zapalenie uszu ?

Witam wszystkich po dłuższej nieobecności
Mogę sie pochwalić odkąd sie wyprowadziłem z m.Łodzi w przepiękne okolice Wola Cyrusowa Kolonia mój fuksio ma spokój z uszkami.Tak jak pisałem wcześniej ma Proteusa Brał sterydy bo już tylko to pomagało,od prawie roku nie mam problemu.Myśle ze jest to za sprawą zmiany otoczenia,nawet w trakcie budowy uszka miał bardziej czyste niz w mieście,mam nadzieję że na jakis czas będzie po kłopocie.
Pozdrawiam wszystkich forumowiczów i oczywiście całuje mocno psiaki

 

Cena brojlera

Zalewo-wyjściowa 3,4 ale komuś dali 3,5
Ilczak-3,4 ale miękko , więc 3,5 do uzyskania
Kolonia Zawada-3,4 i więcej nie może , ale mocno szuka
Filipczak/Kutno/-3,25-3,35 i jeżdzi za kurczakiem w zielonogórskie/widziany w okolicach Nowej Soli tylko nie wiem czy nie po kurę/
Cyrusowa Wola-3,4-3,5 dawane , ale żeby"nikt nie wiedział"
Konspol- jak zadzwonisz , to niby nie potrzebują , ale sami też dzwonią o kurczaka , cena też niby 3,15-3,20 ale tak wogóle to różnie/widocznie jak brakuje potrafią dać więcej/

Cena brojlera

Cytat: dziś obdzwoniłam ubojnie i 3,10 do 3,15 netto i albo do poniedziałku przestaniemy sprzedawać i cena wskoczy na 3,6 albo nic nie zrobimy i w poniedziałek będzie 2,90. pozdrawiam.


W jakim regionie jest taka sytuacja?
Na Kaszubach raczej mało drobiu. Cena do osiągnięcia u mniejszych- 3,40 netto. Większe ubojnie (Mielewczyk,Konkol,Gosz) płaciły dzisiaj 3,30. Twierdzą, że czekają z podwyżką na ruch konkurencji. Nikt się nie chce wychylić. Ola 1 ma rację, trzeba po prostu odmawiać. Ja pozostawiam ptaki do przyszłego tygodnia. Wysyp grzybów się kończy, jest po wypłatach - ludzie chyba ruszą w końcu na zakupy. Mam nadzieję,że się nie mylę.
P.S. Cargill od czwartku kolejna podwyżka o 40 zł/t (razem już 250 zł/t)

Dokładnie w ubojniach
Nowe miasto, Wola Cyrusowa, Uniszki-3,10
Kolonia Zawada 3,15.
Zalewo 3,20
ceny oczywiście netto
Taka była ich propozycja a nie wiem jak płacili innym ale ja po prostu nie zgadzam sie z taką ceną i odmówiłam. Też poczekam do przyszłego tygodnia i gdyby było nas więcej to może coś by drgnęło ale to raczej nie w tej branży.
An jak możesz to wymień jakieś ubojnie które płacą 3,40 to będzie sie na kogo powołać bo ja do nich niestety nie sprzedam bo jest za daleko bo ja jestem z centralnej Polski a to do Gosza ok 300 km.

Cena brojlera

To prawda że cena żywca jest trochę niższa ale po prostu biorą nas na przetrzymanie i kto się da to płacą 3,50. Ja dziś sprzedałam po 3,70 + vat i proszę was bardzo nie oddawajcie taniej bo będzie leciało na łeb na szyję a potem cenka ma ciężko się dżwignąć do góry. Przy cenie 3,70 ubojnie i tak mają na nas niezły zarobek.
Uniszki 3,50
Mława Ilczak 3,50
Giżycko Górny 3,55
Zalewo 3,50
Kolonia Zawada 3,60
Wola Cyrusowa 3,70
Ceny netto z dziś przed południem być może po południu były leprze?
Pozdrawiam

 

Cena brojlera

Cytat: Cena na dziś rano przedstawia się następująco Wola cyrusowa, Kolonia Zawada ,Ilczak Mława 3,30 do 3,40. Górny 3,40. Gosz 3,50. Zalewo 3,60. Może wiecie kto kupuje kurczaka na rożno bo muszę ubrać a zainteresowanie jest niewielkie przynajmnie tam gdzie ja dzwoniłam. Podpowiedzcie jakąś ubojnie.Pozdrawiam


Cześć Olu
Nie Przejmuj się, damy radę
Każda ubojnia z Kaszub (i nie tylko) weżmie od ciebie kurczka
Jeżeli interesują Cię te rejony, Zadzwoń do mnie, podam namiary
607 237 769-pozdrawiam tadek

Cena brojlera

Cena na dziś rano przedstawia się następująco Wola cyrusowa, Kolonia Zawada ,Ilczak Mława 3,30 do 3,40. Górny 3,40. Gosz 3,50. Zalewo 3,60. Może wiecie kto kupuje kurczaka na rożno bo muszę ubrać a zainteresowanie jest niewielkie przynajmnie tam gdzie ja dzwoniłam. Podpowiedzcie jakąś ubojnie.Pozdrawiam

1 listopada

Witam

a oto moja dzialalnosc 1 listopada w ramach akcji "PAMIEC" Strzelcow Kaniowskich

Kołacin:





Wola Cyrusowa:





Niesułków Kolonia:



Skoszewy:





Poćwiardowka:





Pozdrawiam

Michal Szubert MIQ

Rolnicy dorobią na wódce

"Polska"
NOWY POMYSŁ PSL NA ZBYT OWOCÓW
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem resortu rolnictwa, z owoców, które dojrzeją w przyszłym roku, każdy rolnik będzie mógł legalnie wyprodukować śliwowicę lub jabłkówkę i ją sprzedać. Nad zmianą przepisów pracują politycy PSL - pisze "Polska".
Zmiany w prawie promuje Artur Ławniczak, wiceminister rolnictwa. – Trwają uzgodnienia ministerstw rolnictwa i finansów – powiedział polityk PSL w Łasku (woj. łódzkie) na spotkaniu z rolnikami.

Projekt ustawy legalizuje produkcję 40-procentowego alkoholu z owoców. Rolnik odwoziłby go do koncesjonowanej przetwórni, płacił akcyzę i odbierał alkohol, który byłby zaliczany do produktów regionalnych. I jako taki sprzedawany - pisze "Polska".

– Z tony owoców można otrzymać 200 litrów alkoholu. Na sprzedaż tej ilości rolnik dostanie certyfikat. Potem może sobie to butelkować i z własną nalepką sprzedawać. Cenę ustali sam – tłumaczy gazecie Ławniczak. Ile wyniesie akcyza? – Podejrzewam, że od 10 do 15 zł na litrze. Wtedy rolnik będzie mógł zarobić – dodaje.
PO jest na "tak"

Platformie pomysł koalicjanta przypadł do gustu. – Każde rozwiązanie, które daje zbyt owoców, zwłaszcza podczas klęski urodzaju, jest mile widziane – podkreśla zasiadający w komisji rolnictwa poseł Artur Dunin. – Czekamy jednak na szczegóły – zastrzega.

Szczegółów wyczekuje też Piotr Polak, poseł PiS i sadownik z Zadzimia pod Poddębicami. – Producenci owoców mają problem ze zbytem. Trzeba go wreszcie rozwiązać – podkreśla w rozmowie z "Polską" poseł.

Na możliwość przerobu owoców na alkohol rolnicy czekają od lat. – Taki alkohol znajdzie amatorów. To nie to, co wódka z kartofli. Sadownik weźmie część na swoje potrzeby. Resztę się sprzeda – snuje plany Sławomir Miłek, właściciel dużego sadu w Kolonii Rudniki koło Poddębic.

Luks-wódeczka zamiast bimbru

Legalny przerób owoców podoba się też właścicielom małych przydomowych sadów. – Ludzie przestaliby nielegalnie pędzić bimber – mówi rolnik z Cyrusowej Woli koło Łodzi. – Zawieziesz owoce, odpalisz dolę i przywieziesz sobie luks-wódeczkę. Ale jak akcyza będzie wysoka, to ludzie będą pędzić jak dawniej – dodaje.

Klon Gothic III

Zamieszczę tu moje pierwsze opowiadanie. Wiem, że jest słabe. Są to jakby perypetia Gothica III. Wielu ludzi nie grało, a po tym opowiadaniu powinniście się zapoznać z fabułą G3. Jak już mówiłem, jest to słabe opowiadanie, wszystko niemal jest z gry. Ale piszę inne, w którym fabuła umiejscowiona jest w G1. I tu prośba do PiotraPL: czy mógłbym wykorzystać komiks Gomez - Droga do władzy do swego opowiadania?
Jest to opowiadanie w pełni napisane przeze mnie.

GOTHIC 3:

Miłego czytania!:

Rozdział 1: Przybycie do Myrtany.

Była pogoda pełna niewiadomego niepokoju. Ciemne chmury przysłaniały słońce, które próbowało nieśmiało wystawić promyki pod chmury. Dobiliśmy do brzegu i razem z Diego, Miltenem, Gornem i Lesterem poszliśmy do zauważalnej, lecz małej wioski rybackiej. Mapa wskazywała, że jesteśmy w Ardei. Dziwnym widokiem w osadzie, było to, że wszędzie są Orkowie. Popychali ludzi, którzy z pewnością byli niewolnikami. Można było to tak łatwo poznać, po ich wychudłej sylwetce. Dobyliśmy broni: ja wziąłem swój stary dobry miecz, Zabójcę Orków, Diego wziął swój rapier, a jakby co był gotowy do wyciągnięcia swojego łuku, Gorn, podobny do barbarzyńcy dobył toporka a Milten zaczął wojować kosturem magicznym. Lester oznajmił, że nie jest zbytnio przydatny w walce i pobiegł po posiłki...

Spojrzałem przywódcy Orków prosto w oczy. I wtedy coś się stało, bo Orkowie zaczęli z nami walczyć. Lester pobiegł szybko na plażę po posiłki, a my walczyliśmy zawzięcie razem z niewolnikami i starszym wioski. Podszedł do mnie Herszt Orków i zaczął walczyć ze mną. Z początku sprawnie omijałem jego ciosy, lecz po jakimś czasie uderzył mnie i powalił na ziemię. Leżałem bezradny, nie miałem sił na wstanie. A on szykował się do ciosu, który miał zakończyć moje życie. Już się zamachnął, już jego Krush Agash było pół metra nade mną a coś go uderzyło w plecy. Ork padł bezradny, a nad nim ujrzałem twarz Diego. Podziękowałem mu i razem z nim ruszyliśmy gromić Orków. Milten zaczął wzywać pomocy, więc ruszyłem do niego. Oblegany był przez 5 orków. Stanąłem za budynkiem, wyjąłem łuk, wymierzyłem orkowi prosto w kark, wypuściłem strzałę z ręki. Piękny strzał, a ork padł u stóp Miltena. Orkowie zastanawiali się co to było, i ruszyli w moim kierunku. Milten uszykował zaklęcie, Kulę Ognia, i zabił jednego orka. Kątem oka dostrzegłem Gorna śmiejącego się prosto w twarz 3 orkom. Chwycił swój toporek mocniej i rozłupał wszystkim trzem orkom czaszki. I to jednym ciosem! W pewnym momencie orkowie zaczęli uciekać. Chyba Ardea była już wolnym miastem.

Poszedłem pogadać z Gornem.
- Jak za starych czasów, co? –zapytał się mnie i mówił dalej
- Ci orkowie nie byli tacy twardzi, pewnie zdarzają się twardsi- stwierdził. Chciałem zagadać Miltena, ale ten sam się do mnie odezwał:
- Nie lubię orków, nic na to nie poradzę. Moje runy straciły moc, nie sądzę aby z pozostałymi Magami Ognia było inaczej. Wyruszę w podróż na poszukiwanie prastarej magii. Kiedyś tylko nieliczne osoby parały się magią, ta wiedza musiała być gdzieś zachowana, i to właśnie jej będę szukać. Teraz odezwałem się do Diego, lecz to on zaczął rozmowę:
- Co się dzieje z Lesterem? Miał sprowadzić posiłki, pójdź po niego.
Słuchając go poszedłem na plażę. Z daleka była widoczna jego sylwetka. On również się sam do mnie odezwał:
- Złe wieści, nie będzie posiłków.
Ja mu odpowiedziałem:
- Przecież widzę, co się stało?
- Piraci!
- Co z naszym wyposażeniem?
- Pogadaj z Diego, niewiele jest rzeczy, których nie potrafi załatwić.
Odbijany jak piłeczka pingpongowa poszedłem do Diego. Zapytał mnie:
- Co tam?
- Piraci!
- Te dranie zwiały z naszym skarbem! Ale obawiam się, że tym możemy się zająć dopiero później. Widzisz jest mały problem.
- Jaki?
- Porozmawiaj ze starszym wioski.
A więc poszedłem szukać starszego wioski. Ujrzałem człowieka z dobrym mieczem, więc uznałem, że to on jest poszukiwaną osobą.
On też się sam do mnie odezwał:
-Co zrobiłeś, orkowie pozwolili by nam żyć! Teraz Xardas przyśle ich tu więcej, żeby zrobili z nami porządek.
- Co ma wspólnego Xardas z Orkami?
- Co z tobą nie tak? Gdzie byłeś przez ostatnie kilka tygodni? Xardas jest przywódcą orków. Zdradził nas!
- Co jeszcze wiesz o Xardasie?
- Zniszczył magię runiczną, ta głupia świnia. Bez mojej magii palladyni i Magowie Ognia nie mają żadnych szans przeciw hordom orków. Musisz się udać do Reddock.
- Co jest w Reddock?
- Obóz buntowników. To w samym środku lasu. Pełno tam wilków.
- Dam sobie radę z wilkami.
- Tak, ale te bestie są wyjątkowo agresywne, no i sam nie znajdziesz tego miejsca. Twój kumpel Gorn chyba wie gdzie go szukać. A i jeszcze jedno. Powiedz ich przywódcy żeby przysłał nam buntowników. Sami nie mamy najmniejszych szans.
Poszedłem do Diego.
- Rozmawiałem ze starszym wioski. I co proponujesz?
- Najpierw musimy ogarnąć cały ten bałagan, którego narobili orkowie. Jeden z nas musi się dowiedzieć gdzie ukrywa się Xardas.
- Co zamierzasz?
- Znasz mnie. Jestem wszędzie gdzie nadarza się jakaś okazja. Wyruszę na południe. Na pustyni z pewnością będzie ciekawie...

Rozdział 2: Buntownicy z Reddock.

A więc poszedłem do Gorna i poprosiłem go by mnie zaprowadził do Reddock, a on odpowiedział:
- Nie wiem dokładnie, ale chyba uda mi się to znaleść. Jak będziesz gotów to daj mi znak. Zaprowadzę cię tam.
- Chodźmy.
- Chodź za mną, tylko uważaj, nie zgub się lub nie zabij.
- O to się martwić nie musisz.
- Mam nadzieję.
A więc Gorn szedł gdzieś głęboko w las, a ja za nim.
Spotkaliśmy po drodze dwa ścierwojady: jeden cios Gorna wystarczył do powalenia jednego stwora. Aż wreszcie Gorn przystanął na chwilę, wyostrzył wzrok i powiedział
- Widzę słaby odblask światła, to pewnie Reddock i buntownicy.
Nie mylił się. A po dojściu na miejsce oznajmił:
- Widzisz, tu są. Wiedziałem. Mam nadzieję, że orkowie nigdy nie znajdą tego miejsca.

Weszłem do Reddock. Drwal Brenton oznajmił mi:
- Nie wyglądasz mi na drwala, wydaję mi się, że twoje miejsce jest niżej w pieczarze.
- Potrzebujesz czegoś?
- Nie, ale zostaliśmy wygnani z obozu przez agresywne dziki. Zabij te bestie.
- Co mi za to dasz?
- Jestem drwalem. Nie mam zbyt wiele. Ale jak je pokonasz to dam ci 30 sztuk złota.
- Zajmę się tymi dzikami. Gdzie są?
- Wejdź po schodach i skieruj się na zachód.
Następnie zauważyłem silnego mężczyznę w ciężkim pancerzu.
- Jak leci?
- Ostatnio jeden orkowy patrol niepokojąco się zbliżył. Zniszcz go. Możesz też odwiedzić patrol stacjonujący na farmie.
- Ile dostanę?
- Za każde po 500 sztuk złota.
Poszedłem teraz do pieczary.
W jednej jaskini zauważyłem człowieka ślęczącego nad książkami, w szacie Maga Ognia. Po rozpoczęciu rozmowy wrzasnął:
- Co! A tak jestem trochę nerwowy.
- Kim jesteś?
- Nazywam się Sebastian. Jestem tu alchemikiem.
- Nosisz szatę Maga Ognia.
- Przed wojną byłem wielkim magiem tego kręgu.
- Możesz mnie czegoś nauczyć?
- Tak. Mogę cię nauczyć alchemii, ale nie mam składników.
- Czego ci potrzeba?
- 10 roślin leczniczych.
- Gdzie je znajdę?
- Te rośliny rosną niemal wszędzie. Nie powinieneś mieć problemów z ich znalezieniem.
- Wiesz coś o artefaktach?
- Ogniste Puchary.
- Co?
- Ogniste Puchary. Znajdź je i zanieś moim braciom do Nordmaru.
Szedłem w dół, aż wreszcie doszedłem. Na dole pieczony był dzik na rożnie, dookoła dużo buntowników i palladyn! Rozpocząłem z nim rozmowę:
- Jak leci?
- Czego chcesz?
- Jesteś tu przywódcą?
- Mam największe doświadczenie w wojnie z orkami. Przypuszczam, że to czyni mnie kimś w rodzaju przywódcy tego miejsca.
- Wypędziliśmy orków z Ardei!
- Ach więc tobie to zawdzięczamy! Przyjmij te złoto.
- Przyślijcie tam ludzi.
- Postaramy się.
- Macie jakiś problem?
- Nasz ostatni kowal zginął w walce. Jeśli znasz kogoś kto mógłby go zastąpić, zaproś go tu!
Dojrzałem silnego chłopa siedzącego na ziemi. Zagadałem go.
- Jak mija czas?
- Masz ochotę na walkę na arenie, czy nie?
- Walczycie ze sobą na arenie?
- To najlepszy możliwy trening.
- Chcę walczyć.
- Nie tak prędko, najpierw poznaj zasady.
- Opowiedz mi o zasadach.
- Wejdź na arenę i walcz.
- To wszystko?
- Nie do końca. Istnieją dwie zasady. Po pierwsze: walka kończy się, gdy jeden z walczących legnie na ziemi i się nie podniesie. Gdy walniesz leżącego, lub zabijesz przeciwnika, wszyscy będziemy ci to pamiętać. Po drugie: jak wyjdziesz z areny w trakcie walki, przegrywasz.
- Co dalej?
- Wyzwij kogoś na pojedynek i walcz.
- Macie jakiś problem?
- Nasza kuźnia jest od wielu dni zamknięta, a walczyć z orkami trzeba tak samo często, jak kiedyś. Przynieś nam pięć paczek broni, a bardzo się przysłużysz naszej sprawie.
- Skąd wezmę pięć paczek broni?
- Orkowie z Cape Dun mają jej trochę.
Jeden żołnierz spytał się mnie:
- Chcesz walczyć na arenie?
- A ty chcesz?
- Nie, tak naprawdę to nie.
- Walcz ze mną.
- No dobra, zobaczymy na co cię stać.
Po czym udaliśmy się na mały, odgrodzony teren. To on był areną. Trzeba było przyznać, że Cooper, gdyż tak miał na imię, nie był zbyt wykwalifikowanym żołnierzem. Po trzech ciosach padł na ziemię, niezbyt przytomny. Czekałem aż się podniesie. Po paru minutach wstał i zaczął rozmowę ze mną:
- Niezłym jesteś wojownikiem. Jak będziesz potrzebował towarzysza, to daj znać. Będę walczyć u twego boku.
- Chcesz walczyć u mego boku?
- Zapowiadasz się obiecująco. Musisz tylko zdobyć trochę doświadczenia.
- Chodź ze mną.
- Nie ma sprawy.
Zauważyłem dwóch strażników pilnujących jakiejś jaskini. Zagadałem jednego z nich:
- Po co tu stoisz?
- Pilnuję południowego wyjścia z Reddock. Mam na imię Joey. W wolnym czasie walczę na arenie. Masz ochotę na walkę?
- Walcz ze mną.
- Dobra. Ale pamiętaj, że to przyjacielski pojedynek.
A więc znów udałem się na arenę. Ten rywal był niewiele silniejszy od Coopera. Po czterech ciosach padł. Czekałem aż wstanie około 20 minut. Po czym zagadał mnie:
- Niezły jesteś!
- Zajmę się stworzeniami w tunelach.
- Oszalałeś przybyszu! Lepiej się dobrze przygotuj, jeżeli chcesz mieć jakiekolwiek szanse. Ale ufam ci. Weź te mikstury lecznicze. Może ci pomogą.
- Dziękuję.
Po czym udałem się do tuneli...

Razem z Cooperem natknęliśmy się na kilka Goblinów, które za pomocą pałki próbowały nas przestraszyć. Nieskutecznie. Bez problemów wybiliśmy te 4 gobliny. W skrzyni znaleźliśmy kamień teleportacyjny, który dawał możliwość w dowolnym momencie teleportować się do Reddock. Natknęliśmy się na ciało martwego podróżnika, w które wbity był zardzewiały topór bojowy. Wziął go Cooper. W następnej, dość dużej pieczarze znajdowały się trzy jaszczury. Skrzynia była zamknięta, lecz bardzo łatwo otworzyłem ją wytrychem. Jakiś podejrzany amulet. Gdy go założyłem okazało się, że czuję się większy, silniejszy. W kolejnym tunelu było rozwidlenie: mogliśmy iść prosto, lub skręcić w lewo. Wybraliśmy to drugie. Był tam jeden jaszczur oraz skrzynia, której nie mogłem otworzyć. Zostały mi tylko 3 wytrychy. Cooper zaniepokojony wyraził swoje obawy:
- Czuję smród jakiegoś pająka.
- To pełzacz. – odparłem.
- Skąd wiesz?
- Byłem w kolonii karnej w Khorinis. Była tam wielka kopalnia i całe masy tak samo śmierdzących stworów.
I rzeczywiście, na końcu tunelu stał pełzacz. Olbrzymi pająk, który miał 8 nóg był trudnym przeciwnikiem. Ale jednak, po wypiciu mikstury leczniczej i odzyskaniu sił dobiłem stwora prosto w serce. Padł, a Cooper wyraził zdziwienie:
- Jak mogłeś walczyć z tyloma stworami?
- Nie uwierzysz, ale kiedyś byłem potężnym wojownikiem, który takiego pełzacza położy jednym ciosem, a trolla po pięciu.
- Rzeczywiście, trudno sobie to teraz wyobrazić.
Po skończonej rozmowie przeszukałem skrzynię. Znalazłem dziwny, wygięty, długi nóż, chyba zatruty. Z pewnością asasynów z południa. Tylko co by tu robił asasyn?
Odezwałem się do Joeya:
- Południowe wyjście z Reddock zostało oczyszczone.
- Udało ci się to? Dziękuję, to mi bardzo ułatwi pracę. Weź trochę złota za fatygę.
Po czym dał mi 250 sztuk złota.
Następnie wyszliśmy na powierzchnię, i ruszyliśmy na zachód. Po drodze przypomniałem sobie o roślinach leczniczych. Tak więc zacząłem zbierać zielsko. Uzbierałem 12 sztuk, więc doszedłem do wniosku, że to bardzo ułatwi walkę z dzikami, do których szedłem. Stanąłem sobie na wzgórzu, naciągnąłem łuk i nakazałem Cooperowi iście do przodu.
W pewnym momencie puściłem strzałę. Dzik nieświadomy zasnął. Zza drzew wyłonił się wilk. Skorzystałem z pomocy wilka, który ubił dzika i okazał się bardzo przydatny w ubiciu kolejnego, ostatniego już. Wystarczyło go tylko dobić i padł martwy. Udałem się przekazać Brentonowi dobrą wiadomość. Dał mi jednak te 30 sztuk złota, i wyraził szacunek. Dalej poszedłem do orkowego patrolu stacjonującego między Reddock a Ardeą...

Na skład tego patrolu składało się dwóch zwiadowców i dwóch wojowników. Zauważyłem w lesie dość dużą watahę wilków. Podszedłem do nich, a one rzuciły się w moją stronę. Następnie ile sił w nogach biegłem do obozowiska orków. Wilki zabiły dwóch zwiadowców i wojownika. Wystarczyło już dobić orka i odebrać nagrodę. Walka była banalna, gdyż w dwójkę bez najmniejszych problemów zabiliśmy orka i odebraliśmy nagrodę: 350 sztuk złota poszło do mnie a reszta do Coopera. Następnie udaliśmy się na farmę. Był tam jeden niewolnik, który rąbał drewno.
- Co tu robisz?
- Jestem niewolnikiem. Macham siekierą, choć z zawodu jestem kowalem. Ale dla orków kowal nie ma żadnego znaczenia, jeśli jest człowiekiem.
- Buntownikom z Reddock przydałby się kowal.
- Taaaa. To uwolnij mnie stąd.
- Jak mogę cię uwolnić?
- Kup mnie. Nie jestem zbyt wiele wart. Albo walcz z tymi orkami. Pomogę ci w tym.
Wkroczyłem do domku, jedynego zresztą. Na tronie, częściowo zrobionym z kości ludzkich siedział potężnie zbudowany ork.
- Czego chcesz, Morra?
- Chcę twojego niewolnika.
- Ha. Ty mi bardziej wyglądasz na niewolnika.
- Nie mam pana.
- Niewolnicy tak mówią. A tymczasem wszyscy są słabiakami.
- Zaraz ci pokażę który z nas dwóch jest słabiakiem.
Ork się bardzo zdenerwował, wyciągnął swój topór i zaczęła się walka. Bez większych problemów pokonaliśmy go. Cooper żądny krwi dobił orka i zaczęła się walka. Orkowie przy ognisku przybiegli i wszyscy dobyli broni. Kowal również nam bardzo pomógł. Był on silny, gdyż paroma ciosami powalił orka na ziemię. Po ich wybiciu odezwałem się do niego:
- Jesteś już wolny.
- Dziękuję ci.
- A teraz idź do Reddock i zacznij tam pracować.
- Dobrze, ale ja nawet nie wiem gdzie jest to całe Reddock. Będziesz musiał mnie tam zaprowadzić.
- Chodź ze mną. Zaprowadzę cię do Reddock.
A więc zaprowadziłem go do przywódcy Reddock, Javiera. On bardzo się ucieszył.
- Weź te złoto. Przyda ci się jak udasz się do Cape Dun.
- Gdzie jest Cape Dun?
- Idź stąd na południe, pod koniec skręć na wschód. Przed Cape Dun stoi chata myśliwego Jensa. Znam go. On cię nauczy jak być wzorowym myśliwym. Powiedz mu, że znasz Javiera.
- Dziękuję i do widzenia.

Rozdział 3: Kap Dun

Tak jak mówił Javier przed Cape Dun stała chatka myśliwka, a przed domkiem stał człowiek uzbrojony w łuk myśliwski i rapier. Zagadałem go:
- Jak leci?
- Czego chcesz?
- Masz na imię Jens?
- Tak, a co?
- Przysyła mnie Javier. Mówi, że możesz mnie nauczyć strzelać z łuku.
- Nommm, tak mogę cię nauczyć kilku sztuczek związanych z łucznictwem. Ale wcześniej załatw mi 10 wilczych skór.
- Skąd wezmę wilcze skóry?
- Orkowie z Cape Dun mają ich dużo, bo myśliwi dają im całą dostawę.
- Załatwię ci skóry.
Ruszyłem w kierunku miasteczka. Sytuacja w tym mieście była bliźniaczo podobna do sytuacji w Ardei, oprócz tego, że w Cape Dun są też ludzie ubrani w zbroję, z pewnością najemnicy. Spytałem się jednego z najemników:
- Po co tu stoisz?
- Muszę pilnować tych niewolników. Jeden z nich niedawno uciekł. Jeśli chcesz go złapać, to szczegóły ustal z Gamalem tym Asasynem.
- Czy jest tu coś do roboty?
- Tu w Cape Dun jest masa rzeczy do zrobienia. Idź do Bufforda. Masa swoją chatę na końcu głównej ulicy. Jeśli chcesz tu pracować, to on jest twoją jedyną nadzieją by do czegoś tu dojść.
Spytałem się też orka pilnującego bramy wejściowej:
- Co znajdę w miasteczku?
- Miasteczku? Cape Dun to dziura zabita dechami.
A więc wkroczyłem do dziury zabitej dechami.

Uwagę przyciągał duży dom ze strażnikami przed nim. Po wyglądzie można było się domyślić, że był to dom wodza, a wojownicy przed domem pochodzili z Elity.
- Wpuścisz mnie do środka?
- Nie. Nie wiemy czy można ci ufać.
- Co mogę zrobić byś wpuścił mnie do środka?
- A jak sądzisz? Zrób coś pożytecznego.
Urwałem rozmowę i udałem się do szefa najemników w Cape Dun czyli Bufforda.
- Jesteś tu szefem?
- Tak, ale tylko najemników. A ty? Miałbym robotę dla takiego silnego wojownika jak ty.
- Masz dla mnie robotę? O co chodzi?
- Ostatnio wokół miasta zaczęły się pojawiać wygłodzone wilki. Pożarły nam już kilku niewolników. Wybij je, a dostaniesz złoto i zyskasz sobie w oczach orków.
- Zajmę się wilkami.
- To dobrze, ale śpiesz się, bo już niedługo nie będziemy mieli niewolników.
Następnie dostrzegłem dziwny namiot w którym siedział strażnik pilnujący czegoś. Zapewne był to dom asasyna. Dziwne łóżko oraz metalowy kufer pozwalały się domyślać.
Zapytałem strażnika:
- Czego tu pilnujesz?
- Skrzyni Gamala. Nawet nie podchodź do niej bo odrąbie ci rękę.
- Gdzie znajdę Gamala?
- Nie wierzę! Nie widziałem asasyna jak wchodziłeś do tej dziury?
A więc znalazłem Gamala:
- Kim jesteś?
- Nazywam się Gamal. Jestem łowcą niewolników. A propo: ostatnio uciekł nam jeden niewolnik. Nazywa się Harek. Zapewne jest gdzieś w pobliżu. Zainteresowany?
- Zniewalasz ludzi dla orków?
- To praca jak każda inna.
- Zajmę się Harekiem. Gdzie jest?
- Ha ha ha. Gdybym to wiedział, to bym już dawno temu go złapał, nie sądzisz? Ale pewnością wciąż jest w pobliżu.
Wyruszyłem na poszukiwania Hareka. Znalazłem go po kilku minutach. Krył się przy drzewie, obok Cape Dun tak, że nikt nie mógł go zauważyć.
- Co tu robisz?
- Jestem alchemikiem. Nazywam się Harek. Masz może kawałek pieczeni?
- Nie. Nie wyglądasz mi na alchemika.
- No dobra. Przecież tak tego nie ukryję. Jestem zbiegłym niewolnikiem. Co teraz zamierzasz?
- Zabiorę cię do twojego pana, Gamala.
- Poczekaj, może się jakoś dogadamy?
- Co możesz mi zaoferować?
- Mogę cię nauczyć akrobatyki.
- Zabiorę cię do twojego pana Gamala.
- No dobra.
Zabrałem go do Gamala.
- Dziękuję Synu Uczynności. Weź te złoto.
Dał mi 200 sztuk złota. Cooper wziął 50. Następnie poszliśmy na poszukiwania wygłodniałych wilków. Było ich dość mało. 4 wilki, które poszły każdy po jednym ciosie.
Z powrotem poszliśmy do Bufforda, który dał nam 200 sztuk złota. Zauważyłem kwatermistrza.
- Czego chcesz?
- Sprzedasz też coś?
- Załatw mi mikstury lecznicze. 3 powinny wystarczyć. W Cape Dun panował ostatnio spokój, ale nic nie wiadomo.
- Proszę. Weź te mikstury.
- Dziękuję. Weź te złoto.
Następnie poszedłem w górę...

Na górze znajdowała się wieża obserwacyjna, pod którą dziwne mieszkanie, w którym żył sobie więzień, paladyn. A na środku górnego poziomu znajdował się mały teren otoczony pochodniami.
- Kto ustawia walki na arenie?
- Ja! – odpowiedział ork o imieniu Arokhh.
- Chcę walczyć na arenie.
- Dobra. Na początku powalczysz ze słabym przeciwnikiem.
- Co dostanie mistrz areny?
- Nowy mistrz areny otrzyma miecz. Przegrani nie dostają nic. Idź już Morra, przeciwnik na ciebie czeka.
Fadi, mój przeciwnik władał zwykłym mieczem. Sam w sobie był dość słabym wrogiem. Bronił się dzielnie tarczą, ale przed strachem wypadł z areny.
- Wygrałem!
- Tak, ale miałeś słabego przeciwnika.
- Załatw mi dobrego przeciwnika.
- Ha. Ale jak chcesz to proszę bardzo, nie zatrzymuję cię.
Darmok, obecny mistrz areny w Cape Dun był wytrzymałym, silnym, władającym Krush Varokiem, nasłynniejszą bronią orków, wojownikiem. Nie miał tarczy, lecz świetnie wyprowadzał szybkie serię ciosów, które jednak zadawały mi dość małe obrażenia. Pchnąłem go prosto w brzuch, a ten skulił się na ziemię i padł. Chyba byłem nowym mistrzem tej areny. Doszedłem jednak do wniosku, że trzeba by było odebrać nagrodę.
- Wygrałem!
- Tak, to była świetna walka.
- Co z nagrodą?
- Tak, tak, ten oto miecz. Noś go z dumą, bo to dobre ostrze.

Po zejściu z powrotem na niższy teren zobaczyłem orka, który pilnował swojego magazynu.
- Wciąż nie dotarły moje towary! Co wy najemnicy robicie całymi dniami?
- Ale...
- Milczeć! Chce aby moje towary tu dotarły.
- Na jakie towary czekasz?
- Na 3 srebrne kielichy podpisane moim imieniem.
- Masz ekwipunek schwytanego paladyna?
- Tak. Mam tu ten złom. Pęknięta zbroja, bezwartościowy puchar, zniszczona tarcza i miecz.
- Mogę dostać ten puchar?
- Dobra, za powiedzmy 300 złotych monet.
- Kupię to.
- Dla mnie to dobry interes. Hehehe.
- Skąd wezmę te twoje puchary?
- Z pewnością bandyci z wybrzeża przemycili to gdy docierała dostawa z naszego miasta w Monterze.
Kupiłem ten puchar, gdyż mógł on być ognistym pucharem, które pilnie poszukują Magowie Ognia. Z łatwością można było dostrzec na nim symbole Innosa, boga sił dobra.
Zauważyłem człowieka siedzącego na ziemi po turecku.
- Mam dla ciebie robotę – odezwał się.
- Robotę?
- Tak. Jestem złodziejem.
- O co chodzi?
- W magazynie Urkrassa, tego orka, są 3 złote kielichy. Jeśli sprawisz by zniknęły nauczę cię czegoś o złodziejstwie.
- Dlaczego miałbym kraść, skoro nawet nie pożądasz łupu?
- My złodzieje, szukamy ludzi którzy mają te zdolności. Kto wie, może nawet się czegoś od ciebie nauczę.
- Gzie znajdę was więcej?
- Jesteśmy wszędzie, ale nigdzie.
- Jak rozpoznam któregoś z was?
- Takich jak ja rozpoznasz zadając właściwe pytania.
- Mogłem się domyślić.
Ruszyłem do magazynu Urkrassa. Do niego były dwa wejścia: frontowe, które pilnował Urkrass i boczne nie strzeżone. Jak łatwo można się domyślić, wybrałem to drugie. Magazyn był podzielony na dwie części: przednia w której stał ork, oraz tylnia, w której
znajdowały się puchary. Łatwo ukradłem je, oraz kamień teleportacyjny do Cape Dun.
Skradałem się do wyjścia. Oddałem łup Serukowi, złodziejowi. Powiedział do mnie:
- Jeśli chcesz poduczę cię teraz we złodziejskim fachu. Nie jestem Laresem, ale dla ciebie wystarczy.
- Lares jest tutaj?
- Nie, ale przechodził tędy. Powiedział mi, że jakby co to idzie Geldern. Podobno szamani orków mają w świątyni złote talerze, które kosztują ogromną sumę. A co znasz Laresa?
- Tak znam, jak przypływałem był na statku.
- W każdym bądź razie, jak się sprężysz to go złapiesz w Monterze lub Silden.
- Masz dla mnie jeszcze jakąś robotę?
- Podobno strażnik wieży Jack w Ardei nieźle zarobił na buntownikach.
- Naucz mnie czegoś o złodziejstwie.
- Co chcesz wiedzieć?
- Jak otwierać trudne zamki.
- A. Chcesz się dobrać do kosztowności. Rozumiem. Trzymaj wytrych samymi koniuszkami palców. Powinno ci się udać.
Ruszyłem do Ardei. Tak się składało, że zebrałem już 10 wilczych skór. Zaniosłem je Jensowi.
- Teraz nauczę cię kilku sztuczek.
- Jak zostać myśliwym.
- Naciągnij mocno łuk, puść strzałę. I jeszcze jedno: zawsze celuj w serce lub głowę zwierzyny. Zadasz wtedy olbrzymie obrażenia nawet zużytym łukiem.
Szedłem do Ardei. Po drodze nie było nikogo.
Po wędrówce Hamlar, starszy wioski powiedział:
- Dobrze, że buntownicy już tu są. Sami nie mielibyśmy najmniejszych szans.
Poszedłem do Jacka.
- Ahoj marynarzu, wędrujesz ku wspaniałej przygodzie?
- Podobno wziąłeś złoto od buntowników.
- Tak. Miałem im dać znak kiedy przybędzie kolejny statek. Podobno miał nim przypłynąć zbawiciel, który oswobodzi Myrtanę.
- Daj mi złoto buntowników.
- Dobrze. Po co takiemu staremu wilkowi morskiemu tyle złota. Ale nie przepij go w barze.
- Potrzebujesz pomocy?
- Martwią mnie te szczury okrętowe. Zakradają się tu i okradają mnie. Założę się, że czekają tylko by mi poderżnąć gardło we śnie.
- Zajmę się szczurami okrętowymi.
- Dobrze. Ale uważaj to niebezpieczne typy.
Złoto buntowników to 400 złotych monet. A szczury okrętowe to w rzeczywistości słabe bandziory. Niezbyt wytrzymałe fizycznie. Drewniana tarcza i zardzewiały miecz to podstawa bandziorków. Czy tylko tyle stać wielkiego Ortegę, szefa bandytów?
- Szczury okrętowe nie będą cię już więcej niepokoić.
- Dziękuję ci. Weź całe moje złoto, mnie i tak nie jest potrzebne.
Wróciłem z powrotem do Cape Dun, gdyż czekała nie tam jeszcze cała masa roboty.

Zauważyłem znudzonego najemnika orków.
- Co tu robisz?
- Jestem na warcie. Ale bez gorzałki. Wyobrażasz to sobie? Stać na warcie bez gorzały! Załatw mi flaszkę gorzały, a zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi.
- Oto gorzała.
- Dziękuję.
- Co byś wolał robić?
- Wolałbym wyruszyć na wielką bitwę z bandytami.
- Bandytami?
- Nie słyszałeś o Ortedze? Jest szefem bandytów z wybrzeża
- Ruszmy na bitwę.
- Nareszcie. Ortega musi się gdzieś ukrywać w jakiejś jaskini na wybrzeżu.
Ruszyliśmy na wybrzeże. Ja, Cooper i Cyrus, najemnik. Natknęliśmy się na paru bandziorków uzbrojonych w , a jakże, pałki, zardzewiałe miecze i tarcze. Byli oni bardzo łatwymi przeciwnikami. Cooper dość mocno jednak ucierpiał i musiał wypić miksturę leczniczą. Cyrus i Cooper nie umieli otwierać zamków, więc cała odpowiedzialność spoczywała na mnie. A w skrzyni znaleźliśmy puchary Urkrassa. Szliśmy dalej. Gdzieś w oddali zamajaczyła sylwetka dwóch bandytów z halabardami. Z pewnością znaleźliśmy kryjówkę bandytów z wybrzeża. Cyrus krzyknął:
- Dorwę was, bandyci!
- Zamknij się! – wrzasnęliśmy.
Cyrus zwalił nam na głowę cała zgraję bandytów. Trzeba przyznać, że była to pierwsza poważniejsza bitwa. Niektórzy bandyci strzelali z kusz i łuków, co znacznie utrudniało nam zadanie. Wszyscy ucierpieliśmy na tej bitwie: Cyrus odniósł poważną ranę, bo jeden z łuczników strzelił mu strzałą w nogę. Cooper dostał parę razy pałką po łbie. A ja dostałem z zatrutej strzały od samego Ortegi: na szczęście miałem przy sobie odtrutkę, inaczej już by mnie nie było. Bitwa była bardzo emocjonująca: prawie skończyły się nam mikstury lecznicze, bełty się Cyrusowi wyczerpały a Cooperowi stępił się miecz. W jaskiniach było kilka ciekawych łupów: w skrzyni Ortegi znajdowały się ogniste strzały. Mój kołczan przepełnił się strzałami z ogniem na końcu. Cooper znalazł świetny miecz: zabójca orków który kiedyś miałem ja. A Cyrus znalazł genialną kuszę i dużo bełtów do niej. Zadowoleni ruszyliśmy z powrotem do Cape Dun. Odniosłem Urkrassowi jego kielichy. Zapytałem się Bufforda czy orkowie są ze mnie zadowoleni a ten odpowiedział, że mogę porozmawiać z Urukiem wodzem Cape Dun. Zadowolony ruszyłem w kierunku najwyższego domu w Cape Dun...

Rozdział 5: Ciało, krew i kość.

Strażnicy zatrzymali mnie, lecz po chwili powiedzieli, że mogę wejść.
- Ach. To ty jesteś tą Morrą, która tak dużo zrobiła dla miasta. Moi ludzie o tobie mówią.
- Mam nadzieje, że nic złego?
- Nie, szanują cię. Potrzebny mi będzie ktoś taki jak ty.
- Co masz zrobić?
- Podobno w Cape Dun są buntownicy. Na razie nie znamy tożsamości ich przywódcy. Sukinsyn świetnie się ukrywa. Dowiedz się kto jest buntownikiem i zabij go.
- Skąd biorą się buntownicy?
- Podobno gdzieś w lasach znajduje się obóz buntowników. Niewolnicy nazywają ją Reddock. Zniszcz Reddock! Niech ci buntownicy już nigdy nie ujrzą światła dziennego!
Uruk był orkiem ubranym w czerwoną szatę. Był silny, jak na orka przystało. Przypomniało mi się o schwytanym paladynu.
- Chcę pomówić z palladynem.
- Dobra, idź. Możesz z nim pogadać.
Ruszyłem na poszukiwania buntowniczego podziemia w Cape Dun...

Nie rozmawiałem jeszcze z świniopasem.
- Czemu nie zajmiesz się czymś innym niż przerzucanie gnoju?
- Dlaczego? Bo zmusili mnie do tego orkowie.
- Nie zawsze byłeś świniopasem, prawda?
- A któż z nas zachował stanowisko sprzed wojny? Spytaj wszystkich którzy nie chcieli się poddać. Przed wojną należałem do milicji tego miasta. Innos wie, że oddałbym wszystko za powrót do starych dobrych czasów.
- Należysz do buntowniczego podziemia.
- Buntownicy: nienawidzę tego słowa. Jesteśmy prostymi ludźmi którzy nie chcą się podporządkować okupantowi.
- Przysyła mnie Javier.
- Byłeś więc już w Reddock. Dobrze wiedzieć że wciąż istnieje. Dziękuje za informację.
- Kiedy rozpocznie się rewolucja?
- Orkowie mają przewagę liczebną. W wieży więziony jest potężny paladyn Wenzel. Z jego pomocą zaatakował bym orków w Cape Dun.
- Jak mogę was wesprzeć?
- Tutejsze życie nie jest pozbawione zagrożeń.
- Kogo mam zabić?
- Nie. Przynieś nam 3 paczki broni. Nic specjalnego.

Udałem się na górę po to by pogadać z paladynem.
- Stać! Ani kroku dalej!- zatrzymał mnie strażnik.
- Chce przejść!-
- Możesz wejść, Morra!
Na ziemi leżał paladyn, ubrany w zbroję i miecz zakonu.
- Tylko nie to, błagam. Aha, nie jesteś orkiem. Jak się tu dostałeś?
- Kim jesteś.
- Mam na imię Wenzel. Jestem paladynem. Pochodzę z Montery walczyłem tam z orkami.
- Co się wydarzyło w Monterze?
- Pewnej nocy tuż przed świtem wioskę otoczyli orkowie. I tyle tego było. Niemal połowę z nas zabito.
- Gdzie jest ta Montera?
- Na północy. Aby tam dotrzeć musisz przebyć łańcuch górski oddzielający wybrzeże od reszty krainy.
- Odzyskałem twój puchar.
- Dobra robota. Ten puchar trzeba zanieść magom Ognia. To Ognisty Puchar. Niezwykle rzadki i niezwykle cenny.
- Czemu ty jesteś więźniem a nie niewolnikiem?
- Jeden z ich łowców niewolników wysłał mnie tu. Od tamtego czasu orkowie przychodzą codziennie i mnie przesłuchują. Chcą bym im zdradził położenie obozu buntowników, Reddock.
- Co jeszcze wiesz o Reddock?
- To największe i zarazem jedyne bezpieczne schronienie dla buntowników na wybrzeżu.
- Gdzie jeszcze znajdę buntowników, poza Reddock?
- Wszędzie. Ukrywają się w lasach, jaskiniach, zboczach, urwiskach. Orkowie nigdy ich wszystkich nie wyłapią. Nie spoczniemy dopóki Myrtana nie będzie wolna.
- Uwolnijmy to miasto.
- Wielu już proponowało mi udział w tym przedsięwzięciu.
- I?
- Dopiero przy tobie czuje, że jest szansa. Mimo to dwóm osobom będzie ciężko.
Poszedłem na dół. Udałem się do Phila.
- Rozmawiałem z Wenzelem.
- Doskonale. Pomoże w rewolucji?
- Dokładnie tak powiedział.
- Zaatakujcie orków na górze. My zaczniemy na dole.
- Na czym dokładnie ma polegać ta rewolucja?
- Gdy już zaatakujecie orków będziemy wiedzieć, że już nadszedł ten moment. I pamiętaj, że szanse będziemy mieć tylko wtedy gdy zabijesz wodza orków.
Poszedłem do Wenzela.

- Podziemie nas wesprze . Walczy TERAZ.
- Na co więc czekamy. Chodźmy! Będę walczyć aż do śmierci!
Cyrus nieoczekiwanie zaatakował mnie. Musiałem go zabić. Dobiłem go a orkowie już nie chcieli ze mną gadać. Wręcz przeciwnie, również mnie atakowali! Z obnażonym mieczem razem z Wenzelem rozpoczęliśmy egzekucje orków. Większość bitwy rozegrała się na górze, gdzie razem z Wenzelem wybawialiśmy orków i jednego za drugim zabijaliśmy. Ja schowałem się w domku Arokkha i strzelałem z łuku a Wenzel mieczem zakonu dokonał wiele egzekucji. Najemnicy orków byli bardzo słabi, padali po 3,4 ciosach mego miecza. Wszystko było łatwe do czasu aż przyszedł Uruk. Zdenerwowany atakował jak małpa tylko mnie. Ale Wenzel był dobrym kumplem. Przyskrzyniliśmy go a mój ostatni cios tak go odrzucił, że poleciał na dół, na plażę i stał się tam pokarmem dla topielców. Na dole walka też się toczyła ale niewolnicy z bronią radzili sobie gorzej od maga. Asasyni jak się okazało są słabi w posługiwaniu się bronią. Po zabiciu strażnika Gamala, Gamal tak uciekał, że aż się za nim kurzyło. Padł po ciosie Phila, wodza buntowników w Cape Dun, który podniósł sobie wielki topór po Silasie, strażniku niewolników. Rąbnął Gamala tak mocno, że aż poleciał na swoją ukochaną skrzynie. Orkowie mieli coraz mniejszą władzę w Cape Dun, ale po zabiciu alchemika i Bufforda było już wiadome, że przegrają bitwę. Zaczęli uciekać lecz niewolnicy skutecznie walili orków w twarz. Niektórzy nawet rywalizowali ze sobą kto strzeli po łbie więcej uciekających orków.
- Cape Dun jest wolno i ty także- odezwałem się do Wenzela.
- Dzięki ci wielkie. Aha i jeszcze jedno: jeśli wyruszysz kiedyś do Montery znajdź wilczą jaskinie na południe od Montery. Jest tam miecz który nigdy mnie nie zawiódł. Nie pożałujesz gdy mi go zwrócisz.
Zabrałem złoto z ciał i ruszyliśmy dalej. Cooper przeżył rewolucję w Cape Dun, lecz o nią pytany nie odzywał się. Ruszyłem do Montery.

Za to Cooper bardzo był ciekawy gdzie spadło ciało Uruka. Ulegając jego prośbom poszliśmy na dół, na plażę. Szukaliśmy ciała orkowego dowódcy. Nie znaleźliśmy go. Natomiast walczyliśmy z topielcami. Atakują one dość szybko, lecz pokonać je idzie po paru ciosach miecza. Zamiast ciała Uruka znaleźliśmy wielką jaskinię. Postanowiliśmy wejść do niej. Ale dla Coopera to był błąd. Musieliśmy sobie poradzić z dziesięcioma goblinami, lecz nie one sprawiły nam tyle kłopotu. Przeszukaliśmy gobliny i ich skrzynie. Znaleźliśmy trochę zakurzonego złota. Ale jaskinia była wielopoziomowa. Schodząc na dół ostrzegłem mojego towarzysza z Reddock, że to się może źle dla jego skończyć. Nie posłuchał mnie i zszedł na dół jako pierwszy. I wtedy ziemia zadrżała i z bocznej jaskini wyłoniły się dwa SMOKI! Cooper nawrócił i jak najprędzej uciekał na górę, by zachować swe życie. Niestety smok zabarykadował Cooperowi drogę ścianą ognia. Zrezygnowany Cooper chwycił za miecz i rzucił się na jednego smoka, robiąc mu skrzydła i dźgnął go w serce. Drugi smok rzucił z paszczy olbrzymią kulę ognia, która spaliła Coopera. Płacząc za towarzyszem pobiegłem na wyższą wysokość i wyjąłem łuk. Strzelałem z niego w paszczę i skrzydła smoka. Po wyczerpaniu strzał z ogniem na końcu smoczysko padło a bohater Cooper odszedł do lepszego świata. Mam nadzieje, że spotka go lepszy los ode mnie...

Rozdział 6: Druidzki kamień.

Ruszyłem do Montery. Szedłem dość długo, aż zauważyłem smutnego człowieka siedzącego na pniu przy wozie.
- Za późno wszystko przepadło. – powiedział.
- Jaki masz problem?
- Spójrz na bałagan na tej drodze. Bandyci zabrali mi wszystko co miałem. Przeklęty Ortega i gang jego brudasów.
- Co ci zabrali?
- Byłem w drodze do Ardei, z pięcioma małymi skrzyniami z oliwą do lamp. Wszystkie zabrali.
- Co zamierzasz teraz zrobić?
- Czekam na cud, albo na kolejny patrol orków, który wyśle mnie do kopalni.
Po drodze do Montery spotkałem dzika. Miał dużo mięsa, które zjadłem od razu.
Znalazłem otoczony belkami obozik buntowników którym dowodził Armon.
- Stój. Ani kroku dalej.
- Spokojnie, nie chcę ci zrobić krzywdy.
- Na Innosa. Myślałem, że jesteś jednym z tych orkowych najemników.
- Nie boisz się, że orkowie cię złapią?
- Orkowie są nieuważni i hałaśliwi. Słyszę ich z odległości pół mili. Jedyne co mnie niepokoi to plaga tych goblinów.
- Bardziej boisz się goblinów niż orków?
- Ja się wcale nie boję. Gobliny zakradają się do obozu i zabierają wszystko co znajdą po drodze. Gdzieś niedaleko musi być gniazdo tych stworzeń.
- Opowiedz mi o okolicy.
- Jesteśmy w kompletnej głuszy. Jeśli pójdziesz ścieżką na zachód dotrzesz do Montery. O ile bandyci nie poderzną ci po drodze gardła.
Ruszyłem dalej. Długa droga była już za mną. Nagle zauważyłem mostek. Przeszłem przez most i zauważyłem farmę.
- Zaraz. Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem. Nie mów, że udało ci się prześlizgnąć obok orków.
- Masz strasznie niewyparzoną gębę.
- Co? Nie myślisz chyba, że się ciebie boję. Pracuj albo cię do tego zmuszę. Zgłosisz się w ciągu trzech dni do przywódcy najemników w Monterze albo będziesz mieć kłopoty, jasne?
- Jak mogę dostać się do Montery?
- Jeśli pójdziesz na północ dotrzesz tam szybciej, ale na pewno zaatakują cię bandyci. Lepsza jest ścieżka na zachód. To dłuższa droga, ale mniej niebezpieczna.
Jako, że wiem jacy są bandyci ruszyłem na zachód. Po kilku pokonanych zwierzętach zauważyłem ludzi ubranych w zwiewne szaty.

- Rozmawiając z Porganem lepiej okaż mu należyty szacunek albo będziesz miał do czynienia ze mną – powiedział pilnujący jakiejś jaskini goniec leśny.
- Kim jesteś?
- Jestem gońcem leśnym oraz instruktorem sztuk walki. Nazywam się Arakos i jestem osobistym strażnikiem Porgana więc lepiej uważaj.
- Co to za miejsce?
- To dolina bólu i rozpaczy. To była kiedyś największa wieś Gońców Leśnych w Myrtanie. Ludzie nadciągali zewsząd by nasz druid położył na nich swe uzdrawiające dłonie.
- Co tu się stało?
- Orkowie najechali naszą wioskę, zagrabili wszystko co zdołali. Jestem jednym z niewielu którym udało się przeżyć.
- Toczycie wojnę z orkami?
- My Gońcy jesteśmy spokojnym ludem. Oprkowie przyszli tutaj z wyciągniętymi mieczami. Odbieramy tylko to co się nam należy, nic więcej, nic mniej.
- Gdzie są orkowie którzy to zrobili?
- Pouciekali do miast Myrtany. Tam ich nie dopadniemy. Ale zostawili niewielki patrol na północy.
Poszedłem do druida Porgana po to by z nim porozmawiać.
- Niech cię Adanos chroni, przyjacielu. W czym mogę ci pomóc, wędrowcze.
- To chyba ty tu dowodzisz.
- ?adnym dowódcą nie jestem. Moje dzieci Gońcy Leśni towarzyszą mi z własnej nieprzymuszonej woli.
- Jaka istota jest źródłem twojej mocy?
- Mój kamień posiada moc dzika. Niestety ukradli go orkowie. Bardzo mnie niepokoi to, że spoczywa w łapskach tych głupich istot.
- Możesz mnie uleczyć?
- Mogę, wędrowcze. Podejdź do mego ognia a uleczę twe rany.
- Ulecz me rany.
- Niech światło Adanosa rozjaśni to ciało.
Teraz druid zniekształcił się przedziwnie, wygiął się, a we mnie weszła moc i chęć do walki.
- Zajmijmy się tym patrolem orków.
- O niczym innym nie marzę. Tylko nie wiem czy jesteśmy wystarczająco silni.
- Nie martw się. Damy radę.
- No dobra. Za mną, za Porgana.
Ruszyliśmy przez las. Patrol orków składał się z trzech osobników. Łatwo poszli. Jeden z nich miał przy sobie zniszczony kamień druidów Porgana. Wziąłem go.
- Orkowie to stworzenia Adanosa, podobnie jak ty i ja.
- Patrol Orków należy do przeszłości.
- Dziękuje przyjacielu. Proszę weź to. Niech światło Adanosa oświetla ci drogę.
Ruszyłem z powrotem do Porgana, po to by dać mu jego kamień.
- Znalazłem twój kamień druidów.
- Dziękuje, wędrowcze. Widzę jednak, że jest blady. Aby odzyskał swą dawną moc będę musiał go z powrotem naładować.
- Możesz ponownie naładować kamień druidów?
- Tak. Niestety brak mi odpowiednich składników. Zwróciłeś mi kamień. Jeśli pomożesz mi go ponownie naładować, podziele się z tobą jego mocą.
- Pomogę ci w poszukiwaniu składników.
- Dobrze. Potrzebuje dwudziestu kamiennych korzeni. Rosną wyłącznie w miejscach wilgotnych i przy korytach rzek.
Udałem się nad pobliską rzekę. Szczęśliwym trafem było tam wiele kamiennych korzeni: po przeliczeniu okazało się, że mam ich w torbie dwadzieścia cztery.
- Masz. Oto twoje kamienne korzenie.
- Dziękuje, wędrowcze. Teraz podzielę się z tobą mocą. Weź mój kamień druidów. Pilnuj go lepiej niż ja bym mógł.
Po ciekawej przygodzie poszedłem wreszcie do Montery

Na zachód od Montery siedzieli buntownicy.
- Za króla.
- Bardzoś odważny.
- Co masz na myśli?
- Długo nie pożyjesz z takim nastawieniem. Nie przy tych wszystkich, okupujących te krainę orkach.
- Powinieneś traktować nas z większym szacunkiem, bo skończysz jak ci pustynni kupcy.
- O jakich to kupcach mówisz?
- Jeśli podążysz drogą na zachód zobaczysz pozostałości po ich towarach. Okradliśmy ich i przepędziliśmy.
- Okradliście pustynnych kupców?
- I to jak! Zanim jednak zaczniesz kombinować, wszystko już zabraliśmy do Okary.
- Powiedz mi coś więcej o Okarze.
- Szybko się o niej dowiesz.
- Gdzie są teraz pustynni kupcy?
- Ha, pognali aż do Montery.
- Co tu robisz?
- Czekam na sygał od naszego człowieka w Monterze. Miał nam dać sygnał do rozpoczęcia rewolucji.
- Opowiedz mi coś więcej o waszym szpiegu.
- Myślisz, że jak mnie nie zabiłeś to od razu ci zaufam? O nie to było by zbyt proste.
- Chcę się do was przyłączyć.
- Udowodnij to. Od kilku dni jeden z tych durnych najemników siedzi przy naszym miejscu spotkań. Niech sobie pójdzie!
- A gdzie jest wasze miejsce spotkań?
- Na wzgórzu na południe od Montery. Stoi tam stara zrujnowana wieża.
Poszedłem do tego miejsca.
- Spadaj, robalu.
- Mała przerwa co? A nie powinieneś doglądać niewolników albo coś w tym stylu?
- A co cie to obchodzi?
- Wracaj do pracy albo zgłoszę sprawę twoim przełożonym.
- Spadaj wariacie.
- To wzgórze nie jest dość duże dla nas dwóch.
- Czyżby? I co z tym zrobisz.
Poszedłem zgłosić sprawę szefowi najemników w Monterze.

Ciekawostki:
W drugim rozdziale Bezimienny mówi o pełzaczach. Jest to nawiązanie do G1.
Nazwa piątego rozdziału: Ciało, Krew i kość, pochodzi z książki Harry Potter i Czara Ognia.

Gdy się spodoba zamieszczę kolejny rozdział.