CTL Logistics - firma, która wyrosła w cieniu monopolu PKP Cargo - w ciągu 15
lat stała się najpoważniejszym konkurentem państwowego molocha. Z kilkunastu
procent rynku przewozów towarowych, który po sześciu latach wywalczyli sobie
prywatni przewoźnicy, przedsiębiorstwo zbudowane przez Jarosława Pawluka
zgarnia co trzeci "tonokilometr".
Nie zawsze jest łatwo. Czasem wygląda to tak: 13 października 2005 roku,
około godziny 19. Na stację Gdynia Port wjeżdża pociąg z 40 cysternami
nawozów. Dyżurny ruchu PKP Cargo odmawia zgody na wjazd - najpierw mówiąc, że
nie ma wolnych torów, potem, gdy okazuje się, że wolne tory jednak są,
powołuje się na zakaz wydany przez zwierzchników. Przepychanki trwają 21
godzin - CTL interweniuje w PKP PLK - czyli w spółce, która zawiaduje
infrastruktura kolejową, w Urzędzie Transportu Kolejowego. Pociąg zostaje w
końcu przepuszczony, ale Cargo, w reakcji na wymuszone podzielenie się torami
w punkcie obsługi ruchu... demontuje radiotelefony.
Wjazd do portu w Gdyni to jeden z najbardziej zapalnych punktów. Podobny
incydent, w tym samym miejscu, powtórzył się niedawno. Tym razem
niewpuszczenie pociągu CTL na nabrzeże w Gdyni zakończyło się inaczej.
Przenieśliśmy towar na ciężarówki i tą drogą dowieźliśmy go na statek. Mimo
próby utrudniania nam działania i tak wywiązaliśmy się z kontraktu - opowiada
prezes CTL Logistics Jarosław Pawluk.
Z mniejszymi lub większymi problemami stykają się wszyscy prywatni konkurenci
PKP Cargo. Skarżą się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (w zeszłym
roku UOKiK wszczął 6 postępowań w tego typu sprawach). Jest jednak i
optymistyczny, z punktu widzenia CTL, aspekt tego konfliktu - okazuje się, że
prywatnej firmie udało się zbudować na tyle silną pozycję, że PKP Cargo
zaczęło się jej bać. Jak do tego doszło?
Czasy symbiozy
Zaczęło się w Niemczech. Pod koniec lat 80. Jarosław Pawluk oraz Waldemar
Preussner pracowali razem w koncernie chemicznym Ruetgers, w dziale, który
zajmował się organizowaniem importu chemikaliów ze Wschodu do Niemiec. W 1992
r. postanowili odejść i, wykorzystując zdobyte doświadczenie, pracować na
własny rachunek. Założyli dwie firmy - Petro Carbo Chem (PCC), zajmujący się
handlem oraz Chem Trans Logistics, który miał organizować transport tego typu
ładunków.
Jak wspomina Jarosław Pawluk, Chem Trans (który potem zmienił nazwę na CTL)
miał być ogniwem łączącym koleje niemieckie, polskie i wschodnie poprzez
przeładunki na granicy i zapewnienie infrastruktury przeładunkowej.
Kiedy zaczynaliśmy na początku lat 90., współpraca z PKP wyglądała dobrze.
Były to partnerskie stosunki. Dość powiedzieć, że z PKP utworzyliśmy trzy
wspólne przedsięwzięcia - mówi Pawluk. Szukaliśmy rozwiązań przy imporcie
towarów ze Wschodu i eksporcie na Zachód.
Przedsięwzięcia te to punkty przeładunkowe, coś w rodzaju małych ośrodków
logistycznych na wschodniej granicy Polski, w których firma przeładowywała
rocznie około miliona ton ładunków, w większości płynnych, ale również inne -
węgiel, nawozy, sól potasową, propan butan, czy płody rolne.
Do obsługi tych wspólnych przedsięwzięć służyły dwie założone wówczas spółki-
córki: powstała w 1992 r. CTL Północ oraz założona dwa lata później CTL
Południe. Oprócz obsługi towarów na granicy, Chem Trans zajął się tym, do
czego PKP niespecjalnie się paliło - organizowaniem przewozów towarów
niebezpiecznych.
Na rozkręcenie tego typu działalności nie trzeba było wcale dużych pieniędzy.
Zaczynaliśmy od niedużego kapitału zakładowego, własnych pieniędzy. Potem
wypracowywane zyski inwestowaliśmy dalej - wspomina Pawluk. Interes szedł
znakomicie. Co roku podwajaliśmy nasze przychody. Krok po kroku wdrapywaliśmy
się na poziom, na którym jesteśmy obecnie - opowiada prezes CTL.
To, że stosunki z monopolistą w pierwszym okresie rozwoju przedsiębiorstwa
były bardzo dobre, w sumie nie dziwi. Chem Trans był wówczas wyłącznie
spedytorem: do przewozów zatrudniał PKP, a dzięki bardzo dobrym kontaktom z
jednej strony wśród niemieckich odbiorców, z drugiej wśród polskich
dostawców, przysparzał PKP klientów. Jednocześnie jednak firma rozwijała
działalność - oprócz przewozów kolejowych zaczęła kupować frachty statkowe,
samochodowe.
Był to naturalny rozwój. Jak już i to się powiodło, a grupa naszych klientów
coraz bardziej się powiększała, zaczęliśmy oferować coraz to nowsze usługi,
takie jak agencje celne, ważenie towarów, wypełnianie listów przewozowych,
monitorowanie przesyłek, dzierżawienie wagonów, obsługę bocznic, aż wreszcie
prowadzenie ruchu kolejowego - mówi Pawluk.
Działanie na rynku zdominowanym przez monopol miało swoje plusy - słabo
zarządzane PKP chętnie korzystało z usług spedytorów. Mechanizm wyglądał tak:
państwowa kolej, w zależności od wielkości przewożonych towarów, dawała
upusty od obowiązującej taryfy. Pojedynczy klient, choćby nawet duży, nie
mógł liczyć na tak wysoką ulgę, jak zamawiający hurtowo usługi spedytor.
Firmy logistyczne, które były w stanie zapewnić odpowiednio dużą masę
towarową do przewiezienia, zarabiały na tym, że same dostając większe upusty
mogły zaproponować niższe niż PKP ceny ostatecznemu odbiorcy. W ten sposób
klientem CTL zostały m.in. Zakłady Chemiczne Police.
Współpracę rozpoczęliśmy w 1996 roku. Na początku mieliśmy 2 spedytorów -
oprócz Chem Transu (który przekształcił się w CTL Logistic) korzystaliśmy z
usług firmy Trade Trans - mówi Zbigniew Jaroszyński, główny specjalista ds.
logistyki w Zakładach Chemicznych Police
Potem, gdy CTL zaproponowało jeszcze korzystniejsze warunki, przy założeniu,
że przejmie pełną obsługę, Police zdecydowały się poszerzyć współpracę. Jak
wspomina Jaroszyński, nie tylko cena była powodem przejścia z obsługi
bezpośrednio przez PKP na współpracę z prywatnym spedytorem. Drugim
argumentem była jakość usług. - CTL okazał się dużo bardziej elastyczny, co
przejawiało się w krótszym czasie zapewnienia taboru oraz obsługi. Do dzisiaj
zresztą są różnice - stacja Police Chemia obsługiwana przez PKP Cargo pracuje
12 godzin na dobę, CTL w trybie 24-godzinnym.
Współpraca rozwijała się wraz z rozwojem CTL-u - gdy ze spedytora firma stała
się przewoźnikiem, zamiast tylko organizować transport dla Polic, zaczęła
sama towary z Polic przewozić. Potem w 2005 r. CTL odkupił od Polic firmę
Kargo Transport Kolejowy (zatrudniającą ok. 140 osób), która zajmowała się
obsługą bocznic w zakładzie. Dla Polic oznaczało to oszczędności - dla CTL
natomiast zdobycie kolejnego ważnego przyczółka - dojazdu do portu w
Szczecinie, który firma zaczęła wykorzystywać również do obsługi innych
klientów.
Czas rozstań
Z perspektywy czasu, prezes CTL uważa, że jedną z najważniejszych podjętych w
pierwszym okresie działania firmy decyzji, która przesądziła o tym, że
przedsięwzięcie się powiodło, było bardzo jasne określenie zakresu
działalności spółki. Strategia rozwoju w tamtym czasie również była bardzo
prosta. Z jednej strony CTL chciał dać klientom jak najszerszy wachlarz
usług, z drugiej wykorzystać swoje kontakty międzynarodowe. Chem Trans
skoncentrował się na spedycji, logistyce, przewozach kolejowych. Nie łączył
tego z działalnością handlową.
To podejście zaczęło jednak przeszkadzać we współpracy z Waldemarem
Preussnerem, partnerem biznesowym, z którym Pawluk zakładał CTL i PCC. W
pierwszej połowie lat 90. odbył się więc "rozwód" - partnerzy podzielili się
zakładanymi wspólnie biznesami - Preussner wziął PCC, Pawluk - Chem Trans.
Decyzja o tym, że każdy z nas pójdzie własną drogą, nie była spowodowana
żadnym nagłym impulsem. Mieliśmy po prostu różne wizje dotyczące przyszłości.
Chciałem, aby moja firma była absolutnie transparentna. Nie widziałem
możliwości łączenia ze sobą świadczenia usług logistycznych, handlu i
produkcji. To, moim zdaniem, blokowało rozwój firmy. Nie można konkurować ze
swoimi klientami - opowiada Pawluk. Z firmą Waldemara Preussnera jeszcze
przez długie lata współpracowaliśmy - dodaje.
Rozchodzenie się PCC i CTL to jednocześnie czas wielkich zmian na polskim
rynku kolejowym. Pojawia się plan podziału PKP - wydzielenia spółki
zajmującej się infrastrukturą i umożliwienia swobodnego konkurowania na tym
rynku.
CTL postanowiło z szansy skorzystać. Żeby jednak można to było zrobić, trzeba
było przede wszystkim mieć czym przewozić. Tymczasem bariera wejścia na ten
rynek jest olbrzymia - zakup nowej lokomotywy to około 4 mln euro. Jeden
wagon kosztuje ok. 200 tys. zł. A to i tak możliwość tylko teoretyczna - nie
ma sklepu z lokomotywami. Trzeba je z dużym wyprzedzeniem zamawiać. Na tak
potężne wydatki CTL nie było stać. Jedynym rozwiązaniem był sprzęt używany,
który jednak również nie leży na ulicy.
Dostęp do taboru jest ograniczony. Koleje państwowe, nawet gdyby miały
nadwyżki, nie oddałyby ich konkurencji - opowiada Krzysztof Niemiec, członek
zarządu CTL Logistics.
Wyjście jednak się znalazło - na początku tej dekady na sprzedaż były tzw.
koleje piaskowe - kilka przedsiębiorstw, które istniały już od czasów przed
II wojną światową, a po wojnie funkcjonowały niezależnie od PKP, dowożąc
piasek do kopalń węgla kamiennego na Śląsku. Każda z tych firm miała ok. 100
starych lokomotyw, wagony, bocznice oraz własne tory, które łączyły się z
torami PKP. W momencie, gdy PKP na swoje trasy wpuściła inne firmy okazało
się, że dotychczas
...
więcej »
Cytat:eskalacja.
troszki to dziwne bo przeciez rada bezpieczenstwa nie uchwali sankcji
(chocby dlatego ze bedzie veto chin).. takie potrzasanie szabelka dla
potrzasania szabelka..
Cytat:a japonia potwierdzila ze bedzie atak prewencyjny jak koreanczycy zaczna
napelniac paliwem pociski rakietowe... chyba 1 raz od 1945 r. otwarcie
ostrzegaja ze moga zaatakowac.
Cytat:ja mam nadzieje ze chinole pogadaja z Kim dzong ilem bo inaczej khmm..
Tu ciekawy artykuł:
http://kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1111210&KAT=241
Drewniane karabiny
Korea Północna
Dramatycznie niski standard życia w Korei Północnej wynika po części z
ogromnych wydatków na wojsko. Pochłaniają one 30 proc. i tak bardzo
szczupłego budżetu państwa. Armia KRLD to tania siła robocza, służąca za
wyżywienie.
Kryzys energetyczny widać w tym pięknym kraju na każdym kroku. Kiedy w
listopadzie 2002 roku wyszło na jaw, że Phenian powraca do programu
nuklearnego, Waszyngton natychmiast przerwał dostawy oleju opałowego. Żadne
domy - ani mieszkalne, ani rządowe nie są ogrzewane. Ludzie nie mogą
dogrzewać pomieszczeń piecykami, bo władze wydały wyraźny zakaz ich
używania. Alternatywą mogłyby być koce elektryczne, ale w nocy rzadko jest
prąd. Widać to po oświetleniu miasta, które po zapadnięciu zmroku właściwie
przestaje żyć. Domy oświetlone są tylko częściowo i to raz po prawej stronie
ulicy, raz po lewej. Sygnalizacja nie działa, gdzieniegdzie tylko przejeżdża
służbowy samochód. Ulice są puste. Komunikacja kursuje rzadko, bo albo psują
się stare środki transportu, albo brakuje prądu i benzyny.
Bez wielkiego brata
Braki są tak dotkliwe w zasadzie od momentu rozpadu Związku Radzieckiego
(1991 r.), który był głównym dostawcą żywności i paliw dla KRLD. Krajowy
przemysł energetyczny nigdy nie produkował dostatecznej ilości energii. W
1978 r. Korea Północna wytworzyła według oficjalnych (czy prawdziwych?)
danych 28 mld kWh, podczas gdy Korea Południowa tylko 20,8 mld kWh. W 2000
r. w KRLD wyprodukowano tylko 33,4 mld kWh, a w Korei Południowej aż 273,200
mld kWh.
Dziś przemysł energetyczny w KRLD prawie nie istnieje. Hydroelektrownie,
które dostarczały 70 proc. energii elektrycznej, obecnie dostarczają jej
tylko połowę. Po pierwsze dlatego, że przez 20 lat nie były konserwowane, po
drugie - z powodu braku wód w rzekach górskich. Także kopalnie węgla pracują
jedynie w 50 proc.; głównie z tych samych powodów - przestarzałego parku
maszynowego i braku prądu. Ma się też wrażenie, że tamtejszy przemysł prawie
nic nie produkuje. Przyczyny takie same jak wyżej. W zapaści znalazło się
także budownictwo. Kiedyś mieszkania dostawało się niemal od ręki, teraz
czeka się 8-10 lat.
Tragiczna jest także sytuacja z zaopatrzeniem w wodę. W miastach wodociągi i
kanalizacja są zdewastowane, a we wsiach nie ma ich wcale. Płytkie studnie
skażone są odpadkami i odchodami, co powoduje bardzo często choroby układu
pokarmowego, zwłaszcza u dzieci.
Całe społeczeństwo w złej kondycji
Najpierw wieloletni głód, potem ciągłe niedożywienie, spowodowały wyraźne
obniżenie się średniej długości życia Koreańczyków z Północy. W przypadku
mężczyzn obniżyła się ona z 68 do 60 lat. Niski standard życia wynika
częściowo z ogromnych wydatków na armię. Pochłaniają one około 30 proc. i
tak bardzo małego budżetu. A jest to jego jedna trzecia. Z wypowiedzi
wysokich urzędników administracji rządowej wynika, że dochód narodowy na
głowę jednego mieszkańca w 2002 r. wyniósł 400-460 dol.
Szacuje się, że Korea Północna ma 1,1 mln żołnierzy, jednak połowa armii to
siły paramilitarne, tania siła robocza pracująca tylko za wyżywienie.
Chłopcy i dziewczyny w mundurach przez wiele lat służby budują mosty, drogi,
tunele. Dla większości armii koreańskiej nie starcza nawet broni. Widziałam
żołnierzy wsiadających do autobusów z drewnianymi karabinami.
Północnokoreańskie siły zbrojne mają ukrytą w górach, rozlokowaną wzdłuż
linii demarkacyjnej z Koreą Południową, konwencjonalną artylerię o zasięgu
50 km, co sprawia, że Seul jest "pod obstrzałem". Zdaniem wielu obserwatorów
mogą też mieć dwa ładunki atomowe skonstruowane przed 1994 r., ale również
ich zdaniem ani ich samoloty, ani rakiety nie są przystosowane do
przenoszenia tych ładunków.
Gdyby doszło do wojny, państwo nie jest w stanie ani ubrać, ani wyżywić
armii, ani jej przetransportować. Stan techniczny sił zbrojnych Korei
Północnej odpowiada stanowi gospodarki. Sprzęt wojskowy jest przestarzały i
nie ma możliwości jego unowocześnienia, z powodu braku środków. Przestarzałe
jest też militarne myślenie. Koreańczycy ciągle w newralgicznych punktach
komunikacyjnych - tunelach, mostach, przełęczach itp. - stawiają olbrzymie
betonowe filary z umieszczonymi w środku ładunkami wybuchowymi, które można
wysadzić w razie zagrożenia i teoretycznie zamknąć wrogowi drogę dostępu.
Prawda statystyczna
Reżim północnokoreański zdaje sobie sprawę z gospodarczego zapóźnienia i
nawet dwukrotnie podejmował próby unowocześnienia gospodarki. W 1991 r.
przyjęto program ożywienia gospodarczego regionu portów Najin i Sonbong,
położonych na północnym wschodzie w pobliżu granic z Rosją i ChRL.
Z pomocą Programu Rozwoju ONZ (UNDP) planowano tam utworzenie wolnej strefy
ekonomicznej, która miała przyciągnąć inwestorów zagranicznych i nowoczesne
technologie. Planowano także realizację projektu budowy specjalnej strefy
ekonomicznej (132 km kw.) w Sinuiju, przy granicy z Chinami. Miał to być
"Hongkong Północy" - z bankami, hotelami i kasynami. Oba projekty okazały
się jednak trudne w realizacji. Pierwszy z uwagi na wysoki stopień "ryzyka
inwestycyjnego" i obiektywnie trudne warunki działania: dokuczliwy brak
energii, przestarzały park maszynowy, zużyte środki transportu, brak
kwalifikowanej kadry i środków finansowych.
Drugi chciał zrealizować Chińczyk z holenderskim paszportem, który okazał
się zwyczajnym hochsztaplerem i został aresztowany w Pekinie.
Od czasu zawieszenia obsługi długu zagranicznego przez KRLD w końcu lat 80.
XX w., szacowanego według danych z 1996 r. (nowszych brak) na 12 mld dol.,
kraj ten ma zamkniętą drogę do międzynarodowego rynku finansowego. Dodać też
trzeba, że handel zagraniczny Korei Północnej z roku na rok maleje. Nie ma
towarów na eksport, a z powodu wyżej wymienionych trudności wykorzystuje się
tylko 25-50 proc. potencjału wytwórczego.
Żaden kapitał nie zechce wejść do kraju, w którym nie istnieje podstawowa
infrastruktura, taka jak kolej, drogi, stacjonarna sieć telefoniczna,
komórkowa, satelitarna, Internet czy połączenia komunikacyjne ze światem. Są
tylko dwa połączenia samolotowe z Pekinem i cztery razy w tygodniu kolejowe,
okupowane przez północnokoreańską elitę podróżującą do Pekinu w celach
"służbowych". W tym kraju całą infrastrukturę trzeba zbudować od początku.
Ostatnie raporty CIA podają, że (dane tylko szacunkowe) w KRLD jest ponad 30
tys. km dróg i 5 tys. km linii kolejowych. To prawda tylko statystyczna, bo
drogi są tam tak samo zdewastowane jak cały przemysł. Tory nie są
przystosowane dla pociągów z Południa, a drogi nie wytrzymałyby "normalnego"
obciążenia. Jechałam z Phenianu do Nampho (port 60 km od stolicy) i droga
była prawie pusta. Wszystkie ciężarówki poruszały się solidniej zbudowaną
tzw. starą drogą. Droga do Nampho, mimo że ma walory autostrady, jest
zdaniem wielu obserwatorów zbyt "słaba", by mogły po niej jeździć. Pewnie by
się "rozsypała", powstała bowiem w czynie społecznym ludności i sił
paramilitarnych.
Analizując sytuację gospodarczą tego kraju, można - nie ryzykując wiele -
stwierdzić, że nie ma bezpośredniego militarnego zagrożenia ze strony Korei
Północnej. Szantaż polityczny, do którego uciekli się przywódcy KRLD miał
być sposobem na zwrócenie uwagi świata na tragiczną sytuację ekonomiczną
ponad 23 milionów ludzi.
Polska Zbrojna nr 6/2003
Jeśli faktycznie tak wygląda Korea Pln to i reżim może być nieobliczalny.
Zwłaszcza jeśli w armii jest aż tak źle.