopiero o 23… całe szczęście czeka na nas sympatyczna dziewczyna z pysznym chińskim daniem. Tego dnia umordowaliśmy 105km między innymi po piasku i polach…

Dzień piąty to zwiedzanie Koszalina oraz krótki pobyt w Mielnie, które nijak nie przypadło nam do gustu. W przejściu podziemnym jemy tosty, które są tam podawane od 30 lat. Z Koszalina zapamiętamy Dom Kata, Katedrę oraz Jolę z jej wspaniałymi rodzicami.


Dzień szósty to podróż do Ustki. Zwiedzamy Darłowo i zatrzymujemy się na zamku książąt pomorskich, gdzie odkrywam kapcia na tylnim kole ( kamienie na R-10) i zabieram się za zmianę dętki. W trakcie zmiany łańcuch spada mi na szprychy, później okaże się, że był to poważny wypadek. Jedziemy dalej, omijamy niestety Darłówko i tamtejszą latarnię, ale za to w Jarosławcu robimy sobie pamiątkowe zdjęcie przy latarni. Gdy dojeżdżamy do Ustki pogoda nieco się psuje, niebo nabrało szarości, a mgła omywa kominy. W Ustce rozbijamy się na campingu, odkrywam pękniętą szprychę w tylnym kole i na dodatek obok nas jakaś hołota zamiast spać zdziera swoje gardła umilając nam zasypianie. Tego dnia na liczniku podbiliśmy stan o 95km.

Siódmy poranek był trochę nerwowy, gdyż docelowo mamy jechać do Łeby, lecz ani w Ustce ani w Łebie nie zanosi się na to, aby był tam serwis rowerowy- decyzja podjęta jedziemy na Słupsk. Namiary na serwisanta podał mi ojciec przez telefon ( chwała Google). W centrum odnajdujemy podany adres, na moje nieszczęście okazuje się, że do wymiany mam 6 szprych- padły one w Darłowie. Fachowiec okazał się rowerzystą i potraktował mnie jak rowerzystę- naprawił koło za niewiele oraz służył poradą. W Słupsku obejrzeliśmy katedrę, ratusz i zamek. Punktem pośrednim jest Czołpino, mała wioska obok Słowińskiego Parku Narodowego, gdzie z latarni rozciąga się wspaniały widok na jezioro Łebsko, ruchome wydmy oraz morze. Po Czołpinie jedziemy wzdłuż SPN i docieramy do miejscowości Kluki, gdzie podziwiamy skansen zabudowy szachulcowej. Po tym odcinku kończy się sielanka, słynna R-10 prowadzi przez mokradła i trasa jest dobra, ale na motor crossowy. W oddali niebo jest granatowe i błyski od czasu do czasu oświetlają ten ponury widok. Na nas to widowisko działa dopingująco, zasuwamy po bezdrożach jak szaleni i gubię atlas, a piasty w rowerach przechodzą chrzest bojowy. Ryzykujemy i pomimo zbliżającej się ulewy decydujemy się na dalszą jazdę. Ten krok okazał się dobry, burza nas ominęła, ale i tak grzebaliśmy się w piachu na R-10. Około 21 wyjeżdżamy z lasu 4km przed Łeba w Żarnowskich, tam też rozbijamy namioty. Na liczniku w sumie jest już 373km.

Ósmy dzień to podróż do Jastrzębiej góry, jedziemy bez atlasu, na tzw. czuja. Wychodzi nam to tak sobie gdyż jedziemy okrężną drogą, ale za to po asfalcie i jedzie się lżej. W Jastrzębiej czekają na nas rodzice Bartka, rozbijamy namioty przy ich domku i doprowadzamy rowery do porządku. Kolejne 82km trasy za nami

Dzień dziewiąty to odpoczynek dla moich kompanów, ja zaś samotnie jadę na Hel. Podoba mi się ten odcinek niesamowicie, płaska tafla zatoki puckiej oraz przyzwoita ścieżka rowerowa. W Jastarni zwiedzam bunkry bojowe: Sępa, Sokoła i Saragossę. Na Helu stanowisko ogniowe B2 robi ogromne wrażenie, dodatkowo znajdują się na miejscu pasjonaci w mundurach Wehrmachtu z całym wojennym ekwipunkiem oraz Alianci jeżdżący ciężarówkami, ich obecność była związana z przed premierą Medal of Honor. Cała ta atmosfera przenosi mnie w odległe czasy II wojny światowej. Na miejscu odwiedzam jeszcze fokarium, cypel oraz latarnię. Pogoda dopisuje, omija mnie deszcz, którego świadectwo w postaci kałuż widzę we Władysławowie. Na kwaterę wracam po 105 km jazdy i z przyzwoitą średnią 27km/h.


Dziesiątka to deszcz, Kacper rezygnuje z dalszej jazdy i żegnamy go z Bartkiem na stacji PKP w Władysławowie. Miło, że pomimo dokuczającego mu przeziębienia przejechał z nami na antybiotykach tyle kilometrów. My zaś w dwójkę jedziemy dalej na Trójmiasto. W Pucku miałem mały wypadek, koło wpadło w szczelinę na przejściu kolejowym, zdarłem kolano, goleń i łokieć- robimy postój. W deszczu docieramy do Gdańska, gdzie gości nas Paulina i Michalina. Z Bartkiem udajemy się koleją do centrum i przechadzamy się ulicą Długą. Efekt, jaki wywiera na nas gdańska starówka jest porażający, jesteśmy w siódmym niebie i stwierdzamy, że chcemy mieszkać w Gdańsku. Po powrocie na kwaterę urządzamy małą domówkę z dziewczynami, jest naprawdę miło. Dziś przejechaliśmy około 80 km


Jedenastego dnia poranek jest nieco ciężki, wyjeżdżamy dopiero po południu. Kierujemy się na cudo średniowiecza, czyli zamek w Malborku. Jedziemy pod wiatr, ale przynajmniej świeci Słońce, bliskość zamku działa dopingująco. Jest! Dojeżdżamy… gęsia skórka pojawiła się na ciele- oto przed nami po drugiej stronie Nogatu stoi potężna forteca: Zamek Zakonu Krzyżackiego w Malborku. Stołujemy się w przyzamkowej karczmie i jedziemy na naszą kwaterę. W Malborku ugościła nas bardzo sympatyczna i miła Nina oraz jej kotka „Kitte”. Wieczorem udałem się z Bartkiem na spektakl pt „ Światło i dźwięk” i muszę przyznać, że Zamek nocą jest równie piękny jak za dnia. Kolejne 80 km przejechane.

Dzień dwunasty to zwiedzanie zamku, zajęło mi to ponad trzy godziny, mnóstwo komnat i korytarzy. Później obiad ( czyt. bułka i pasztet albo parówki) i dopiero o 15 wyjazd na Grudziądz. Nie jedzie się zbyt przyjemnie, bo znowu pod wiatr, a teren też jest lekko pofalowany. Odwiedzamy zamek w Sztumie i Kwidzynie, do Grudziądza dojeżdżamy dopiero o godzinie 21. Na miejscu szukamy z kolei campingu nr134, musimy niestety dołożyć jeszcze 17 km, aby dotrzeć na miejsce. Droga na camping nie jest oświetlona, jest ciemno i nieprzyjemnie, ale koniec końców docieramy na miejsce ( rewelacja- nocleg 3zl/os).

Trzynastka to liczba jednak szczęśliwa, ponieważ udaje nam się zwiedzić grudziądzkie spichlerze i dotrzeć o dobrej porze do Torunia. Tam podziwiamy rynek, ratusz i gotycką katedrę. Robimy zdjęcie przy pomniku Kopernika i objadamy się goframi ( najtańsze jakie widzieliśmy były właśnie w Toruniu). Jedziemy mostem na stację PKP, za nami rozpościera się wspaniała panorama miasta z murami obronnymi nad Wisłą. Kupujemy bilety, pijemy kawę w kolejowej restauracji, wsiadamy do pociągu i kończymy naszą podróż. Zapamiętamy te parę dni na całe życie, odpoczęliśmy od zgiełku, cieszyliśmy się realizując każdy punkt naszej wycieczki. Bogatsi o wspomnienia z 878,8 km na liczniku, zasnęliśmy w pociągu, aby obudzić się w Krakowie.


Dziękuję:

-Bartkowi i Kacprowi- bez nich ta wyprawa nie udałaby się,
-Izie, Joli, Paulinie, Ninie za ugoszczenie,
-UMiG Nowa Dęba za wsparcie w postaci broszur i gadżetów,
-Serwisantowi ze Słupska za pomoc.

Karol W.