Kamienica na Żelaznej - ciąg dalszy [+spadkobiercy, ehhh]

Witam
Dalszy ciąg nieszczęsnej kamienicy przy ulicy Żelaznej. Na razie nic dobrego
nie słychać, a do tego i w tej sprawie powraca jak bumerang kwestia "dawnych
spadkobierców"

Stary dom przy Żelaznej 65, w którym w styczniu zarwał się dach i część
stropów, będzie w połowie rozebrany. Dopiero wtedy przestanie być
niebezpieczny dla otoczenia i można będzie otworzyć zamkniętą od tygodni
ulicę

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34889,1909959.html

Budynek wygląda jak scenografia filmu grozy. Wyrwane okna, zawalone stropy,
przekrzywiona ściana od frontu. Na początku stycznia w części kamienicy
runął dach. Burmistrz Woli opowiedział się wtedy za zrównaniem domu z
ziemią, ale sprzeciwił się temu wojewódzki konserwator zabytków. Powiatowy
Inspektor Nadzoru Budowlanego nakazał zabezpieczenie budynku. Władze miasta
przekazały na ten cel 500 tys. zł. W południowej części domu, która nie
uległa katastrofie, zabezpieczenia już są.

- Ale część północną, gdzie nastąpił zawał, musimy rozebrać do parteru -
twiwrdzi Marek Lipiński, dyrektor wolskiego zarządu budynków komunalnych.
Rozbiórkę fragmentu kamienicy zalecił prof. Kazimierz Szulborski z
Politechniki Warszawskiej. - Tu już nie ma na co czekać. Ściany, kominy i
schody w północnej części domu w każdej chwili grożą katastrofą - mówi
profesor.

Dziś będzie przekonywał do swych racji wojewódzkiego konserwatora zabytków,
który postawił warunek zachowania fasady i ściany szczytowej od ul.
Grzybowskiej. Tymczasem proponowana rozbiórka oznacza usunięcie fragmentu
fasady.

Dyrektor ZBK planuje rozpoczęcie rozbiórki zaraz po niedzieli. Prace mają
trwać dwa tygodnie. - Potem będziemy mogli otworzyć ulicę - mówi dyr.
Lipiński.

Według dyrektora, zabezpieczenie kamienicy będzie na tyle trwałe, że starczy
na kilka lat. Czy oznacza to, że w środku miasta będzie teraz straszyła
ruina?

- Budynek stoi na miejskim gruncie. Decyzje w jego sprawie podejmować będą
władze miasta. Proszę ich spytać - mówi Marek Lipiński.

Tylko, że miasto nie zamierza w tej sprawie zrobić nic, bo do jednego lokalu
w kamienicy zgłosili roszczenia spadkobiercy byłych właścicieli. "W obecnym
stanie prawnym nie jest bowiem możliwe przeznaczenie środków finansowych na
kosztowny - szacowany na ok. 12 mln zł - remont nieruchomości, która być
może uznana zostanie za prywatną własność" - poinformowała nas Ewa
Wiśniewska, wicedyrektor Biura Polityki Lokalowej.

 

Posiedzenie Komisji Sportu i Rekreacji 05/12

Wiktor Lubicz napisał w "Polsce" , że podczas posiedzenia Komisji Sportu Rady Warszawy "ujawniły sie cztery opcje ( ratowania wyscigów) - Feliksa Klimczaka, Marka Grzybowskiego, Janusza Romanowskiego i Bożidara Blażevicia".
Jednak opcje, czy propozycje Grzybowskiego, Romanowskiego i Blażevicia są podobne, własciwie to jedna propozycja, sprowadzajaca sie do sprzedaży części zespołu torów wyscigów konnych. Grzybowski i Blażević chcą sprzedać tor roboczy, Romanowski woli zostawic tor roboczy i proponuje sprzedać inną część, czy części (łącznie 20 ha) nieruchomosci. W porownaniu z "opcją" Klmczaka pozornie wydaje sie, że to koncepcja na dłuższu czas.
Trzeba zatem zadac pytanie, a co będzie , jeśli kapitał uzyskany ze sprzedaży zostanie przejedzony lub zdefraudowany? Znowu odkroimy kawałek tor(t)u?
Po drugie - w koncepcji Grzybowskiego, Romanowskiego i Blażevicia ( uważam , że to jedna opcja) brakuje początku, czyli WYLICZENIA , ile i na co potrzeba pieniędzy, żeby uratowac tor.

Romanowski wyliczył i podał w swoim wystapieniu , że za 20 ha mozna uzyskac w przetargu cenę 200 mln dol, liczył , jak podał , po tysiąc dolarów za metr. Ci, którzy śledzą rynek na bieżąco podają, że Romanowski wziął ceny sprzed roku, a obecnie może połowę tej ceny można uzyskać. Czyli pomylił sie o jakieś 250 mln złotych! Dziekuję za takiego eksperta.
Przy okazji , Lubicz błędnie podaje, że Romanowski jest członkiem Rady PKWK; był jej członkiem, obecnie nie jest. Drobiazg, ale parafrazując , czy nie nie móglby pan, redaktorze, sprawdzac swoich informacji, jeśli zamierza je podawac w gazecie ?

Opcja Klmczaka - Totolotek daje 4-5 mln zł na nagrody dla właścicieli, a wyścigi zorganizuje (jakaś ) spółka właścicieli. Czyli pan prezes PKWK nie rozumie, że większy problem jest z torem niż z wyścigami. Wyścigi można przenieśc np. do Wrocławia albo do Budapesztu , a toru nie da sie przenieść. Żeby uratować wyścigi, trzeba uratować tory przed degradacją.

Lubicz pominął jeszcze jedna opcję, jaka "ujawniła się podczas posiedzenia Komisji Sportu, opcję Wiesława Wilczyńskiego - prywatyzacji torów służewieckich, co wymaga zmiany ustawy o wyscigach ( podobnie jak realizacja opcji "sprzedaznej").
Wilczyński - szef stołecznego biura sportu - powiedział też , że prezes Klimczak powinien podać sie do dymisji, a jesli sie nie poda, to powinien być odwołany, bo nie wykonuje ustawy o wyścigach konnch.
Odwołać Klimczaka może już najbliższa sesja Rady PKWK , zaplanowana w przyszłym tygodniu.
tx

dealer walutowy

Cytat:oj nudzi wam sie w Swieta;)
Na pierwszy ogien link:
http://praca.gazeta.pl/praca/1,47365,270984.html

potem w wolnej chwili cos popisze a Malin moze sie grubiej rozpisze



W zasadzie link, jaki zapodal Edge wyjasnia temat w 100% :) Ja moge dodac
jedynie, iz czesto banki szukajac oszczednosci nakladaja na jednego dealera
obowiazki spekulacji oraz wykonywania zlecen klientow. Rozdzielani sa za to
wyraznie dealerzy rynku pienieznego od dealerow rynku walutowego. Nie wiem
jak jest w tej chwili w bankach, ale gdy jeszcze pracowalem w Dch dealrow ep
Skarbu, rozpoczynala sie silna kampania kontroli ryzyka ponoszonego przez
bank jako calosc oraz przez poszczegolnych dealrow z osobna. Tak wiec z tym
narazaniem banku na bankructwo na skutek dzialan pojedynczych dealerow jest
mocno przesadzone. No chyba, ze bank daje calkowita swobode dealerowi nie
kontrolujac jego dzialan. I nie chodzi tutaj tylko o same przestrzeganie
limitow na wielkosc otwartej pozycji, ale takze limity na inne parametry
transakcyjne.

Ja moge powiedziec, ze na poczatku dealerzy walutowi PBKS patrzyli na mnie
jak na wroga. TO TEN, ktory bedzie nas kontrolowac nakazywac nam zamykac
pozycje, na ktorych przeciez mamy zarabiac. W ten sposob nie zarobimy dla
banku i posrednio dla siebie. Pozniej okazalo sie, zem nie taki straszny. A
kilka modeli ktore wprowadzilem dor ealizacji tak naprawde pomagalo dealerom
niz im przeszkadzalo.

druga sprawa to taka, iz kazdy z dealerow (wlaczajac to chief dealera)
wieksza wage przywiazywal do pozycji spekulacyjnych niz do tzw. pozycji z
przeszacowania sumy bilansowej banku. Zwyczajnie nie mieli na to juz czasu.
Dlatego moja pomoc barrdzo im sie przydala. Nie wchodzilem im w parade jesli
chodzi o ich indywidowalne pozycje spekulacyjne. Tutaj mieli swoej procedury
i w mojej ocenie ryzyko przez nich ponoszone bylo na akceptowalnym poziomie.
Zajalem sie za to powazniej ryzykiem calego portfela banku. I tam okazalo
sie calkiem ladne poletko do zagospodarowania. Przed koncem dnia chief
dealer zamykal pozycje na niektorych walutach, ktore mu wskazywalem w
raporcie. I taka sybmioza dawala naprawde dobre rezultaty. PBKS zamiast
ponisic "planowe" straty na pozycjach z przeszacowania w wysokosci 500 tys
PLN kwartalnie, zaczal z tego tytulu przynosci zyski w wysokosci ponad 2 500
tys PLN kwartalnie.

Odszedlem od tematu :) Musze zaznaczyc, iz od czasu, gdy pracowalem na co
dzien z dealerami walutowymi minelo juz ponad 6 lat. Od tego czasu rynek
bardzo sie zmienil. Nie do pomyslenia jest moim zdaniem teraz sytuacja, by
kurs kupna/sprzedazy negocjowac z drugim bankiem minute. A tak to wtedy
wygladalo. Dealer "wisial" na trzech roznych bankach i porownywal oferty
bid/ask od nich oraz od glownego brokera (wtedy byl to Prebon). Zawarcie
transakcji na 1 mio DEM (wtedy jescze nie bylo Euro) trwalo wiec czesto
okolo minuty. Dzis jest to nie do pomyslenia. Nie wim jak teraz to wyglada,
ale przypuszczam, iz nowe konsole Reutersa pozwalaja na zawarcie transakcji
podobnie szybko jak na platformach brokerow FOREX - czyli jednym kliknieciem
myszki.

Byc moze grupe nasza czytaja dealerzy walutowu wykonujacy ten zawod. Byc
moze nie ujawiaja sie. Moze jednak przynajmniej anonimowo powiedza nam sami
osobiscie, jak to teraz wszystko wyglada w "praniu" :)

To na razie tyle. Moze powiem jeszcze, ze wszystkich chlopakow z Dealing
Roomu bardzo lubilem. To naprawde fajowi ludzie byli.Szkoda, ze PBKS zostal
wchloniety przez PEKAO aoni musieli sie ewakuowac do Warszawy na Grzybowska.
Z dwoma z nich, ktorzy jednak zrezygnowali i woleli pozostac w Szczecinie
ciagle mam kontak. Mowia, ze juz im sie nie chce wracac do tych czasow. Za
duzy stres. Mam tez kontakt z chlopakiem, ktory pelnil role dealera-tradera
w fabryce kabli ZALOM w Szczecinie. Chlopak kosil niezla kase na rynku.
Bywaly kwartaly, gdy jego transakcje przynosily firmie 80% calego zysku
netto z danego okresu. Tez juz nie pracuje w tym zawodzie. Sprzedaje teraz
nieruchomosci i zarzeka sie, ze juz nie chce tradowac.

Jak sobie cos jeszcze przypomne, to dam znac. Pozdrawiam

Malin

Kamienica na Żelaznej-poszszszła... :-(

Dorzucam kilka tekstów z prasy

-Najpierw o poczynaniach Dembudu:
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,1850447.html
"Opuszczona dziś XIX-wieczna kamienica przy Żelaznej 65 jest cennym reliktem
dawnej zabudowy tej części miasta i jednym z symboli wojennej historii
Warszawy. (...) Gminni lokatorzy mieszkali w nim jeszcze w latach 90.
Dzielnica wykwaterowała ich, gdy firma _Dembud_ wyraziła gotowość renowacji
kamienicy. Od tamtej pory w pustych mieszkaniach nocowali bezdomni."
# Bardzo miło, prawda?

-Jeszcze jedna ciekawostka o firmie Dembud
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,1850454.html
"Ujawniliśmy [GW], że rozbiórki domu domaga się spółdzielnia mieszkaniowa
Dembud, która po sąsiedzku ma swoje budynki i od dawna stara się o przejęcie
również tej nieruchomości. W piśmie do powiatowego nadzoru budowlanego
spółdzielnia ostrzegła, że stan techniczny kamienicy jest zły i grozi jej
katastrofa budowlana. Jednak w połowie lat 90. ten sam Dembud zobowiązał się
stary budynek odrestaurować. Nie dotrzymał słowa, ponieważ - jak twierdzi
jego prezes Witold Romanowski - dom ma nieuregulowany stan prawny (do
nieruchomości zgłosili przed laty pretensje spadkobiercy byłych właścicieli,
ale od dawna ich nie ponawiają). - W zabezpieczenie tej kamienicy włożyliśmy
ponad 200 tys. zł. Z dobrego serca chcieliśmy ratować ten zabytek -
tłumaczył "Gazecie" prezes Romanowski.
- Gdyby Dembudowi zależało na ratowaniu kamienicy, toby wykupił do niej
prawa od spadkobierców. Wniosek o rozbiórkę świadczy o tym, że spółdzielnia
chce przejąć pusty plac pod nową zabudowę - stwierdził Tomasz Markiewicz,
prezes Zespołu Opiekunów Kulturowego Dziedzictwa Warszawy ZOK."
# To może winni są byli właściciele. A może źle skonstruowane prawo?

-Opinia eksperta http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,1850450.html
Od 1991 r. kolejne ekipy rządzące zarówno Wolą, jak i urzędem
konserwatorskim, doskonale zdawały sobie sprawę z wartości tej kamienicy. Od
maja 1991 r. w urzędzie konserwatorskim leży nasz szczegółowo uzasadniony
wniosek o wpisanie Żelaznej 65 do rejestru zabytków. Do dziś bez rezultatu i
odpowiedzi. Władze Woli nie dały złotówki, by zabezpieczyć dach tej
kamienicy, i to one ponoszą odpowiedzialność za obecną katastrofę.
Bezwzględnego ocalenia i zabezpieczenia wymaga lewa część kamienicy ze
szczególnie cenną z historycznego punktu widzenia ślepą ścianą. A pana
burmistrza Woli pragnę przestrzec przed próbą wykorzystania tej katastrofy
jako pretekstu do całkowitego wyburzenia zabytku.
# Ciekawe, czy da się ustalić winnego i go ukarać...

- I oto wypowiedź "bur-miszcza"
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,1850452.html
"Gdy we wrześniu "Gazeta" spytała burmistrza Andrzeja Borkowskiego o
niszczejący dom przy Żelaznej 65, usłyszała: "Wydawanie w tej chwili
samorządowych pieniędzy na remont kamienic, które mogą przejść w prywatne
ręce, byłoby niegospodarnością"

-Kilka informacji ogólnych
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,1850445.html
"W sobotę wieczorem zawalił się dach historycznej kamienicy przy ul.
Żelaznej. 127-letni budynek będzie prawdopodobnie rozebrany- zapowiada
burmistrz Woli (..)
Po zawaleniu dachu frontowa ściana kamienicy na wysokości trzech pięter
opiera się tylko na boku sąsiedniego, współczesnego bloku. W każdej chwili
może runąć na ul. Żelazną. Dlatego od sobotniego wieczoru zamknięta jest
część ulicy między Grzybowską i Chłodną. Okolicy pilnuje straż miejska.
Autobus linii 157 jeździ objazdem.
Dziś o godz. 10 w powiatowym inspektoracie nadzoru budowlanego rozpocznie
się narada, podczas której rozstrzygną się dalsze losy kamienicy.
Prawdopodobnie XIX-wieczny budynek zostanie całkowicie rozebrany.
- Jeżeli taka decyzja zapadnie, przystąpimy do rozbiórki w ciągu kilku
najbliższych dni - mówi Andrzej Borkowski, burmistrz Woli."

No, to można podyskutować

Krzysiek Supera

 

Browary Warszawskie do zamknięcia (Wybo rcza)

Warszawskie warzone w Warce

Browar Warszawski może nie doczekać swych 160. urodzin. Być może Królewskie
będzie produkowane poza stolicą.

Browar, w którym produkowane jest piwo Królewskie, może zniknąć z mapy
Warszawy. Zakład zajmuje kilka hektarów bezcennego gruntu w centrum miasta.
Heineken, który przejął browar od Austriaków, zrobił na tym dobry interes.

Browar Warszawski istniejący w stolicy od 1846 roku prawdopodobnie zostanie
zamknięty z końcem tego roku. Symboliczne dla stolicy piwo Królewskie
popłynie do konsumentów prosto z Warki. A na wartą krocie ziemię przy ul.
Grzybowskiej wjadą buldożery.

Browar na Woli produkuje rocznie 300 tys. hektolitrów złocistego trunku,
choć mógłby dwa razy więcej. Niestety, konsumenci nie chcą pić dwa razy
więcej Królewskiego.

Od trzech lat rządzą tu Austriacy z koncernu Brau Union. W sumie za trzy
browary - Kujawiak, Van Pur i Browary Królewskie zapłacili 85 mln euro,
czyli ok. 425 mln zł. Zdaniem Barbary Lipskiej z firmy JL Design,
rzeczoznawcy od wyceny nieruchomości, sam teren zajmowany w stolicy przez
Browary Królewskie może być wart trzy tysiące dolarów za metr. Tak więc
cała pięciohektarowa parcela to prawie 150 mln dolarów w gotówce, czyli 600
mln zł. - Gdy Browary Królewskie przejmowali Austriacy, mówiło się w
branży, że kupili zakład dla tego terenu. Jego wartość może nawet
zrekompensować koszty przeniesienia produkcji - mówi Bogna Sikorska,
analityk rynku piwowarskiego. W 2003 r. austriacki Brau Union został
przejęty przez holenderski Heineken. Warszawskie włości Brau Union przeszły
pod zarząd Grupy Żywiec należącej do Heinekena.

Heineken jest właścicielem budynków browaru oraz tytułu wieczystego
użytkowania ziemi, na której one stoją. Może więc swobodnie dysponować tym
gruntem. Zdaniem prawników Ministerstwa Infrastruktury, nie ma żadnych
formalnoprawnych ograniczeń uniemożliwiających firmie sprzedaż tego terenu.
Andrzej Spaliński, szef zakładowej Solidarności, przyznaje, że nie ustalono
jeszcze warunków, na jakich Heineken miałby zakończyć produkcję piwa przy
ul. Grzybowskiej. - Mamy podpisane porozumienie gwarantujące lepsze warunki
odpraw przy zwolnieniach pracowników. O zamknięciu browaru na razie nic nie
wiemy, ale trzymamy rękę na pulsie - mówi Andrzej Spaliński.

Nim browar przeszedł w ręce Austriaków z Brau Union, właścicielem firmy
była spółka pracownicza. Każdy pracownik posiadał ok. 200 akcji nominalnie
wartych po złotówce za jedną. Austriacy, odkupując je, płacili po 500
złotych za akcję. Transakcja opłaciła im się.

Zdaniem Anny Bizoń, menedżera piwa Królewskie, przeprowadzka browaru ze
stolicy jest możliwa, ale z utrzymaniem produkcji Królewskiego. - Tak
robiliśmy już w przypadku innych marek. Czasem taniej jest rozlewać piwo w
innym miejscu i dowozić je na bliskie odległości - mówi Anna Bizoń. -
Obiecaliśmy pracownikom, że do końca tego roku zapadnie decyzja o
przyszłości firmy - mówi Krzysztof Rut, rzecznik prasowy Grupy Żywiec.
Konkretnej odpowiedzi co do przyszłości zakładu unika także prezes zarządu
Brau Union Poland Werner Jansel, który wciąż zarządza warszawskim browarem.

- Trwa proces łączenia firm. Zintegrowaliśmy marketing i handel. Teraz
opracowujemy koncepcje łączenia produkcji. Mamy kilka planów, ale na
konkrety jeszcze za wcześnie - mówi prezes Jansel. Zdaniem Bogny
Sikorskiej, utrzymywanie browaru w centrum metropolii jest nieekonomiczne i
przysparza dodatkowych kłopotów ekologicznych i transportowych. Należący do
Heinekena browar w Warce ma większe moce produkcyjne i łatwiejszy dostęp
dla tirów.

- Królewskie jako piwo lokalne może więc być dostarczane z Warki - mówi
analityk. Z warszawskiej firmy wyprowadzono już dział sprzedaży i
marketingu. Przy warzeniu piwa pracuje ok. 150 osób. Austriacy gwarantowali
zatrudnienie załogi i produkcję piwa w stołecznym browarze tylko do końca
2004 roku. Holendrzy przejęli te zobowiązania. Browar stracił już kiosk ze
świeżym piwem usytuowany przy ul. Grzybowskiej. Tę mekkę warszawskich piwo
szy kazał zamknąć sanepid. - Szkoda, bo był to element warszawskiego
folkloru. A poza tym miał ok. 100 tys. zł obrotu rocznie - mówi dyrektor
browaru Janusz Salwa.

MARCIN PRZEWOŹNIAK

newsy 2007

Budowa mieszkań na boku

Agnieszka Stefańska 14-11-2007, ostatnia aktualizacja 13-12-2007 15:19

W 2008 r. Pekaes zacznie sprzedawać mieszkania. Ma zamiar budować je, podobnie jak biura, samodzielnie. Władze firmy liczą, że pierwsze inwestycje przyniosą nawet 190 mln zł zysków

Pekaes, spółka transportowo-logistyczna, wybrał już architekta, który przygotuje projekt trzech apartamentowców, mających powstać przy ul. Siedmiogrodzkiej i biurowca, który stanie na działce przy ul. Grzybowskiej. Jest to Grupa 5.

Budynki mieszkalne będą miały od ośmiu do 17 pięter, w każdym znajdzie się ok. 200 mieszkań. – Wartość inwestycji szacujemy na ok. 370 – 420 mln zł – mówi Katarzyna Nowakowska, rzecznik spółki Pekaes. Źródła finansowania nie chce jeszcze zdradzić. Mieszkania na rynku pojawią się w przyszłym roku.

– Najpierw musimy mieć gotowy projekt i pozwolenie na budowę – deklaruje Nowakowska. Budowa wszystkich budynków nie powinna potrwać dłużej niż 36 miesięcy. Niewykluczone, że pierwsze prace budowlane uda się rozpocząć już w pierwszej połowie przyszłego roku. Mieszkania mają kosztować od ok. 9 do 12 tys. zł za mkw. Z kolej projektowany biurowiec klasy A przy ul. Grzybowskiej ma mieć sześć pięter, ok. 8 tys. mkw. powierzchni i 216 podziemnych miejsc parkingowych.

Polski operator logistyczny liczy, że łączne zyski brutto z tych dwóch projektów mogą wynieść od 150 do 190 mln zł. Przewoźnik nie będzie budował sam. Główny wykonawca jeszcze nie został wybrany.

Kolejne mieszkania mają powstać we Wrocławiu w dzielnicy Psie Pole i w Pruszczu Gdańskim. Terminy rozpoczęcia prac nie są jeszcze znane – najpierw chcemy uruchomić projekt warszawski – mówi Nowakowska.

Decydując się na działalność deweloperską z wykorzystaniem własnych działek, Pekaes idzie w ślady innych firm posiadających atrakcyjne grunty w centrach miast, które zdecydowały się na nich inwestować, zamiast je sprzedać i zadowolić się znacznie mniejszymi zyskami. Jedną z pierwszych spółek, która wpadła na pomysł zarabiania na swoich nieruchomościach przez budowę mieszkań i apartamentowców, jest PKP. Pod koniec przyszłego roku ma rozpocząć się pierwszy etap budowy kilkuset mieszkań i budynku biurowo-usługowego na 24-ha działce w rejonie ul. Ordona i Jana Kazimierza w Warszawie.

Projekt będzie realizowany wspólnie z PKO Inwestycje. Przewoźnik zapewnia grunt, a PKO Inwestycje, doświadczenie deweloperskie i pieniądze. W spółce celowej powołanej do zabudowania działki przy ul. Ordona obie firmy obejmą po 50 proc. udziałów. Tyle samo ma też wynosić ich wkład w inwestycję, szacowany na ok. kilkaset mln zł.

Na osiedla mieszkaniowe PKP chcą przeznaczyć ok. 16 – 25 tys. hektarów swoich terenów. Nowe mieszkania na działkach należących do PKP powstaną również m.in. w Gdańsku, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu czy Katowicach.

Inną firmą inwestującą w nieruchomości jest Bumar Waryński. Na działce na warszawskiej Woli chce wybudować ponad 2 tys. mieszkań. Koszt tej inwestycji szacowany jest na ok. 700 mln zł. Budowa ma się rozpocząć w drugiej połowie 2008 roku. Obok mieszkań mają powstać również biura i sklepy. W kilku dużych miastach Polski chce budować także Farmacol. Pierwsze 220 lokali ma powstać także na warszawskiej Woli, kolejne 90 – we Wrocławiu. Inwestycje pochłoną kilkadziesiąt mln zł.

Źródło : Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/artykul/69053.html

Najwyższy budynek kontynentalnej Europy w Warszawie?



Cytat:Ratusz chce drapaczy chmur
Maciej Szczepaniuk, Monika Górecka-Czuryłło 05-12-2007, ostatnia aktualizacja 06-12-2007 07:11

Inwestorzy przygotowują się do budowy niemal 40 wysokościowców w całej stolicy. Najwięcej z nich powstanie na Woli i w Śródmieściu – aż 27. Kolejnych dziesięć projektów, które są już opracowywane, powstanie w innych dzielnicach



– Chcemy, by Warszawa rosła w górę – deklaruje wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz. I zachęca do stawiania wież w centrum Woli i wokół Pałacu Kultury.

Ten ostatni rejon nie ma szczęścia do planów. Po raz kolejny architekci głowią się nad zmianą koncepcji zagospodarowania pl. Defilad z niskiej na wysoką. Więc stolica zgodnie z marzeniami ratusza rośnie, ale na razie tylko w planach.

Najwyższy w Europie – 280 metrów – ma być budynek, który firma Jana Kulczyka chce stawiać w rejonie pl. Zawiszy.

– Pomysł mi się podoba, ale żadne wnioski w sprawie tej inwestycji do ratusza nie wpłynęły – mówi wiceprezydent. Dodaje, że bardziej zaawansowana jest druga co do wysokości, 257-metrowa wieża u zbiegu Al. Jerozolimskich i Chałubińskiego.

Inwestor, spółka Lilium, zaprosił kilku znanych architektów, m.in. Richarda Meiera (zaprojektował m.in. ratusz w Hadze) i Zahę Hadid (autorka m.in. skoczni narciarskiej w Innsbrucku). Nowy wieżowiec ma stanąć na niskiej części Centrum LIM (część hotelu Marriott).Kolejne wysokościowce planowane są na terenie kolei między Jana Pawła II, Chmielną i Al. Jerozolimskimi.

– Ale na razie badamy strukturę geologiczną gruntu, by dowiedzieć się, jak wysoko można tu budować – mówi dyrektor biura nieruchomości strategicznych PKP Paweł Olczyk. Po Nowym Roku rozpoczniemy poszukiwania inwestora.Kolejne giganty czekają w kolejce do realizacji. Urzędnicy ratusza kończą właśnie opiniować wnioski o wydanie pozwolenia na budowę dla dwóch kilkudziesięciopiętrowych apartamentowców. Pierwszy z nich to Złota44 zaprojektowana przez Daniela Libeskinda, drugi to kompleks biurowo-mieszkaniowy na Grzybowskiej, który zbuduje GP Inwestment. Budowa luksusowego budynku mieszkalnego Prosta Tower przyklejonego do ściany bloku Łucka City już się rozpoczęła.

Stolica chwali się drapaczami chmur, które powstały lub dopiero mają powstać. Inwestorzy przyznają jednak, że współpraca z miastem przypomina drogę przez mękę. – Nie znam drugiego miasta w Europie, w którym sam proces wydawania pozwoleń trwa zazwyczaj dłużej niż budowa – mówi architekt Marcin Goncinkiewicz z APA Kuryłowicz & Associates.

W sobotę minie rok, odkąd pracownia Stefana Kuryłowicza złożyła w ratuszu wnioski o wydanie warunków zabudowy dla trzech mieszkalnych wieżowców – na ul. Wroniej, Łuckiej i Grzybowskiej.

– Inwestorzy zaczynają już tracić cierpliwość. A my nawet nie potrafimy im wytłumaczyć, dlaczego decyzje wydawane są tak opieszale. To efekt braku planów zagospodarowania – mówi Marcin Goncinkiewicz. Ale wielu inwestorów, którzy chwalą się projektami na kupionym już gruncie, nawet wniosków o pozwolenie nie złożyło. Tak jest np. w przypadku wieży Ghelamco u zbiegu Prostej i Towarowej. W jej miejscu nadal straszy zrujnowana kamienica. – A brak planów zagospodarowania z jednej, a z drugiej pazerność inwestorów na grunt sprawiają, że dzielnica nie kontroluje, co się na jej terenie dzieje – denerwuje się burmistrz Woli Marek Andruk. – O wieżach dowiadujemy się z prasy albo z plotek. Podobno na Woli ma stanąć najwyższy budynek w mieście. Sprawdzamy, czy to prawda. —Maciej Szczepaniuk

—Michał Kozak

---------------------------------------------------
Wznoszone w sercu stolicy wieżowce nie stworzą wysokiego city skupionego na niewielkim obszarze. Warszawskie drapacze chmur wyrastają od przypadku do przypadku. Jeśli biurowiec budowany przez firmę Kulczyka (na zdjęciu) zostanie zrealizowany, powstanie zaledwie kilkaset metrów od biało-niebieskiego Millenium Plaza na pl. Zawiszy, krytykowanego za to, że tam nie pasuje i jest za wysokie. W całym mieście podobnych drapaczy chmur ma powstać 37. Eksperci przestrzegają, że nawet jeśli tylko część tych wież wyrośnie, to centrum Warszawy zamiast Manhattanem będzie architektonicznym dziwolągiem. Urbaniści mieli inne plany. Chcieli, by wysokość wieżowców malała od strony Woli w kierunku Marszałkowskiej. Tak jednak nie będzie.

Marzenia o wieżowcach, których nie ma

- W 1938 r. przedstawiono projekt najwyższego budynku stolicy – Świątyni Opatrzności Bożej na Polu Mokotowskim. Przypominająca bardziej ówczesne wieżowce niż budowlę sakralną, miała mieć 100 metrów wysokości.

- W 1948 r. planowano budowę czterech 100-metrowych wysokościowców na obecnym pl. Defilad (siedziba Społem i PZUW).

- W 1958 r. w trakcie konkursu na projekt tzw. ściany wschodniej pojawił się pomysł budowy wieżowca na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej.



[ Dodano: 2007-12-07, 01:01 ]

logo, szlak bojowy- obrona śródmieścia, barwa + sprzęt

Wstępna wersja opisu Śródmieścia. Mieści się na jednej stronie (rozmiar czcionki-12, odstęp pojedynczy). Wydaje mi się, że krócej się nie da. Sprawdźcie, czy nie ma jakichś błędów merytorycznych i uwagi zamieście na forum, to je naniosę.

1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17.00 żołnierze Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej rozpoczęli bitwę o samodzielne wyzwolenie Stolicy spod niemieckiej okupacji. Przez ponad dwa miesiące wiązali przeważające siły wroga, które nie mogły być użyte na innych frontach. Wobec nierówności militarnej stron, samodzielna walka Powstańców Warszawskich była skazana na niepowodzenie i 2 października 1944 roku ostatnie oddziały polskie skapitulowały i oddały się do niewoli. Żołnierzami, którzy jako ostatni złożyli broń, byli powstańcy walczący w dzielnicy Śródmieście.
Stolica została podzielona przez dowództwo Okręgu na siedem obwodów, z których
I Obwód, dowodzony przez płk Edwarda Pfeiffera ps. „Radwan”, obejmował centrum miasta i był podzielony na cztery rejony. I Obwód liczył najwięcej żołnierzy, którzy jednak byli gorzej uzbrojeni, niż znajdujące się na Woli oddziały Kedywu KG AK, czy walczący na Mokotowie pułk Baszta. W trakcie działań zbrojnych I Obwód został podzielony na lub luźno ze sobą połączone obszary, które prowadziły walkę samodzielnie: Stare Miasto, Czerniaków, Powiśle oraz Śródmieście Płn. i Pd., które obejmowało częśc rejonów II, III i IV.
W ciągu całego okresu powstania w obu częściach Śródmieścia tworzyły się i łączyły różne oddziały, z których największymi były:
• na Śródmieściu Płn. - Bartkiewicz, Kiliński, Chrobry II, Gurt, Harnaś,
• na Śródmieściu Płd. - Miłosz, Golski, Zaremba-Piorun, Sokół, Koszta, batalion im. Sowińskiego, Bełt, Iwo, Ostoja, Ruczaj.
Na początku września oddziały śródmiejskie zostały zasilone przez żołnierzy ewakuowanych ze Starego Miasta. 20 września, w ramach reorganizacji, z oddziałów walczących na Śródmieściu sformowano 28 Dywizję Piechoty Armii Krajowej.
W pierwszych dniach powstania nie udało się opanowac większości kluczowych przedmiotów natarcia, a w wielu punktach dzielnicy odizolowane grupki nieprzyjaciela nadal stawiły opór czekając na odsiecz. Brak amunicji i broni ciężkiej nie pozwoliły szybko rozstrzygnąc walki na polską korzyśc, jednak systematyczne dzialania pozwoliły zdobyc
20 sierpnia budynek PAST-y przy ul. Zielnej, a 23 sierpnia tzw. Małą PAST-ę przy ul. Piusa oraz Komendę Policji i Kościół Św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu.
Od początku walk zarysował się niebezpieczny podział dzielnicy na dwie części północną i południową wzdłuż Alej Jerozolimskich, połączoną jedynie wąskim gardłem przekopu nad tunelem kolei średnicowej. Jednak, dzięki ofiarności walczących tam oddziałów, udało się tę niepewną arterię utrzymac przez cały czas trwania powstania.
W związku z zaistniałym podziałem zdecydowano się na utworzenie Podobwodu Śródmieście Płd., którego dowódcą mianowano 10 sierpnia mjr Stanisława Łętowskiego ps. "Mechanik",
a 22 sierpnia ppłk Jana Szczurek Cergowskiego ps. "Sławbor".
Niemniej jednak, dowództwo Powstania dążyło do skonsolidowania osamotnionych kotłów w jednolity front, co jednak, wobec niedostatku środków walki i łączności, nie przyniosło powodzenia. Takimi działaniami były próby nawiązania styczności ze Starym Miastem 12 i 31 sierpnia. O ile jednak działania ofensywne nie przynosiły dużych sukcesów, to wysoką skutecznośc można zaobserwowac w defensywie. Szczególnymi tego przykładami było utrzymanie przez większośc powstania linii Królewska-Grzybowska-Towarowa-Al. Jerozolimskie, nazwanej Twardym Frontem, czy ciężkie walki obronne o budynki Politechniki.
Na początku października obszary opanowane przez powstańców obejmowały już tylko Śródmieście Płn. i Płd. Na niewielkiej przestrzeni zgromadziło się ok. 300 tys. ludzi, którzy byli pozbawieni żywności, wody, lekarstw, prądu i amunicji. W tej sytuacji zdecydowano się poddac. Po kapitulacji 2 października ok. 11 600 żołnierzy ze Śródmieścia poszło do niewoli. Częśc, trudno oszacowac jak duża, ukryła się między ludnością cywilną i razem z nią przeszła przez obóz przejściowy w Pruszkowie.

dr Kocot

Czas na relacje do dziela!

CZESC PROCEDURALNA

Jesli przychodzicie na egzamin, tracicie szanse na rezygnacje, ucieczke. Pan dr zaprasza wszystkich do sali na poczatku, zbiera indeksy. Prosi o przygotowanie karteczek i dlugopisikow etc. Potem losuje sobie trzy indeksy i zaczyna sie zabawa...

CZESC MATERIALNA

Pytania zadawane sa z karteczki. Sa po 3 dla kazdego. Sa proste, ale niech nie zmyli Was ich banalnosc . Przykladowe pytania zatem: co to jest prawo cywilne, stosunek cywilnoprawny, zasada jednolitosci prawa cywilnego, sytuacja prawna oferenta i oblata, elementy skladowe czynnosci prawnej, oswiadczenie woli, nabycie nieruchomosci przez obcokrajowcow po wejsciu do UE. Sami widzicie trudne nie sa, problemem jest odpowiedz przed panem dr, bo gdy tylko otworzycie usta i zaczniecie odpowiadac, uslyszycie kontratak Kocota: "z czego pan sie uczyl?", "co pan mial z logiki"'. "nie lubie tego sformulowania, to slowo mnie drazni, preferuje inne...". Pan dr lubi wyglaszac prawdy objawione, troszke to brzmi populizm w wydaniu prawniczym, szkoda tylko, ze przedluza znacznie egzamin

WRAZENIA

Nigdy wczesniej nie bylam na egzaminie, na ktorym egzaminator mowil wiecej niz wszyscy troje egzaminowani, ktory czekal na oklaski wrecz . Prawie kazdy powolywany autorytet jest uznawany za totalnego idiote, wylaczajac Letowska i Grzybowskiego ("podrecznik woltera, to jedyny podrecznik jaki zasluguje na defenestracje"). Czujesz sie jak idiota i troche jak pomylka genetyczna w obliczu wielkigo Wojtka K Ale posmiac tez sie mozna na tym egzamnie.. Dr jest tak zabawny w tym swoim utyskiwaniu na doktryne, orzecznictwo, podreczniki, studentow, prowadzacych zajecia, egzaminowanych, studia, ze naprawde nie sposob sie nie smiac. Odnioslam wrazenie rowniez, ze czeka az ktos mu sie przeciwstawi. W trakcie egzaminu mowil nam, co trzeba bylo zrobic, zeby odpowiadac bezblednie. Wypowiedzi wiecznie krok od zniewagi. Bezkrytyczny tylko chyba wobec wlasnej tworczosci Nie chcialabym zdawac u nikogo innego, to naprawde niezapomniane przezycie. Zadnego znaczenia nie ma, z kim sie mialo cwiczenia. Ja zdawalam ze szczesciarzami z grup dr Janiszewskiej, wypadali tak ja (a ja nei jestem zadnym hiperrobociarzem z cywila).. Jesli komus nie zalezy na 5 a na konfrontacji z naprawde ciekawa osobowoscia polecam Naprawde nie trzeba sie bac, tylko trzeba miec odwage powiedziec cos od siebie. Ja np. pod koniec egzaminu mialam juz serdecznie dosyc negowania kazdego nazwenictwa, jakiego uzywalam, wiec omowilam instytucje bez jej nazwania i dr sie mnei spytal czy zamierzam ja jakos inaczej nazwac, powiedzialam, ze boje sie nazywac jakakolwiek instytucje, bo pan dr i tak to zaraz zaneguje, wiec nie ma to sensu, za to instytucje wyjasnilam i to byl koniec egzaminu ). Najgorsze jest to, ze kompletnie sie nie wie czy sie zdalo... Bo po przebiegu egzaminu tego nie wywnioskujesz... Ma charyzme, po 15 minutach zaczynasz przejmowac jego podejscie do prawa, po godzinie egzaminu jestes zahipnotyzowany.

PORADY

Wybrac sie do dr na dyzur. Spytac z czego, z czego sie przygotowywac (kc System Grzybowskiego- ale idzcie i uslyszcie to sami ). Pan dr sie ucieszy szczerze, moze powie, jakei slowka lubi, jakich nie lubi.

To by bylo na tyle...
Co do oceny, jak dostalam... Po tej sesji zmienilam taktyke. Z powodu poczynan naszego kochanego WPiA jestem przekonana, ze te oceny o niczym nie swiadcza, a poniewaz nie chce, byscie mnie oceniali po ocenach, nie podam jej. Zdalam i tyle powinno wystarczyc.
Milych wakacji

KARTA PARKINGOWA...

Znalazłam oprócz normalnej niebieskiej karty N jeszcze informację o karcie N+. U nas urzędnicy o N+ nic nie słyszeli, może to warszawski pomysł lokalny. Lublin też może mieć "fajne" pomysły na dodatkowe karty.

"KARTA PARKINGOWA

Karta parkingowa dla niepełnosprawnych przysługuje osobom, które posiadają orzeczenie o stopniu niepełnosprawności:

znacznym stopniu niepełnosprawności (dawna I grupa)
umiarkowanym (II) lub lekkim (III) stopniu niepełnosprawności, które w orzeczeniu o stopniu niepełnosprawności mają adnotację o obniżonej sprawności ruchowej.
Karta upoważnia :

do bezpłatnego parkowania na obszarze objętym niestrzeżonym, płatnym parkowaniem, ale tylko na miejscach wyznaczonych dla osób niepełnosprawnych (koperty),
do niestosowania się do następujących znaków drogowych:
"zakaz ruchu w obu kierunkach" (B-1),

"zakaz wjazdu pojazdów silnikowych, z wyjątkiem motocykli jednośladowych" (B-3),

"zakaz wjazdu autobusów" (B-3a),

"zakaz wjazdu motocykli" (B-4),

"zakaz wjazdu motorowerów" (B-10),

"zakaz postoju" (B-35) - dopuszczalny czas postoju dłuższy niż 1 minuta jest wskazany na znaku albo na umieszczonej pod nim tabliczce,

"zakaz postoju w dni nieparzyste" (B-37),

"zakaz postoju w dni parzyste" (B-38),

"strefa ograniczonego postoju" (B-39).

Aby otrzymać kartę parkingową należy złożyć następujące dokumenty:

kserokopię orzeczenia o stopniu niepełnosprawności (oryginał do potwierdzenia),
dowód osobisty,
fotografię 3,5x4.5 cm,
wypełniony wniosek,
opłata skarbowa 25 zł.
Karta parkingowa wydawana jest na osobę, w ciągu kilku dni i obowiązuje na terenie całej Polski oraz w Europie. Wniosek na Kartę Parkingową składa się w Stołecznym Centrum Osób Niepełnosprawnych, przy ul. Gen. W. Andersa 1, 00-147 Warszawa, tel. (022) 620 66 25, wew. 108.

KARTA N+

Karta N+ upoważnia do bezpłatnego parkowania na dowolnych miejscach w systemie płatnego parkowania (nie tylko na kopertach).

Do wydania Karty N+ niezbędne jest posiadanie Karty Parkingowej.

Przy składaniu wniosku o wydanie Kart N+ należy przedstawić do wglądu:

dowód osobisty,
dowód rejestracyjny pojazdu na który będzie wystawiona Karta N+,
kartę parkingową,
dokument potwierdzający niepełnosprawność ((I, II, III grupa).
Karta N+ jest wydawana bezpłatnie, „na samochód” i na okres 3 lat. Wydają je:

Zarządy Dróg Miejskich w Urzędach Dzielnicy Wola, Ochota, Mokotów,
Ogólno miejski Punkt Obsługi Mieszkańców na stacji Metro Centrum (022) 826 0 82, w godz.12-16,
Zarząd Dróg Miejskich ul. Chmielna 120 pok. 1, (022) 620 10 29, wew. 204, w godz. 8-17,
Praga: Zespół Nieruchomości Kom., Ul. Jagiellońska 23 pok.1 tel. (022) 677 28 45,
Pl. Grzybowski pawilon, tel 0508 004 099,
na wniosek osób niepełnosprawnych, rodziców dzieci niepełnosprawnych lub opiekunów prawnych- będących właścicielami pojazdów samochodowych."

Wybory przed nami...

Cytat:a wiele osób z mojego otoczenia mówi że będzie głosować na PiS nie dlatego że jest taki fajny ale dlatego że marszałka Tuska już mieliśmy i wiedzą czym to pachnie - wolą więc głosować na pisowców dla utrzymania zdrowiej równowagi



Dokładnie tak, po prostu w obecnej scenie politycznej nie ma innego wyboru, owszem mam dużo sympatii dla UPR-u, ale ich popularność w kraju jest niewielka, nie przekraczają progu wyborczego, a jeszcze teraz dołączyli (zapewne dla zwiększenia szansy wejścia do sejmu) do Ligi Prawicy Rzeczpospolitej, tak że w tej sytuacji aby nie dopuścić LiD i PO, pozostaje tylko PIS, choćby: "dla utrzymania zdrowiej równowagi" , a tak przy okazji polecam artykuł z Rzeczpospolitej:

Artykuł ukazał się w Rzeczpospolitej z dnia 25.08.2007.

--------------------------------------------------------------------------------

Jarosław Kaczyński ugryzł żubra

Rozmowa Joanny Lichockiej z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem

To są jakieś brednie - ta gadanina o kryzysie polskiej demokracji. Kryje się pod tymi słowami wielka pogarda dla Polaków, którzy wybrali sobie takich a nie innych polityków, a więc taki, a nie inny los
ANDRZEJ WIKTOR

KUBA! KAMIŃSKI
Rz: Gdy rozmawialiśmy rok temu, był pan bardzo optymistyczny. Mówił pan, że Polska nigdy nie była tak szczęśliwa jak teraz. Powtórzyłby pan to teraz?

Jarosław Marek Rymkiewicz: Ależ oczywiście. I powiem jeszcze coś więcej. Chciałbym zapytać wszystkich ludzi, którzy żyją teraz w Polsce, czy ktoś z nich - ktoś z tych pokoleń, które są obecnie na świecie - widział kiedykolwiek Polskę zasobniejszą, spokojniejszą, bezpieczniejszą i szczęśliwszą niż teraz. Nikt nie widział. Jestem starym człowiekiem, kiedy zaczęła się II wojna światowa, miałem cztery lata i mało co pamiętam z tamtej wolnej Polski, w której się urodziłem. Ale trochę o niej wiem. Tamta Polska, choć może była trochę bardziej wolna niż ta, którą mieliśmy tu przez ostatnie kilkanaście lat, z całą pewnością nie była państwem spokojniejszym, bezpieczniejszym i bogatszym niż ta dzisiejsza. A przede wszystkim nie była państwem, w któ! rym Polacy byli tak szczęśliwi i tak weseli - jak są teraz. A! le żeby to zobaczyć, to trzeba wyjechać z Warszawy, trzeba oddalić się od niej choćby o sto czy dwieście kilometrów. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale dopiero w pewnej odległości od Warszawy widać, jaką ochotę mają teraz Polacy na życie - i jak chętnie żyją. W PRL żyliśmy trochę niechętnie, pod koniec wyglądało to już tak, jakby nikt nie chciał żyć w tym rosyjskim protektoracie, jakby wszyscy chcieli raczej umrzeć. Może z nudów, bo schyłkowy PRL strasznie nudził i marudził. W latach dziewięćdziesiątych też nie było tu widać wielkiej ochoty na życie - bo też życie w tej gangsterskiej Polsce raczej nie było miłe. Teraz to się wyraźnie zmieniło.

"Kryzys polskiej demokracji jest głęboki, jak Rów Mariański" - takie zdania, jak to redaktora Pacewicza z "Gazety Wyborczej", można przeczytać w gazetach. A pan mówi, że Polska nigdy nie była tak szczęśliwa?

To są jakieś brednie - ta gadanina o kryzysie polskiej demokracji. Kryje się pod tymi słowami wielk! a pogarda dla Polaków, którzy wybrali sobie takich a nie innych polityków, a więc taki, a nie inny los. Dopuszczam też niemiłą myśl, że ludziom, którzy mówią takie rzeczy, sprawia przykrość nie tylko to, że Polska jest, jaka jest, ale także to, że ona w ogóle jest - onichyba woleliby, żeby jej nie było. Jak pani widzi, trochę się uniosłem, co świadczy o tym, że źle znoszę to, co oglądam w telewizji i czytam w gazetach. Ale rozumiem też, że inaczej być nie może. Bracia Kaczyńscy muszą mieć strasznych i potężnych wrogów, ponieważ ktoś, kto pragnie, żeby w Polsce było lepiej i pragnie tu coś zmienić na lepsze, musi natknąć się na potężnych ludzi, którzy chcą, żeby było gorzej.

A dlaczego krytycy Kaczyńskich mieliby chcieć, żeby było gorzej?

Dlatego, że jak tu będzie gorzej, to im będzie lepiej. Dowiodły tego lata dziewięćdziesiąte - wszyscy wiemy, komu się wtedy w Polsce dobrze żyło. To właśnie ci ludzie mówią teraz, że w Polsce nie ma demokracji! i że to jest państwo totalitarne. Zwracam pani uwagę, że kto! mówi coś takiego, odbiera jakikolwiek sens zwrotowi "państwo totalitarne", pozbawia te słowa wszelkiej treści. Ktoś taki obraża tym samym tych wszystkich, którzy cierpieli w dwudziestowiecznych państwach totalitarnych - tych, którzy cierpieli w Generalnej Guberni, w Reichu, a potem w PRL-u. Ten ktoś obraża też pamięć tych wszystkich, którzy zginęli z wyroku państw totalitarnych, wszystkich Polaków, Żydów, Rosjan, którzy zostali zamordowani na naszych ziemiach.

Ale to, że Jarosław Kaczyński ma ciągoty autorytarne, jest rutynową tezą podnoszoną w potyczkach publicystycznych. Gdyby porozmawiał pan z kimś w rodzaju Jacka Żakowskiego, powtórzyłby to pewnie jako coś oczywistego. Może coś w tym jest?

Można oczywiście zwalczać polityczne koncepcje Jarosława Kaczyńskiego - w tym nie ma nic złego. Można nawet toczyć z braćmi Kaczyńskimi i z Ludwikiem Dornem, jak nazywa się to w gazetach, "zimną wojnę domową" - również w tym nie ma nic bardzo złego. W P! olsce nie wolno robić tylko jednej rzeczy - nie wolno szkodzić Polsce. Ci, którzy mówią, że bracia Kaczyńscy zaprowadzają rządy autorytarne czy totalitarne, szkodzą Polsce. Chcą odebrać Polsce, czyli nam wszystkim, tę wielką szansę, którą dostaliśmy, jakimś cudem, po latach niewoli. Ale nie dziwię się temu, że oni tak szkodzą, bo wiem, że tak było zawsze i tak będzie zawsze. Józef Piłsudski też miał potężnych i straszliwych wrogów. Czy endecy zachowywali się wobec niego lepiej, przyzwoiciej od tych panów, których pani wymieniła tu z nazwiska? Akurat tak samo. Jeszcze zresztą i teraz można spotkać bardzo starych ludzi, którzy nienawidzą Marszałka i uważają, że on jest wszystkiemu winien - także temu, że na świecie pojawił się Jarosław Kaczyński. Urodziłem się w roku, w którym Marszałek umarł, i zawsze uważałem, że istnieje jakiś sekretny związek między tymi dwoma wydarzeniami, że są one nierozłączne. On umarł w maju, ja urodziłem się w lipcu. Ta bliskość śmierci i urodzin ma ! jakieś tajemnicze znaczenie dla mojego życia - często o tym m! yślę. Wychowałem się w kulcie Marszałka i na kompletach, w czasie wojny, uczyłem się wierszyków i piosenek o nim. Wtedy go pokochałem. "Jedzie, jedzie na kasztance, siwy strzelca strój. Hej, hej, Komendancie, miły wodzu mój". Ale też szybko, jeszcze jako dziecko, dowiedziałem się, że był nienawidzony, że miał potężnych wrogów. Więc wcale mnie nie dziwi, że Jarosław Kaczyński ma potężnych wrogów. Ludzie, którzy robili coś dobrego dla Polski, zawsze ich mieli. Kanclerz Jan Zamoyski, ksiądz Hugo Kołłątaj, książę Adam Czartoryski - wszyscy byli nienawidzeni. To jest poprostu jakaś reguła życia. Nie mogę współczuć księciu Adamowi, który był straszliwie lżony. Chciał zostać królem Polaków, nawet był królem de facto - więc musieli go lżyć. Jarosławowi Kaczyńskiemu też nie współczuję.

Muszę powiedzieć pewną rzecz zasadniczą. Chciałem od tego zdania zacząć naszą rozmowę. Wszystko, co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski. Podkreślam - wszystko. To zdanie obejmuje ta! kże jego błędy, jego pomyłki, jego niepowodzenia, jego nieudane przedsięwzięcia. Nie udaje mu się wiele rzeczy. Oceniając ludzi, często się myli. Potem musi się publicznie dystansować od tych, którzy go zawiedli. Pewnie (tego się tylko domyślam) myli się też w innych sprawach. Ale to w ogóle nie jest ważne. Wszystko, co robił Marszałek, też było dobre dla Polski - choć niektóre decyzje Marszałka były wręcz fatalne, były nawet takie, które, z naszego obecnego punktu widzenia, można nazwać niedopuszczalnymi.

Ma pan świadomość, że naraża się teraz na niewybredną krytykę za takie słowa wypowiedziane publicznie? Nie mówi się takich rzeczy o Kaczyńskim!

Nie dbam o to. Teraz wytłumaczę, dlaczego wszystko, co zrobił i jeszcze zrobi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski. Przypomnijmy sobie, jak to było w stanie wojennym i po stanie wojennym - Polska zapadła wtedy w głęboki sen. To było nawet coś więcej niż sen - rodzaj jakiegoś półomdlenia, półśmie! rci. Napisałem wtedy, w duchu trochę romantycznym, wiersz o P! olsce ukrzyżowanej przez komunistów i złożonej przez nich do grobu. Był drukowany w jakichś podziemnych gazetkach. Było w takim ujęciu może trochę przesady, ale było i coś na rzeczy - bo to było umieranie. Historia Polski stanęła wtedy w miejscu, co oczywiście było na rękę i tutejszym kolaborantom, i ich rosyjskim mocodawcom. To trwało do roku 1989 i wtedy Polska trochę się poruszyła, ale tylko na chwilę. Jeszcze nie całkiem obudziła się z tego swojego strasznego wojennego snu i półśpiąca, półżywa, dotrwała do pierwszych lat obecnego wieku. Historia Polski w latach dziewięćdziesiątych dałaby się porównać do rzeki, która, owszem, gdzieś płynie, ale powoli, niechętnie, a jej meandryczny nurt wciąż tworzy jakieś za toki, rozlewiska, martwe wody - i nie może popłynąć do przodu, nie może, wśród rozlewisk, znaleźć swojej drogi, doliny, którą popłynie w przyszłość. Jarosław Kaczyński obudził Polskę i pchnął ją do przodu. Zrobił coś takiego, że Polska wstała na nogi i poszła naprzód! .

Przychodzi mi do głowy jeszcze takie porównanie. Polska to był taki wielki ospały żubr śpiący pod drzewem w Puszczy Białowieskiej. Zresztą Polska drzemiąca lub zabawiająca się pod drzewem, najlepiej pod lipą, to jest stary archetyp polskiej poezji - wymyślił go Kochanowski, pojawia się w "Epilogu", którym miał kończyć się "Pan Tadeusz", mamy go też w ostatnim przedwrześniowym wierszu Władysława Sebyły, w którym Polska zwraca w cztery strony świata swoje cztery posępne twarze Światowida i oczekuje nadejścia swoich dwóch wielkich wrogów. Słychać już "tupot nóg sołdackich", a Polsce marzy się "pod gałęziami lip biesiada". Piękny wiersz. Ale do rzeczy. Otóż ten wielki białowieski żubr spał sobie słodko (lub spał dręczony okropnymi snami) gdzieś na polanie w głębi puszczy i sen jego, podobny śmierci, mógłby trwać jeszcze wiele lat - gdyby Jarosław Kaczyński nagle nie ugryzł go w . Żubr, ugryziony przez pana premiera, podniósł głowę, potrząsnął rogami, ryknął i pop! ędził. Dokąd, tego nikt nie wie. Ale galopuje, pędzi ku swoim! nieznanym, dzikim przeznaczeniom. Polska poruszyła się, została poruszona - jest coraz inna i będzie jeszcze inna. To już nie jest sen pod lipą, to już nie jest podobny śmierci sen stanu wojennego, to już nie jest omdlenie lat dziewięćdziesiątych. Właśnie dlatego wszystko, co zrobił i co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre. Ugryzł żubra w i to czyni go postacią historyczną.

Ale rok temu wątpił pan w jego wielkość, mówiąc, że Kaczyński udowodnił, zawierając koalicję z Lepperem i Giertychem, że rozpaczliwie nie ma pomysłu na Polskę. Że lepszym może pomysłem było jechać do Sulejówka i wychowywać koty...

Ale teraz zmieniłem zdanie. Wtedy się pomyliłem. Po tym wszystkim, co się stało, po tej niemiłej koalicji z ludźmi, o których lepiej jak najszybciej zapomnieć, jestem gotów przyznać, że to też było dobre. Wszystko to było potrzebne.

Z Giertychem, który mówi, że Gombrowicz jest pisarzem dla pedofilów?

To głupst! wo bez znaczenia, za kilka miesięcy nikt o tym nie będzie pamiętał. Ważne jest tylko to, że Polska jest rozpędzonym żubrem, galopującym do przodu, że historia Polaków wreszcie ruszyła z miejsca - i już nic jej nie zatrzyma.

Ale projekt IV RP oferowany przez Kaczyńskiego upada, on za chwilę będzie w opozycji.

Jarosław Kaczyński wygra następne wybory.

Dlaczego miałby wygrać?

Dlatego, że historia Polski nagle się poruszyła. Polacy się ruszają, rusza się im w głowach.

I dlatego będą głosować na PiS, o którym wiedzą, że wiecznie kłóci się, awanturuje, ciągle są jakieś afery...?

Tak mówią w telewizorze - że to są jakieś kłótnie, awantury, dyktatury - ale wszyscy przecież wiemy, po co to mówią. Trzeba bardzo nisko cenić Polaków, ich bystre umysły, aby sądzić, że uwierzą w te głupoty.

Dlaczego pan tak sądzi?

Trzeba zaufać Polakom. Kiedy Marszałek zdecydował! się na zamach majowy, Polacy zgodzili się na to, bo dobrze w! iedzieli, że on zrobił to z myślą o nich, a nie o swojej karierze i swojej wspaniałości - miał swoją karierę i swoją wspaniałość (lubił używać tego słowa, więc jeszcze raz je powtórzę) w . Oczywiście w tamtych czasach znacznie łatwiej było rządzić. Pułkownicy Marszałka nie musieli za bardzo liczyć się z opozycją - urządzili Berezę i posyłali tam swoich przeciwników, endeków i komunistów, na podstawie decyzji administracyjnych, nie bawiąc się w niezawisłe sądy, procedury i wyroki. Teraz takie miejsce odosobnienia, w którym Michnik mógłby się zaprzyjaźnić z Lepperem i Giertychem, jest czymś kompletnie niewyobrażalnym.

Jak to się dzieje, że duża część naszych polskich elit mówi diametralnie inaczej niż pan?

Dlatego, że to są wykształciuchy. Trzeba powiedzieć, że Ludwik Dorn znalazł dobre słowo - dokładnie oddające tym ludziom to, co im się należy.

Są to wykształciuchy, ponieważ PRL, potrzebujący fachowców, nieźle ich wykształcił - w! sensie zawodowym. Ale to słowo, ze względu na swój kształt fonetyczny i swoją końcówkę, jest też pełne pogardy. Mówi, że wykształciuchy to są ci, co wykształcili się zawodowo, ale nie wykształcili się moralnie - są egoistyczni, cyniczni, myślą tylko o własnym interesie i własnej karierze. Istnienie wykształciuchów było władcom PRL na rękę, bowiem ludzi cynicznych łatwo jest cynicznie wykorzystywać. Trzeba wyraźnie odróżnić wykształciucha od inteligenta. Tutejsze wykształciuchy nie są polskimi inteligentami, nie mają prawa aspirować do takiego miejsca w naszych dziejach. Przynależność do polskiej inteligencji była bowiem i pozostaje czynem moralnym. Kto niegdyś wchodził do tej warstwy, przyjmował na siebie pewną fundamentalną powinność - służenia wspólnocie, czyli służenia Polsce. A wykształciuchy służyły i służą tylko samym sobie - żyją tylko dla własnej przyjemności. Pani pewnie tego nie pamięta, bo jest pani za młoda. W peerelowskim języku, chyba na początku lat siedemdzi! esiątych pojawił się taki zwrot: "siła przebicia". Często tak! mówiono: o ten to ma siłę przebicia. Była to siła oceniana pozytywnie, można nawet powiedzieć, że w peerelowskim systemie amoralnej moralności była to jedna z ważniejszych cnót - cnota wysoko oceniana i budząca respekt. Kto miał siłę przebicia, ten kopniakami i ciosami łokci roztrącał tych, którzy zasłaniali mu widok, i parł do przodu, ku swojej karierze. To właśnie ta siła przebicia ukształtowała hierarchie wśród wykształciuchów - kto miał więcej takiej siły, ten był lepszy. Pytanie, co zrobimy teraz z wykształciuchami? Oni tutaj są i nic na to nie poradzimy, bo w kraju muszą być inżynierowie, lekarze, prawnicy oraz profesorowie różnych specjalności, nawet literaci, choć w ograniczonej ilości, są potrzebni. Tych peerelowskich zawodowców trzeba traktować tak, jak na to zasługują, czyli pilnować, żeby za bardzo nie szkodzili Polsce. Mogą nawet przemawiać, coś mówić, ale trzeba im wtedy przypominać, że zostali wyprodukowani przez PRL, są amoralnym dziełem totalitaryzmu, i wob! ec tego ich poglądy mogą być brane pod uwagę tylko w bardzo ograniczonym stopniu.

Nie docenia pan ich buntu. A ma on wymierne sukcesy. Jednym z nich była akcja antylustracyjna.

Jeśli chodzi o lustrację, to najciekawsze w tej sprawie wydają mi się listy do redakcji, które piszą ujawnieni donosiciele lub przyjaciele i uczniowie ujawnionych. Z listów tych dowiadujemy się najczęściej, że ten, kto donosił, wcale nie donosił, a jeśli nawet donosił, to i tak pozostaje człowiekiem niezwykle szlachetnym, natomiast ujawnianie, że donosił, jest czymś wysoce nieszlachetnym. Mamy tu do czynienia - w absolutnie czystej formie - z tym, co ja nazywam systemem amoralnej moralności lub moralnej amoralności wyprodukowanym w PRL. Donoszenie wcale nie kłóci się ze szlachetnością, zło jest tożsame z dobrem, a dobro ze złem. To, co nazywa pani akcją antylustracyjną, nie może zakończyć się dobrze dla antylustratorów (bowiem broniąc donosicieli, narażają się oni na oc! zywisty zarzut, że sami donosili) - ale skutki tej akcji uważ! am za bardzo groźne dla zasad moralnych, które powinny obowiązywać w życiu publicznym.

Moim zdaniem sprawa lustracji to jedna z najbardziej symbolicznych bitew stoczonych z postkomunizmem, bitew przegranych.

To się jeszcze okaże - kto przegrał, kto wygrał. Chyba nie wątpi pani, że wszystkie papiery zostaną ostatecznie ujawnione. Jakieś zakończenie, takie czy inne, musi więc nastąpić. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby nastąpiło jak najszybciej, przede wszystkim dlatego, że wszystkie obecne polskie konflikty, naturalne i potrzebne, są w pewien sposób uzależnione od tego zasadniczego konfliktu - między tymi, którzy byli tajnymi współpracownikami, a tymi, którzy nimi nie byli. W tym konflikcie - o tym często się zapomina - są bowiem dwie strony. Po jednej stronie ci, którzy donosili, po drugiej ci, na których donoszono. Tajni współpracownicy mieli w PRL ułatwione kariery, dostawali paszporty, mogli się lepiej wykształcić, lepiej zarabiali. Ci, którz! y nie chcieli niczego podpisać, byli marginalizowani, utrudniano im dostęp do wykształcenia, ograniczano na różne sposoby ich udział w życiu publicznym. Po jednej stronie mamy więc wielki strach donosicieli (że zostaną ujawnieni, a ich życie publiczne na tym się zakończy), po drugiej stronie jest zaś wściekłość pokrzywdzonych - że odebrano im różne rzeczy, które im się od życia należały. Strach jest potężną siłą, może najpotężniejszą z sił działających w naturze ludzkiej. Ale wściekłość to jest też potężna siła. A są jeszcze nienawiść i pogarda, które mówią: nie będzie wybaczenia.

Uważa pan, że kilkanaście lat po obaleniu komunizmu lustracja jest problemem dominującym życie publiczne? Polacy nie wzdragają się już na samo słowo "lustracja"? Już nawet, gdy ktoś okazuje się konfidentem, to niczego to nie zmienia.

Oczywiście, że to jest problem dominujący - nawet jeśli robi się już trochę nudny. Wrócę jeszcze do tych innych konfliktów, które są uz! ależnione od konfliktu lustracyjnego. W Polsce mamy teraz wie! le ważnych i trudnych konfliktów - konflikt między konserwatystami a modernizatorami; konflikt między liberałami a zwolennikami państwa bardziej opiekuńczego; konflikt między prawicą a lewicą (ta lewica to jest raczej wirtualna); konflikt między różnymi wizjami religijności oraz różnymi wizjami Kościoła - oczywiście pojmowanego nie jako ciało mistyczne, ale jako tutejsza instytucja; wreszcie normalny w każdym społeczeństwie konflikt między biednymi i bogatymi.

Otóż wszystkie te konflikty, a także wiele innych, mają w tej chwili trochę fałszywe oblicze i trochę fałszywą dynamikę, bowiem są przeniknięte czy podszyte tym podstawowym konfliktem lustracyjnym. Są też przez ten konflikt lustracyjny zdynamizowane i popychane - ale właśnie w jakimś fałszywym kierunku. W skrócie można ująć to tak: ktoś deklaruje się jako konserwatysta lub jako zwolennik intensywnej modernizacji nie dlatego, że ma takie, a nie inne poglądy, ale dlatego, że coś podpisał lub czegoś nie podpisał.! Ktoś popiera PiS i będzie na tę partię głosował, ponieważ nie podpisał. Ktoś popiera postkomunistów, ponieważ podpisał i domyśla się, że jego podpis znajduje się w archiwach IPN. Od razu widać, że to nie są autentyczne wybory - takie a nie inne poglądy ma się dlatego, że się donosiło lub nie donosiło. Dlatego właśnie w sprawie lustracji najlepsze byłoby chirurgiczne cięcie, które uwolniłoby Polskę od tej problematyki, raczej hamującej niż dynamizującej naturalny bieg życia polskiego.

Protestuje pan, gdy wątpię, że projekt IV RP się uda. Ale chyba bezdyskusyjne jest, że przeżywamy kryzys tego projektu? Czemu pan protestuje, kiedy ze wszystkich stron słychać, że PiS musi przegrać?

W związku z tym pani pytaniem chciałbym się zwrócić z tego miejsca - z tego tarasu w Milanówku, gdzie teraz rozmawiamy - do Jarosława Kaczyńskiego. Panie premierze. Niech mnie pan uważnie posłucha. Uważam, że wygra pan te wybory, które właśnie nadchodzą. Może być jedn! ak i tak, że je pan przegra. Ale bez względu na to, czy pan j! e wygra, czy przegra, powinien pan cały czas pamiętać o tym, że to, co pan wykonał, będzie pan musiał wykonać jeszcze wiele razy. Historię Polaków trzeba będzie wiele razy poruszyć, popędzić do przodu. Nie wystarczy tylko raz, jeden raz, zmusić do galopu tego starego białowieskiego żubra. Józef Piłsudski wykonywał coś takiego wiele razy. Nie było tak, że on tę historię, uśpioną i obezwładnioną, niemal już umarłą po powstaniu styczniowym, tylko raz popchnął do przodu. Nie, on poruszał ją wielokrotnie - można nawet powiedzieć, że wreszcie, pod koniec życia, stał się wielkim specjalistą od takich poruszeń. Najpierw była decyzja strzelania na placu Grzybowskim, potem był napad na pociąg pocztowy pod Bezdanami. Wtedy historia Polaków przypomniała sobie, że można używać siły w walce z okupantem. Potem był wymarsz I Kadrowej, potem powrót z Magdeburga, a jeszcze potem zamach majowy. A to jeszcze przecież nie było wszystko. Józef Piłsudski wielokrotnie poruszał historię Polski - uży! wając w tym celu różnych swoich sposobów. Teraz sytuacja jest oczywiście zupełnie inna. Nie trzeba napadać na pociąg pocztowy, żeby zrabować dwieście tysięcy rubli, i nie trzeba robić zamachu majowego. Ale różne poruszenia, być może, będzie trzeba wykonywać wielokrotnie. Droga pani Joanno, ja nie widzę w tym nic niepokojącego. Uważam, że Jarosław Kaczyński jest największym polskim politykiem od czasów Józefa Piłsudskiego. Tak jak Piłsudski był największym polskim politykiem od czasów kanclerza Zamoyskiego. Siła duchowa Jarosława Kaczyńskiego jest tak wielka, że stać go na to, żeby jeszcze kilka razy ugryźć w tyłek przysypiającego żubra.

Jeśli już porównujemy międzywojenną Polskę i naszą, obecną, to jesteśmy w osiemnastym roku wolnej Polski... Jak do 1935 roku potrafiono urządzić kraj, a jak my potrafiliśmy?

Ale z tych osiemnastu lat, które właśnie minęły, tylko ostatnie dwa lata można policzyć jako lata naprawdę wolnej Polski, bo przedtem to b! ył tutaj jakiś pół-PRL czy ćwierć-PRL. Dlatego też nie bardzo! mi się podoba, a nawet całkiem mi się nie podoba ten propagandowy pomysł przyznający tym dwóm małym kawałkom naszej historii nazwy III oraz IV Rzeczypospolitej. Nie podobają mi się te nazwy. Użycie ich było pochopną, słabo przemyślaną decyzją. Taką, która miała powodować właśnie tylko propagandowe skutki, a nie dotykała istoty rzeczy, nie wnikała dostatecznie głęboko w naszą historię. Propagandowe skutki takich przedwczesnych decyzji też zresztą bywają dość mizerne. Jeśli chodzi o to, co działo się tu w latach dziewięćdziesiątych, to nie była to żadna III Rzeczpospolita (jakże taki mąt i zamęt można w ogóle porównywać, zestawiać choćby tylko w rodzaju nazwy, z II a tym bardziej z I Rzeczpospolitą - z tym wspaniałym demokratycznym królestwem Polaków), bowiem był to właśnie jakiś ćwierć-PRL, jakiś okres przejściowy; okres, w którym historia Polaków jeszcze się wahała - co ma wykonać, w którą ma pójść stronę. Było to państwo ni to wolne, ni to jeszcze spętane jakąś władzą półj! awną, półtajną, jeszcze szarpiące się ze swoimi więzami. Całkowita niejasność. Przypuszczam, że tak właśnie ocenią to nasi historycy za jakieś pięćdziesiąt czy sto lat - powiedzą, że to było coś pomiędzy, co trudno jest nazwać. Na to, że historycy będą mieli w przyszłości kłopoty z tą sprawą, wskazuje i to, że już teraz mają kłopoty z ustaleniem, kiedy właściwie skończył się w Polsce komunizm - kiedy był ten dzień ostatni i pierwszy?

Czy w czasie czerwcowych wyborów w roku 1989, czy wtedy, kiedy z Polski wyszły wojska rosyjskie, czy wtedy kiedy Polska wstąpiła do NATO? Nie nastąpiło wtedy coś takiego, jak w roku 1918, kiedy Piłsudski przyjechał z Magdeburga, stanął na peronie w Warszawie i zaczęła się wolna Polska. Jeśli zaś chodzi o IV Rzeczpospolitą, której projekt, jak pani twierdzi, jest w stanie kryzysu, to ja uważam, że nie można tu mówić o żadnym kryzysie, bowiem w stanie kryzysu nie może znaleźć się coś, co nie istnieje. Takich rzeczy, jak przyszłość państwa! , w ogóle nie należy nazywać - jako że nikt nie wie i nie moż! e wiedzieć, dokąd, w jakim kierunku pogalopuje stary białowieski żubr. Jest nonsensem nadawanie jakichś nazw przyszłości i nie należy się jej z takimi nazwami narzucać - ona kiedyś, gdy stanie się teraźniejszością, sama zaprojektuje się i nazwie. A projekty przyszłości, wszystkie, które są i były, nadają się tylko na śmietnik, bo przyszłość jest kompletnie nieprzewidywalna. Na tym właśnie polega cała przyjemność życia ziemskiego oraz jego wielki urok - że do końca nie wiemy, co nas tutaj czeka.

Doraźnie wiele wskazuje na to, że politycy PO będą za chwilę rządzić.

A pani znów z uporem wraca do swojej pesymistycznej wizji. Jestem przekonany, że Jarosław Kaczyński będzie miał jeszcze okazję nadać bieg historii polskiej. On ją porusza, ale oczywiście ta historia i tak toczy się, jak sama chce. To sprawa bardzo tajemnicza. Nie jest tak, że ktoś, kto nadaje ruch historii, może zaprojektować, w którym kierunku ona się potoczy. Już o tym mówiliśmy - w! szystko zdąża do jakichś swoich dzikich przeznaczeń, nam nieznanych. Myślę, że za wcześnie jest rozmawiać o tym, kto niebawem będzie w Polsce rządził. Kilka dni temu zobaczyłem w jednej z gazet tytuł: "Platforma rządzi samodzielnie". Był to komentarz do jakichś sondaży, ale nie było napisane "Platforma rządziłaby", lecz "rządzi", w czasie teraźniejszym. Już się stało - mówiła ta gazeta - brawo, brawo, już bracia Kaczyńscy stracili władzę. O nieładnie - pomyślałem, bo to była jawna propagandowa manipulacja ludzi, którzy tego właśnie pragną. Są granice, których prasie nie wolno przekraczać.

Ale media są od tego, żeby osądzać, kontrolować, sprawdzać.

Proszę bardzo - niech osądzają i sprawdzają. Ale zdaje się, że media w Polsce uważają teraz, iż powołaniem ich jest obalenie rządów braci Kaczyńskich. Gazety są obecnie strasznie zarozumiałe. Naprawdę uwierzyły, że są czwartą, a może nawet pierwszą władzą i że mogą kształtować rzeczywistość. Mają tro! chę za dobre samopoczucie, bowiem rzeczywistości nikt nie moż! e do końca ukształtować. Ona ma w sobie pewne siły sekretne, ukryte, które ją kształtują. A gazetom i telewizji wydaje się, że mogą nadawać kształt państwu, orzekać, czy ma istnieć w takiej formie, w jakiej istnieje, czy w innej. Media uważają, że mają prawo wyrokowania i narzucania swoich poglądów, które są przecież zawsze poglądami cząstkowymi.

Ale co w tym złego właściwie?

Właściwie ma pani rację - nie ma w tym nic złego, bowiem skutki gazetowego i telewizyjnego wrzasku są wreszcie niewielkie. Tak też było za czasów komuny, której pod koniec życia wydawało się, że jeśli posiada telewizję, to rządzi wszystkim i posiada również tak zwany rząd dusz. A było tak, że nic już nie posiadała i niczym nie rządziła, gdyż wszyscy wiedzieli, że telewizja kłamie. Gdyby Polacy uwierzyli w to, co mówi telewizja i co piszą niektóre gazety, to już dawno by wypluli ze swoich ust braci Kaczyńskich. Nie wypluli, czyli nie wierzą gazetom - no może wierzą w przep! isy kulinarne. Myślę, że dziennikarze przeceniają swoją rolę, uważając, że mogą włożyć ludziom do głowy cokolwiek zechcą. Ludzie to raczej wierzą w swoje życie, w to, co ono im mówi. Ten wrzask, że w Polsce jest okropnie, że Kaczyńscy są paranoikami, że to w ogóle jest jakiś wariacki kraj, że tu nie można wytrzymać, w ogóle żyć nie można, robi więc, jak przypuszczam, niewielkie wrażenie na czytelnikach gazet. To jest tylko wrzask dziennikarski, owszem, niezbyt miły - wrzask tych, którzy uważają, że w Polsce wszystko jest ohydne, wstrętne i godne pogardy. Drogi są dziurawe, politycy są złodziejami, kradną wszyscy i wszędzie, nikt nie chce pracować, pracy także nie ma, a w dodatku literatura jest w stanie upadku. Tak mówią gazety - wiem, że nie wszystkie, ale kilka wielkich gazet tak mówi. Życie mówi zaś Polakom coś zupełnie innego. Mówi im, że w Polsce dzieje się teraz coś wspaniałego. I Polacy - to jest rzecz dla mnie niezwykle ważna - znów są dumni z tego, że są Polakami. S! łyszę to i widzę naokoło - że cieszą się ze swojego tutejszeg! o życia. To jest właśnie wspaniałe, bo przecież jeszcze kilkanaście lat temu wstydzili się Polski i tego, że są z tego kraju. Nawet nie chcieli mówić o Polsce i brzydząc się swojego nędznego życia, tak właśnie o niej mówili: "ten kraj", "w tym kraju". A teraz są dumni. Jestem tym zachwycony, bo nie sądziłem, że czegoś takiego dożyję.

A może jest tak, jak interpretuje się pańskie "Wieszanie", że w Polsce nic nie może dokonać się ostatecznie. Może to, o czym teraz mówimy i co się w Polsce dzieje, łącznie z misją Kaczyńskich, będzie kolejnym dowodem na to, że niczego ostatecznie nie da się przeprowadzić. Wyjścia z postkomunizmu też.

Można oczywiście spojrzeć na historię Polski z takiego punktu widzenia, z którego będzie ona wyglądać na historię niedokonań. Ale można też sporządzić listę wydarzeń, która będzie temu przeczyć. Jeśli ułożymy sekwencję wydarzeń, której głównymi punktami będą powstania narodowe, to okaże się, że historia Polski składa ! się z rzeczy dokonanych. Nawet przeciwnicy powstania warszawskiego, tacy, którzy oceniają je jako wielki błąd polityczny, mówią, że to było dokonanie pospieszne, pochopne, ale ostateczne. Stanowiło gwałtowną reakcję na dramatyczną sytuację Polaków - reakcję, która miała coś ostatecznie w historii rozstrzygnąć. Wygląda więc na to, że Polacy mają raczej skłonność do pośpiesznego, a nawet przedwczesnego rozstrzygania pewnych rzeczy. Powstanie listopadowe przy pomocy znacznych, ale jednak nieporównywalnie mniejszych sił niż rosyjskie, też chciało coś pospiesznie rozstrzygnąć. Mimo że ówcześni konserwatyści w rodzaju Niemcewicza czy Koźmiana mówili, że nie należy się spieszyć, niczego rozstrzygać, bo jest całkiem nieźle. Również tragiczne powstanie styczniowe nie jest dowodem na niezdolność do podjęcia czynu ostatecznego. Nie da się więc historii Polaków widzieć jako historii niedokonań. Raczej bym ją widział jako historię dokonań - historię ryzykantów działających niekiedy zbyt ! pospiesznie. Jeśli chodzi o moje "Wieszanie" - to też jest pr! zecież historia ryzykantów. Nie udało się im powiesić króla, ale pospiesznie, a nawet trochę bezmyślnie wyrżnęli niemal cały rosyjski garnizon w Warszawie. Gdyby dopadli rosyjskiego ambasadora, też by go zarżnęli. Może łagodni i dobroduszni Polacy to są w istocie wściekli ryzykanci?

Czy teraz jesteśmy w tym momencie, kiedy możemy czegoś dokonać i dokonujemy ostatecznie, czy cofamy się?

Wrócę do tego, co mówiłem o pewnej tajemniczości historii, na którą składa się sekretny wysiłek milionów ludzi, zwierząt i roślin. Nie wiadomo, co ci ludzie, zwierzęta, rośliny myślą i czego naprawdę chcą. I wobec tego ich historia trochę idzie swoją własną drogą, nie pytając tych, którzy w niej uczestniczą, dokąd ma iść. Można ją poruszyć, można nadać jej pewien rozpęd. Ale co ona wykona, jak się ostatecznie spełni, to jest właściwie poza naszą władzą, nawet poza naszym rozumieniem. Ci, którzy usiłują teraz zatrzymać ten ruch, który nagle zaczął się w historii ! Polski, mogą okazać się bezradni. Ja na to liczę. To Jarosław Kaczyński i jego ludzie coś teraz ryzykują, usiłują zdobyć jakiś wpływ na historię. Trochę tak jak niegdyś zaryzykowali Piłsudski i jego ludzie - Sosnkowski, Lis Kula, Rydz-Śmigły i Sławek. Trochę tak, jak 29 listopada zaryzykowali chłopcy ze Szkoły Podchorążych w Łazienkach dowodzeni przez Wysockiego. Nagle w historii Polski pojawia się jakaś niejasna duchowa siła, jakieś ryzyko, które chce zaryzykować - chce coś zmienić, chce tę historię gdzieś popchnąć, w jakimś wyraźniejszym kierunku. I wtedy natychmiast pojawiają się jakieś siły przeciwne i zaczyna się gadanina, że to się nie uda, że to jest niepotrzebne, że to będzie szkodliwe, że to jest paranoja, że najlepiej jest siedzieć cicho i nie narażać się Niemcom i Rosjanom. To jest jakaś prawidłowość polskiej historii. Powstanie listopadowe nie powiodło się, bo zabrakło jednego wielkiego człowieka, który odważyłby się zaryzykować - kogoś na miarę Piłsudskiego. Byl! i natomiast Chłopicki, Skrzynecki i Krukowiecki, którzy cały ! czas myśleli o tym, jak dogadać się z carem i jak go przeprosić. A mogło się nam wtedy udać.

rozmawiała Joanna Lichocka
Milanówek, 17 sierpnia 2007 roku

--------------------------------------------------------------------------------

Jarosław Marek Rymkiewicz
Urodzony w 1935 r. w Warszawie. Poeta, dramaturg, eseista, krytyk literacki, tłumacz. Debiutował w 1957 r. zbiorem wierszy "Konwencje". Napisał m.in. "Czym jest klasycyzm", "Juliusz Słowacki pyta o godzinę", "Aleksander Fredro jest w złym humorze", "Leśmian. Encyklopedia", "Rozmowy polskie latem 1983 roku". Laureat literackiej nagrody Nike w 2003 r. za tom poetycki "Zachód słońca w Milanówku".
--------------------------------------------------------------------------------

Pozdrawiam Wszystkich