Hans Schulz, Oblężenie Brzegu w roku 1807
z Czasopisma Towarzystwa Historii i Starożytności Śląska (Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Altertum Schlesiens), Rocznik 1900
Jesień roku 1806 przyniosła pruskiej armii druzgocące klęski. Na ziemiach pruskich, które już dawno nie zaznały nieprzyjaciela, stał oto Napoleon, a chwała pruskiego oręża epoki fryderycjańskiej odeszła w przeszłość. Zwycięzca podążył za upokorzonym królem (pruskim) aż na daleki, północnowschodni kraniec państwa (Fryderyk Wilhelm III schronił się w Kłajpedzie), powierzywszy zajęcie południowozachodniej połaci państwa swemu bratu Hieronimowi oraz armii złożonej głównie z wojsk bawarskich i wirtemberskich. Śląsk był źle przygotowany do stawienia czoła nieprzyjacielowi. Niedostateczna współpraca między władzami cywilnymi i
wojskowymi, niedbałość i nieudolność sprzyjały przeciwnikowi. 21. listopada generał major książę von Anhalt-Pleß został mianowany gubernatorem Śląska, a następnego dnia komendanci śląskich twierdz (Brzegu, Głogowa, Kłodzka, Koźla, Nysy, Srebrnej Góry, Świdnicy i Wrocławia) otrzymali rozkaz uporczywej obrony powierzonych im placów, za co ręczyć mieli głową. Minmo to już 3. grudnia padł Głogów, a 7. nieprzyjaciel zamknął pierścień oblężenia wokół Wrocławia, którego gubernatorem był generał major von Thile. W celu uderzenia na prawe skrzydło księcia von Pleß, gdyby ten usiłował przyjść z odsieczą Wrocławiowi, do Oławy odkomenderowano generała Montbruna wraz z trzema pułkami wirtemberskiej kawalerii, wzmocnionymi wkrótce 2. pułkiem piechoty Kronprinz Następca Tronu pod dowództwem podpułkownika von Dallwigka. Niebawem dołączył generał hrabia Minucci z 2. batalionem 3. bawarskiego pułku piechoty. Cztery wirtemberskie kompanie zajęły Ścinawę Polską, wioskę położoną między Oławą a twierdzą Brzeg, ku której wysunięto piechotę z bawarskiego pułku piechoty Kronprinz i wirtemberskich jegrów jako forpoczty. Wirtemberska kawaleria rozlokowana była w Oławie i Godzikowicach, pozostałe jednostki, w tym wirtemberska sześciofuntowa bateria artylerii konnej (wyposażona w sześciofuntowe działa), biwakowały między Ścinawą Polską a Oławą. Zgodnie z planem księcia von Pleß z Brzegu miał wyruszyć w stronę Oławy oddział piechoty złożony ze 100 jegrów i strzelców z Brzegu i Koźla, 40 cieśli, do tego 100 koni i 4 3-funtowe działa z zadaniem zerwania tam mostu odrzańskiego i obsadzenia mostu na Oławie. 29. grudnia o czwartej nad ranem odrzucono (wirtemberskie) forpoczty i zajęto Ścinawę Polską, jednak wobec niespodziewanej przewagi nieprzyjaciela Prusacy musieli się wycofać do Brzegu, ponosząc dotkliwe straty. Ponieważ gubernator Wrocławia nie spełnił swojej powinności, podjęta przez księcia von Pleß próba odsieczy zakończyła się niepowodzeniem. 5. stycznia śląskie miasto stołeczne i rezydencjonalne (oficjane określenie Wrocławia) skapitulowało, a 7. Hieronim , który przybył pośpiesznie w tym celu z Polski, wkroczył do zdobytego miasta na czele swych wojsk oblężniczych. Jeszcze tego samego dnia bawarska dywizja generała lejtnanta Deroy`a otrzymała rozkaz blokady Brzegu.
Brzeska twierdza, okryta chwałą w wojnie trzydziestoletniej, kiedy to z powodzeniem stawiła czoła Szwedom Torstensohna, zdobyta przez Fryderyka Wielkiego w 1741 roku, już od 66 lat zaznawała pokoju. Zaniedbane dzieła fortyfikacyjne były na tyle popsute, że książę von Pleß jeszcze w trakcie oblężenia Wrocławia rozważał możliwość ewakuacji Brzegu, rozkazwszy już przeniesienie zapasów do Koźla.
Miasta strzegło 9 bastionów: bastion Prusy (dawniej zamkowy), na którego pozostałościach powstały promenady Parku Nadodrzańskiego, bastion Brandenburgia (wielki), naprzeciw (..) szkoły rolniczej (czyli późniejszej piątki), bastion Pomorze (małujowicki), na posiadłości przemysłowca von Löbbecke (czyli w miejscu ruin pałacyku przy ul. Chrobrego), bastion Marchia (Rady Miejskiej), w miejscu aresztu śledczego (dzisiejsze więzienie), bastion magdeburski (wysoki), naprzeciw restauracji Bergel (czyli nieco dziś zaniedbanago placu za murem w kwadracie ulic Spacerowej i Głowackiego; sam bastion znajdował się na terenie zajmowanym dziś przez szkołę podstawową nr 1), bastion Halberstadt (starobrzeski), między bramami Nysańską i Opolską (wyloty dzisiejszych ulic Długiej i Dzierżonia), bastion Wilhelm, dawniej nawiedzony „Strzeż się” (miało tam ponoć straszyć) na terenie
rejonowego zakładu dla umysłowo chorych (czyli warsztatów ZSZ Nr 1), bastion Hautcharmois (Odrzański) - na wschód (w miejscu dzisiejszego mostu) i bastion Fryderyk – na zachód od mostu. Przyczółek mostowy na prawym brzegu Odry chronił Szaniec Celny w kształcie litery M (czyli tzw. dzieło rogowe – 2 półbastiony połączone kurtyną), a przed nią – na drodze do Pisarzowic – wysunięta reduta (pisarzowicka). Umocniona była również wyspa Młyńska (znajdował się tam szaniec). W najgorszym stanie znajdował się bastion Pomorze: część przedpiersia osunęła się do fosy, zawężając ją do szerokości 5 stóp.
Rozmieszczenie poszczególnych dzieł fortyfikacyjnych twierdzy oraz baterii oblężniczych można prześledzić na poniższym planie oblężenia Brzegu w roku 1807 (pochodzącym z pracy Eduarda von Höpfnera „Wojna roku 1806 i 1807”, Berlin 1850-51).

Przykładowy profil fortyfikacyjny z opisem poszczególnych elementów.

Poniższa projekcja planu oblężenia na dzisiejszy plan miasta pozwoli m.in. rozeznać położenie baterii oblężniczych. Warto zwrócić również uwagę na fakt, że niektóre charakterystyczne ulice i place Brzegu poza obrębem fortyfikacje (n.p. rondo) istniały praktycznie już przed 200 laty.

Ludność cywilna, żyjąca w obrębie tych fortyfikacji liczyła ponad 7000 dusz, wliczając w to mieszkańców przedmieść oraz podlegających jurysdykcji kolegiackiej i kasztelańskiej. W skład załogi wchodził 3. batalion pułku piechoty Malschitzky - 780 ludzi, batalion uwolnionych (z niewoli – w pierwotnym znaczeniu wykupionych lub wymienionych jeńców, w szerszym znaczeniu zbieranina różnej maści „niedobitków”), liczący 227 ludzi, 193 kantonistów (powołani do służby
wojskowej z kantonów, czyli rejonów uzupełnień pułków), 62 jegrów z zaciągu, 53 artylerzystów i 158 inwalidów – w sumie 1473 ludzi, łącznie z oficerami. Komendantem twierdzy był 73-letni generał major (Peter) von Cornerut, któremu książę Pleß tuż przed oblężeniem przydzielił majora Bourdeta jako inżyniera placu i wicekomendanta. Na wałach znajdowało się 22 dział 12-funtowych, 4 haubice i 8 moździerzy.
Oblężenie pobliskiego Wrocławia wymogło podjęcie kroków w celu podwyższenia stanu obronności dzieł fortyfikacyjnych. Już 10. grudnia zerwano zewnętrzny most przed Bramą Odrzańską (tzn. most na fosie wokół szańca celnego), a mieszkańcom przedmieść obwieszczono, by zabezpieczyli swe mienie. Większość z nich nie zastosowała się jednak do tego polecenia. 1. stycznia nieprzyjaciel pojawił się w Dobrzyniu Wielkim, a 2. także w Karłowicach. Były to oddziały brygady generała majora hrabiego Mezanellego, które nadciągały z okolic Kalisza, a wykorzystując Opole jako punkt wyjściowy, wysyłały patrole w stronę Brzegu, Koźla i Nysy. Następnie Mezanelli przemaszerował z całą brygadą przez Lewin, Grodków i Pępice do Oławy. 7. stycznia bawarski oficer przeprowadził rozpoznanie twierdzy od strony Pisarzowic, następnego dnia nadciągnął generał major von Raglowich wraz z trzema bawarskimi oddziałami 4. pułkiem piechoty Salern, sześciofuntową baterią pieszą Göschl i lekkim batalionem Braun. Wkrótce nadciągnął również Mezanelli i o godzinie drugiej oddano z twierdzy pierwsze strzały do zbliżającego się nieprzyjaciela, na które ten odpowiedział kilkoma granatami wystrzelonymi z haubic. Twierdza została zablokowana i wezwana przez Mezanellego do kapitulacji na razie bezskutecznie. Nieprzyjaciel zajął Żłobiznę, Pawłów i Kościerzyce. W nocy ostrzał artyleryjski z twierdzy, skierowany na rozpalone przez straże ogniska, zmusił nieprzyjacielskie forpoczty do cofnięcia się o kilkaset kroków. W końcu 9. stycznia na prawym brzegu Odry nadciągnął z Wrocławia generał lejtnant von Deroy wraz z pułkiem piechoty i równie bezskutecznie ponowił wezwanie do kapitulacji.
Wieczorem bateria Göschla ustawiła się za wałem (przeciwpowodziowym) na prawym brzegu Odry i ostrzelała przyczółek (szaniec celny) pełnymi kulami, a miasto granatami, z których 67 wyrządziło szkody w różnych budynkach, a zwłaszcza w ratuszu. Od strony miasta podpalono przedmieście nysańskie oraz ściśle z nim graniczącą wieś Rataje (tak napisał autor, w rzeczywistości z Ratajami graniczyło przedmieście wrocławskie). W mieście panowała zupełna cisza, pożary rozświetlały kościół św. Mikołaja i wieżę ratuszową tak jasno, że wyraźnie widoczne były cyfry na tarczy zegara. Nie wybijały jednak godziny i nie dzwoniły dzwony. Następnego dnia, w niedzielę 11. stycznia nie odprawiono nabożeństw. Nieprzyjaciel otrzymał posiłki i w nocy przystąpił do budowy baterii w dolince zielęcickiej, graniczącej od północy z Ratajami (na terenie dzisiejszej zachodniej dzielnicy miasta). Z miasta widoczne były liczne słomiane szałasy przed Zielęcicami i Żłobizną; z wielką obawą oczekiwano nocnego szturmu. 12. stycznia nadciągnął jeszcze jeden bawarski pułk, przez co Brzeg był zupełnie zablokowany. Z uwagi na stan, w jakim znajdowała się twierdza, nieprzyjaciel nie uważał za stosowne rozpoczynanie regularnego oblężenia (czyli tzw. kreciej roboty, polegającej m.in. na kopaniu rowów zbliżeniowych, zwanych z francuska „sappe”; ich kopacze zaś - „sappeur”, to właśnie stąd wywodzi się termin „saper”), ograniczając sie jedynie do budowy siedmiu baterii na lewym i jednej na prawym brzegu Odry. Z powodu ostrego mrozu, porywistego wiatru i zamieci śnieżnej prace te ukończono dopiero 14. stycznia. Aż do tego dnia nie strzelano zbyt wiele, lecz wieczorem w akompaniamencie gwałtownej strzelaniny przed Bramą Wrocławską na wspomniane baterie wtoczono działa. O trzeciej w nocy rozpoczęło się bombardowanie, trwające nieprzerwanie 12 godzin – aż do trzeciej po południu 15. stycznia. Na miasto spadło 1500 pocisków i tylko nieliczne budynki nie doznały żadnych szkód. Wszyscy mieszkańcy gorąco pragnęli zakończenia oblężenia. O trzeciej pojawił się wysłany przez Hieronima jako parlamentariusz z kwatery głównej we Wrocławiu generał Lefebvre- Desnoëttes, który został wpuszczony do twierdzy, lecz jego wezwanie do kapitulacji spotkało się z odmową. Jednak z powodu zamarznięcia fosy, wskutek panującego mrozu, twierdzy groził (bezpośredni) szturm. Komendant wycofał więc załogę z przyczółka (Szańca Celnego) do drogi ukrytej na lewym brzegu Odry. Nieprzyjaciel natychmiast obsadził opuszczone dzieło i rozpoczął ostrzał wału głównego. W tej sytuacji Cornerut zdecydował się na kapitulację, którą podpisano 16. stycznia. Jeszcze tego samego dnia Bawarczycy obsadzili Bramę Wrocławską i Nysańską. 17. stycznia o dwunastej w południe pruska załoga opuściła twierdzę przez Bramę Wrocławską, złożyła broń przed Hieronimem, przybyłym specjalnie z tej okazji i powędrowała (do niewoli) nad Ren. Pruska armia doznała kolejnej hańbiącej porażki, a ręce Bawarczyków dostały się bogate zasoby broni, amunicji i żywności.
Bardzo ciekawy opis zaszłości w brzeskiej twierdzy zamieszczony jest we wspomnieniach, które bezpośredni uczestnik wydarzeń – ówczesny podporucznik śląskiej artylerii fortecznej Johann Carl Theodor Doerks - spisał dla swych dzieci w roku 1830. Doerks został 19. grudnia 1806 odkomenderowany z Nysy do Brzegu z zadaniem sformowania półbaterii. Oto jego relacja.
Przybywszy do Brzegu odnalazłem porucznika von Wallbauma, który z rozkazu księcia von Pleß formował batalion z żołnierzy, którzy dostawszy się do niewoli pod Jeną, sami zdołali się z niej uwolnić. Do wyszykowania owego batalionu użyto zapasów pułku von Malschitzky, który to wcześniej wymaszerował w pole. Mnie przypadły dwa 3-funtowe pułkowe działa polowe 3. batalionu von Malschitzky. Dobrawszy dalsze 2 3-funtowe działa forteczne przysposabiałem je do użycia w polu (zapewne chodziło o lafetowanie), z czym uporałem się w ciągu kilku dni.
Zaraz potem, w związku z powziętym zamiarem odsieczy Wrocławia, otrzymałem rozkaz dołączenia ze swą półbaterią do korpusu, w skład którego wchodziły wspomniany wyżej, nowo sformowany batalion, oddział 100 prywatnych (cywilnych) jegrów oraz szwadron huzarów. Całością dowodził major von Kossecky z pułku von Pelchrczim. Przydzielono mi 4 podoficerów, 30 kanonierów z brzeskiego oddziału artylerii oraz konie i pachołków z rozwiązanego „latającego” konnego depotu (zaplecze, magazyn) porucznika Stünznera z Głubczyc. Plan odsieczy Wrocławia był źle przygotowany i nie pozostał niestety utrzymany w należytej tajemnicy.Ponadto książę von Pleß zdawał się nie być wcale obeznany z rozmieszczeniem sił nieprzyjaciela. Na przykład mały korpus (oddział) piechoty wraz z kawalerią i artylerią, odkomenderowany ze Świdnicy do działań pod Wrocławiem, został już w drodze zaatakowany przez Wirtemberczyków, oficer artylerii – porucznik Esklony został zabity,zaś sam korpus, poniósłszy znaczne straty, odparty. Korpus, w którym ja się znajdowałem, wyruszywszy z Brzegu, miał za zadanie wyprzeć z Oławy nieprzyjaciela, którego siły szacowano na kilkuset ludzi, oraz gruntownie zniszczyć most odrzański – w tym celu zabrano 30 mieszczańskich (cywilnych) cieśli, którzy w wyniku zakończonego niepowodzeniem ataku zostali z powodu nieporozumienia paskudnie porąbani przez nieprzyjaciela (kawalerię) - poczym dołączyć do głównego korpusu księcia, maszerującego z Nysy w stronę Borka Strzelińskiego, gdzie nieprzyjaciel rzekomo miał zająć pozycje. Niestety główny korpus nieprzyjaciela nie stał w okolicach Borka, lecz pod Oławą, oczekując już nadejścia księcia. My jednak – t.j. nieliczny korpus z Brzegu – natarliśmy na nieprzyjaciela, wypierając co prawda ciemnym rankiem jego korpus obserwacyjny spod Oławy – w pobliżu wsi Ścinawa Polska, zdobyliśmy obóz wraz z armatami oraz wzięliśmy jeńców, niemniej wraz z nastaniem dnia musieliśmy stwierdzić,że właściwie wpadliśmy prosto w ramiona nieprzyjaciela, który teraz na dobre zauważył naszą garstkę, jako że za nami – niczym biała chmura – nadciągały pułki nieprzyjacielskiej kawalerii, celem odcięcia nam odwrotu. Zamiar ten powiódł się, gdyż lękliwy brzeski komendant genarał major von Cornerut nie pozwolił, by przybyły z Koźla odwodowy 3. batalion muszkieterów (określenie zwykłej piechoty, w odróżnieniu od elitarnych grenadierów, czy fizylierów) pułku von Pelchrczim ruszył nam w sukurs, z obawy, by nie utracić i tego oddziału, stojącego już w gotowości na brzeskim rynku, gdzie słychać było kanonadę.
Ja ze swej strony czyniłem w tym przedsięwzięciu swą powinność, choć nie było mi obojętnym, gdy już przy pierwszej komendzie ognia padł kanonier odpalający armatę, trafiony kulą karabinową w głowę i gdy - nacierając - dostaliśmy się pod grad kul, nadlatujących głównie od strony barykady, ustawionej przez nieprzyjaciela na drodze, przy czym ranionych zostało kilku moich artylerzystów. Tak już bowiem jest, że każdego żołnierza, stojącego pierwszy raz w nieprzyjacielskim ogniu, ogarnia swoisty zapał. Szarżowałem więc zawzięcie, mimo że mój wierzchowiec – dano mi ich dwa wraz z pachołkiem - spłoszony błyskiem armatnich wystrzałów, nacieraliśmy bowiem o brzasku – zrzucił mnie, jako że jeźdźcem byłem niewprawnym i pogalopował w dal. Komenderowałem więc dalej pieszo, aż całkowicie wyparliśmy nieprzyjaciela, biorąc jeńców i dwie armaty. Z tym większym przeto frasunkiem przyszło mi zaraz potem oglądać, jak otaczała nas nieprzyjacielska kawaleria, tym bardziej, że nie zdołałem zrejterować do tak zwanego ukrytego zagajnika (prawdopodobnie nazwa lokalna), a z Brzegu, do którego to miejsca się cofałem, nieprzerwanie przy tym strzelając, nie pośpieszono nam w sukurs. Tak więc musiałem się poddać swemu losowi, zwłaszcza że mające mnie osłaniać oddziały w większości uciekły; lekko ranny major wraz z adjutantem i kilkoma oficerami zrejterowali i jedynie kapitan von Prittwitz i porucznik von Wittig wraz z 50 ludźmi dołączyli do baterii, niezdolni już do stawiania dalszego oporu. Powierzając swój los w ręce boskie wydałem rozpaczliwy rozkaz zagwożdżenia armat (chodziło o wbicie gwoździ w zapał, przez co armata stawała się praktycznie bezużyteczna, gdyż nie można jej było odpalić). Wyrwawszy gwoździe z rąk kilku nieskorych do tego kanonierów własnoręcznie zagwożdżałem już drugie działo, gdy dopadła nas nieprzyjacielska kawaleria. Otrzymałem potężne cięcie przez głowę, które powaliło mnie z nóg. Kilku nieprzyjacielskich kawalerzystów zsiadło wtedy z koni i poderwało mnie z ziemi i wśród najgorszych wyzwisk ze strony nieprzyjaciół, będących przecie również Niemcami – a to Wirtemberczykami, rozpoczęła się grabież: wzięto mi szpadę, zerwano szarfę, odebrano sakiewkę, a nawet chustkę do nosa i rękawiczki. Nieprzyjacielski oficer rozkazał mi odprzodkować armaty i zwrócić w przeciwną stronę. Również kapitan von Prittwitz i porucznik von Wittig zostali ograbieni, ostatniemu odebrano nawet kapelusz – chyba z powodu galonów. Tak oto w triumfalnym pochodzie odwiedziono nas do Oławy, lecz po drodze nieprzyjacielscy żołnierze, których uprzednio wyrzuciliśmy z obozowiska, do którego tymczasem powrócili, potraktowali nas kolbami. W Oławie doprowadzono nas na zamek, gdzie naczelnik urzędu Eisfeld dzierżawił domenę. Przydzielono nam tam pokój i postawiono pod strażą. Naszych ludzi, wśród których dostrzegłem niestety wielu z moich artylerzystów i jegrów, którzy to nie byli nawet żołnierzami, straszliwie porąbanych szablami w głowy i plecy, umieszczono po części w szpitalu lub wyprawiono do Wrocławia. Około dziesiątej zostaliśmy przedstawieni przybyłemu tymczasem generałowi Montbrun, któremu przy tej okazji właśnie zzuwano buty. Jego zadane po francusku pogardliwe pytanie „czy to są oficerowie?” do dzisiaj dźwięczy mi w uszach. Niedługo potem proszono nas na śniadanie i z galanterią posadzono przy rzeczonym generale. Moi współtowarzysze niewoli mówili, jak się okazało, dobrze po francusku i pan generał żywo z nimi konwersował. Nie rozumiejąc niestety rozmowy zorientowałem się jednak, że i o mnie była mowa. Porucznik von Wittig przetłumaczył mi, że generał wyrażał się z uznaniem o mojej postawie, jako że poprzez celny i dobrze prowadzony, skuteczny ogień utwierdzilem go w wierze, że nadciąga cały korpus księcia von Pleß oraz że podczas odwrotu uczyniłem wszystko, co dobry artylerzysta uczynić powinien. W odpowiedzi skinąłem tylko głową, duch mój był bowien przygnębiony i nie miałem apetytu na śniadanie. Moja kariera zdawała się być zakończona, a pójście w niewolę do Francji moim przeznaczeniem. Po śniadaniu pozwolono nam się oddalić, a około piątej przywołano nas do obiadu. Tym razem wyraźnie starano wywiedzieć się od moich towarzyszy celu naszej wyprawy. Obaj zapewnili mnie jednak, że na ponowione zapytanie generała, jaki zamiar przyświecał przedsięwzięciu księcia von Pleß, odpowiedzieli, iż nie jest to im wiadomym. Również sekretarz generała, zapisujący nasze nazwiska i stan, nie dawał nam tego wieczoru spokoju i - stawiając w naszej izbie wazę punczu - nieprzerwanie rozmawiał z moimi współtowarzyszami. Dołączył do nas i wirtemberski oficer, wcześniej bywszy na pruskiej służbie i nie mówił tedy o naszej armii najlepiej. Zniechęcony ległem na łożu, a później i moi kamraci. Koło pierwszej obudziło nas potężne trąbienie i warkot werbli. Ponieważ nasze okna wychodziły na dziedziniec, nie wywiedzieliśmy się powodu tego poruszenia.
Następnego ranka pojawił się nasz gospodarz – naczelnik Eisfeld, życząc nam dobrego dnia i winszując odzyskanej wolności. Byliśmy zupełnie skonfudowani, nie mogąc sobie tego wyjaśnić. Jednak nie było już straży i Eisfeld zapewnił nas, że w mieście nie ma już nieprzyjaciela, może z pominięciem rannych, o czym sami się przekonaliśmy. Oznajmiono nam, że nocą wszystkie nieprzyjacielskie wojska wymaszerowały. Pozwalało to jedynie suplikować, iż książę von Pleß - tak czy owak - uderzył pod Wrocławiem, zaś generał Montbrun pośpieszył w sukurs swoim, a o nas - w całym rozgardiaszu - po prostu zapomniano. Był już 1. styczneń 1807 roku. Badając sytuację w mieście napotkaliśmy tylko jednego wirtemberskiego oficera na prywatnej kwaterze, który raniony kartaczem (pocisk artyleryjski w formie kulek, umieszczonych zwykle w papierowym lub płóciennym zasobniku, używany do zwalczania „siły żywej” na krótkich dystansach) w zadek straszliwie lamentował. Poza tym w szpitalu byli jeszcze ranni w bitwie nasi i nieprzyjacielscy żołnierze. Radząc, co czynić, rozważaliśmy powrót do Brzegu, mimo iż nie zaręczyliśmy słowem, że pozostaniemy tu jako jeńcy, czego nie dopuszczało nasze poczucie honoru. W końcu uradziliśmy, żeby przez konnego posłańca wyklarować wszystko komendantowi Brzegu i uprosić, by wysłał podjazd celem nas uwolnienia. Jak postanowiliśmy, tak i uczyniliśmy i pod wieczór przybył porucznik von Koekritz wraz z oddziałem – ten sam, który w naszej wyprawie dowodził kawalerią, jednakże zmiarkowawszy niepowodzenie, zawczasu zrejterował, zabierając przezornie zdobyte przez nas działa i jeńców, za co książę von Pleß udekorował go swym własnym orderem „pour le merite” (błękitny Max – najwyższe pruskie odznaczenie bojowe od roku 1740 do 1918). Zameldowawszy na zamku swe przybycie nam na ratunek, odebrał od rzeczonego rannego nieprzyjacielskiego oficera słowo honoru, że ten nie będzie już przeciw nam służył i kazał załadować znajdujących się w szpitalu naszych i nieprzyjacielskich rannych, zdolnych do transportu, na podstawione na oławskim rynku wozy furażowe. Również i my usadowiliśmy się na takim wozie i tym oto sposobem znaleźliśmy się znów w Brzegu.
Po kilku dniach otrzymaliśmy rozkaz od generała Montbrun, który suponując nas jeszcze w Oławie żądał, abyśmy się niezwłocznie udali do kwatery głównej pod Wrocławiem. Rozkaz ów przesłał nam naczelnik Eisfeld. W naszej odpowiedzi eksplikowaliśmy, że będąc uwolnionymi wojennym sposobem (właśnie w tym celu wysłano ów podjazd; owa zaszłość odegra jeszcze pewną rolę przy mającej później nastąpić kapitulacji brzeskiej twierdzy) nie poczuwamy się w obowiązku respektować owego rozkazu. Jednak komendant (twierdzy), stary, blisko 70-letni słaby człowiek (Peter von Cornerut miał w rzeczywistości 73 lata; jednym z przejawów kryzysu pruskiej armii był zaawansowany wiek korpusu oficerskiego, a w szczególności podeszły wiek korpusu generałów; obsadzanie stanowisk komendantów twierdz – w okresie pokoju - wysłużonymi oficerami było często praktykowane jako przyznanie rodzaju dożywotniej renty) lękliwie i wbrew wszelkim argumentom żywił obawy, czy pozwolić nam – uprzednio wziętym do niewoli oficerom – pełnić dalszą służbę i przedłożył sprawę księciu von Pleß. Mnie jednak odejść (do Nysy) nie pozwolił, chcąc zatrzymać do obrony twierdzy. Ponieważ odpowiedź księcia nie nadchodziła, a tymczasem nieprzyjaciel podszedł również pod Nysę, przez co nie mogłem już tam powrócić, pozostałem więc w Brzegu, gdzie powierzono mi sporządzanie kul zapalających i świecących (amunicji zapalającej i świetlnej). W tym celu musiałem wpierw wysuszyć saletrę, gdyż o takiej amunicji dotychczas nie pomyślano. Stary komendant był dobrym żołnierzem, jednak zgoła nieodpowiednim do piastowania poruczonego mu urzędu, przy tym nadzwyczaj dziwacznym i małostkowym, choć i niezwykle sumiennym. Tak więc – dla przykładu – kazał przenieść zapasy sukna mundurowego pułku von Malschitzky, wyruszywszego uprzednio w pole, do swego mieszkania (w komendanturze, czyli późniejszej aptece pod „Murzynkiem” w rynku) i własnoręcznie odmierzał je krawcom, mającym ubrać kilkuset ludzi z zaciągu. Zaiste zajęcie to niegodnym było komendanta. Zadbał również o zaprowiantowanie twierdzy, sprowadzając do miasta pokaźną liczbę wieprzy – z zasobów podlegających inspektoratowi sprawowanemu przez audytora rządowego Schuberta. Wpadł przy tym na osobliwy pomysł, by pokaźną część ubić, zaś mięso ugotować w kadziach warzelniczych, a zupę zaszpuntować w beczkach i wyprawić wraz z solą i pieprzem jako strawę dla oddziałów odkomenderowanych do odsieczy Wrocławia. Kto jednak ową zupę jadł i co się z nią stało, nie jest mi wiadomym, mnie ona nie rozgrzała. Jeśli prawdą jest, co mówią niekórzy, że komendant - przy okazji bicia - kiszki i podroby zachował dla siebie, poleciwszy z tego zrobić kiełbasę, to i ja odniosłem stąd korzyść, jako że będąc codziennym gościem u jego stołu, zaświadczyć mogę, że prawie przez 14 dni nie jadłem nic prócz kiełbasy. Rzeczona wieprzowina została zapeklowana i była składowana w piwnicy komendanta, skąd po kapitulacji wyciągnęli ją Wirtemberczycy.
(-)
Właśnie siedzieliśmy przy obiedzie u komendanta i jedliśmy – jak zwykle - kiełbasę, gdy wszedł frajter (starszy szeregowy) i zameldował, że na przedpolu (twierdzy) pojawiły się nieprzyjacielskie wojska. Ha! – odrzekł komendant, pałaszując przy tym talerz kiełbasy, jako że jak na swój wiek, cieszył się dobrym apetytem – jakichż to znów nieprzyjaciół widzicie, to pewnie zbiegli z niewoli strzelcy krajowi z korpusu księcia von Pleß. Frajter odmaszerował, ale wkrótce pojawił się podoficer, składając tenżesam meldunek. Komendant pokręcił tylko głową, nie przerywając jedzenia i skinieniem ręki odprawił podoficera. Teraz zameldował się sam porucznik von Jentzen zapewniając, że pojedyńczy nieprzyjacielscy kawalerzyści harcują już na stoku bojowym twierdzy (wał po zewnętrznej stronie fosy i drogi ukrytej, opadający w stronę nieprzyjaciela, by uniemożliwić mu wgląd w fosę; to dzieło fortyfikacyjne jest jeszcze dziś dość czytelne – najlepiej na górnej alejce odcinka plant, równoległego do ul. Jana Pawła II; przebiegająca równolegle, nieco niżej, dolna ścieżka, to właśnie droga ukryta). Dopiero teraz sytuacja wydała się naszemu wszechwładnemu być podejrzaną, a i kiełbasa była już zjedzona. Postanowił więc przekonać się naocznie, zaprosiwszy do towarzystwa kapitana von Rawę – jednego ze stołowników i mnie. W drodze dołączył do nas porucznik von Koschitzky, z którym pośpieszyłem na bastion przy bramie Nysańskiej, gdzie przekonałem się o prawdziwości meldunków (brama Nysańska znajdowała się mniej więcej u zbiegu dzisiejszych ulic Piastowskiej, Chrobrego i Długiej; wspomniany bastion to bastion magdeburski lub wysoki – znajdował się na nim tzw. kawalier, czyli nadszaniec, umożliwiający lepszy wgląd w przedpole, bastion ten jest wyraźnie widoczny na starych rycinach, wyobrażających Brzeg od południa). Podążyłem niezwłocznie do komendanta i spytałem, czy nie zamierza rozkazać zamknąć bram, gdyż w przeciwnym razie nieprzyjaciel gotów jeszcze zająć twierdzę z zaskoczenia. Komendant wydał odpowiedni rozkaz, a mnie pozwolił, bym z rzeczonego bastionu dał ognia z działa 12-funtowego, by pohamować nieprzyjaciela w swej zuchwałości harcowania na stokach twierdzy. Na mój rozkaz stawił się przywiedziony przez straż bramną augmentacyjny artylerzysta z 2. pułku (czyli z zaciągu, dla dopełnienia stanu osobowego), który to jednak niestety nie rozumiał się nawet na ładowaniu, tak że asystując mu wraz z Koschitzkim wypaliliśmy kilka razy zaledwie, co jednak wystarczyło, by nieprzyjacielscy jeźdźcy się oddalili. Jednak już niebawem pojawił się parlamentariusz, żądając wpuszczenia do twierdzy. Przekazane przezeń wezwanie do kapitulacji komendant oddalił starą pruską repliką, że „wpierw musi mu się chustka do nosa w kieszeni zapalić ” (tzn. że nie odda twierdzy bez walki). Lecz jakże szybko owo buńczuczne zapewnienie zupełnie się odmieniło.
Następnej nocy nieprzyjacielskie konne baterie haubic ostrzeliwały miasto – bawarska artyleria posiada takowe działa - z jaszczami zarazem przodkami będącymi, na których i kanonierzy siedzą, poczym ustawił kilka baterii demontujących (przeznaczonych do bezpośredniego zwalczania – demontowania – umieszczonej na wałach artylerii obrońców oraz przedpiersi wraz z ambrasurami/ otworami strzelniczymi), nie sypiąc jednak szańców (wokół baterii), jako że wiedząc o słabej gotowości do obrony, nie uznał najwidoczniej twierdzy za godną regularnego oblężenia. Niestety nie mogliśmy przeciw temu uczynić zbyt wiele. Kilka lat wstecz pułkownik von Pontanus (ówczesny komendant twierdzy) projektując z poruczenia ministerstwa wojny atak na twierdzę i na tej podstawie koncypując jej obronę, określił rozmieszczenie ambrasur (otworów strzelniczych) w przedpiersiach, które podług tego planu uczyniono i obłożono faszyną. Niestety nieprzyjaciel nie zastosował się do owych planów, przez co nie sposób było z rzeczonych ambrasur trafić nieprzyjacielskich baterii. Dopiero po długich debatach i konferencji z inżynierami (chodziło o inżynierów
wojskowych, odpowiedzialnych za twierdzę) na wałach usypano dodatkowe nasypy, by strzelając z barbetty (tzn. ponad przedpiersiami), prowadzić ogień flankujący, przez co jednak artylerzyści rychtujący armaty nie byli chronieni przedpiersiami.
Poniższa rycina, pochodząca ze strony internetowej
http://www.coehoorn.nl, znakomicie ilustruje zaistniały problem i jego rozwiązanie).

I mnie z wielkim trudem przyszło przekonać komendanta, by sporządzić więcej amunicji artyleryjskiej. Ten bowiem stale obstawał przy tym, iż rzeczony pułkownik von Pontanus przewidział jedynie po sto strzałów na armatę i że gdyby on (komendant) polecił teraz przygotować więcej amunicji armatniej, to mogłoby to mu wyjść na niekorzyść. Moje pragnienie zostało wprawdzie spełnione, jednak komendant dla swego honoru ratowania uczynić mógł więcej, niż wytrzymać jeno 24-godzinny ostrzał twierdzy przed jej poddaniem, więcej ponad względy, które mogły go poniekąd usprawiedliwiać. A to, że załoga twierdzy liczyła jedynie 600 piechurów i 40 artylerzystów, do jej obrony dysponowano tylko 50 armatami, a sama twierdza tylko z jednej strony (od południa) chroniona była słabą enwelopą (wieniec dzieł zewnętrznych) poza linię głównych bastionów, a jej fosy srogą zimą zamarzły, a lód na nich nie mógł być stale rozbijany, przez co szturm stawał się wielce łatwym. Na domiar złego nieprzyjaciel obrał sobie za cel dom zamieszkiwany przez komendanta (komendantura mieściła się w późniejszej aptece pod murzynkiem w rynku), przez co żona komendanta śmiertelnie zaniemogła i wkrótce zmarła (Johanna Charlotte Adolphine von Cornerut zmarła jeszcze tego samego miesiąca w wieku 69 lat). Magistrat, jak i cały stan mieszczański, uparcie nalegały na przekazanie twierdzy, uważając że tak czy owak stać się to musi, a domy dalszym oblężeniem na próżno będą zniszczone. Żołnierze zaś, rozmieszczeni bez zluzowania na wałach, nie chcieli i nie mogli dłużej tam wytrzymać o srogim mrozie, gdyż po pierwsze nie mieli płaszczy, które komendant zamówił u mieszczańskich (cywilnych) krawców dopiero po pierwszym ataku, lecz ci podziękowali mu za robotę; po drugie – przy braku jakichkolwiek kazamat, na szańcach nie postawiono też żadnych baraków dla załogi, która musiała biwakować pod gołym niebem i po trzecie wojsku nie wydano ni drewna na ognie strażnicze (ogniska), ni słomy na sienniki, przez co żołnierze – ku wielkiemu niezadowoleniu komedanta – plądrowali jego drewutnię na wałach, zaś słomę podbierali ze ściółek w jego ogrodzie.
To wszystko skłoniło owego starego i słabego człowieka do przekazania twierdzy po kolejnym do tego wezwaniu, zwłaszcza gdyż – wedle własnej opinii – tak wielu silniejszym twierdzom nie udało się uniknąć podobnego losu.
Dla zawarcia kapitulacji do Brzegu przybył francuski adiutant major le Febvre, z którym konferowano również w sprawie kapitana von Prittwitza, porucznika von Wittiga i mojej i po wyjaśnieniu wszystkich okoliczności rzeczony le Febvre zdecydował, że podobnie pozostałym oficerom garnizonu zostaniemy zwolnieni na słowo honoru (chodziło o to, że wspomniani oficerowie, już raz wzięci do niewoli pod Ścinawą Polską, powrócili z niej w niejasnych okolicznościach – według własnej wersji uwalniając się wojennym sposobem – to właśnie w tym celu odbyły się korowody z wysyłaniem podjazdu z Brzegu, jednak nieprzyjaciel mógł im zarzucić złamanie słowa honoru, danego na okoliczność, że nie będą walczyć przeciw sprzymierzonym, co mogło mieć konsekwencje; być może dali owo słowo honoru już wtedy, co autor pomija jednak milczeniem, by nie padło nań odium krzywoprzysiężcy; należy również nadmienić, że zwalnianie oficerów z niewoli na słowo honoru było wówczas na porządku dziennym, podobnie jak następujące po nim zwykle „odwracanie kota ogonem”). Podczas mojej - przy tej okazji - bytności u komendanta, zastałem go zajętym odczytywaniem obszernych warunków, na których miał przekazać twierdzę. Francuz wprawdzie wszystko zapisał i obiecał, ale w końcu niczego nie dotrzymano. Ani on, ani starzy generałowie von Prittwitz (nie mylić ze wspomnianym kapitanem o tym nazwisku) i von Heising, którzy z uwagi na podeszły wiek nie wyruszyli w pole, lecz schroniwszy się w brzeskiej twierdzy, dostali się tu do niewoli, nie otrzymali kapitulacyjnej pensji, ani racji (żywnościowych), o które tak zabiegali podczas negocjacji. Sam komendant wkrótce zmarł i niestety inżynier twierdzy major Bourdet, mianowany co prawda przez księcia von Pleß wicekomendantem, lecz nie będąc samemu „Lumen mundi” (światłem świata - w sensie: człowiekiem nazbyt rozgarniętym), cierpliwie znosząc upokorzenie, gdy raz komendant w mojej obecności kazał mu stulić pysk, musiał teraz odpokutować nieswoje winy, jako że sąd wojenny za uchybienia w obronie twierdzy Brzeg skazał go na dożywotnią karę twierdzy w Kłodzku, gdzie i przyszło mu później zemrzeć. Mnie nie wystawiono glejtu do obleganej już Nysy (macierzysty garnizon autora wspomnień), lecz - tak jak pozostałym oficerom – jedynie glejt kapitulacyjny do Brzegu, wystawiony przez bawarskiego generała de Roi.Ponieważ nikt mi nic nie dał, żyłem na kredyt mojego gospodarza, kupca o nazwisku Otto, za co jednak przyszło mi później drogo zapłacić. Chcąc mu bowiem okazać wdzięczność, pożyczyłem na jego prośbę pieniądze, ale on później zbankrutował, przez co i ja poniosłem dotkliwą stratę. Moja dobra żona, odważywszy się do mnie przybyć, przeszła szczęśliwie przez nieprzyjacielskie linie. Żyliśmy cicho i skromnie, oczekując wydarzeń, które miały nastąpić. Nie trzeba było czynić więcej, gdyż jako jeńcy byliśmy pod stałym nadzorem. Tak - dla przykładu - zwolnieni wraz ze mną na słowo honoru porucznicy von Drigalsky i Scheurwasser zostali aresztowani i odesłani do Francji, gdy pozwolili sobie wyrazić poglądy polityczne. Dochodziło i do innych prześladowań. Mój gospodarz nabył od francuskiej artylerii złom mosiężny w postaci metalowych form do odlewania kul, granatów i bomb (granaty wystrzeliwano z armat i haubic, bomby z moździerzy), dobrze mi znanych i o których wiadomym mi było, że krótko po wybuchu wojny Urząd Górniczy przesłał je z Małejpanwi do Brzegu celem tu przechowania. Poradziłem więc memu gospodarzowi, by je do czasu przechował, lecz on, nie posłuchawszy mojej rady, zażądał od Urzędu Górniczego zapłaty, zaś urząd ów, zapominając o swych powinnościach podczas nieprzyjacielskiej niewoli, złożył meldunek księciu Hieronimowi we Wrocławiu. Nieprzyjacielskie wojsko odebrało zatem memu gospodarzowi rzeczone formy, nie zwracając mu zapłaty, a na domiar złego wtrącono go jeszcze do lochu, cenne zaś formy wysłano do Francji.
Brzeg musiał nadto srodze odpokutować uprzednie naleganie na kapitulację, jako że majątek komunalny został znacznie uszczuplony przez uposażenie wszystkich oficerów, kosztowne umeblowanie domu komendanta oraz bale, które miasto co tydzień wyprawiać musiało.
10. maja 1807 roku wezwany zostałem przed oblicze komendanta, generała Rheinwalda - Alzatczyka – który oznajmił mi, iż zostanę wymieniony na wziętego do niewoli nieprzyjacielskiego oficera jegrów, co stało się już 17. marca, zaistniałą zaś zwłokę tłumaczono nieznanym miejscem mego pobytu. Tak więc 11. maja zaprzęgiem i w towarzystwie bawarskiego ogniomistrza odesłany zostałem do Nysy. Moja kochana żona nie chciała w rzeczy samej tu pozostać, lecz dzielić mój los, zaś ja, ceniąc ten dowód jej miłości, nie mogłem jej tu pozostawić.
Bombardowanie miasta pociągnęło za sobą 3 śmiertelne ofiary: 60-letniego pomocnika warzelniczego, 3 ½-letnie dziecko, zabite w domu przez granat oraz 75-letniego mężczyznę, zastrzelonego na ulicy Rybackiej. Straty materialne były jednak znaczne. Na Ratajach szacowano je na 6.600 talarów. Uszkodzony został tzw. młyn krupniczy na Wyspie Młyńskiej (w roku 1813 całkowicie zniosła go woda). W samym mieście całkowicie wypalił się tylko
1 budynek - oficyna przy ulicy Jeziuckiej, neleżąca do rzeźnika Hoffmanna, zaś przed Bramą Małujowicką (brama ta znajdowała się mniej więcej na dzisiejszym skrzyżowaniu ulic Staromiejskiej i Chrobrego) 3, a przed Bramą Nysańską 8. Wszystkie wypalone budynki – w liczbie 12 - zostały urzędowo wycenione przez inspektora
budowlanego Nixdorffa na łącznie 3.660 talarów. Szkód w posiadanych budynkach doznało w sumie 274 właścicieli – w tym aptekarz Ludewig, drukarz Wohlfahrt oraz aptekarz Haumbold w Rynku. Poza tym uszkodzonych zostało 9 budynków publicznych, 6 należących do urzędu kolegiackiego, 35 budynków na przedmieściu nysańskim, jeden przed Bramą Małujowicką, 12 na przedmieściu odrzańskim, 10 na wrocławskim, 5 na Wyspie Młyńskiej oraz dom należący do Żyda Silbersteina, z niewiadomych powodów urzędowo osobno wyszczególniony. Zgodnie z zestawieniem z 30. września 1807 roku całkowite straty wyniosły – po odliczeniu wspomnianych 3.660 talarów - jeszcze ponad 10.800 talarów.
Wielka afera drzewna
Pewien obraz zachowań mieszczan widoczny jest na przykładzie wspomnianej również przez Doerksa kradzieży drewna, która to afera zatoczyła szerokie kręgi. Zgodnie ze sprawozdaniem magistratu, materiał znajdujący się w królewskim składzie drewna przed Bramą Nysańską padł pastwą płomieni podczas oblężenia, zaś 1064 sążni drewna, które komendant rozkazał przenieść do miasta, zostało rozkradzionych podczas kapitulacji. Drewno to było składowane w ogrodzie, znajdującym się między Bramą Wrocławską i Odrzańską, tuż przy wałach (czyli na terenie dzisiejszego Parku Nadodrzańskiego), strzeżonym z rozkazu gubernatorstwa („zarządu” twierdzy). Podczas oblężenia w mieście stał się odczuwalny brak drewna. Zamieszanie, panujące krótko przed i krótko po kapitulacji, „której to powodzenia każdy mieszkaniec wyczekiwał drżąc ze strachu i trwogi” wykorzystane zostało przez kierujących się niskimi pobudkami do zaspokojenia doskwierającego braku drewna – początkowo niepostrzeżenie - z zasobów twierdzy. Z tej przyczyny z rozkazu generała Corneruta odkomenderowano 12 ludzi ze straży obywatelskiej do strzeżenia placu drzewnego (we wspomnianym ogrodzie), a gdy tych przestano respektować, gubernatorstwo twierdzy odkomenderowało jeszcze 40 ludzi warty
wojskowej. Kroki te pozostały jednak bezowocne, a doszło wręcz do tego, że mieszczanie, po dojściu do porozumienia z żołnierzami, nie tylko otwarcie wynosili drewno, lecz także już wywozili – na sankach, ciągnionych przez dzieci - nawet całymi łasztami (dawna jednostka miary objętości) tak żywo i zachłannie, że trudno się było przecisnąć przez rynek. Jednym słowem, wśród publiczności zapanował taki entuzjazm, że żaden przedstawiciel władz cywilnych, czy
wojskowych, nie śmiał się przeciwstawić owemu niedozwolonemu procederowi poprzez środki doraźne. Tym bardziej, że nawet wskazanie konkretnych osób gubernatorstwu przez dyrektoriat miejski nie przynosiło żadnego skutku. Magistrat twierdził więc, że nie sposób wykryć głównych sprawców. Na podstawie raportu do króla, sporządzonego przez brzeskiego radcę wojennego i podatkowego Bergera, zbadanie sprawy powierzono asesorowi sądu miejskiego Reichertowi. Przeprowadzone dochodzenie wykazało, że po przekazaniu twierdzy drewno zostało nieodpłatnie udostępnione ogółowi. Wśród zaopatrujących się tą drogą w drewno, w przeświadczeniu, że postępują w dobrej wierze, znajdował się również radca komisji justycjarnej (urząd lub tytuł w hierarchii prawniczej) Laube. Winą za stratę poniesioną wskutek tego przez Królewską Kasę Drzewną, w wysokości 3156 talarów, Kamera Wojny i Domen (organ administracji regionalnej) we Wrocławiu obciążyła byłego komendanta von Corneruta. Zarzut nieodpłatnego udostępnienia drewna, co było sprzeczne z prawem, skłonił starszego jegomościa do złożenia oficjalnego pozwu, w którym m.in. czytamy:
„Z całą powagą muszę zaznaczyć, iż w momencie przekazania (twierdzy) zapasy drewna nie wynosiły bynajmniej 1064 sążni, lecz znacznie mniej. Drewno przydzielone etatowo nie wystarczało do ogrzewania wartowni. Od początku oblężenia Wrocławia garnizon musiał w ciągu 8 tygodni dzień i noc przebywać na wałach, by uniknąć zaskoczenia. Nie mogłem pozwolić, by w większości źle umundurowani i nie posiadający płaszczy żołnierze zamarzli przy panujących często tęgich mrozach, co zmusiło mnie do rozdzielenia drewna na wszystkie bastiony. Gdyby nie kładziono przy tym nacisku na oszczędność, to miesięczny przydział 1064 sążni (drewna) zostałby całkowicie zużyty. Lecz w momencie przekazania twierdzy pozostał jeszcze rzeczywiście pewien zapas. Już od samego początku kazałem rzeczonego drewna pilnować i jestem pewien, że aż do chwili, gdy wiadomym było zawarcie kapitulacji, nie uszczknięto z tego ni piędzi. Przekazanie twierdzy stało się wiadomym 16. (stycznia) o 4. godzinie po południu poprzez obsadzenie 2 bram przez Bawarczyków. Około godziny 8. zameldowano mi, że drewno składowane w dawnym ogrodzie jezuickim pod bastionem Hautcharmoy (na terenie dzisiejszego Parku Nadodrzańskiego) jest plądrowane, zaś warta nierespektowana (ignorowana). Poleciłem podwoić wartę i rozkazałem, by z pobliskiego bastionu Hautcharmoy, który to również mógł strzec rzeczonego drewna, jako że znajdowało się ono pod nim samym, strzelać do plądrujących – lecz tylko dwóm całkowicie pewnym ludziom – ślepymi nabojami na postrach. Jednak niestety i te kroki na nic się nie przydały, bowiem żołnierz, dowiedziawszy się o dojściu do skutku kapitulacji, zapomniał o subordynacji i skłonny był wspierać zwyczajną klasę ludową (plebs), która to prawie w wyłączności rozkradła całe drewno. Wobec tych okoliczności i ponieważ większa część garnizonu była zupełnie niezdatna do pełnienia warty, zaś pozostała musiała być po części przydzielona do pełnienia zwyczajnych wart, a po części do strzeżenia zasobnych magazynów - w obliczu groźby ich splądrowania, nie pozostało mi nic innego, niż polecić goszczącemu u mnie burmistrzowi Grofemu, by pilnowanie drewna powierzyć straży miejskiej, co się i stało. Jednak już niebawem burmistrz powrócił z wiadomością, że cały trud na nic, gdyż w obawie przed poturbowaniem musiał się salwować ucieczką - wraz ze strażą złożoną z 12 mieszczan. Poza tym nie mógł w ciemnościach nikogo rozpoznać, a i straż nie zdawała się mieć zapału do ratowania zapasów drewna, które - wedle jej poniekąd słusznego mniemania – już wkrótce i tak stać się miały łupem nieprzyjaciela. Występujący zwykle podczas przekazywania twierdzy brak subordynacji udaremnił wszelkie usiłowania”.
Z datą 29. kwietnia 1808 roku sprawa została odłożona ad acta. Powyższy przykład uwidacznia, jak zaledwie 8-dniowe oblężenie wpłynęło na mieszczan i żołnierzy.