Trafiłem wczoraj na Skwer ok 21.00, bo akurat wyszedłem (z rodzinką) z
seansu w SilverScreen. Postanowili my, skoro już jeste my, zobaczyć koncert
Blue Cafe. Już cover - Backup (o ile tak się ich pisze) zaczął ze sporym
opó nieniem, a na dodatek grał przez prawie godzinę. Chłopcy doskonale
bawili się na scenie, ale niestety tylko oni, bo naprawdę byli słabiutcy. Do
tego prawie nie było ich słychać. Jako weteran porządnych koncertów jeszcze
z lat 80-tych pocieszałem rodzinkę, że tak jest zawsze, bo GWIAZDA musi
zawsze grać gło niej. Około 22-giej zespół wyszedł na scenę, poprzedzony
zapowiedzią (chyba z ta my, więc pewnie wszyscy, którzy byli już na Blue
Cafe ja słyszeli), że zaraz zobaczym najlepszy koncert, który zapamiętamy na
całe życie, najlepszą sekcję dętą, najlepszą wokalistkę itd. itp. Już po tym
wszystkim zrobiło się niesmacznie. A jak zaczęli grać to zrobiło się
ŻENUJÄ˝CO. Jeszcze w życiu nie byłem na takim koncercie. Zero nagło nienia,
nachalne wymuszanie na publice okrzyków, po prostu ŻENADA. Po 15 minutach
zlitowałem się nad rodzinką i byli my już w drodze do samochodu.
Nigdy więcej Blue Cafe.
Pozdrawiam wszystkich,
Darek


















