legalizacja? certyfikat? na butlę LPG

Cytat:W 2002 zakładałem w citroenie ax gaz. Gaz został wbity do dowodu
rejestracyjnego.
Gdzieś przepadł dokument potwierdzający legalizację? certyfikat? butli,
który jest ważny 10 lat.
Dziś jadę na przegląd i muszę zmienić dowód, bo skończyły sie miejsca na
pieczątki. W przyszłym, miesiącu planuję sprzedać citroena.
Czy brak tego dokumentu jest problemem przy wymianie dowodu?
Czy jest problemem przy sprzedaży samochodu?
Czy możliwe, że ta legalizacja została zatrzymana w wydziale komunikacji
(bo coś mi chodzi po głowie, ale boję się zadzwonić, bo wyjdzie, że nie
mam)...
Czy ew można uzyskać gdzieś kopię tego dokumentu (np u producenta STAKO)np
na podstawie nr seryjnego butli, czy jakiejś daty wybitej na tabliczce ??
Czy jest mi on w ogóle do czegoś potrzebny?



Duplikat paszportu w stako kosztuje cos kolo 50-60 zl.
Praktycznie ten dokument trzeba pokazac w kazdej przegladarni raz - powinni
wprowadzic dane do swojego komputra. Po sprzedazy samochodu to problem
kupujacego nie Twoj. Przy wymianie dowodu nie powinni wolac o pokazanie
poszportu (bo niby po co?).

Kazdy producent zbiornikow cisnieniowych musi trzymac dokument badania
zbiornika iles tam lat wiec z duplikatem nie powinno byc problemu. Co innego
dobra wola producenta - np taki faber italia przez pol roku robil problemy
zeby wydac duplikaty na butle cng...

Picasso

 

Nysa do Dolnego Śląska

Witam,

Temat z nagłówka za sprawą lokalnych "polityków" od jakiegoś czasu pojawia się i znika. Nie warto jednak tu rozwodzić się nad kwestią "kiełbasy wyborczej". Ważny jest aspekt merytoryczny tzn. czy taka operacja w ogóle jest potrzebna? Na Świętej Pamięci nysa.info był to jeden z bardziej gorących tematów. Może tu również uda się wywołać jakąś ciekawą dyskusję o przyszłości naszego miasta w kwestii administracyjnej.
Zacznę może od swojego zdania na ten temat. Osobiście uważam, że w chwili obecnej nasz byt w województwie opolskim z historycznego, społecznego i ekonomicznego punktu widzenia jest głęboko niekorzystny. Żyjemy w administracyjnym potworku, najmniejszym w Polsce, głęboko zacofanym nie mającym żadnej z racji swojej małości siły przebicia. Tak zwana stolica tego województwa to miasto z kompleksami wyrastającymi z nieustannej chęci dorównania większym co przy jej obecnym potencjale w żaden sposób nie może się udać. To miejsce w Polsce utożsamiane jest przede wszystkim z aferami, korupcją, pseudo mniejszością niemiecką a ostatnio z sepsą. Nasze miasto ma w swojej historii i tradycji głębokie korzenie powiązań i kontaktów z Wrocławiem. To u nas wrocławscy biskupi mieli swoją drugą siedzibę, to u nas za ich przyczyną rozwijała się kultura i nauka. Dziś większość historii która się jeszcze ostała dobitnie nam o tym przypomina. A co nas łączy z Opolem? Chyba to że likwidując notorycznie różnego rodzaju urzędy i placówki w mieście (przykłady: Archiwum Państwowe, Urząd Celny, Wydział Paszportowy jakby również) wysysa z naszego miasta tę materię która jest czynnikiem rozwojowym. Mało tego, obecnie coraz więcej osób MUSI pracować w Opolu (musi oznacza że gdyby mieli do wyboru to na pewno woleliby pracować na miejscu w Nysie).
Chciałbym od razu uprzedzić standardowy kontrargument typu ekonomicznego. Tu nie chodzi o to że przejdziemy do Wrocławia i od razu zapanuje dobrobyt. To nieprawda i ja się z tym absolutnie zgadzam. Nie będzie żadnych kokosów. To tylko kwestia naprawy tego co ktoś kiedyś spartolił - najpierw w 1814 włączając Nysę do Górnego Śląska, a potem powielając przez dziesięciolecia ten błąd i przyklejając nas do tzw. Opolszczyzny. Historia i geografia nie kłamie - jesteśmy na Dolnym Śląsku czy to się komuś podoba czy nie. A Opolszczyznę prędzej czy później i tak zaorają.

A teraz czekam na Wasze opinie...

Dłuższa droga do paszportu

Od poniedziałku nie będzie można złożyć wniosku o paszport w Jaśle, Sanoku czy Stalowej Woli. Trzeba się będzie przejechać do Rzeszowa, Krosna, Tarnobrzega lub Przemyśla. I oprócz zdjęcia, trzeba będzie zostawić odcisk palca.

Można powiedzieć, że to z powodu tych odcisków palców wydłuży się droga do paszportu. Od 15 czerwca wchodzą w życie przepisy o wprowadzeniu dodatkowych danych do paszportów biometrycznych. Nowy typ paszportu z czipem zawierającym cyfrowy zapis twarzy został wprowadzony dwa lata temu. Przez ten czas na podstawie umów z samorządami punkty przyjmowania wniosków paszportowych znajdowały się w 16 miastach. Było to możliwe m.in. dlatego, że nie było obowiązku składania wniosków osobiście. A ponieważ po odbiór paszportu trzeba było się zgłosić osobiście, paszporty były wydawane w Urzędzie Wojewódzkim w Rzeszowie i delegaturach w Krośnie, Tarnobrzegu i Przemyślu.
Teraz mikroprocesor w paszporcie będzie zawierał także nasze odciski palców. - Zmieni się sposób weryfikowania danych. Będą weryfikowane najpierw w Centrum Personalizacji a potem przy odbiorze paszportu będziemy porównywać jeszcze raz czy linie papilarne właściciela paszportu są zgodne z tymi zapisanymi w czipie. Obecne przepisy nie pozwalają na gromadzenie odcisków palców w bazach danych. Będą niszczone po zweryfikowaniu z mikroczipem. Nowa procedura wymaga dodatkowych urządzeń i zabezpieczeń. To jeden z powodów, że przyjmowaniem, opracowaniem danych oraz wydawaniem paszportów będą się zajmować pracownicy urzędu wojewódzkiego. Urząd nie ma pieniędzy na zatrudnienie dodatkowych osób w terenie. Na dodatek MSWiA stoi na stanowisku, że nie ma potrzeby udostępniania samorządom danych z centrum personalizacji - informuje Stanisław Łyszczek dyrektor wydziału spraw obywatelskich w Urzędzie Wojewódzkim w Rzeszowie.
Dlatego od poniedziałku 15 czerwca sprawy paszportowe będą załatwiane tylko w Urzędzie Wojewódzkim oraz trzech delegaturach. Jeśli ktoś mieszka w Przemyślu, Stalowej Woli, Mielcu czy Krośnie, ale pracuje lub uczy się w Rzeszowie może złożyć wniosek o paszport w Rzeszowie. Tu będzie musiał go odebrać. Przez najbliższe trzy miesiące biuro paszportowe w UW, we wtorki będzie czynne do godziny 18. To powinna rozładować ewentualne kolejki i umożliwić załatwienie sprawy osobom pracującym. W okresie wakacyjnym, trzeba brać pod uwagę, że na paszport trzeba będzie poczekać kilka tygodni, ale czas oczekiwania nie powinien przekroczyć miesiąca.
Nie zmieni się wysokość opłaty za wydanie paszportu - będzie to nadal kwota 140 zł. Osoby z paszportem biometrycznym zawierającym odciski palców nie muszą ubiegać się o wizę kanadyjską.

Po egzaminie - relacje

Dzisiejszego poranka w moim kochanym Jastrzebiu otwierając oczy ze snu obudziło mnie piękne słoneczko. Pomyślałęm sobie, że wymazona pogoda na egzamin.

Jak zwykle do pracy na 9:00. Około 10:00 postanowiłem zadzwonic do WORDu w celu upewnienia się co do godziny egzaminu. Po krótkiej rozmowie pytam panią czy moge zdawać na podstawie paszportu bo niestety dowód osobisty został mi skradziony. Ona, że bez problemu jeśli mam nowy paszport w kótrym jest nr PESEL. Czyli nie na podstawie mojego, bo ja mam stary paszport. Po kolejnej chwili rozmowy dowiedziałem się ze potwierdzenie nr PESEL mogę dostac w Wydziale Obywatelskim w Urzędzie Miasta. Noi zaczeła się nerwówka...
Około 13 urwałem się z pracy żeby załatwić niezbędne dokumenty. Bareziej zacząłęm się przejmować załatwieniem tych papierów niż samym egzaminem. Po opłaceniu 16zł za znaczki skarbowe dostałem papierek, kóry już mi się do niczego nie przyda, no ale przyjanmniej bylem pewien, że do egzaminu zostane dopuszczony.
Patrze na zegarek... jeszcze 1,5 h do egzaminu. Poszedłem do sklepu kupic coś słodkiego (tak zeby się odstresować trochę). Do WORDu dotarłen na godzinkę przed egzaminem. Obserwowałem jak niektórzy zdawali lub oblewali na placu i coraz mniej się przejmowałem własnym egzaminem.
O 15 z minutami przychodzi nasz egzaminator. Powiedział co ma powiedzieć i prosi o wylosowanie zestawu dla całęj grupy pierwszą osobę z listy... czyli mnie

WYROK:
PARKOWANIE PROSTOPADŁE WJAZD PRZODEM (czyli element, na kótrym oblałem poprzednim razem),
WZNIESIENIE (vel. ręczny )

Łuk zrobiłem z małą poprawką, bo za 1 razem nie dojechałem. ZALICZONE
Następnie prostopadłe... Kilka głębszych wdechów i ruszam. Wszystko idzie o dziwo dobrze. Wjazd z korektą, bo bałem się że nie zmieszcze się i zalicze pachołek. Egzaminator dał znak do wyjazdu. Wychyliłem głókę przez okno (nic na to nie powiedział) i wyjechałem bezbłędnie. Na mojej buźce pojawił się banan od ucha do ucha ZALICZONE.
Teraz góreczka. Podjechałem, a pan Egzaminator powiedział: "STOP, prosze zacignąć ręczny... i jazda". Jak poprosił tak i zrobiłem. ZALICZONE

Zjażdżająć z górki miałem ochotę wycałować kierownicę i nie tylko
Czyli pierwsza osoba z 8 osobowej grupy ZDAŁA.
Jeszcze zostało 7 osób.Jednak tu nie było już tak różowo i na miasto wyjechały oprócz mnie jeszzcze 2 dziweczyny.
No to pewnie ciekawi Was jak poszło mi na mieście? Nie? Ale czytajcie ku przestrodze...

Wsiadam, odpalam, jadę...
po kilkuset metrach słyszę: "proszę przygoować się do hamowania awaryjnego... " No to przyspieszyłem... Nagle słyszę STOP!!!!!!!!! No to depłem ten hamulec, ze mało dziury nie zrobiłem pod koniec jeszcze dołożyłem sprzęgło, tak że nawet samochodzik mi nie zgasł. Egzaminator powiedzał: "Dobrze, jazda" No to gaz i jade.
Jak jeździłem po mieście to było już ciemno, a w takich warunkach na kursie nigdy nie jeździłem. DObra do rzeczy... Samochód zgasł mi w sumie 3 razy, pierwszeństwa nie wymusiłem ani razu, pieszych puszczałem aż za nadto (wg Egzaminatora "nadgorliwość gorsza od faszyzmu", ale wole puścić jakby miał mnie oblać na tym). Po półgodzinnej jeździe podjechałem do Ośrodka.
Egzaminator do mine z pytaniem "który to twój egzamin?" Ja mu na to, że trzeci. On :"no to ostatni"
Jeszcze pytanie z mojej strony czy to już wszystko no i mogłem z bananem na całą twarz iść do 2 dziewczyn z mojej grupy, które czekały na egzamin. Jedna z koleżanek wsiadła i po 20 minutach wróciała... niestety na siedzeniu pasażera
Wsiadła kolejna, ale na wynik już nie czekałem, bo nie miałem z kim pogadać, ale mam nadzieje że zdała,choć uż przy wyjeździe z ośrodka prawie wymusiła pierwszeństwo.
Czyli przy dobrych wiatrach z mojej grupy egzamin zdały 2 osoby.

Jeszcze wspomnę o egzaminatorze. Bardzo młody i symppatyczny pan. Widać, że niektóre osoby traktował na placu z przymróżeniem oka. Np. przy wyjeździe z prostopadłego było widać, że tai starszy pan z naszej grupy nie zmieści się przed linią ograniczającą wyjazd nawet po korekcie wtem egzaminator rzucił "Proszę już do przodu do kolejnego elementu..." NIestety ów pan oblał na wzniesieniu dwukrotnie samochód stoczył mu się ze stanowiska...

Teraz właśnie czytam sobie ten mój opis i dochodzę do wniosku, że miałem niezłego farta trafiając na tego egzaminatora, bo za ten gasnący silnik na mieście ktoś inny pewnie by mnie oblał... NA swoją obrone mogę powiedzieć tylko... NERWY, tak więc trzmajcie je pod kontrolą podczas swojego egaminu

Powodzenia dla zdających!

 

Wyjazd samochodem na Ukrainę - poraz pierwszy.

Jest 19 wrzesień 2008. Ja bez większego namysłu zatankowałem samochód do pełna
i jadę na Ukrainę. Wcześniej zaszedłem do kawiarenki internetowej w Ostrowi
Mazowieckiej aby na stronie http://map24.interia.pl sprawdzić ilość kilometrów
jakie mnie dzielą do końcowego punktu podróży, okazało się, że jest to
niespełna 540 km poprosiłem o wydrukowanie mapy - podziękowałem i jadę... Całą
drogę do granicy pada mocny deszcz - oczywiście po drodze mijają mnie polscy
kierowcy którzy mają za nic przepisy drogowe a coś takiego jak linia ciągła
nie jest żadną przeszkodą aby ją przekraczać  a to ze stwarzają wielkie
niebezpieczeństwo to zupełnie inna sprawa!... O godzinie 18.05, po kilku
godzinach dojeżdżam do przejścia granicznego w Hrebennem, staję w kolejce,
zaraz za mną staje samochód na numerach ukraińskich, Ukrainiec podchodzi do
mnie i mówi - pan polak proszę stanąć w innej kolejce tam gdzie Polacy,
podjechałem do kolejki polskiej.
Kolejka porusza się bardzo wolno... godziny mijają, mijają, wreszcie dojeżdżam
do polskiej odprawy - w sumie odprawa to jakoś szybko się odbyła. Jestem teraz
pomiędzy Polska a Ukraina i czekam!... czekanie zaczyna już być nużące,
zaczyna mi się chcieć jeść i pić. Nie brałem nic ze sobą - ani jedzenia, ani
picia, w życiu nie przyszło mi do głowy aby się w to zaopatrzyć, tym bardziej
to, że będę tak długo stał w kolejce... Podszedł do mnie starszy pan i się
pyta czy ja go podwiozę na druga stronę granicy - ja odpowiadam - proszę niech
pan wsiada. Pan Romek okazuje się być Ukraińcem, który pracuje jako "mrówka"
przy granicy. Siedząc z kimś w samochodzie czas szybciej leci przy rozmowie,
niż wcześniej gdy siedziałem sam. Kolejka strasznie się wlecze  W końcu o
godz. 24.10 jakoś udaje mi się dojechać do ukraińskiej odprawy paszportowej,
potem do odprawy celnej i... tu następuje problem! Problem jak się okazuje
jest z mojej winy gdyż nie zdążyłem wyrobić dowodu rejestracyjnego na
samochód, mam natomiast pozwolenie czasowe wydane w wydziale komunikacji
starostwa. Celnik za cholerę nie chce mnie przepuścić na Ukraińska stronę -
mówi, ze muszę wracać do Polski i nie zawracać mu głowy! Podchodzę poraz
kolejny i pytam się czy mnie przepuści - nie niema mowy! - słyszę odpowiedź.
Podchodzę do innego okienka, do innej budki celnej i ponownie słyszę od innego
celnika - niema mowy! Nie daje za wygrana podchodzę ponownie - ale już mi
odpowiada abym zaczekał - więc czekam kilka minut woła mnie abym wszedł do
niego, do budki - pogadamy! Pyta się gdzie jadę, po co jadę i dlaczego mam
tylko pozwolenie czasowe a nie dowód rejestracyjny samochodu - opowiadam jak
to się stało - a on się pyta - ile płacę? - a ja się pytam ile on chcę? - "A
ile możesz dać?!" - włożyłem między jakieś papiery 10 hrywien i on mówi, że
mogę jechać bez problemu na Ukrainę - jak zobaczył, że jest to tylko 10

pojechałem do Rawy Ruskiej, zatankowałem samochód na stacji paliw (stacji
paliw jest dużo - wszędzie je widać - benzyna A95 jest po ok. 6 hrywien za
litr). A jeszcze w budce za granicą miałem problem ze sprzedażą Funtów
angielskich okazuje się, że nie są takie popularne jak w Polsce - natomiast
bez problemu można sprzedać EURO lub Dolary. Jadę - kieruje się w stronę
Lwowa, droga po której jadę jest dziurawa - czasami muszę zwalniać bojąc się o
zawieszenie samochodu. Deszcz leje jak z cebra. Oznakowanie drogi jest słabo
widoczne przy każdej tablicy drogowskazowej muszę zwalniać aby przeczytać co

Kijowa - trochę pobłądziłem - słabo widoczny znak zjazdu. Jadę, droga trochę
lepsza ale leżą jakieś małe kamienie - skąd się tu wzięły - myślę! Teraz mam
się kierować w stronę Tarnopola i ciągle mnie wkurza kiepskie oznakowanie, nie
widzę konkretnego zjazdu na Tarnopol, a potem na Zolochiv (dokąd zresztą
jechałem) Ciągle jadę, jest jakiś rozjazd widzę, że muszę się kierować na lewo
- skręcam, za chwile wieżdżam do jakiegoś miasta, widzę, ze jest to spore
miasto, nie jestem pewny gdzie jestem. Zatrzymuje samochód w centrum tego
miasteczka - czekam nie wiem gdzie mam jechać, telefon już nie działa
skończyły mi się pieniądze na koncie, okazuje się, ze jest dosyć drogi roaming
na Ukrainie (telefon mam w Simplusie). Stoję na parkingu - chce się kogoś
spytać w jakim mieście jestem nikogo nie ma - nadal stoję. Po jakiejś godzinie
widzę faceta pytam po rosyjsku "skazite kakoj eto gorod?" a on mi na to, że
Zolochiv. Nawet nie było widać tablicy z nazwa miejscowości :) Później
poprosiłem idącą dziewczynę aby mi pozwoliła zadzwonić ze swojej komórki -
zgodziła się :) i już nie czekałem pojechałem tam gdzie bylem umówiony :).
Muszę powiedzieć, że Ukraina nie jest taka straszna jak ją ludzie opisują,
jest to bardzo sympatyczny kraj. Drogi maja dziurawe, czasem tak bardzo, że
jest trudno przejechać (jechałem Oplem Astra III) jeden raz zawadziłem
podwoziem! Nie odczułem aby benzyna była jakaś zła - tankowałem A95, samochód
się sprawował tak samo jak na polskiej benzynie, jedzenie bardzo smaczne, piwo
znacznie lepsze od polskiego, kiełbasa wręcz wyśmienita - polska kiełbasa
"niech się schowa!" Kierowcy jeżdżą prawie tak samo jak polscy kierowcy, też
czasem nie patrzą na przepisy - dziwiło mnie na jednym rondzie - jechali
prosto a powinni objeżdżać dookoła. Samochody na ogół stare chociaż jest tez
masa nowych samochodów - przeważnie Łady i Lanosy :)  Przez chwile nie czułem
jakiegoś niebezpieczeństwa na własnej skórze, ani tez nie miałem z nikim
problemów. Policja zatrzymała mnie dwa razy - raz pytał się o Zielona Kartę -
udałem, że nie rozumiem pytania - puścili. (Musze przyznać, że nie miałem
Zielonej Karty) Drugi raz jak już wracałem do Polski - za przekroczenie
prędkości - jechałem 87 km/h - jak pokazał radar. Powiedziałem, że mam tylko
pełny bak paliwa i zupełny brak gotówki oraz kartę bankomatowa - puścili. Po
przyjechaniu na przejście graniczne stałem, czekałem na przejazd 4 godziny,
chciałem skorzystać z WC już po polskiej stronie przejścia - już w Unii
Europejskiej okazuje się, że skorzystanie z pisuaru kosztuje 1.5 zł -
postanowiłem skorzystać z lasku już po przejechaniu na polska stronę. :)  Wieś
ukraińska wygląda tak samo jak wieś polska - tylko drogi oczywiście
gorsze(każdy pamięta polskie drogi sprzed 4 lat :)), miasteczka trochę szare.
Za trzy dni jadę ponownie na Ukrainę. Teraz już wiem, że muszę zabrać coś do
picia i jedzenia w podróż oraz Euro albo Dolary, gdyż Funty są mało popularne
- ciężko je sprzedać. A tak poza tym polecam wszystkim ten piękny kraj. Ciągle
słychać, jak to na Ukrainie jest dziwnie, strasznie oraz niebezpiecznie! a
Polska to co inny kraj?! W Polsce też kierowcy mają gdzieś przepisy ruchu
drogowego! I w Polsce jest cała masa pijaków, leni i złodziei którzy tylko
czekają w jaki sposób ukraść samochód! Naprawdę, oprócz dróg nie widziałem
niczego gorszego na Ukrainie - niż w Polsce. Pozdrawiam Ukraińców, za trzy dni
będę tam ponownie :)
Pozdrawiam.

Wyjazd samochodem na Ukrainę - poraz pierwszy.

Cytat:Jest 19 wrzesień 2008. Ja bez większego namysłu zatankowałem samochód do
pełna
i jadę na Ukrainę. Wcześniej zaszedłem do kawiarenki internetowej w
Ostrowi
Mazowieckiej aby na stronie http://map24.interia.pl sprawdzić ilość
kilometrów
jakie mnie dzielą do końcowego punktu podróży, okazało się, że jest to
niespełna 540 km poprosiłem o wydrukowanie mapy - podziękowałem i jadę...
Całą
drogę do granicy pada mocny deszcz - oczywiście po drodze mijają mnie
polscy
kierowcy którzy mają za nic przepisy drogowe a coś takiego jak linia
ciągła
nie jest żadną przeszkodą aby ją przekraczać  a to ze stwarzają wielkie
niebezpieczeństwo to zupełnie inna sprawa!... O godzinie 18.05, po kilku
godzinach dojeżdżam do przejścia granicznego w Hrebennem, staję w kolejce,
zaraz za mną staje samochód na numerach ukraińskich, Ukrainiec podchodzi
do
mnie i mówi - pan polak proszę stanąć w innej kolejce tam gdzie Polacy,
podjechałem do kolejki polskiej.
Kolejka porusza się bardzo wolno... godziny mijają, mijają, wreszcie
dojeżdżam
do polskiej odprawy - w sumie odprawa to jakoś szybko się odbyła. Jestem
teraz
pomiędzy Polska a Ukraina i czekam!... czekanie zaczyna już być nużące,
zaczyna mi się chcieć jeść i pić. Nie brałem nic ze sobą - ani jedzenia,
ani
picia, w życiu nie przyszło mi do głowy aby się w to zaopatrzyć, tym
bardziej
to, że będę tak długo stał w kolejce... Podszedł do mnie starszy pan i się
pyta czy ja go podwiozę na druga stronę granicy - ja odpowiadam - proszę
niech
pan wsiada. Pan Romek okazuje się być Ukraińcem, który pracuje jako
"mrówka"
przy granicy. Siedząc z kimś w samochodzie czas szybciej leci przy
rozmowie,
niż wcześniej gdy siedziałem sam. Kolejka strasznie się wlecze  W końcu o
godz. 24.10 jakoś udaje mi się dojechać do ukraińskiej odprawy
paszportowej,
potem do odprawy celnej i... tu następuje problem! Problem jak się okazuje
jest z mojej winy gdyż nie zdążyłem wyrobić dowodu rejestracyjnego na
samochód, mam natomiast pozwolenie czasowe wydane w wydziale komunikacji
starostwa. Celnik za cholerę nie chce mnie przepuścić na Ukraińska
stronę -
mówi, ze muszę wracać do Polski i nie zawracać mu głowy! Podchodzę poraz
kolejny i pytam się czy mnie przepuści - nie niema mowy! - słyszę
odpowiedź.
Podchodzę do innego okienka, do innej budki celnej i ponownie słyszę od
innego
celnika - niema mowy! Nie daje za wygrana podchodzę ponownie - ale już mi
odpowiada abym zaczekał - więc czekam kilka minut woła mnie abym wszedł do
niego, do budki - pogadamy! Pyta się gdzie jadę, po co jadę i dlaczego mam
tylko pozwolenie czasowe a nie dowód rejestracyjny samochodu - opowiadam
jak
to się stało - a on się pyta - ile płacę? - a ja się pytam ile on chcę? -
"A
ile możesz dać?!" - włożyłem między jakieś papiery 10 hrywien i on mówi,
że
mogę jechać bez problemu na Ukrainę - jak zobaczył, że jest to tylko 10

pojechałem do Rawy Ruskiej, zatankowałem samochód na stacji paliw (stacji
paliw jest dużo - wszędzie je widać - benzyna A95 jest po ok. 6 hrywien za
litr). A jeszcze w budce za granicą miałem problem ze sprzedażą Funtów
angielskich okazuje się, że nie są takie popularne jak w Polsce -
natomiast
bez problemu można sprzedać EURO lub Dolary. Jadę - kieruje się w stronę
Lwowa, droga po której jadę jest dziurawa - czasami muszę zwalniać bojąc
się o
zawieszenie samochodu. Deszcz leje jak z cebra. Oznakowanie drogi jest
słabo
widoczne przy każdej tablicy drogowskazowej muszę zwalniać aby przeczytać
co

Kijowa - trochę pobłądziłem - słabo widoczny znak zjazdu. Jadę, droga
trochę
lepsza ale leżą jakieś małe kamienie - skąd się tu wzięły - myślę! Teraz
mam
się kierować w stronę Tarnopola i ciągle mnie wkurza kiepskie oznakowanie,
nie
widzę konkretnego zjazdu na Tarnopol, a potem na Zolochiv (dokąd zresztą
jechałem) Ciągle jadę, jest jakiś rozjazd widzę, że muszę się kierować na
lewo
- skręcam, za chwile wieżdżam do jakiegoś miasta, widzę, ze jest to spore
miasto, nie jestem pewny gdzie jestem. Zatrzymuje samochód w centrum tego
miasteczka - czekam nie wiem gdzie mam jechać, telefon już nie działa
skończyły mi się pieniądze na koncie, okazuje się, ze jest dosyć drogi
roaming
na Ukrainie (telefon mam w Simplusie). Stoję na parkingu - chce się kogoś
spytać w jakim mieście jestem nikogo nie ma - nadal stoję. Po jakiejś
godzinie
widzę faceta pytam po rosyjsku "skazite kakoj eto gorod?" a on mi na to,
że
Zolochiv. Nawet nie było widać tablicy z nazwa miejscowości :) Później
poprosiłem idącą dziewczynę aby mi pozwoliła zadzwonić ze swojej komórki -
zgodziła się :) i już nie czekałem pojechałem tam gdzie bylem umówiony :).
Muszę powiedzieć, że Ukraina nie jest taka straszna jak ją ludzie opisują,
jest to bardzo sympatyczny kraj. Drogi maja dziurawe, czasem tak bardzo,
że
jest trudno przejechać (jechałem Oplem Astra III) jeden raz zawadziłem
podwoziem! Nie odczułem aby benzyna była jakaś zła - tankowałem A95,
samochód
się sprawował tak samo jak na polskiej benzynie, jedzenie bardzo smaczne,
piwo
znacznie lepsze od polskiego, kiełbasa wręcz wyśmienita - polska kiełbasa
"niech się schowa!" Kierowcy jeżdżą prawie tak samo jak polscy kierowcy,
też
czasem nie patrzą na przepisy - dziwiło mnie na jednym rondzie - jechali
prosto a powinni objeżdżać dookoła. Samochody na ogół stare chociaż jest
tez
masa nowych samochodów - przeważnie Łady i Lanosy :)  Przez chwile nie
czułem
jakiegoś niebezpieczeństwa na własnej skórze, ani tez nie miałem z nikim
problemów. Policja zatrzymała mnie dwa razy - raz pytał się o Zielona
Kartę -
udałem, że nie rozumiem pytania - puścili. (Musze przyznać, że nie miałem
Zielonej Karty)



A to dziwne, że przejechałes bez ZK. Ja byłem na Ukrainie w sierpniu i nie
było
 mowy o przekroczeniu granicy bez ZK (granice przejeżdzałem w Krościenku)

Pytanie

Cytat:
| W latach 70-tych na Oksywiu szkolono Arabow (ZSRR
| sprzedawalo do Egiptu niszczyciele), ztcw tez siedzieli na etatach
| marwojowskich po 2 lata.
    W WP? Na polskich etatach? Ejże?



z tego, co wiem/slyszalem tak. Choc akurat po to, zeby przymaskowac ta
operacje.

Cytat:| A Francja poza jednym przypadkiem nikomu tej formacji nie udostępniła.
| zmierzasz w kierunku, ze zolnierz zawodowy=najemnik. A to chyba slepa
| uliczka.
    Zostawiłem cały cytat. Nie - nie zmierzam. Pokazuję Ci, że znowu
brniesz w złą stronę udowadniając na siłę, że LC nie jest formacją złożoną
z najemników :o)



I wraca pytanie o definicje najemnika. Zechcialbys przedstawic swoja?

Cytat:| Cudzoziemska chyba dostatecznie skutecznie to oznacza ;)))
    Przeczytaj sobie co pisałeś o pojęciu cudzoziemca nieco wcześniej, ok?



obywatelstwo francuskie MOZNA dostac PO 5 latach sluzby w Legii, a nie
przed. A wczesniej pisalem, ze przykladanie polskiego znaczenia slowa
cudzoziemiec do realiow francuskich jest zludne. Tam cudzoziemiec to ktos,
kto nie ma obywatelstwa. Po prostu zwrocilem uwage.

Cytat:| BTW: w latach przedwojennych takie cudzoziemskie formacje bywaly dosc
| modne. Legiony polskie w roznych krajach (Wlochy, Francja,
| Turcja) funkcjonowaly na zblizonym statusie na przyklad.
    Przed którą wojną? Francusko-pruską? ;o)



tez.
Ale i II Swiatowa to i owo sie zdarzalo.

Cytat:| LC to wlasnie
| przezytek z takich czasow, choc dzis zastosowanie ma jak najbardziej -
| latwiej poslac na podejrzana wojne podejrzana zbieranine z roznych
krajow,
| niz wlasnych obywateli - przy tych drugich zaraz prasa zacznie pytac "czy
| nasi chlopcy MUSZA ginac za ...", co dla rzadu moze byc niewygodne.
    A tutaj to się z Tobą w 1oo% zgadzam :o) Poza potraktowaniem LC jako
przeżytek - raczej jest to coś, co przetrwa formacje narodowe - już od
dawna pojawiają się pomysły o tworzeniu zaciągu najemników do ONZ, bo kto
inny będzie chciał robić coś na krańcach cywilizacji?



Jak to co? Chlopaki spod Swidwina :) (tam jest tzw. batalion ONZ. malolaty
az sie pala, zeby wyjechac i zarabiac w dolarach. O, masz przyklad
najemnikow :))) ).

Cytat:| wyciagasz historie, owszem, LC historie ma dluga i barwna.
    Banalna wojna w Zatoce? A niby co mam wyciągać? Przyszłość? :



to jest z tych barwnych akcji. Pilnowanie wyrzutni rakiet w Gujanie i
petanie sie po obozach treningowych to ta "banalnosc".

Cytat:| Gazwyb nie takich "bohaterow po latach" opisuje. BTW: kogo konkretnie? :)
    Nie pamiętam - jakiegoś lekarza. Niedawno pisano o nim w Magazynie.



Rzadko czytuje. Nie wiem, o kogo chodzi. Przy okazji, lekarze to nieco
inna formacja i rzadzi sie innymi regulami.

Cytat:| Janczyszyn, Waga, Kolodziejczyk, Lukasik. Zmuszeni do stania na bacznosc
| przed portretami, popierania slowem i czynem itede.
    I sugerujesz, że to sie ma jakoś do religii? :oP



W pewnym sensie byla to religia :) Czemu akurat sie religii
czepiles? Skoro norma jest odwrocenie o 180 stopni od marksizmu do NATO,
to czy nie zdarzy sie wyjatek, ze sie znajdzie chetny do sluzenia dowolnej
armii dowolnej religii?

Cytat:| Zakladam, ze jakby poszukac i poszelescic zielonymi, to by sie znalezli
| (niekoniecznie ci wyzej wymienieni) i tacy, ktorzy by sie kiwali.
    Założenie jest słuszne, ale w tym wypadku nieprawdziwe - nie chodzi o
to, czy oni by się za USD kiwali tylko czy ktokolwiek z Al Kaidy wynająłby
ich - na przeszkodzie stoi właśnie brak tej samej religii. Podchodzisz do
problemu z zupełniej złej strony.



Podejrzewam, ze szefowie Al Kaidy tez muzulmanami nie sa (w zasadzie na
pewno nie sa, bo caly zespol dzialan, jakie wykonuja, Islam surowo
potepia), a raczej czyms w rodzaju ww. I ze jedynym powodem, dla ktorego
mieliby preferowac muzulmanow, to wieksza nadzieja na lojalnosc. Ale czy
muzulmanie sie nie zdradzaja nawzajem?
Cytat:
    Czy mogę odpowiedzieć pytaniem - A dlaczego nie? Przy jakimkolwiek
zaangażowaniu takich ludzi znależliby się - przynajmniej jednostki - wśród
ofiar czy jeńców. A takich nie było...



Hm, GazWyb pisal co innego, ale na gazwyb trzeba miec poprawke.

Cytat:| Tego rodzaju ludzie nigdy nie wychodza na pierwsza linie i
| zlapac ich ciezko :)
    Pewnie. Najciężej ich złapać, gdy w ogóle ich nie ma :o) To tak jak Ci
Czeczeni w Afganistanie? :o))



No, Afganow w Czeczeni to sporo bylo. Po obu stronach. No dobra, a o co
chodzi z Czeczenami? Nie kojarze.

Cytat:| Ja jestem cywil po uczelni technicznej, wydzial Elektronika,
| Telekomunikacja, Informatyka. Moja znajomosc produkcji obecnej
| RADMORu jest zadna.
    Ale masz taką wiedzę techniczną, która po krótkim przeszkoleniu pozwoli
Ci bez problemu zapoznać się i obsługiwać sprzęt. Skądinąd jak świadczy
przykład mojego znajomego historyka po SPRze w Zegrzu (Łączność) to nawet
wiedza ściśle techniczna nie jest aż tak przydatna ;o))



Obslugiwac sprzet wojskowy to malpa potrafi. Madrzy ludzie tak wymyslaja
sprzet wojskowy, zeby byle debil bez problemu potrafil go obsluzyc. I
zwykle obsluguje.

Natomiast moja wiedza techniczna nie wystarczy do np. wdrozenia takiego
sprzetu. Dzis na polu bitwy instaluje sie BTSy, komorki,
radiolinie. Ustawic to, jak pisalem, potrafi malpa wyposazona w
instrukcje, natomiast wdrozyc to w armii, zapewnic serwis, szkolenia,
modernizacje, interfejsy z innymi systemami - tego juz byle malpa, nawet
(a moze zwlaszcza?) po Zegrzu nie potrafi. Ja tez nie potrafie.

Cytat:| Kumple, ktorzy pracuja w roznych firmach przy specprodukcji, zanim
dostali
| natowskie certyfikaty, to sie starannie upewniono, ze zadnemu po lbie nie
| chodzi najemnictwo i inne fanaberie. Czyli roznica jest.
    A niby na czym polega - czy gdybyś pracował w takim zakładzie to byś
nie dostał? A co do NATOwskich certyfikatów... hmm... i starannego
upewniania się (na przykładzie pewnej pańśtwowej instytucji) to patrząc jak
to działa to lekko wątpię jak ich sprawdzano.



Instytucja w tym odcinku byla prywatna, DGT konkretnie. Niewiele wiecej
wiem, bo kazda moja ciekawosc ucinano: Sloniu, naprawde, nie wolno mi.

Cytat:| Wiem, zwracam jedynie uwage, ze organizacja tego rodzaju sluzb
| opiera sie na tym, ze na pierwszej linii siedza ludzie w krotkiej
| sluzbie, zas technologia zajmuja sie zawodowcy trzymani znacznie dluzej.
    Jeszcze raz zadam pytanie - wiesz jak wygląda skład teamu w GB i czym
oni się zajmują? Bo mam wrażenie, że nie :o) Chyba, że piszesz w szerokim
kontekście - o wojsku w ogóle - ale co też nie jest tak w 1oo% prawdziwe.



Green Berets. Generalnie zwiad. Chyba, ze jednak nie wiem?

A tak lekko obok tematu: tu akurat wolalbym powolac sie na organizacje
Komando Hubert, polecam jedno z ostatnich Morz, Statkow i Okretow.

Cytat:| Ze moja matke zwolniono z nadzoru JUZ 10 lat po zakonczeniu pracy w
| marwoju, mimo ze poza jednym poligonem czolgowym projektowala glownie
| osrodki wczasowe.
    I na czym ten nadzór polegał, co?



blokowaniu paszportu (no, za demokracji to sie odmienilo nieco). Na
upierdliwosciach zwiazanych z koniecznoscia wysylania masy kwitow do
roznych instytucji (obecne miejsce zamieszkania, obecna praca, zakres
obowiazkow w pracy, sytuacja rodzinna itede).

Owszem, smutni panowie w skorzanych plaszczach szczesliwie nie
przychodzili.

Cytat:| Slusznie zwrociles uwage na formacje, ktore poszly w drebiezgi.
| Specnaz padl wraz z ZSRR
    To nie jest prawdą. Takie formacje nadal istnieją i mają się dobrze.




rozlezli w krzaki. Znaczna czesc oczywiscie zostala, ale troche odsypkow
moglo pojsc na obca sluzbe.

Cytat:| , powstalo owszem OMON i takie tam
    Powstały jeszcze w ZSRR. I szczerze mówiąc - nie wiem, na jakiej
zasadzie łączysz oddziały MWD z MON :o)



nie lacze. Gdzie polaczylem?

Cytat:| Wania-afganczyk bywal na uslugach byle polskiego dresa.
    A co ma Wania-afgańczyk do Specnazu? Skrót myślowy?



To, ze ZSRR, a potem WNP przestal na moment kontrolowac sytuacje, to sie
ludzie porozjezdzali. Akurat ex-specnazowcy to pikus. Gorzej, ze sie nie
mozna profesorow od bomb atomowych doliczyc.

Cytat:| Specsluzby RPA tez sostaly rozpedzone.
    To też nie jest prawdą. Acz formacje zajmujące się fizyczną eliminacją
murzynów zostały rozwiązane - większość z tych ludzi faktycznie została
najemnikami.



Nie fizyczna, tylko murzynami. ZTCS w RPA mozliwie nietkniety zostal
wywiad, natomiast formacje zewnetrzne, bo zlozeniu autokrytyki przed
komisja o smiesznej nazwie (prawdy i pojednania, ROTFL) sie rozlazly.

Cytat:| Co do SAS... hm. moze? Niby "Konkwista" i takie tam... ale w praktyce
| ex-SASowcy sa zasysani przez policje, armie, wywiad.
    Nie, nie są - możesz sobie o tym poczytać w dowolnej rzetelnej książce
o SAS. Zresztą powiedz mi tak logicznie - po co policja miałaby korzystać z
ex-członka SAS. To samo dotyczy armii - tutaj sformułowanie jest bzdurą bo
SAS to też armia. O wywiadzie trudno się wypowiadać.



HMSQ? RUC? Pol Irlandii Polnocnej do dzis wypelnione jest ludzmi z
formacji wojskowych, szkolonych w technikach terrorystycznych. Powoli to
sie zmienia, ale do lat 80-tych "emeryci" z SAS szli wlasnie tam.

Poza tym armia najczesciej przejmuje ludzi z jednostek specjalnych (gdzie
sluzba trwa jakies 2 lata, max 5 lat) jako instruktorow w doborowych, choc
standardowych jednostkach.

Cytat:| Polska jest jednym z niewielu krajow, gdzie taki gromnik moze sobie
| spokojnie skonczyc sluzbe i isc samopas i nikt sie nim nie interesuje.
    To ciekawe, a Twoją matkę niedawno przestali pilnować - gdzie tutaj
logika Twojej wypowiedzi? :



Mojej? To raczej logika wojska polskiego. Poza tym co innego kazac wysylac
pisma, a co innego zadbac o to, zeby znalezc odpowiednie do kwalifikacji
zajecie (a jakie moze sobie inne ...

więcej »

Historia komputerów i nie tylko...

"CRN Polska rozmawia z Jackiem Karpińskim, konstruktorem pierwszego polskiego minikomputera K-202.

CRN: W początkach lat 70. skonstruował pan pierwszy polski minikomputer - K-202, maszynę, która wyprzedzała epokę i biła na głowę wszystkie ówczesne konstrukcje. Wie o tym każdy, kto otarł się o informatykę. Znana jest także historia prześladowań - bo tak przecież trzeba to nazwać - jakich doznał pan w PRL. Dlaczego jednak dziś, żeby dotrzeć do fenomenalnego konstruktora, muszę odwoływać się do pomocy Stefana Bratkowskiego? Gdyby nie informacja, że jesteście panowie przyjaciółmi, w żaden sposób nie odnalazłbym pana w mieszkaniu we Wrocławiu.

Jacek Karpiński: To bardzo długa historia. Kiedy w 1980 roku do mojego gospodarstwa na Mazurach pozjeżdżali się nagle dziennikarze, pewna pani z telewizji zapytała, co mi strzeliło do głowy, żeby na zapadłej wsi hodować świnie. Odpowiedziałem, że wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami.
Potem to poszło w Polskiej Kronice Filmowej! Po prostu zrobiono mi strasznie dużo świństw.

CRN: W PRL nie chciano ani pana, ani pana komputera. Dlatego w 1978 roku wyniósł się pan pod Olsztyn, żeby hodować świnie i kury. Na początku lat 80. dużo pisano o tym w prasie. Ja jednak pytam o dzień dzisiejszy. Przecież po roku 1990 próbował pan uruchomić produkcję skanerów, kas fiskalnych.

Jacek Karpiński: Próbowałem, ale się nie udało. Tylko po części dlatego, że nie mam głowy do interesów. Próbę produkcji mojego Pen-Readera udaremnił bank BRE, w którym wziąłem kredyt. W rezultacie straciłem dom w podwarszawskim Aninie. Mój zakład pod Mińskiem Mazowieckim, który miał produkować kasy fiskalne, zwyczajnie rozkradziono. Policja nigdy nie trafiła na ślady
złodziei. Próby nawiązania współpracy w produkcji moich kas z Libellą i Apatorem zakończyły się fiaskiem. Libella pozbyła się mnie, jak tylko zorganizowałem zakład i uruchomiłem produkcję. Apator dokumentnie spieprzył mój projekt. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż. To wszystko jednak wcale nie oznacza, że mam zamiar się poddać.

CRN: Stefan Bratkowski jest pełen podziwu dla pana wielkiej odporności.

Jacek Karpiński: Jako młody chłopak sporo przeszedłem. Musiałem być odporny. I tak już zostało.

CRN: Zmieńmy temat i zacznijmy od początku. Pana wojenna przeszłość nie była dla władz PRL bez znaczenia. Był pan w Szarych Szeregach, batalionie "Zośka", brał pan udział w powstaniu warszawskim.

Jacek Karpiński: W powstaniu niestety tylko jeden dzień. Ale, jak pan powiedział, zacznijmy od początku.
W Szarych Szeregach zajmowaliśmy się drobnym sabotażem. Zrywaliśmy flagi, tłukliśmy szyby w niemieckich sklepach, rzucaliśmy petardy pod posterunki. Takie drobne paskudztwa robiliśmy Niemcom. Do dziś z łezką w oku wspominam, jak rozbijaliśmy szyby u Meinla. Potem wstąpiłem do Grup Szturmowych, które po śmierci "Zośki" zostały przekształcone w batalion jego imienia. Uczestniczyłem w akcji "Sieczychy", w której zginął "Zośka". Brałem też udział w wielu akcjach rozpoznawczych. Takie akcje były w gruncie rzeczy bardziej niebezpieczne niż walka.

CRN: I wymagały stalowych nerwów.

Jacek Karpiński: Wymagały. Pod Celestynowem i pod Urlami brałem udział w rozpoznaniu ruchu pociągów. Przed akcją musieliśmy dokładnie znać rozkład jazdy, wiedzieć, jaka jest obstawa, mieć pojęcie o tym, jak poruszają się patrole pilnujące torów. Na rozpoznanie nie wolno było brać broni ani dokumentów. Chodziło o to, żeby w razie wpadki nie uprzedzić Niemców, że coś ma się wydarzyć. Zaszyłem się w krzakach, prowadziłem notatki. W pewnym
momencie pojawiło się dwóch żandarmów. z psem. Oczywiście pies natychmiast mnie wyczuł. Zaczął ujadać, rwać się ze smyczy. Trudno opisać, co się we mnie wtedy działo. Przecież gdyby mnie znaleźli albo zastrzeliliby na miejscu, albo trafiłbym na przesłuchanie na Pawiak, co byłoby jeszcze gorsze. Mogłem tylko
czekać. Patrol był nie dalej jak dwadzieścia metrów ode mnie, gdy żandarm niespodziewanie skarcił psa i pociągnął go w inną stronę.
- Głupie bydle - powiedział. - Pewnie rwie się do jakiegoś zająca.
Miałem wtedy bardzo dużo szczęścia.
Byłem też na kilku rozpoznaniach przed likwidacją Kutschery. Pamiętam taką sytuację: siedzimy we czterech w samochodzie na Rynku Nowego Miasta. Nagle od tyłu podjeżdża do nas wanna - odkryta ciężarówka z żandarmami i ciężkim karabinem maszynowym na stojaku. Stanęli obok, wycelowali w nas. cholera!
Naszym kierowcą i dowódcą był "Miki"-"Sem", kapitalny facet, bardzo opanowany.
- Panowie - powiedział - spokój. Uśmiechamy się.
I zaczęliśmy się uśmiechać. Niemcy celują, a my siedzimy i uśmiechamy się do nich, jak gdyby nigdy nic. I niech pan sobie wyobrazi, że po paru minutach odjechali! Ale cośmy wtedy przeżyli, to nasze! W czasie walki nie ma takich stresów. Do dziś pamiętam to paskudne uczucie.

CRN: I nie wziął pan udziału w powstaniu?

Jacek Karpiński: Zostałem ranny już pierwszej nocy. I na tym się skończyło. 1 sierpnia przewoziliśmy broń z dolnego Mokotowa na plac Zawiszy. Magazyn był u mnie w domu, na Obserwatorów 22. Na kilka godzin przed powstaniem wydano rozkaz kompletnego przemeblowania oddziałów. To było zupełnie idiotyczne, potwornie głupie. Byłem dowódcą sekcji, rozkaz przyszedł o dwunastej.
Ściągnęliśmy ze wsi jakąś furę, załadowaliśmy broń, przykryliśmy słomą i zasuwamy - fura kłusem, my biegiem. Koło trzeciej na skrzyżowaniu Chałubińskiego i Koszykowej zatrzymał nas szlaban. Już zaczynała się strzelanina, Niemcy zamknęli ulicę. Fura jeszcze zdążyła przejechać, my we czterech zostaliśmy.
Wbiegliśmy do budynku na rogu. Tam był szpital i szkoła pielęgniarek. Spotkaliśmy dwudziestoosobowy oddział naszych. Sytuacja fatalna - wokół pełno Niemców, my prawie bez broni, nie ma jak uciec. Uradziliśmy, że trzeba poczekać do nocy. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Dwie pierwsze szczęśliwie
się ewakuowały. Moją, która szła jako ostatnia, Niemcy wytłukli. Ja dostałem kulę w kręgosłup. Mam ją tam niestety do dziś.

CRN: Jak udało się panu przeżyć?

Jacek Karpiński: Byłem kompletnie sparaliżowany. Lekarze wzięli mnie do szpitala, wystawili lipną kartę choroby. Potem przewieziono mnie do Pruszkowa, gdzie spotkałem moją mamę. I tak niestety ominęło mnie powstanie.

CRN: Znał pan Krzysztofa Baczyńskiego.

Jacek Karpiński: Byliśmy razem w plutonie "Alek". To był wspaniały chłopak. Sądzę, że przeczuwał, że nie przeżyje tej wojny. Podchodził do wszystkiego z dystansem, był bardzo melancholijny. Melancholijny - to dobre określenie.
Komenda Główna proponowała mu pracę w sztabie, ale on chciał do Grup Szturmowych. Powiedział, że chce być w prawdziwym wojsku. Czasem jak siedzieliśmy na dyżurze dwanaście albo dwadzieścia cztery godziny i nudziliśmy się, pisaliśmy razem głupie wierszyki, on zwrotkę, ja zwrotkę. Zupełnie inne to były czasy.

CRN: Po wojnie trafił pan na Politechnikę Łódzką, potem Warszawską.

Jacek Karpiński: Nie tak prędko. Najpierw musiałem nauczyć się chodzić. Mama zabrała mnie do Krakowa, potem do Zakopanego. Chodziłem o dwóch laskach. Kiepsko mi szło to chodzenie. W 1945 roku poszedłem z bratem i przyjacielem Józiem Lityńskim w góry. Biwakowaliśmy nad Czarnym Stawem. Któregoś dnia poszedłem na grań Liliowe Turnie i wyrzuciłem jedną laskę.
- Cholera - pomyślałem - dość tego! Będę chodził o jednej.
A po jakimś czasie poszedłem na Orlą Perć i wyrzuciłem drugą.
Z Zakopanego mama zabrała mnie i brata do Radomska. Tam zrobiłem maturę.
Podczas okupacji zajmowałem się przede wszystkim wojskiem. Byłem zapisany do szkoły mechanicznej, ogrodniczej. Wtedy tylko takie
działały. Ale nauka to była żadna. Sam więc uczyłem się w domu matematyki, fizyki, chemii, literatury i angielskiego. We wrześniu 1945 roku zdałem do liceum, przerobiłem dwuletni program w ciągu roku i zdałem maturę na samych piątkach. I dopiero potem była politechnika w Łodzi, a później w Warszawie.
Naprawdę studiowałem, nie imprezowałem. Nie opuściłem ani jednego wykładu. A że miałem fenomenalną pamięć, do egzaminów wcale nie musiałem się uczyć. To, że moja przeszłość nie jest bez znaczenia, uświadomiono mi bardzo dogłębnie zaraz po studiach. Z kilku dodatkowych prac wyleciałem natychmiast, jak z procy. To były dodatkowe prace, bo przede wszystkim byłem starszym asystentem na Politechnice Warszawskiej.

CRN: W 1957 roku, jako adiunkt w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk, skonstruował pan swoją pierwszą maszynę o nazwie AAH. Miała pomagać w prognozowaniu pogody.

Jacek Karpiński: I pomagała. AAH to był w pewnym sensie pomysł Józia Lityńskiego. Pracował wtedy w Państwowym Instytucie
Hydrologiczno-Meteorologicznym, w dziale długoterminowych prognoz pogody. Poskarżył się kiedyś, że strasznie przydałaby mu się maszyna do analizowania dużych zbiorów danych, obliczania całek Fouriera. No to mu zrobiłem. Na 650 lampach. Wykonywała analizy i pokazywała wyniki na ekranie. Przez dwa lata jej
używali. Według dzisiejszej terminologii to był taki wyspecjalizowany procesor, tyle że bardzo duży. Miała jakieś dwa metry na półtora!
Dwa lata później powstał AKAT-1. Stoi dziś w Muzeum Techniki w Warszawie. To było urządzenie do analizy równań różniczkowych.

CRN: Wtedy jeszcze władza ludowa nie zwracała na pana uwagi. Na początku lat 60. bez zastrzeżeń wypuszczono pana za granicę.

Jacek Karpiński: Wtedy jeszcze nauka była nauką. Ubowcy zaczęli infiltrować PAN dopiero w kilka lat później. W 1960 roku wygrałem konkurs młodych talentów techniki organizowany przez
UNESCO. Wybrano sześć osób z dwustu krajów, z których każdy przedstawiał jednego kandydata. PAN przedstawił mnie. Profesor Groszkowski bardzo doceniał moje prace. Przecież te maszyny były pierwsze na świecie! Przyjechała komisja, odbyłem z nią kilkugodzinną rozmowę. A po paru miesiącach przyszła informacja, że jestem jednym z sześciu zwycięzców. To było jak grom z
jasnego nieba! Kiedy zapytano mnie, gdzie chcę studiować, wybrałem Harvard i Massachusetts Institute of Technology.
W ciągu dwóch lat, które spędziłem w Stanach Zjednoczonych, otarłem się o światowe sławy. Poznałem profesora Moore'a, Shannona11, Rossa Ashby'ego. ENIAC-a13 pokazywał mi sam John Eckert.

CRN: W Stanach wszystkie drzwi były dla pana otwarte. Kilkakrotnie proponowano panu pracę.

Jacek Karpiński: Rzeczywiście, przyjmowano mnie jak króla. Byłem tym zresztą bardzo onieśmielony. Miałem zaledwie trzydzieści kilka lat. Po studiach poprosiłem o możliwość odwiedzenia całej długiej listy firm i uczelni. UNESCO zgodziło się. W Caltechu witał mnie rektor ze wszystkimi dziekanami, w Dallas - burmistrz miasta. I wszyscy chcieli, żebym dla nich pracował, począwszy od IBM, a skończywszy na uniwersytecie w Berkeley. W San Francisco proponowano mi nawet stworzenie własnego instytutu.

CRN: Dlaczego zdecydował się pan wrócić do Polski? Wobec takich perspektyw?

Jacek Karpiński: Nie wiem, czy można to nazwać patriotyzmem, ale ja po prostu chciałem pracować dla Polski. Zawsze wierzyłem, że ruscy kiedyś sobie pójdą. A technologia zostanie. Poza tym uważałem, że to nie byłoby w porządku - wyjechać na delegację i zostać. Spotkałem Polaków, którzy tak postąpili, i nie sądziłem,
żeby to było uczciwe. Wiedziałem, że w PRL będę żył w niewoli, ale wierzyłem też, że normy moralne obowiązują niezależnie od sytuacji. I jeszcze jedno: nie mogłem zostawić mojej mamy. Ojciec zginął na Nanda Devi, podczas pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, w 1939 roku, brat - w Tatrach, w 1957. Zostaliśmy
tylko ja i ona. Mama była profesorem medycyny. Bardzo zaangażowała się w pracę. Na pewno nie zgodziłaby się wyjechać.

CRN: Wraca pan do Polski i w Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN w roku 1964 konstruuje kolejną maszynę - Perceptron.

Jacek Karpiński: Perceptron to była właściwie sztuka dla sztuki. Chodziło mi o to, żeby pokazać, że maszyna może rozpoznawać otoczenie i uczyć się. Perceptron był wyposażony w kamerę i system do analizy obrazu. Jeśli pokazało mu się na przykład trójkąt, był w stanie odnaleźć cechy charakterystyczne i zidentyfikować kształt niezależnie od tego, czy następny trójkąt, jaki mu pokazano, był mniejszy, większy czy trochę zdeformowany.

CRN: Razem z pojawieniem się Perceptronu zaczęły się kłopoty.

Jacek Karpiński: Kłopoty były już przy AAH. Najpierw zrobił się szum w prasie, potem nie wolno było o mnie pisać. Jak zrobiłem Perceptron, też zrobiło się głośno. Zaraz zaczęły do mnie przyjeżdżać delegacje z zagranicy. To była druga taka konstrukcja na świecie (coś podobnego zbudowali w Stanford, ale na innych zasadach. U mnie to była sieć neuronowa na 2 tysiącach tranzystorów). A w dyrekcji instytutu był profesor Węgrzyn, nieuk, kawał durnia, ale ubowiec. I profesor Węgrzyn nie mógł tego wszystkiego znieść. Zaczął mi robić różne świństwa, nie przyznawał środków na badania. W końcu powiedziałem "dość" i
przeniosłem się do Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego.

CRN: E...gdzie powstał KAR-65.

Jacek Karpiński: KAR-65 zrobiłem dla profesora Pniewskiego. Chodziło o prowadzenie skomplikowanych obliczeń dotyczących cząstek elementarnych. CERN dostarczał instytutowi ogromne ilości danych, których nie było jak analizować.
Profesor Pniewski potrzebował skanera, który analizowałby fotografie zderzeń cząstek. Na rok przed moim pojawieniem się w instytucie zamówił takie urządzenie w Instytucie Badań Jądrowych, ale projekt wciąż nie był skończony. Na okrągło
coś poprawiali i poprawiali, bo skaner nie chciał działać. Pniewski zapytał więc, czy nie mógłbym tego poprawić. Popatrzyłem i odpowiedziałem, że nie ma co poprawiać, bo to jest spieprzone od samego początku. Poprawić - nie poprawię,
ale mogę zrobić nowy. Pniewski chwycił się za głowę.
- Mam czekać jeszcze rok?
- Nie - odpowiedziałem. - Zrobię panu ten skaner w trzy tygodnie.
I zrobiłem.
Ale Pniewski potrzebował jeszcze do tego skanera maszyny liczącej. Był rok 1965, Odry właściwie nie nadawały się jeszcze do użytku. Dostałem dwa pokoiki w piwnicy, sześć etatów i pieniądze na zakup komponentów. W małej ekipie było troje zdolnych inżynierów: Tadeusz Kupniewski, Andrzej Wołowski i Diana Wierzbicka.
I tak powstał KAR-65, który pracował z prędkością 100 tysięcy operacji na sekundę. To było wtedy strasznie dużo. Odry pracowały parę razy wolniej i były przeszło trzydziestokrotnie droższe. KAR-65 kosztował 6 milionów złotych, a każda Odra - 200 milionów! Poza tym to była maszyna skonstruowana na całkiem
innych zasadach niż wszystkie, które wtedy budowano. Zrobiłem maszynę ze zmiennym przecinkiem, asynchroniczną, bez zegara, sterowaną za pomocą pięciu układów automatów skończonych. To była kompletna nowość! Nikt tak wtedy nie robił.
Swoją drogą trzeba przyznać, że profesor Pniewski wykazał się wielkim hartem ducha, bo kiedy ja pracowałem nad komputerem, on co miesiąc dostawał anonimy z pogróżkami. Życzliwi donosili, że jestem hochsztaplerem, że nic nie skonstruuję, bo w ogóle nie mam pojęcia o budowie maszyn, i że jak będzie mnie dalej trzymał
w instytucie, w końcu zastuka do niego prokurator, bo marnuje państwowe pieniądze.

CRN: Wie pan, kto pisał te anonimy?

Jacek Karpiński: Później się okazało, że między innymi profesor Węgrzyn. Pniewski przychodził do mnie po każdym takim liście, opowiadał, co w nim było napisane i pytał: - Panie Jacku, ale pan zrobi tę maszynę, prawda?
KAR-65 pracował przez następne 20 lat. Można go sobie obejrzeć w Muzeum Techniki.

CRN: Słynny K-202 powstał także u profesora Pniewskie
Jacek Karpiński: Tam powstał tylko projekt. Wymyśliłem modularną maszynę, jednostkę centralną wielkości dzisiejszego peceta, wyposażoną w pamięć stałą i operacyjną, do której można sobie doczepić 65 tysięcy modułów sterowania i wykonawczych. Coś kapitalnego na przykład dla przemysłu. U Pniewskiego jednak
zbudować komputera już się nie dało. Instytut nie mógł dać na to pieniędzy.

CRN: I tak zaczęło się chodzenie od Annasza do Kajfasza.

Jacek Karpiński: Można tak to określić. Na początku próbowałem zainteresować wojsko. Miałem znajomego pułkownika. Projekt bardzo mu się spodobał. Tylko kto to ma wyprodukować? Poszedłem do Zjednoczenia MERA i trafiłem tam na dyrektora Jerzego Huka. Huk uznał projekt za interesujący i powołał do jego oceny komisję pod kierownictwem Mareczka Greniewskiego - syna profesora Henryka Greniewskiego. Ojciec udawał cybernetyka, a syn - eksperta od elektroniki.
Po paru tygodniach komisja stwierdziła, że projekt nie nadaje się do realizacji, bo technologii, jaką proponuję, nie ma i być nie może. Jakby mogła być, Amerykanie na pewno by już ją wykorzystywali. Jednym słowem: MERA mojej maszyny produkować nie chce.

CRN: Za to chcieli ją produkować Brytyjczycy.

Jacek Karpiński: Mój dobry znajomy, angielski handlowiec Howard Lord, pokazał projekt w Londynie. Tam uznano, że jest to najlepsza konstrukcja logiczna na świecie. Poproszono, żebym osobiście przedstawił założenia. I natychmiast pojawiła się propozycja produkcji.

CRN: Z której pan nie skorzystał.

Jacek Karpiński: Jak głupi, zakichany patriota, powiedziałem "dziękuję", włożyłem brytyjskie opinie do kieszeni i wróciłem do Polski. Poszedłem do Stefana Bratkowskiego i pytam, co robić? Tu nie chcą produkować, tam chcą. Ale ja chcę robić komputery w Polsce! Stefan obiecał porozmawiać z ministrem nauki profesorem Janem Kaczmarkiem. Kaczmarek przyjął mnie, uznał projekt za
interesujący i obiecał porozmawiać z Hukiem. Koniec końców okazało się, że produkować można, ale MERA ani Ministerstwo Nauki nie dadzą pieniędzy.

CRN: I wtedy Stefan Bratkowski wymyślił rozwiązanie.

Jacek Karpiński: Stefan zaproponował układ: brytyjskie pieniądze, sprzedaż i marketing - konstrukcja i produkcja w Polsce. To było dla wszystkich do przyjęcia. MERA podpisała umowę z firmami Data-Loop i MB Metals i stworzyła Zakład Mikrokomputerów. Ja zostałem kierownikiem zakładu i jednocześnie
konsultantem strony brytyjskiej.
Co prawda nawsadzali mi zaraz do tego zakładu ubowców, ale jakoś dawałem sobie z tym radę. Najpierw zaprosił mnie Jerzy Łukaszewicz, ten, który później zajmował się propagandą w KC. Wtedy był sekretarzem Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego. Zaprosił, wyraził uznanie dla mojej dziejowej misji i zaproponował mi dyrektora administracyjnego, oczywiście jeśli się zgodzę. Potem zaprosił mnie jeszcze jakiś następny towarzysz i też mi kogoś wcisnął. I tak obsadzili mi całą administrację, od dyrektorów po księgową.
Ale inżynierów na szczęście sam sobie dobierałem. Trzonem zespołu byli: Ela Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz, Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Pracowaliśmy po 12 - 15 godzin na dobę, bez nich nie byłoby możliwe wykonanie K-202 z oprogramowaniem w ciągu jednego roku. Zapał do pracy
większości zespołu był niespotykany.

CRN: I udało się panu wyprodukować 30 komputerów. Aż 30, czy tylko 30?

Jacek Karpiński: W tych okolicznościach to było chyba "aż". Prototyp robiliśmy w nieprawdopodobnym tempie - powstał w ciągu roku. Oczywiście razem z oprogramowaniem. K-202 był zbudowany na bazie systemów małej i średniej skali integracji. Pracował z prędkością miliona operacji na sekundę. Był szybszy niż pecety w
dziesięć lat później! Zastosowałem tam kompletną nowość - powiększenie pojemności pamięci przez adresowanie stronicowe. To mój wynalazek. W Londynie, na wystawie w Olimpii, stały obok siebie: brytyjski Modular One, amerykańskie maszyny i K-202 - wszystkie 16-bitowe. I wszystkie miały 64 kilo pamięci, a
K-202 - 8 mega! Wszyscy pytali, jak to zrobiłem. Odpowiadałem, że zrobiłem i, jak widać, działa. W jakiś czas później przyjechał do mnie do Warszawy konstruktor z CDC22. To była
wtedy jedna z największych amerykańskich firm komputerowych. Chciał się dowiedzieć, jak dokonałem cudu. Powiedziałem mu, żeby się domyślił, bo to bardzo proste. Myślał dwa dni - i nic. To mu w końcu powiedziałem. Potem przyjechał następny inżynier z DEC23. Też mu powiedziałem. Trzy lata później stronicowanie
było już stosowane przez wszystkich producentów i jest stosowane powszechnie do dzisiaj. Głupio, że tego nie opatentowałem.

CRN: Komputer zyskał uznanie samego Edwarda Gierka.

Jacek Karpiński: W 1971 roku wystawiłem K-202 na Targach Poznańskich. Miałem piękne, duże stoisko. Obok wystawiali 8-bitowe Odry Elwro. Gierek przyszedł do mnie z całą świtą, Jaroszewiczem, paroma ministrami. Rozmawialiśmy z kwadrans.
- No to jak? - zapytał. - Zrobicie?
- Zrobimy - odpowiedziałem. - Ale czy pomożecie?
- Pomożemy!
Do Elwro w ogóle nie podszedł. To był dla nich straszny policzek.

CRN: A w dwa lata później po pana Zakładzie Mikrokomputerów nie było już śladu.

Jacek Karpiński: Zniszczyli wszystko, cholera jasna! Zaczęła się straszna nagonka na mnie i na K-202. Straszne mi robili świństwa.
Starałem się o autonomię dla mojego zakładu. Nic z tego nie wyszło, przenieśli mnie do Instytutu Maszyn Matematycznych.
Musieli mnie zniszczyć, bo ośmieszałem i Elwro, i IMM. Elwro zatrudniało 6 tysięcy ludzi, IMM - 700. I nie potrafili zrobić żadnej przyzwoitej maszyny. Żaby jakieś robili. Można sobie jeszcze obejrzeć w Muzeum Techniki. U mnie w 1973 roku pracowało raptem 200 osób. Przecież taki Huk wydawał na Elwro miliardy złotych! I nic z tego nie wychodziło. Ja robiłem rewelacyjne maszyny za grosze. To jakie on miał wyjście? Albo mnie zamknąć, albo zamknąć Elwro.
A że i w Elwiro, i w IMM pełno było towarzyszy i ubowców, mieli odpowiednie dojścia, żeby mnie wykończyć. Ja przecież nigdy nie byłem w partii. Wszyscy wiedzieli, że jestem ustawiony bokiem. Dyrektorem Zakładu Mikrokomputerów zostałem tylko dlatego, że wymusili to Brytyjczycy. Jeszcze w 1972 roku MERA zaproponowała, żeby robić K-202 w Elwro. Miałem być ich konsultantem. Czemu nie? Po kilku dniach dowiedziałem się, że muszę do nich
napisać pismo, bo oni do mnie się nie zwrócą. Napisałem. I zaraz dostałem odpowiedź odmowną. Bardzo zabawne, prawda?
A na początku 1973 roku członkowie dyrekcji Elwro zaprosili Jaroszewicza, który był wtedy premierem i pierwszym sekretarzem, i powiedzieli: - Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim! On nas zniszczy ekonomicznie. On ma 200 osób i robi maszyny z zagranicznych części, a my zatrudniamy 6 tysięcy i
robimy z polskich. I on ma 3 tysiące zamówień, a my nie mamy żadnego. U niego to kosztuje dolary, a u nas - złotówki!
Straszne świństwo polegało na tym, że Elwro też robiło Odry z zagranicznych komponentów. Wkład dolarowy w K-202 wynosił 1800 dolarów, a w Odrę - 30 tysięcy.
To była przecież wielka maszyna i scalaków tam wchodziło od cholery. Za wszelką cenę starali się bronić własnej dupy.
Stefan [Bratkowski - przyp. red.] próbował wydeptywać różne ścieżki, ale bez skutku. Od jednego towarzysza, o ile pamiętam Werewki, zastępcy kierownika Wydziału Przemysłu w KC usłyszał, że K-202 w ogóle nie ma.
- Jest towarzyszu - zapewnił.
- Może i jest. Ale nie działa.
- Oczywiście, że działa. Przyjedźcie do Karpińskiego, to zobaczycie.
- Nie przyjadę.
- Dlaczego?
- Bo nie ma takiego komputera.
I tak to wyglądało.

CRN: A towarzysze radzieccy nie dorzucili tu swoich trzech groszy?

Jacek Karpiński: W pewnym sensie. W 1970 roku Związek Radziecki wystąpił z inicjatywą stworzenia jednego typu komputera dla całego Układu Warszawskiego.
Nazwali go RIAD - Jednolity System Maszyn Matematycznych. Zerżnęli projekt z IBM-a 360, który wtedy nadawał się już do muzeum, ale przynajmniej był dobrze oprogramowany.
Wymyślili, że w każdym kraju satelitarnym będzie produkowany jeden typ komputera. W Polsce - RIAD 30, na Węgrzech - RIAD 10, w NRD - RIAD 20, a w Moskwie - RIAD 50.
Na jesieni 1972 roku przyjechał do Polski z całą delegacją towarzysz Ławrionow, główny konstruktor RIAD-a, żeby obejrzeć K-202. Przyjechał, popatrzył i powiedział - niemożliwe! Przecież u nich taka maszyna zajmowała całą ścianę!
Pyta, czy komputer jest odporny na wstrząsy. Odpowiedziałem, że można na nim kamienie łupać.
- A jak z klimatyzacją? - bo i ich maszyny, i Odry wymagały klimatyzacji.
- Nie potrzebuje.
I wypytywał tak, aż w końcu wziąłem szklankę wody i wylałem na komputer. Nic się nie stało.
- No tak - skonstatował z uznaniem. - Ale to nie jest RIAD, prawda?
Odpowiedziałem, że nie jest.
- A można to przerobić na RIAD?
- Można. Na zasadzie emulacji. Ma teraz milion operacji na sekundę, po emulacji będzie miał tylko 300, ale i tak będzie szybszy niż RIAD-y. I będzie działał na waszym oprogramowaniu.
I w rezultacie zaprosili mnie, żebym poprowadził seminarium w Moskwie.

CRN: Pojechał pan?

Jacek Karpiński: Trochę się obawiałem, bo z tymi wizytami w Moskwie to różnie w historii bywało. Niektórzy wracali stamtąd w drewnianych skrzynkach. Zgodziłem się, ale w końcu nie pojechałem. Pojechał za mnie dyrektor naukowy IMM, profesor
Andrzej Janicki. Wyjątkowa glizda. Niby był pułkownikiem lotnictwa, ale na moje oko pracował dla KGB. W każdym razie o komputerach nie miał żadnego pojęcia. Kompletne zero. I oczywiście z tego całego planu z ruskimi nic nie wyszło.
Ale przynajmniej udało mi się zrobić drakę. Wydałem kolację w pałacyku w Jabłonnie i zaprosiłem tam Ławrionowa z całą świtą, dyrekcję MERY i IMM. Nie mogli nie przyjść. I Ławrionow wzniósł tam toast "za współpracę z inżynierem Karpińskim!". Tych z Elwro i IMM szlag trafił. To była dla nich kompletna kompromitacja.

CRN: Miał pan jednak nie tylko wrogów, ale i sprzymierzeńców. Jednym z nich był ówczesny minister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic.

Jacek Karpiński: Wciąż byłem na czarnej liście cenzury. Nagonka zrobiła się paskudna. Szlachcic miał dobre nastawienie do rozwoju techniki. Rozumiał, co znaczy dla kraju. Bywał w moim zakładzie, był gorącym zwolennikiem produkcji K-202. MSW używało zresztą czterech moich maszyn. Z tych 30, które udało się
wyprodukować, 15 pojechało do Wielkiej Brytanii, resztę zainstalowano w Polsce, między innymi w MSW, MSZ, w Dowództwie Marynarki Wojennej, w Hucie Lenina, na uniwersytetach Warszawskim i Gdańskim. Jeden trafił do CERN. Było więc sporo
udanych zastosowań i on to bardzo doceniał. Zorganizował spotkanie Elwro, MERY, IMM, zaprosił przedstawicieli instytucji, w których działały K-202, i poprosił, żeby przedstawić wszystkie za i przeciw. Na koniec stwierdził, że przeważają pozytywne opinie i że w ciągu tygodnia podejmie ostateczną decyzję dotyczącą przyszłości mojego komputera. I w ciągu tego tygodnia przestał być ministrem.
Zaraz potem dostałem wymówienie. Zwyczajnie wywalili mnie na zbity pysk.

CRN: Pewne elementy tej historii znalazły się w książce Romana Bratnego "Lot ku ziemi".

Jacek Karpiński: Zgadza się. Roman sportretował tam między innymi dyrektora Huka. Przedstawił go jako kompletnego debila (zresztą jak najbardziej zgodnie z rzeczywistością). Oczywiście zmienił mu nazwisko. Na Łomot. Huk zorientował się, w czym rzecz, i poszedł z książką do prokuratury. Opowiadano mi później, że prokurator zapytał:
- To pan się utożsamia z tą postacią?
Huk oczywiście odpowiedział, że nie.
- No to, o co panu chodzi?
Profesora Węgrzyna też tam można znaleźć.
Jak mnie wylali, na linii produkcyjnej było następnych 200 jednostek moich maszyn. Zniszczyli je. Potem MERA przez pięć lat pracowała nad kopią K-202. W końcu ją zrobili - dwa razy wolniejszą, zawodną i niebotycznie droższą od K-202.
Zresztą próbowano kopiować K-202 i w Moskwie, ale z tego w ogóle nic nie wyszło.

CRN: Koniec końców znalazł się pan "za zesłaniu" w Instytucie Przemysłu Budowlanego Politechniki Warszawskiej.

Jacek Karpiński: Jak mnie wylali, wezwał mnie do siebie towarzysz Wrzaszczyk. Mówił, że bardzo mu przykro, że tak się to wszystko skończyło, i że ponieważ jestem świetnym fachowcem, on ma dla mnie posadę. Zaproponował, żebym został jego pełnomocnikiem i zajął się. konteneryzacją! Powiedziałem mu, że się na tym nie znam.
- To się pan pozna. Opakowania to dla Polski bardzo ważna sprawa. Pan przecież jest patriotą.
Po czterech godzinach zgodziłem się. No, skoro to ma być takie ważne dla Polski.
- Dobrze, panie ministrze - powiedziałem. - W gruncie rzeczy to jest ciekawa propozycja. Będę mógł wykorzystać mój K-202.
- Niech pan zapomni o komputerach - krzyknął Wrzaszczyk.
Na to mu powiedziałem, że w takim razie niech on zapomni o mnie.
- Odmawia pan ministrowi?
- Odmawiam.
No i dostałem wilczy bilet. Pozwolili mi tylko na wykłady w Instytucie Przemysłu Budowlanego.

CRN: Nie mógł pan również wyjechać z kraju.

Jacek Karpiński: W 1975 roku zaproponowano mi pracę konsultanta w Stanach. Instytut zgodził się na pół etatu - mogłem pracować dwa tygodnie tu, dwa tygodnie tam. Wszystko pięknie, tylko paszportu mi nie dali.
Stefan namówił mnie, żebym poszedł do towarzysza Jezierskiego. To był taki towarzysz z Wydziału Nauki KC. Poszedłem, porozmawiałem. Obiecał interweniować.
Zadzwoniłem za kilka dni - już go nie było. No, to Stefan mówi - idź do Werblana. Werblan był wtedy prawie jak Pan Bóg. Przyjął mnie w tym naszym "białym domu" z honorami, wysłuchał, obiecał pomóc i poprosił, żebym zadzwonił za tydzień.
Zadzwoniłem za tydzień, sekretarka powiedziała, żebym zadzwonił za trzy dni. Zadzwoniłem za trzy dni, usłyszałem, żebym więcej już do towarzysza Werblana nie dzwonił.
Potem rozmawiałem jeszcze z Mieciem Rakowskim. Dotarłem do niego przez przyjaciela, dyrygenta Jurka Semkowa. Jurek był kolegą ze studiów żony Miecia - Wandy Wiłkomirskiej. Rakowski obiecał zorientować się w sytuacji, ale po jakimś czasie poprosił, żebym więcej nie rozmawiał z nim o moim paszporcie. Koszmar. Po
prostu koszmar.
Kiedyś spotkałem na Marszałkowskiej kolegę - dyrektora od informatyki w MSW. Bardzo przyzwoity facet. Powiedział, że widział w ministerstwie moją teczkę. Na teczce było podobno napisane ręką Jaroszewicza: "Nie wydawać paszportu. Powód:
sabotażysta i dywersant gospodarczy". - Wiesz - powiedział mi - pierwszy raz w życiu widzę sabotażystę i dywersanta, który w PRL spokojnie sobie chodzi po ulicy.

CRN: I wtedy postanowił pan rzucić wszystko i wyjechać na Mazury.

Jacek Karpiński: W 1978 roku miałem już tej całej zabawy po dziurki w nosie. Wynająłem zrujnowaną chałupę pod Olsztynem i zacząłem hodować świnie i kury. Raz na tydzień jeździłem na wykłady na politechnikę, bo nie chciałem tracić ostatnich stałych dochodów. Dziennikarze znaleźli mnie tam w 1980. Pewien
znajomy robił reportaż z dyrektorem miejscowego PGR-u. Dyrektor powiedział mu, że jest tu w okolicy taki jeden dziwny facet, który przyjeżdża po karmę dla kur, ale nie wygląda na rolnika. I zaraz zleciały się gazety, telewizja.

CRN: E...i dostał pan paszport.

Jacek Karpiński: Nie tak od razu. Dużo się wtedy w kraju zmieniło. W 1981 w MERZE był konkurs na dyrektora. Ktoś zaproponował moją kandydaturę. Dostałem prawie 90 proc. głosów. Tam pracowało wtedy 1800 osób! Ale nie było zgody Ministerstwa Przemysłu. W zamian zaproponowano mi stanowisko dyrektora IMM.
Dziwna propozycja. Powiedziałem, że się zastanowię. Na wszelki wypadek zapytałem o zdanie Stefana [Bratkowskiego - przyp. red.]. Uważał, że powinienem się zgodzić, bo jeśli odmówię, pojawią się zarzuty, że nie chcę współpracować.
Zgodziłem się. Jednak na to z kolei nie wyraziło zgody KC. Zamiast dyrektora naczelnego zaproponowali, żeby został dyrektorem technicznym. Odmówiłem. Co może zdziałać dyrektor techniczny przy dyrektorze naczelnym idiocie?
I znów zaczęła się na mnie nagonka. Jakieś artykuły w prasie, wywiady z babami ze wsi, którym podobno kradłem kury. To one kradły moje kury! Brednie jakieś kompletne.
Doszedłem do wniosku, że muszę wyjechać. Atmosfera wokół mnie gęstniała z dnia na dzień. Stefan był pewny, że szykuje się coś bardzo niedobrego. Sądzę, że postanowili mnie wtedy wykończyć na amen.

CRN: Zabić?

Jacek Karpiński: Tak. Byłem bardzo niewygodny dla zbyt wielu ludzi.

CRN: Wyjechał pan do Szwajcarii, do pana Kudelskiego.

Jacek Karpiński: Poznałem Stefana [Kudelskiego - przyp. red.] w 1972 roku.
Przyjechał wtedy do Polski, oglądał K-202. Nakręciła to Polska Kronika Filmowa - "Spotkanie konstruktorów". Jak wyjeżdżał, któryś z dziennikarzy zapytał, co chciałby kupić w Polsce.
- Jacka Karpińskiego - odpowiedział.
Pracowałem u niego jako konsultant, ale dwa lata później nasze drogi się rozeszły. Stefan chciał dalej produkować sprzęt analogowy, ja namawiałem go do przejścia na technikę cyfrową. Ponieważ nie udało mi się go przekonać, stwierdziłem, że szkoda mojego czasu i jego pieniędzy.
Do spółki ze szwajcarskim matematykiem założyłem firmę - Karpiński Computer Systems. Przetrwała tylko dwa lata. Zabrakło pieniędzy na rozwój. Początek był bardzo dobry. Zrobiłem robota sterowanego głosem i pokazałem go na wystawie w Zurychu. Natychmiast znaleźli się inwestorzy. Niestety, mój wspólnik nie chciał się dzielić udziałami. Jeszcze nie zaczęliśmy nic produkować, a już zabrakło pieniędzy.
Potem zrobiłem jeszcze w Szwajcarii Pen-Readera - skaner i oprogramowanie do skanowania i czytania tekstu po jednej linijce. Też tego nie opatentowałem. Nie mam talentu do interesów.

CRN: W 1990 roku wrócił pan do Polski. To była już inna Polska niż ta, z której pan wyjeżdżał.

Jacek Karpiński: Pod pewnymi względami tak, pod innymi niekoniecznie. Zostałem doradcą ministra finansów do spraw informatyki. Współpracowałem z Balcerowiczem, Olechowskim, a następny to był już taki głupi, że serdecznie podziękowałem.
Postanowiłem produkować Pen-Readera w Polsce. Znajomy polecił mi zakłady w Szczytnie. Tam wzięli się do roboty i wyprodukowali szybko partię 500 egzemplarzy. Miałem już zamówienia. Zacząłem starać się o kredyt, bo chciałem uruchomić własną produkcję. Założyłem dwie firmy: JK Computer Systems i JK Electronics. Potrzebowałem 800 tysięcy dolarów. Chciałem to wszystko zrobić z
rozmachem, pewnie niepotrzebnie.
Trafiłem do banku BRE. Bank powiedział, że da mi kredyt, jeśli biznesplan zostanie przygotowany przez fachowca z Ministerstwa Przemysłu. Ministerstwo przysłało mi jakąś panią. Wyszło na to, że potrzeba 860 tysięcy dolarów.
Zabezpieczeniem był mój dom w Aninie wyceniony na 350 tysięcy dolarów. Kredyt miał przyjść w trzech transzach. Pierwsza wynosiła 126 tysięcy dolarów.
Kupiłem maszyny, komponenty, zapożyczyłem się jeszcze u znajomych, wiedząc, że za parę tygodni przyjdzie druga, większa transza kredytu. Czekam, czekam. A pieniędzy jak nie było, tak nie ma.
Poszedłem do banku i pytam, kiedy będzie druga transza. A oni na to:
- A ma pan nowe zabezpieczenie?

CRN: Potraktowali dom jako zabezpieczenie tylko pierwszej transzy?

Jacek Karpiński: Nic o tym wcześniej, cholera, nie powiedzieli! Jeszcze nie zacząłem produkcji, a oni już weszli mi na konta. A że nie miałem czym płacić, zaczęli mi naliczać karne odsetki - 120 proc.! Sprzedałem Pen- -Readery wyprodukowane w Szczytnie, dostałem na konto w Banku Handlowym 30 tysięcy dolarów. Sprawdzam stan konta - pusto. BRE zabrał. Zostałem kompletnie bez pieniędzy.
Żeby się ratować, zaprojektowałem kasy fiskalne. Zapożyczyłem się w paru bankach, otworzyłem zakład, byłem w przededniu produkcji. Jedno włamanie, drugie, trzecie - wszystko zniknęło. Po prostu rozkradli mi zakład. A miałem przecież ochronę!
Podpisałem umowę na produkcję tych kas z Libellą. Zorganizowałem im zakład produkcyjny od zera. Przysłali mi na dyrektora jednego z członków rady nadzorczej. I zaraz się okazało, że nie mam wstępu do zakładów. Makabra!
Zakłady były Libelli, ale projekty moje. Podpisałem umowę na produkcję z Apatorem. Zrobili prototypy, a ponieważ wszystko działało jak należy, zapadła decyzja o produkcji. I wtedy postanowili produkować płyty główne w Warszawie i zamówili od razu 3 tysiące.
- Panowie - mówię. - Tak się nie robi. Niech najpierw przygotują próbną partię, zobaczymy, do czego to się w ogóle nadaje. Przecież trzeba sprawdzić kooperanta.
Nie posłuchali. A w Warszawie spieprzyli wszystkie płyty, co do jednej. Okazało się, że ten sam zakład pracuje dla innego producenta kas fiskalnych, który ma siedzibę w tym samym budynku. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż.

CRN: W rezultacie stracił pan dom.

Jacek Karpiński: Sprawa kredytu w BRE ciągnęła się od 1996 do 2000 roku. W końcu wystawili mój dom przy Nawigatorów 11 na licytację. I sprzedali. za 200 tysięcy złotych! Tam była działka 2,5 tys. mkw. Jeszcze w 1996 był wyceniony na 350 tysięcy dolarów! Kupił go jakiś były policjant.
Miałem mieszkać w tym domu do kwietnia 2001 roku. W październiku 2000 roku nowy właściciel zażądał, żebym się wyprowadził. Powiedziałem, że nie będę się wyprowadzał na zimę. Komornik ustalił przecież, że mogę mieszkać do kwietnia.
Nowy właściciel nie miał co prawda wstępu do domu, ale miał za to wstęp do ogrodu. Zaczęły się świństwa. Najpierw pościnał wszystkie drzewa, potem sprowadził koparkę i rozorał wszystko tak, że nie było jak chodzić. Potem koparka uszkodziła dach. Przeprosił i obiecał, że naprawi - i w ramach tej naprawy zerwał cały dach. Siedziałem w pokoju i pracowałem. pod gołym niebem.
Jak padał deszcz, brałem parasol, a komputer przykrywałem folią. W końcu pozrywał mi koparką przewody elektryczne.
Któregoś dnia poszedłem do córki na kolację. A ten bezczelny łobuz przyjeżdża i mówi, że dom się zawalił! Rozjechał wszystko buldożerem! Wszystko zniszczył.
Całą moją bibliotekę, wszystkie pamiątki, wyposażenie domu.
Nie pamiętam, ile razy pisałem do policji, prokuratury, żeby poskromili jakoś tego łobuza. Bez odzewu. Pisałem do inspekcji budowlanej. Przyjechali dopiero wtedy, jak już z domu nic nie zostało. Przecież było wyraźnie widać, że to wszystko zrobiono ciężkim sprzętem.

CRN: W jaki sposób znalazł się pan we Wrocławiu?

Jacek Karpiński: Jak mi zabrali dom, pomieszkiwałem w Aninie. Potem wyjechałem na pół roku do Szwajcarii, żeby tam robić na zlecenie nowy skaner. To jest specjalny skaner do sprawdzania ksiąg rachunkowych. Sczytuje liczby, przesyła do komputera, gdzie są prowadzone obliczenia. Ja z synem Danielem zajmowałem się tylko konstrukcją. Sprzedaż będą prowadzić Szwajcarzy.
Kiedy wróciłem, przyjaciółka namówiła mnie na przenosiny do Wrocławia. Mam stąd bliżej do synów. Dwaj mieszkają w Szwajcarii, trzeci, Daniel, przyjechał dwa lata temu do Wrocławia. Bardzo zdolny chłopak. Tak jak ja - elektronik i
informatyk. Będziemy razem robić wersję mobilną tego skanera.

CRN: Banki dały już panu spokój?

Jacek Karpiński: Niezupełnie. Jeszcze spłacam długi. Idzie na to jedna czwarta mojej emerytury.
Kiedyś opowiedziałem to i owo o moich pracach pewnemu szwajcarskiemu biznesmenowi. Wywnioskował, że muszę być miliarderem. A ja wiążę jakoś koniec z końcem, żeby przetrwać.

CRN: Jaka jest pana recepta na kłopoty? To, przez co pan przeszedł, starczyłoby, żeby doprowadzić do załamania nie jedną, ale kilka osób. A pan wciąż nie załamuje rąk.

Jacek Karpiński: Co ja robię, jak mam kłopoty? Nic nie robię. Po prostu olewam. Moja dewiza jest bardzo prosta: martwię się, jeśli mogę coś w mojej sytuacji zmienić. Jeśli nic nie mogę zrobić, przestaję się martwić. Jeśli nic nie mogę poradzić na świństwo, po co miałbym jeszcze sam się zadręczać?

CRN: Rozmawiał Adrian Markowski, współpraca Anna Suchta
Adrian Markowski

Pomnik ofiar UPA na pl. Grzybowskim

Bo faktycznie pomnik marytologiczny ożywi plac



Cytat:Ten wsiowy Dotleniacz - mówi miejski urzędnik
Tomasz Urzykowski, Izabela Szymańska2008-03-24, ostatnia aktualizacja 2008-03-24 22:32

Czy na pl. Grzybowski wróci staw z ozonem? Ratusz go nie chce, bo to "robienie wsi w centrum Warszawy". Urzędnicy wolą zabetonowany skwer z pomnikiem. A miłośników Dotleniacza wysyłają do Ogrodu Saskiego


Staw Dotleniacz na pl. Grzybowskim latem zeszłego roku
Fot. Jan Zamoyski / AG

Gdy miasto szykuje projekt nowego zagospodarowania placu, mieszkańcy okolicznych domów pragną powrotu Dotleniacza. To zaprojektowana przez artystkę Joannę Rajkowską sadzawka z ozonem, która w zeszłym roku zmieniła zapomniany skwer w atrakcyjne miejsce spotkań i wypoczynku. Za ten projekt autorka otrzymała Paszport "Polityki" i "Wdechę" redakcji "Gazety Co Jest Grane". - Brakuje nam tu tlenu! Z każdej strony jesteśmy zabudowywani wieżowcami - wołali lokatorzy pobliskiego os. Za Żelazną Bramą na niedawnym spotkaniu z urzędnikami.

Burmistrz Śródmieścia Wojciech Bartelski poparł powrót stawu z ozonem, ale ważniejszy głos w tej sprawie ma urząd miasta. - Mieszkańcy nie mogą, ot tak, przychodzić sobie na pl. Grzybowski i go zawłaszczać. To plac ogólnomiejski należący do wszystkich warszawiaków, a nie tylko jakiejś grupy - twierdzi Tomasz Gamdzyk, naczelnik Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej w miejskim Biurze Architektury i nie szczędzi Dotleniaczowi słów krytyki: - To, co tam zrobiono w ubiegłym roku, było kuriozalne: trawka, staw, pływające kaczuszki. Jak na wsi, a to przecież centrum miasta. Otoczenie placu się zmienia, powstają kolejne budynki, nie da się tu utrzymać takiej enklawy. Jeśli ci państwo chcą posiedzieć na łonie przyrody, mają w okolicy park Mirowski, Ogród Saski i park Świętokrzyski - doradza.

Jak więc zdaniem urzędników powinien wyglądać plac na miarę warszawskiego city? Wstępną koncepcję przygotował już śródmiejski Zarząd Terenów Publicznych. Na rysunkach skwer jest w dwóch trzecich wybrukowany. Wprawdzie przewidziano na nim sadzawkę, ale przesunięto ją na północny skraj placu. Obok niej miałby powstać rodzaj amfiteatru (dla publiczności odbywającego się tu Festiwalu Singerowskiego). Zaś koło przystanka autobusowego - monument poświęcony Polakom pomagającym Żydom podczas okupacji. O jego lokalizację właśnie w tym miejscu zabiegała Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

- Pojawiła się propozycja, by pomnik stanął przy Muzeum Żydów Polskich na Muranowie, jednak tam byłby to obiekt drugorzędny w stosunku do tej placówki. Jeżeli ma to być jeden z najważniejszych pomników w mieście, to musi być dobrze wyeksponowany, mieć przestrzeń wokół siebie - przekonuje Adam Siwek z Rady.

- Przychylamy się do wniosku Rady. Plac znajduje się na styku różnych kultur - z jednej strony stoi kościół, z drugiej synagoga. Podczas okupacji księża z kościoła ratowali Żydów z getta. To najlepsze miejsce dla tego pomnika - uważa Tomasz Gamdzyk.

Własny projekt urządzenia pl. Grzybowskiego przedstawił też działający przy parafii Wszystkich Świętych społeczny Komitet dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów. Architekci Krzysztof Czyżycki i Jerzy Górnicki oraz rzeźbiarz Maksymilian Biskupski zaproponowali ustawienie na samym środku placu pomniku pod tytułem "Drzewo życia". Jest to ścięty pień, z którego "wyrasta" młode drzewo, a jego gałęzie układają się w kształt menory. Od pomnika do kościoła chcą ustawić szpaler tablic z nazwiskami Polaków zamordowanych za pomoc Żydom. - O kształcie pomnika zdecyduje konkurs. Oczywiście, Komitet może w nim wystartować ze swoim projektem - oznajmia Tomasz Gamdzyk.

A co z mieszkańcami, którzy wolą Dotleniacz? Czy ich głos jest mniej ważny od wniosku Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa? - Przestrzeń placu jest wystarczająco duża, by pomieścić pomnik, amfiteatralną widownię i zieleń. Połączenie funkcji pozwoli mu żyć przez cały rok - uważa Tomasz Gamdzyk. - Będzie też "forma wodna", ale nie użyłbym słowa Dotleniacz. To musi być coś innego, bez ozonowania, które w warunkach miejskich jest szkodliwe.

Oddajcie to miejsce żywym - komentarz

Na pl. Grzybowskim ma być jak w mieście, a nie na wsi - mówią urzędnicy z ratusza, którzy nie chcą tu powrotu Dotleniacza. Ich receptą na miejski plac jest zalanie go betonem i postawienie pomnika ku czci Polaków ratujących Żydów podczas okupacji.

Sęk w tym, że to nie z powodu sadzawki z ozonem Warszawa wygląda jak prowincjonalna dziura na peryferiach Europy. Wręcz przeciwnie. Wszechobecny reklamowy śmietnik, bazarowe budy w centrum miasta czy tandetna betonowa kostka zalewająca ulice - to objawy choroby, z którą ci sami urzędnicy odpowiedzialni za estetykę od lat nie potrafią sobie poradzić. Stolica cierpi ponadto na brak przestrzeni publicznej, gdzie można się spotykać, posiedzieć, miło spędzić czas. Dzięki Joannie Rajkowskiej i jej Dotleniaczowi takim miejscem stał się w zeszłym roku pl. Grzybowski, wcześniej opanowany przez obwoźnych sprzedawców umywalek i sedesów. Sadzawkę polubili nie tylko mieszkańcy pobliskich bloków. W letnie dni przyjeżdżali tu ludzie z całej Warszawy. Za sprawą Dotleniacza odkryli, że ten plac, kojarzony dotąd głównie z handlem armaturą sanitarną wprost z dostawczych busów, jest przyjaznym zakątkiem Śródmieścia.

Dobrze znam historię pl. Grzybowskiego. Momentami była dramatyczna (krwawe stłumienie robotniczego buntu w 1904 r., okupacja, getto). Nie jest to jednak powód, by teraz odbierać go mieszkańcom i zmieniać zielony skwer w martwy, wybetonowany plac z martyrologicznym pomnikiem. Albo wręcz - o zgrozo! - w quasi-cmentarz ze szpalerem tablic proponowanym przez rzeźbiarza Maksymiliana Biskupskiego, autora wypełnionego krzyżami wagonu z ul. Muranowskiej.

Ostatnia wojna zmieniła Warszawę w jeden wielki cmentarz. Można w nieskończoność wymieniać miejsca, gdzie ktoś zginął. Tu Niemcy rozstrzelali 20 Polaków, tam bomba rozerwała setki osób, a kawałek dalej kule wroga dosięgły nastoletniego powstańca. Gdyby chcieć uczcić wszystkich poległych, pomniki i głazy pamiątkowe należałoby stawiać co kilka metrów.

Polakom ratującym w czasie wojny Żydów należy się najwyższy szacunek. Zwłaszcza tym, którzy z tego powodu zginęli. Powinni być godnie upamiętnieni, ale czy koniecznie właśnie tu i w tej formie, w dodatku kosztem mieszkańców? Na małym pl. Grzybowskim nie ma miejsca i dla pomnika, i dla Dotleniacza. Pomysł upychania na siłę jednego i drugiego jest sensu pozbawiony. Apeluję do władz Warszawy o rozwagę: zamiast tworzyć na placu kolejny cmentarz, oddajcie to miejsce żywym.

Tomasz Urzykowski

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna