Nadmorski Olsztyn

W interesach. W końcu Olsztyn będzie stolicą trzeciego nadmorskiego województwa:

http://www.baltic-ukraine.com/pl/index.php/post/353/

Wychodząc naprzeciw Państwa oczekiwaniom, publikujemy polskie tłumaczenie fragmentu oferty, złożonej przez Zarząd Portu Morskiego Elbląg na ręce Konsula Generalnego Białorusi w Białymstoku. Oferta została pozytywnie zaopiniowana przez pierwszego wiceministra transportu Białorusi, pana Mikałaja Wierchawca. Dla podjęcia dalszych kroków związanych z jej realizacją, konieczne jest podjęcie przez stronę białoruską decyzji na temat wyjaśnienia sprawy zakazu wjazdu na Białoruś dla koordynatora "Bałtyckiej Ukrainy", Jakuba Łoginowa (zakaz został nałożony w 2005 roku i ma związek ze wcześniejszą działalnością dziennikarską pana Łoginowa).

Szanowny Pan

Michał Alaksiejczyk

Konsul Generalny

Republiki Białoruś w Białymstoku

Szanowny Panie Konsulu,

Biorąc pod uwagę perspektywiczny rozwój Portu Elbląg, a w szczególności – zaplanowaną budowę kanału żeglugowego przez Mierzeję Wiślaną w latach 2010 – 2013, oferujemy usługi portu w zakresie przeładunku białoruskich towarów w ilości 3-5 mln ton rocznie, począwszy od 2013 roku.

Port dysponuje rezerwą terenu o powierzchni około 60 hektarów, gdzie z udziałem białoruskiego kapitału istnieje możliwość budowy osobnego kompleksu portowo-magazynowego wyłącznie dla potrzeb Białorusi. Byłoby tam możliwe zorganizowanie kompleksowej obsługi ładunków, a w szczególności – formowanie kontenerów, pakowanie, kontrola jakości itp., z równoczesnym utworzeniem centrum logistycznego i wolnej strefy ekonomicznej dla obsługi białoruskiego handlu z Europą. Operatorem tego kompleksu może być specjalnie stworzona polsko-białoruska spółka. Forma tego przedsiębiorstwa pozostaje przedmiotem dalszych rozmów. Operator będzie mieć możliwość czarteru statków wyłącznie dla własnej dyspozycji, jak również stworzenia w Elblągu portu macierzystego białoruskiej floty handlowej. Ten białoruski port i operator floty mogą zarabiać na obsłudze handlu zagranicznego Republiki Białoruś z krajami Europy Północnej i Zachodniej oraz na eksporcie usług transportowych przedsiębiorstwom z innych krajów WNP, w szczególności Rosji i Ukrainy.

Przez Elbląg można przewozić wszystkie rodzaje ładunków, w szczególności: kontenery, ładunki masowe (np. nawozy potasowe, materiały budowlane), produkcję leśną, produkty przemysłu rafineryjnego, traktory, samochody ciężarowe, autobusy, ładunki ciężkie i ponadgabarytowe.

Jest również możliwość utworzenia naftowej bazy logistycznej dla importu wenezuelskiej, arabskiej i innej ropy z nafto portu w Rotterdamie razem z eksportem gotowej produkcji białoruskich rafinerii.

Towary będą transportowane statkami o maksymalnej długości 120 m, szerokości 24 m i zanurzeniu 4 m, DWT: 3500-4000. Kierunki transportu morskiego z Elbląga: Skandynawia, porty Wielkiej Brytanii, Beneluksu, Francji i Niemiec, w tym porty bazowe Morza Północnego (Hamburg, Bremerhaven, Rotterdam, Amsterdam, Antwerpia).

Na terminalu będzie odbywać się pełna obsługa logistyczna towarów, w tym również w sferze transportu lądowego na terytorium Polski i Europy Środkowej. My również proponujemy Państwu rozpatrzyć możliwość zakupu lub długoterminowej dzierżawy gruntów dla stworzenia lądowego centrum logistycznego, połączonego z terminalem linią kolejową. Dla tych potrzeb my możemy wskazać kilka działek w samym mieście Elbląg, jak również tańsze grunty w sąsiednich mniejszych miastach, rozlokowanych na trasie kolejowej z Białorusi do Elbląga (Morąg, Pasłęk), z którymi współpracujemy.

Białoruskie towary będą transportowane do Portu Elbląg koleją na podstawie oddzielnego porozumienia pomiędzy polskim i białoruskim przewoźnikiem. My obecnie prowadzimy rozmowy właścicielem infrastruktury kolejowej (przedsiębiorstwem państwowym PKP Polskie Linie Kolejowe), jak również z Urzędami Marszałkowskimi w Olsztynie i Białymstoku, na temat modernizacji linii kolejowej Elbląg – Morąg – Olsztyn – Giżycko – Ełk – Białystok – granica państwa. Rozmowy dotyczą również możliwej dobudowy szerokotorowej linii na odcinku Bobrowniki – Białystok, a równoczesnym stworzeniem w Białymstoku stanowiska przestawczego dla pociągów, przystosowanych do systemu SUW-2000, co umożliwia płynne przejście pomiędzy systemami 1435/1510 mm. Koordynacja inwestycji kolejowych z obu stron granicy państwowej będzie przedmiotem dodatkowych rozmów.

Z poważaniem,

Julian Kołtoński

Dyrektor Zarządu Portu Morskiego Elbląg

 

ISLAM

Usus poruszylas temat, ktorego wieksza czesc spoleczenstwa chrzescijanskiego i tak nie rozumie...
Nie wiem ilu ludzi zdaje sobie sprawe jak zostali nawroceni indianie ameyki poludniowej. Badz co badz ludnosc calego kontynentu. Do wyboru mieli albo pieniek do zlozenia szyji albo wode do przyjecia chrztu. To nie metafora, taka byla rzeczywistosc.
Facet tzn autor sieje demagogia, wiazac dzihad z "wydarzeniami" z roznych stron swiata na podlozu religijnym. To bzdura.
Dzihad ma miejsce tylko w Palestynie - skoro nie maja broni, walcza tak jak moga, dodajac sobie otuchy wlasnie czy cytuajac Koran czy wymwiajac slowo Allah. Czy ma isc czlowiek z bomba u pasa na akcje myslac o rodzinie, zonie czy matce? Jest to mozliwe? Raczej chcialby zyc dalej niz dac sie w strzepy rozwalic.
Ja juz tu przytczalem przyklady z wyzwolenczej wojny w Algerii przeciw Francuzom jak kobiety arabskie "przerabialy sie" na francuski, zeby podlozyc ladunki - musialy pokazywac nogi, strzyc wlosy, farbowac je, zakladac make-up
Myslisz ze mialy Spaß bedac wierzacymi muzulmankami? To tez mozna bylo nazwac Dzihadem.
Wojna wyznan to wojna kulturowa. Chcialbym ponownie przypomniec, ze wojne te rozpoczal swiat zachodni, dzieki swoim zakusom na zloza ropy naftowej. Wraz z nimi nastapil eksport kultury zachodniej , tak obcej jak i wrogiej, przeczacej zasadom kultury islamu. To ze w wielu krajach islamskich zaostrzono rygory jest wewnetrzna walka, oporem przeciw wplywom zachodnim. Przypuszczam , ze gdyby kraje islamski moglyby samoistniec bez inwigilacji kultury zachodniej nie byloby tzw panstw islamskich , gdzie prawo bazuje na koranie. Wlasnei najlepszym przykladem jest Iran. Ale moi drodzy do tego trzeba sie cofnac 40 lat wstecz. Poczytac dokladnie jak bylo wczesniej. Nie stawiajac pewnych rygorow dopowadzi sie do sytuacji kiedy kobiety islamskie zaczna chodzic w bikini po plazy (czytaj w sznurku na cipce i odbycie). Tu jest to norma. Idac dalej pojawia sie domy publiczne. Rozwody beda juz normalnoscia.
Jak bardzo te zwyczaje odbiegaja od islamu mozna sie jeszcze przekonac dzis.
Oni tego nie chca, tak jak przed wieakmi nie chcialby tego swiat chrzescijanski - kary bylyby okrutne za tego typu wystepki. Mowi sie ze to niby zacofanie, sredniowiecze. Zapytam tylko: jaka mamy pewnosc, ze to nie swiat zachodni nie zboczyl z poprawnosci i nie chyli sie ku upadkowi? Zapytacie czym jest ta poprawnosc? Tja Zarowno swiat zachodni jak i wschodni (islam) laczy/laczyla pewna wiez, bedaca wykladnikiem, a jest nim istnienie Boga jako Stworzyciela, Wladzcy ustalajacego zasady. Kosciol chrzescijanski wprowadzajac regularnie zmiany tych zasad (nie wiem kto im dal te prawa, albo od wiekow sobie tzw "guzik" robia ze Stworzyciela) doprowadzili do wlasnie takich relacji spolecznych jakie mamy teraz. Nam sie wydaja normalne. Przywyklismy do pospolitosci przestepstw, do prowadzenia wojen dla korzysci materialnych etc etc.
Jak poczyta sie stary testament mozna rzec " to wszystko juz ludzkosc przerabiala". Nie mam zamiaru przedstawiac wizji Apokalipsy, gdyz Objawienie Sw.Jana jest elementem ktore nie powinno sie znalesc w Ewangelli , a zostalo celowo wprowadzone przez kosciol celowo, dla straszenia wiernych. Ale jesli sytuacja mialaby sie powtorzyc, kultura zachodnia jest w stanie sama sie unicestwic pochlaniajac wszystkie kultury swiata (totalna wojna nuklearna etc)
I jedno wiem, bedzie coraz gorzej. Wystarczy popatrzec na produkcje folmowa USA , przerobiono wroga nr 1 wolnego swiata zachodniego z Rosji sowieckiej na Islam. A ludzie to trawia i trawia i stanie sie norma jak te bikini na plazy.

Co nowego

Krótko i na temat.
Kilka punktów, które mam zamiar wprowadzić juz niebawem.

- zmiana rozpisek

A mianowicie, koniec monotonych ułożonych z głowy rozpisek.
Chcę wprowadzic pojedyncze zlecenia, na których będzie wyszczególnione dokładne dane o ładunku jego ilości itd. Dane podobne jakie są zawarte w CMR.
Będą przesyłane do kierowców pojedynczo ewentualnie podwójnie lub max trzy.
Tworzonę już nie będą na zasadzie wymysłów spedytora, lecz na zasadzie imitacji wolnego rynku ładunków.

Do tego będzie służył program komputerowy, który będzie sposród możliwych w danym rejonie ładunków wybierał kilka a następnie spedytor będzie musiał wybrać najkorzystniejszą ofertę następnie przesłać ją odpowiedniemu kierowcy.
Inną opcją może być obserwacja GIEŁDY WOLNYCH ŁADUNKÓW w internecie. Jest takie coś. Wówczas na podstawie realnego zapotrzebowania na fracht tworzylibyśmy wirtualną imitację przewozu danego ładunku. Ale najpierw trzeba by było sprawdzić częstotliwość pojawiania się potrzebnych nam ładunków.

Kierowca będzie rozliczany nie od kilometra, lecz od przejechanych zleceń. Określimy pewną stawkę za wykonanie zlecenia w czasie. Za opóźnienie premia będzie malała proporcjonalnie do czasu opóźnienia.
Im starszy kierowca, tym większa premia za zlecenie.
Za wszelkie uszkodzenia, ładunków, przekraczające określoną sumę (uzgodnimy to) zostanie obciążony kierowca.
Część mandatów będzie pokrywała firma, część nie.

Kierowca dostanie swój pojazd. Przy stanie licznika 1000km musi zgłosić spedytorowi koniecznośc wykonania przeglądu serwisowego co też jest związane ze zjazdem na bazę i otrzymaniem pojazdu zastępczego.
By zmienic swój zestaw należy napisać odpowiednie podanie, w którym bedzie zawarte uzasadnienie potrzeby zmiany.

Szybkość transportu. By przyspieszyć etap eksport-import, proponuje wprowadzić możliwości przeładunku. Przykładowo.
Heniek pakuje w Łodzi (mapa Polski) ciągnie do wrocławia do bazy tam już czeka stefan, który jeździ po europie. Stafan się rozładowywuje i pakuje to co przywiózł Heniek a Heniek pakuje to co przywiózł Stefan. Coś na zasadzie przeładunków. Wówczas kilku kierowców z krajówki i międzynarodówki zaczynają jeździć tak jakby w zespole. Nie cały czas ale niekiedy tak.

W końcu pojawią się karty kierowców do tachografów.

Zmiana karty drogowej. Rozliczenia z każdego zlecenia na jednej dużej karcie, spowoduje szczegółowe zawarcie wszystkich danych a jednocześnie w przypadku wielu zleceń ograniczenie formalności do minimum.

Chciałbym wprowadzić do firmy stałe marki składów. Proponuje by były to scanie, volva i kilka dafów, co do naczep to SCHMITKI.
Wszystkie pojazdy takie same o tym samym malowaniu.

Jak kiedyś było, chce powrócić do indywidualnych kont pracowniczych w postaci strony intrnetowej , na które będą przelewane wynagrodzenia wraz z rozliczeniami za każdy miesiąc, jak również inne ważne informację.

Kwestia relamy, sprawa zewnętrzna firmy.
Chcę uruchomic stronę www, zamieścić rekalmę w internecie, umieścić ją w google i innych serwisach nie związanych z tematyką Haulina.

Póki co to tyle. Reszta wyjdzie z czasem

[DŁUGIE] CTL Logistics: zza pleców kolei

CTL Logistics: zza pleców kolei

CTL Logistics - firma, która wyrosła w cieniu monopolu PKP Cargo - w ciągu 15
lat stała się najpoważniejszym konkurentem państwowego molocha. Z kilkunastu
procent rynku przewozów towarowych, który po sześciu latach wywalczyli sobie
prywatni przewoźnicy, przedsiębiorstwo zbudowane przez Jarosława Pawluka
zgarnia co trzeci "tonokilometr".

Nie zawsze jest łatwo. Czasem wygląda to tak: 13 października 2005 roku,
około godziny 19. Na stację Gdynia Port wjeżdża pociąg z 40 cysternami
nawozów. Dyżurny ruchu PKP Cargo odmawia zgody na wjazd - najpierw mówiąc, że
nie ma wolnych torów, potem, gdy okazuje się, że wolne tory jednak są,
powołuje się na zakaz wydany przez zwierzchników. Przepychanki trwają 21
godzin - CTL interweniuje w PKP PLK - czyli w spółce, która zawiaduje
infrastruktura kolejową, w Urzędzie Transportu Kolejowego. Pociąg zostaje w
końcu przepuszczony, ale Cargo, w reakcji na wymuszone podzielenie się torami
w punkcie obsługi ruchu... demontuje radiotelefony.

Wjazd do portu w Gdyni to jeden z najbardziej zapalnych punktów. Podobny
incydent, w tym samym miejscu, powtórzył się niedawno. Tym razem
niewpuszczenie pociągu CTL na nabrzeże w Gdyni zakończyło się inaczej.
Przenieśliśmy towar na ciężarówki i tą drogą dowieźliśmy go na statek. Mimo
próby utrudniania nam działania i tak wywiązaliśmy się z kontraktu - opowiada
prezes CTL Logistics Jarosław Pawluk.

Z mniejszymi lub większymi problemami stykają się wszyscy prywatni konkurenci
PKP Cargo. Skarżą się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (w zeszłym
roku UOKiK wszczął 6 postępowań w tego typu sprawach). Jest jednak i
optymistyczny, z punktu widzenia CTL, aspekt tego konfliktu - okazuje się, że
prywatnej firmie udało się zbudować na tyle silną pozycję, że PKP Cargo
zaczęło się jej bać. Jak do tego doszło?

Czasy symbiozy

Zaczęło się w Niemczech. Pod koniec lat 80. Jarosław Pawluk oraz Waldemar
Preussner pracowali razem w koncernie chemicznym Ruetgers, w dziale, który
zajmował się organizowaniem importu chemikaliów ze Wschodu do Niemiec. W 1992
r. postanowili odejść i, wykorzystując zdobyte doświadczenie, pracować na
własny rachunek. Założyli dwie firmy - Petro Carbo Chem (PCC), zajmujący się
handlem oraz Chem Trans Logistics, który miał organizować transport tego typu
ładunków.

Jak wspomina Jarosław Pawluk, Chem Trans (który potem zmienił nazwę na CTL)
miał być ogniwem łączącym koleje niemieckie, polskie i wschodnie poprzez
przeładunki na granicy i zapewnienie infrastruktury przeładunkowej.
Kiedy zaczynaliśmy na początku lat 90., współpraca z PKP wyglądała dobrze.
Były to partnerskie stosunki. Dość powiedzieć, że z PKP utworzyliśmy trzy
wspólne przedsięwzięcia - mówi Pawluk. Szukaliśmy rozwiązań przy imporcie
towarów ze Wschodu i eksporcie na Zachód.

Przedsięwzięcia te to punkty przeładunkowe, coś w rodzaju małych ośrodków
logistycznych na wschodniej granicy Polski, w których firma przeładowywała
rocznie około miliona ton ładunków, w większości płynnych, ale również inne -
węgiel, nawozy, sól potasową, propan butan, czy płody rolne.

Do obsługi tych wspólnych przedsięwzięć służyły dwie założone wówczas spółki-
córki: powstała w 1992 r. CTL Północ oraz założona dwa lata później CTL
Południe. Oprócz obsługi towarów na granicy, Chem Trans zajął się tym, do
czego PKP niespecjalnie się paliło - organizowaniem przewozów towarów
niebezpiecznych.

Na rozkręcenie tego typu działalności nie trzeba było wcale dużych pieniędzy.
Zaczynaliśmy od niedużego kapitału zakładowego, własnych pieniędzy. Potem
wypracowywane zyski inwestowaliśmy dalej - wspomina Pawluk. Interes szedł
znakomicie. Co roku podwajaliśmy nasze przychody. Krok po kroku wdrapywaliśmy
się na poziom, na którym jesteśmy obecnie - opowiada prezes CTL.

To, że stosunki z monopolistą w pierwszym okresie rozwoju przedsiębiorstwa
były bardzo dobre, w sumie nie dziwi. Chem Trans był wówczas wyłącznie
spedytorem: do przewozów zatrudniał PKP, a dzięki bardzo dobrym kontaktom z
jednej strony wśród niemieckich odbiorców, z drugiej wśród polskich
dostawców, przysparzał PKP klientów. Jednocześnie jednak firma rozwijała
działalność - oprócz przewozów kolejowych zaczęła kupować frachty statkowe,
samochodowe.
Był to naturalny rozwój. Jak już i to się powiodło, a grupa naszych klientów
coraz bardziej się powiększała, zaczęliśmy oferować coraz to nowsze usługi,
takie jak agencje celne, ważenie towarów, wypełnianie listów przewozowych,
monitorowanie przesyłek, dzierżawienie wagonów, obsługę bocznic, aż wreszcie
prowadzenie ruchu kolejowego - mówi Pawluk.

Działanie na rynku zdominowanym przez monopol miało swoje plusy - słabo
zarządzane PKP chętnie korzystało z usług spedytorów. Mechanizm wyglądał tak:
państwowa kolej, w zależności od wielkości przewożonych towarów, dawała
upusty od obowiązującej taryfy. Pojedynczy klient, choćby nawet duży, nie
mógł liczyć na tak wysoką ulgę, jak zamawiający hurtowo usługi spedytor.
Firmy logistyczne, które były w stanie zapewnić odpowiednio dużą masę
towarową do przewiezienia, zarabiały na tym, że same dostając większe upusty
mogły zaproponować niższe niż PKP ceny ostatecznemu odbiorcy. W ten sposób
klientem CTL zostały m.in. Zakłady Chemiczne Police.
Współpracę rozpoczęliśmy w 1996 roku. Na początku mieliśmy 2 spedytorów -
oprócz Chem Transu (który przekształcił się w CTL Logistic) korzystaliśmy z
usług firmy Trade Trans - mówi Zbigniew Jaroszyński, główny specjalista ds.
logistyki w Zakładach Chemicznych Police

Potem, gdy CTL zaproponowało jeszcze korzystniejsze warunki, przy założeniu,
że przejmie pełną obsługę, Police zdecydowały się poszerzyć współpracę. Jak
wspomina Jaroszyński, nie tylko cena była powodem przejścia z obsługi
bezpośrednio przez PKP na współpracę z prywatnym spedytorem. Drugim
argumentem była jakość usług. - CTL okazał się dużo bardziej elastyczny, co
przejawiało się w krótszym czasie zapewnienia taboru oraz obsługi. Do dzisiaj
zresztą są różnice - stacja Police Chemia obsługiwana przez PKP Cargo pracuje
12 godzin na dobę, CTL w trybie 24-godzinnym.

Współpraca rozwijała się wraz z rozwojem CTL-u - gdy ze spedytora firma stała
się przewoźnikiem, zamiast tylko organizować transport dla Polic, zaczęła
sama towary z Polic przewozić. Potem w 2005 r. CTL odkupił od Polic firmę
Kargo Transport Kolejowy (zatrudniającą ok. 140 osób), która zajmowała się
obsługą bocznic w zakładzie. Dla Polic oznaczało to oszczędności - dla CTL
natomiast zdobycie kolejnego ważnego przyczółka - dojazdu do portu w
Szczecinie, który firma zaczęła wykorzystywać również do obsługi innych
klientów.

Czas rozstań

Z perspektywy czasu, prezes CTL uważa, że jedną z najważniejszych podjętych w
pierwszym okresie działania firmy decyzji, która przesądziła o tym, że
przedsięwzięcie się powiodło, było bardzo jasne określenie zakresu
działalności spółki. Strategia rozwoju w tamtym czasie również była bardzo
prosta. Z jednej strony CTL chciał dać klientom jak najszerszy wachlarz
usług, z drugiej wykorzystać swoje kontakty międzynarodowe. Chem Trans
skoncentrował się na spedycji, logistyce, przewozach kolejowych. Nie łączył
tego z działalnością handlową.

To podejście zaczęło jednak przeszkadzać we współpracy z Waldemarem
Preussnerem, partnerem biznesowym, z którym Pawluk zakładał CTL i PCC. W
pierwszej połowie lat 90. odbył się więc "rozwód" - partnerzy podzielili się
zakładanymi wspólnie biznesami - Preussner wziął PCC, Pawluk - Chem Trans.
Decyzja o tym, że każdy z nas pójdzie własną drogą, nie była spowodowana
żadnym nagłym impulsem. Mieliśmy po prostu różne wizje dotyczące przyszłości.
Chciałem, aby moja firma była absolutnie transparentna. Nie widziałem
możliwości łączenia ze sobą świadczenia usług logistycznych, handlu i
produkcji. To, moim zdaniem, blokowało rozwój firmy. Nie można konkurować ze
swoimi klientami - opowiada Pawluk. Z firmą Waldemara Preussnera jeszcze
przez długie lata współpracowaliśmy - dodaje.

Rozchodzenie się PCC i CTL to jednocześnie czas wielkich zmian na polskim
rynku kolejowym. Pojawia się plan podziału PKP - wydzielenia spółki
zajmującej się infrastrukturą i umożliwienia swobodnego konkurowania na tym
rynku.

CTL postanowiło z szansy skorzystać. Żeby jednak można to było zrobić, trzeba
było przede wszystkim mieć czym przewozić. Tymczasem bariera wejścia na ten
rynek jest olbrzymia - zakup nowej lokomotywy to około 4 mln euro. Jeden
wagon kosztuje ok. 200 tys. zł. A to i tak możliwość tylko teoretyczna - nie
ma sklepu z lokomotywami. Trzeba je z dużym wyprzedzeniem zamawiać. Na tak
potężne wydatki CTL nie było stać. Jedynym rozwiązaniem był sprzęt używany,
który jednak również nie leży na ulicy.
Dostęp do taboru jest ograniczony. Koleje państwowe, nawet gdyby miały
nadwyżki, nie oddałyby ich konkurencji - opowiada Krzysztof Niemiec, członek
zarządu CTL Logistics.

Wyjście jednak się znalazło - na początku tej dekady na sprzedaż były tzw.
koleje piaskowe - kilka przedsiębiorstw, które istniały już od czasów przed
II wojną światową, a po wojnie funkcjonowały niezależnie od PKP, dowożąc
piasek do kopalń węgla kamiennego na Śląsku. Każda z tych firm miała ok. 100
starych lokomotyw, wagony, bocznice oraz własne tory, które łączyły się z
torami PKP. W momencie, gdy PKP na swoje trasy wpuściła inne firmy okazało
się, że dotychczas ...

więcej »

 

KRLD grozi atakami na całym świecie

Cytat:eskalacja.
troszki to dziwne bo przeciez rada bezpieczenstwa nie uchwali sankcji
(chocby dlatego ze bedzie veto chin).. takie potrzasanie szabelka dla
potrzasania szabelka..



A uważasz, że Chinom taki Kim jest na rękę?? Przecież oni już chyba nawet go
nie popierają.

Cytat:a japonia potwierdzila ze bedzie atak prewencyjny jak koreanczycy zaczna
napelniac paliwem pociski rakietowe... chyba 1 raz od 1945 r. otwarcie
ostrzegaja ze moga zaatakowac.



O właśnie. Dlatego to jest takie ciekawe. Ostatnio premier Japoni wykonywał
dziwne gesty co do imperialnej przeszłości swego kraju, czym wywoływał spore
protesty i konsternację.

Cytat:ja mam nadzieje ze chinole pogadaja z Kim dzong ilem bo inaczej khmm..



Tylko czy Chiny maja jeszcze na niego wpływ?? IMO nie.

Tu ciekawy artykuł:

http://kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1111210&KAT=241

Drewniane karabiny

Korea Północna

Dramatycznie niski standard życia w Korei Północnej wynika po części z
ogromnych wydatków na wojsko. Pochłaniają one 30 proc. i tak bardzo
szczupłego budżetu państwa. Armia KRLD to tania siła robocza, służąca za
wyżywienie.

Kryzys energetyczny widać w tym pięknym kraju na każdym kroku. Kiedy w
listopadzie 2002 roku wyszło na jaw, że Phenian powraca do programu
nuklearnego, Waszyngton natychmiast przerwał dostawy oleju opałowego. Żadne
domy - ani mieszkalne, ani rządowe nie są ogrzewane. Ludzie nie mogą
dogrzewać pomieszczeń piecykami, bo władze wydały wyraźny zakaz ich
używania. Alternatywą mogłyby być koce elektryczne, ale w nocy rzadko jest
prąd. Widać to po oświetleniu miasta, które po zapadnięciu zmroku właściwie
przestaje żyć. Domy oświetlone są tylko częściowo i to raz po prawej stronie
ulicy, raz po lewej. Sygnalizacja nie działa, gdzieniegdzie tylko przejeżdża
służbowy samochód. Ulice są puste. Komunikacja kursuje rzadko, bo albo psują
się stare środki transportu, albo brakuje prądu i benzyny.

Bez wielkiego brata

Braki są tak dotkliwe w zasadzie od momentu rozpadu Związku Radzieckiego
(1991 r.), który był głównym dostawcą żywności i paliw dla KRLD. Krajowy
przemysł energetyczny nigdy nie produkował dostatecznej ilości energii. W
1978 r. Korea Północna wytworzyła według oficjalnych (czy prawdziwych?)
danych 28 mld kWh, podczas gdy Korea Południowa tylko 20,8 mld kWh. W 2000
r. w KRLD wyprodukowano tylko 33,4 mld kWh, a w Korei Południowej aż 273,200
mld kWh.

Dziś przemysł energetyczny w KRLD prawie nie istnieje. Hydroelektrownie,
które dostarczały 70 proc. energii elektrycznej, obecnie dostarczają jej
tylko połowę. Po pierwsze dlatego, że przez 20 lat nie były konserwowane, po
drugie - z powodu braku wód w rzekach górskich. Także kopalnie węgla pracują
jedynie w 50 proc.; głównie z tych samych powodów - przestarzałego parku
maszynowego i braku prądu. Ma się też wrażenie, że tamtejszy przemysł prawie
nic nie produkuje. Przyczyny takie same jak wyżej. W zapaści znalazło się
także budownictwo. Kiedyś mieszkania dostawało się niemal od ręki, teraz
czeka się 8-10 lat.

Tragiczna jest także sytuacja z zaopatrzeniem w wodę. W miastach wodociągi i
kanalizacja są zdewastowane, a we wsiach nie ma ich wcale. Płytkie studnie
skażone są odpadkami i odchodami, co powoduje bardzo często choroby układu
pokarmowego, zwłaszcza u dzieci.

Całe społeczeństwo w złej kondycji

Najpierw wieloletni głód, potem ciągłe niedożywienie, spowodowały wyraźne
obniżenie się średniej długości życia Koreańczyków z Północy. W przypadku
mężczyzn obniżyła się ona z 68 do 60 lat. Niski standard życia wynika
częściowo z ogromnych wydatków na armię. Pochłaniają one około 30 proc. i
tak bardzo małego budżetu. A jest to jego jedna trzecia. Z wypowiedzi
wysokich urzędników administracji rządowej wynika, że dochód narodowy na
głowę jednego mieszkańca w 2002 r. wyniósł 400-460 dol.

Szacuje się, że Korea Północna ma 1,1 mln żołnierzy, jednak połowa armii to
siły paramilitarne, tania siła robocza pracująca tylko za wyżywienie.
Chłopcy i dziewczyny w mundurach przez wiele lat służby budują mosty, drogi,
tunele. Dla większości armii koreańskiej nie starcza nawet broni. Widziałam
żołnierzy wsiadających do autobusów z drewnianymi karabinami.

Północnokoreańskie siły zbrojne mają ukrytą w górach, rozlokowaną wzdłuż
linii demarkacyjnej z Koreą Południową, konwencjonalną artylerię o zasięgu
50 km, co sprawia, że Seul jest "pod obstrzałem". Zdaniem wielu obserwatorów
mogą też mieć dwa ładunki atomowe skonstruowane przed 1994 r., ale również
ich zdaniem ani ich samoloty, ani rakiety nie są przystosowane do
przenoszenia tych ładunków.

Gdyby doszło do wojny, państwo nie jest w stanie ani ubrać, ani wyżywić
armii, ani jej przetransportować. Stan techniczny sił zbrojnych Korei
Północnej odpowiada stanowi gospodarki. Sprzęt wojskowy jest przestarzały i
nie ma możliwości jego unowocześnienia, z powodu braku środków. Przestarzałe
jest też militarne myślenie. Koreańczycy ciągle w newralgicznych punktach
komunikacyjnych - tunelach, mostach, przełęczach itp. - stawiają olbrzymie
betonowe filary z umieszczonymi w środku ładunkami wybuchowymi, które można
wysadzić w razie zagrożenia i teoretycznie zamknąć wrogowi drogę dostępu.

Prawda statystyczna

Reżim północnokoreański zdaje sobie sprawę z gospodarczego zapóźnienia i
nawet dwukrotnie podejmował próby unowocześnienia gospodarki. W 1991 r.
przyjęto program ożywienia gospodarczego regionu portów Najin i Sonbong,
położonych na północnym wschodzie w pobliżu granic z Rosją i ChRL.

Z pomocą Programu Rozwoju ONZ (UNDP) planowano tam utworzenie wolnej strefy
ekonomicznej, która miała przyciągnąć inwestorów zagranicznych i nowoczesne
technologie. Planowano także realizację projektu budowy specjalnej strefy
ekonomicznej (132 km kw.) w Sinuiju, przy granicy z Chinami. Miał to być
"Hongkong Północy" - z bankami, hotelami i kasynami. Oba projekty okazały
się jednak trudne w realizacji. Pierwszy z uwagi na wysoki stopień "ryzyka
inwestycyjnego" i obiektywnie trudne warunki działania: dokuczliwy brak
energii, przestarzały park maszynowy, zużyte środki transportu, brak
kwalifikowanej kadry i środków finansowych.

Drugi chciał zrealizować Chińczyk z holenderskim paszportem, który okazał
się zwyczajnym hochsztaplerem i został aresztowany w Pekinie.

Od czasu zawieszenia obsługi długu zagranicznego przez KRLD w końcu lat 80.
XX w., szacowanego według danych z 1996 r. (nowszych brak) na 12 mld dol.,
kraj ten ma zamkniętą drogę do międzynarodowego rynku finansowego. Dodać też
trzeba, że handel zagraniczny Korei Północnej z roku na rok maleje. Nie ma
towarów na eksport, a z powodu wyżej wymienionych trudności wykorzystuje się
tylko 25-50 proc. potencjału wytwórczego.

Żaden kapitał nie zechce wejść do kraju, w którym nie istnieje podstawowa
infrastruktura, taka jak kolej, drogi, stacjonarna sieć telefoniczna,
komórkowa, satelitarna, Internet czy połączenia komunikacyjne ze światem. Są
tylko dwa połączenia samolotowe z Pekinem i cztery razy w tygodniu kolejowe,
okupowane przez północnokoreańską elitę podróżującą do Pekinu w celach
"służbowych". W tym kraju całą infrastrukturę trzeba zbudować od początku.
Ostatnie raporty CIA podają, że (dane tylko szacunkowe) w KRLD jest ponad 30
tys. km dróg i 5 tys. km linii kolejowych. To prawda tylko statystyczna, bo
drogi są tam tak samo zdewastowane jak cały przemysł. Tory nie są
przystosowane dla pociągów z Południa, a drogi nie wytrzymałyby "normalnego"
obciążenia. Jechałam z Phenianu do Nampho (port 60 km od stolicy) i droga
była prawie pusta. Wszystkie ciężarówki poruszały się solidniej zbudowaną
tzw. starą drogą. Droga do Nampho, mimo że ma walory autostrady, jest
zdaniem wielu obserwatorów zbyt "słaba", by mogły po niej jeździć. Pewnie by
się "rozsypała", powstała bowiem w czynie społecznym ludności i sił
paramilitarnych.

Analizując sytuację gospodarczą tego kraju, można - nie ryzykując wiele -
stwierdzić, że nie ma bezpośredniego militarnego zagrożenia ze strony Korei
Północnej. Szantaż polityczny, do którego uciekli się przywódcy KRLD miał
być sposobem na zwrócenie uwagi świata na tragiczną sytuację ekonomiczną
ponad 23 milionów ludzi.

Polska Zbrojna nr 6/2003

Jeśli faktycznie tak wygląda Korea Pln to i reżim może być nieobliczalny.
Zwłaszcza jeśli w armii jest aż tak źle.

Powiew mocy

Obok silnika z dwiema turbosprężarkami nikt nie przejdzie obojętnie. Biturbo zawsze wzbudza silne emocje, a jego wersja V8 powoduje już lekkie drżenie kolan.

Taki właśnie silnik ma pod maską maserati shamal, wyprodukowany zaledwie w 369 egzemplarzach samochód kolekcjonerski i uznawany za klasyka, lecz jeszcze nie zabytkowy.

Pierwszym maserati z podwójnym doładowaniem był model biturbo z 1982 roku. Jego dwulitrowy silnik V6 miał dwie dziewięciozaworowe głowice (po 3 zawory na cylinder). Zasilany przez gaźniki rozwijał 180 KM. Może ta wartość nie brzmi imponująco, ale należy wyjaśnić, iż zamysłem inżynierów nie była tutaj akurat moc maksymalna. Małe turbiny zapewniały doładowanie na poziomie 0,5 bar, poprawiając przede wszystkim elastyczność silnika w zakresie niskich i średnich obrotów. Według dzisiejszych standardów, było to "soft biturbo". Silnik 2-litrowy montowano głównie na rynek włoski, zaś na eksport trafiały 200-konne wersje 2,5-litrowe, gaźniki szybko zastąpiono elektronicznym wtryskiem paliwa.

Więcej luksusu

Po kilku latach stosowania silników V6 biturbo, nadszedł czas na zaproponowanie klientom coupé z wyższej półki. Nowe auto miało być dwa razy droższe od biturbo, postanowiono więc zaopatrzyć je w nowy, stosowny do ceny silnik. Na bazie dotychczasowego V6 zbudowano więc jednostkę V8 DOHC z 4 zaworami na cylinder (3217 cc). Trafiła oba do nowego nadwozia projektu Marcello Gandiniego, osadzonego na wysublimowanym, aktywnym i regulowanym zawieszeniu, wykorzystującym z przodu kolumny McPherson a z tyłu skomplikowany układ wielowahaczowy. W środku najlepsza skóra i zamsz oraz automatyczna klimatyzacja. Nowe maserati otrzymało nazwę gorącego pustynnego wiatru. Tak w 1989 roku powstał shamal.

Emocje i kontrowersje wzbudzało i dziś może wzbudzać nadwozie shamala. Twórca jego stylistyki, Marcello Gandini, w latach 1965-1980 roku pracował dla biura stylistycznego Bertone. Spod jego ręki wyszły takie auta, jak lamborghini miura, countach, lancia stratos, czy fiat X1/9. W późniejszych latach, jako wolny strzelec zaprojektował m.in. citroena BX i bugatti EB 110.

Siła shamala

Stylizacja Gandiniego może się podobać lub nie, ale jedno nie ulega wątpliwości: nikt koło tego auta nie przejdzie obojętnie. Klinowaty kształt nadwozia, mocno poszerzone błotniki z tylnymi nadkolami, ściętymi w stylu countacha i mocno zaakcentowany pałąk przeciwkapotażowy, to charakterystyczne cechy shamala.

Wnętrze to z jednej strony oryginalne i wygodne fotele oraz wysokiej jakości materiały, a z drugiej - nieprzystające do klasy samochodu detale, jak tanie plastikowe przyciski na konsoli środkowej oraz panel sterowania klimatyzacją, niczym z aparatu USG. Obrazu dopełnia umieszczony po środku deski rozdzielczej klasyczny zegarek Maserati (złoty!), który wygląda, jakby właściciel własnoręcznie umocował go tam dla żartu.

Jednak to nie we wnętrzu tkwią podstawowe atuty shamala: rozwiązania techniczne i potężny ładunek egzotyki sprawiają, że można mu wiele wybaczyć. Natomiast to, co się dzieje po odpaleniu 3,2-litrowego silnika, nie pozwala już na żadne dąsy, to przyjemność w czystej postaci.

Oddech shamala

Dopieszczony w każdym calu egzemplarz shamala, którym mieliśmy okazję jeździć, to jeden z 369 wyprodukowanych i niemal na pewno jedyny w Polsce. Jazdę rozpoczęliśmy na najtwardszych nastawach zawieszenia. Zmienia się je przyciskami na panelu umieszczonym obok dźwigni zmiany biegów (widocznym na zdjęciu). Do dyspozycji mamy 4 pozycje, od miękkiej (1) po wspomnianą niemal torową (4). Szybko okazało się, że pozycja "4" na polską dziurawą "wylotówkę" zupełnie się nie nadaje. Silnik "ciągnie" konkretnie i równo już od najniższych obrotów, moment załączania turbosprężarek jest praktycznie niewyczuwalny. Maksymalny moment obrotowy (432 Nm) osiągany jest już przy niespełna 3 tys. obrotów, co czyni wyprzedzanie dziecinnie łatwym.

Ogólnie shamal nie jest brutalem, w prowadzeniu jest łatwy i przyjemny, a przestawiwszy zawieszenie na "1" (komfort), przestają nawet przeszkadzać koleiny, mimo tylnych opon o rozmiarze 245/45ZR16. Kręta, leśna droga z równym asfaltem, prowadząca przez liczne pagórki, to zdecydowanie żywioł shamala. Dały tu znać o sobie potężne hamulce i "inteligentny" mechanizm różnicowy płynnie rozdzielający moment obrotowy między tylne koła.

325-konny silnik shamala współpracuje z doskonale zestopniowaną 6-biegowa, ręczną skrzynią biegów Getrag. Auto o masie własnej 1417 kg przyspiesza od 0 do 100 km/h w 5,3 sekundy i osiąga prędkość maksymalną około 270 km/h.

Wartość shamala

Produkowane w latach 1989-96 maserati shamal, jak na swoją rzadkość, status auta kolekcjonerskiego z wyższej półki i zaawansowane rozwiązania techniczne, nie jest drogie. Nie ma bowiem dobrej opinii jeśli chodzi o niezawodność (elektronika, instalacja elektryczna), bardzo drogie są też części zamienne i wreszcie mało komu shamal naprawdę podoba się wizualnie. Ceny shamala kształtują się na poziomie 30-35 tys. euro. Bezcenne są za to zaciekawione spojrzenia przechodniów, na których shamal robi ogromne wrażenie. Oryginalność ma swoją cenę. Samochód na zdjęciach pochodzi z firmy Ficenes Collection Ltd., www.ficenescars.co.uk

Broń strzelecka, przeciwpancernna, preciwlotnicza z II WŚ

Niech każdy pisze o swoich ulub ionych broniach. Ja uważam za jedną z lepszych polski karabin przeciw pancerny karabin przeciwpancerny wz. 35

Opis:
Rodzaj powtarzalny karabin przeciwpancerny
Historia
Prototypy lata 30. XX wieku
Produkcja seryjna 1938 - 1939
Wyprodukowano ok. 3500 egz.
Dane techniczne
Kaliber 7,92 mm
Nabój 7,92 x 107 mm DS
Wymiary
Długość 1760 mm
Długość lufy 1200 mm
Masa
broni 9,5 kg (bez amunicji)
Inne
Prędkość pocz. pocisku 1250 m/s
Szybkostrzelność praktyczna 8 - 10 strz./min
Przebijalność pancerza 33 mm (z odległości 100 m)
15 mm (z odległości 300 m)

Historia:
Karabin przeciwpancerny wzór 35 (kb ppanc wz.35), znany także jako Ur (kb Ur) (używana jest również nazwa 7,9 mm rusznica przeciwpancerna UR) — polski karabin przeciwpancerny, skonstruowany w połowie lat trzydziestych i produkowany od 1938 roku w Fabryce Karabinów w Warszawie.

Karabin przeciwpancerny wz. 35 został opracowany w Fabryce Karabinów w Warszawie przez zespół konstruktorów pod kierunkiem Józefa Maroszka.

W przeciwieństwie do wszystkich innych karabinów przeciwpancernych, polski karabin wz.35 nie używał pocisków rdzeniowych, które przebijały pancerz dzięki twardemu rdzeniowi, ale pełnopłaszczowych pocisków ołowianych, zbliżonych do zwykłych pocisków karabinowych, o małym "karabinowym" kalibrze 7,92 mm. Pociski te były jednak wystrzeliwane z bardzo wysoką prędkością wylotową dzięki silnemu ładunkowi prochowemu i długiej lufie. W efekcie, pocisk karabinu wz.35 nie był wprawdzie w stanie przebić pancerza, lecz na skutek uderzenia rozpłaszczał się, wybijając w pancerzu "korek" o średnicy ok. 20 mm.

Na początku II wojny światowej kb wz.35 był w stanie przebić pancerz większości używanych czołgów. Z odległości 100 m przebijał pancerz grubości 33 mm a z 300 m pancerz grubości 15 mm, przy tym włoska instrukcja podaje nawet przebicie do 40 mm z odległości 100 m (warto zauważyć, że była to lepsza przebijalność, niż np. brytyjskiego karabinu ppanc Boys o większym kalibrze 13,95 mm). Jego wadą był mały zasięg skuteczny wynoszący 300 m, typowy jednak dla karabinów przeciwpancernych tego kalibru.

Początkowo stosowano pocisk typu SC, zwiększano jedynie ładunek prochowy i wypróbowywano różne rodzaje prochów nitrocelulozowych. Badania prowadzono na stanowisku doświadczalnym, wykorzystując standardowe lufy mauserowskie. Po zastosowaniu prochu progresywnego i nowego pocisku typu DS, na stanowisku doświadczalnym osiągnięto prędkość początkową rzędu 1300 m/s. Pocisk typu DS miał wydłużoną część cylindryczną, zlikwidowano w nim stożek tylny, zmniejszono ostrołuk. Pocisk miał rdzeń ołowiany w płaszczu stalowym melchiorowanym i ważył 14,579 g.

W trakcie badań stwierdzono bardzo szybkie zużywanie lufy i problemy z zakleszczaniem się łuski wskutek działania wysokich ciśnień. Skłoniło to do podjęcia prac nad zupełnie nowym typem naboju. Bez zmian pozostał tylko pocisk, na nowo opracowano łuskę i ładunek prochowy. Nowa łuska miała długość 107,67 mm, wykonano ją ze stopu miedzi 67% i cynku 33%. Elaborowano ją 11,15 g prochu bezdymnego. Łączna masa naboju wynosiła 64,25 g, a długość całkowita równała się 131,2 mm. Pocisk typu DS wystrzeliwany z lufy karabinu wz. 35 osiągał prędkość początkową w granicach 1250-1275 m/s.

Służba
Jego wprowadzenie na uzbrojenie polskich oddziałów objęte było ścisłą tajemnicą wojskową. Karabin ten miał być rzekomo projektowany na eksport do Urugwaju, stąd wzięła się potoczna nazwa tej broni: Ur (skrót od Urugwaj). Broń była dostarczana w drewnianych skrzyniach z napisem "Nie wolno otwierać - sprzęt mierniczy". Skrzynie te składowano jako ściśle tajny zapas mobilizacyjny, ich otwarcie mogło nastąpić tylko na rozkaz Ministra Spraw Wojskowych. Dopiero 15 lipca 1939 wyszedł rozkaz zapoznania wybranych żołnierzy i oficerów z obsługą broni.

Z dokumentów wynika, że do sierpnia 1939 dostarczono polskim oddziałom ponad 3500 sztuk tej broni. Numery fabryczne zdają się sugerować, że mogło ich być nawet więcej, ale tajność powiązana z tą bronią czyni to trudnym do ustalenia.

Przez wiele lat krążyły opinie, że utajnienie broni było przesadne i z tego powodu wiele oddziałów nie użyło karabinu w walce. Jednak dokładniejsze badania sugerują, że była powszechnie używana przez wiele polskich oddziałów. Co więcej, tajność została zachowana do wybuchu wojny i broń ta była całkowitym zaskoczeniem dla Niemców. Karabin okazał się skuteczną bronią, zdolny z odległości mniejszej niż 100 m przebić pancerz każdego czołgu niemieckiego i radzieckiego z tego okresu.

Konstrukcja
Karabin przeciwpancerny wz. 35 był karabinem powtarzalnym z zamkiem ślizgowo-obrotowym, ryglowany symetrycznie przez dwa rygle umieszczone na przedniej części trzonu zamkowego. Dodatkowy rygiel znajdował się w pobliżu rączki zamkowej. Kurek posiadał pierścień, który umożliwiał napięcie iglicy bez potrzeby otwierania zamka. W komorze zamkowej zastosowano ruchomy wyrzutnik, współdziałający z urządzeniem spustowym, a służący równocześnie jako bezpiecznik chroniący przed strzałem przy niedomkniętym zamku. Lufa wymienna, posiadała hamulec wylotowy pochłaniający około 65 % energii odrzutu.

Karabin zasilany był z jednorzędowego magazynka pudełkowego o pojemności 4 naboi. Przyrządy celownicze składały się z celownika krzywiznowego i prostokątnej muszki.

Karabin posiadał drewniane łoże stanowiące całość z kolbą oraz dwójnóg.

Liberadzki i Piechociński o transp. europejskim i polskim

Liberadzki i Piechociński o europejskim i polskim transporcie
Europoseł Bogusław Liberadzki :
O komisji w PE : Komisja Transportu i Turystyki Parlamentu Europejskiego jest jedną z trzech największych. Jest nas w komisji ponad 40, dokładnie 46 osób w 755 osobowej Izbie i 22 komisjach oraz dwóch stałych podkomisjach. Każdemu posłowi teoretycznie wolno być członkiem jednej komisji i zastępcą członka w drugiej komisji. Zdarzają się wyjątki, ale nie są one zbyt liczne, że ktoś może być członkiem w dwóch komisjach parlamentarnych.
Praca jest zaplanowana w cyklu kadencyjnym, czyli 3,5 roku temu, kiedy rozpoczynała się obecna kadencja parlamentu, powołaliśmy tę komisję europejską. Wówczas kandydat na komisarza, a potem komisarz przedstawił swoje priorytety polityczne i strategiczne na 5 lat. Do tego każda grupa polityczna przedstawiała też swoje priorytety polityczne, które chciałaby osiągnąć w ciągu kadencji. Co roku komisja przychodzi z rocznym statesmentem, w którym określa główne zadania, cele, zdaje krótko sprawę z realizacji dotychczasowej polityki i głównych kierunków. Także każda z grup politycznych w parlamencie ma swój punkt widzenia i również swoje cele.
Kiedy dochodzi finalnie do uzgodnienia w drodze głosowania nad programem prac na dany rok, wtedy uzgadnia się swego rodzaju zestaw kompromisów między grupami politycznymi. Liczą się zwłaszcza dwie grupy polityczne, wiodące, które tworzą niepisaną, a de facto wielką koalicję. Są to chadecy i socjaliści . Łącznie te dwie grupy liczą 270 plus dwieście dwadzieścia kilka głosów w 775 osobowym zgromadzeniu.
Teraz o samej Komisji Transportu i Turystyki. Jest ona zorientowana na całokształt spraw transportu, łącznie z transportem morskim.
infrastruktura. Jest ona traktowana w następujący sposób. Stanowi szkielet, w oparciu o który funkcjonuje gospodarka Unii Europejskiej. Traktuje się, iż infrastruktura i transport są jednymi z podstawowych czynników wpływających na konkurencyjność gospodarki unijnej. Zatem pierwsza zasadnicza sprawa, to zasady dostępu do infrastruktury.
Wiemy, że dotychczas porty morskie, porty lotnicze, porty śródlądowe były używane za odpłatnością. Inaczej mówiąc statki powietrzne morskie i śródlądowe płaciły za korzystanie z portów. Od niedawna mamy również opłaty za korzystanie z dostępu do linii kolejowych. Teraz kończy się etap bezpłatnego dostępu do dróg, zwłaszcza krajowych i dróg układu europejskiego. Przyjęcie dyrektywy o eurowiniecie na tym etapie od samochodów ciężarowych i autobusów, oznacza, że jest to koniec z finansowaniem dróg poprzez opłaty pośrednie, czyli paliwowe i temu podobne podatki. Oprócz pośrednich zaczynają wchodzić opłaty bezpośrednie, czyli za przejazd kilometra przez określoną kategorię pojazdów.
Jednocześnie zwraca się uwagę na poziom opłat oraz zasadę ich stanowienia i pobierania wewnątrz danej gałęzi i międzygałęziowo, a także wpływanie na poziom opłat. Oznacza to regulacje w zakresie tego kto płaci, według jakich kryteriów płaci. Pozostaje kwestia stawek. O ile w transporcie lotniczym, morskim sprawy te mamy lepiej rozpoznane, o tyle w transporcie drogowym poprzez eurowinietę będzie automatycznie większy poziom ujednolicenia stawek. O tyle w transporcie kolejowym trwają ciągle dyskusje. Wynika to z poziomu zróżnicowania –od 40 centów do 6 euro za pociągokilometr . Zakładamy, że jest to pociąg brutto 1400 ton w przypadku przewozu ładunków. W przypadku przewozów pasażerskich jest to jednostka standardowa – pociąg pasażerski.
Kiedy teraz patrzymy na infrastrukturę transportową, często się traktuje ją, że ma być dostępna, ma sprzyjać podnoszeniu konkurencyjności europejskiej gospodarki, ale nie ma generować zysków. Ma być tylko pokrycie kosztów utrzymania, niekoniecznie nawet kosztów budowy. A więc infrastruktura ma być możliwie tania.
Bardzo ważną przesłanką przy rozważaniach infrastrukturalnych są ograniczenia w zakresie środowiska naturalnego i przestrzeni. Kraje najwyżej rozwinięte, czyli kraje Beneluxu, najbardziej uprzemysłowione części Niemiec i Francji, w tym obszary o wielkiej koncentracji ruchu lotniczego Frankfurt, Paryż czy Londyn, charakteryzują się tym, że tam nie ma już z reguły fizycznie miejsca do dobudowywania kolejnego pasa autostrady czy budowy nowych autostrad. A zatem pozostaje efektywność wykorzystania posiadanej infrastruktury. Dlatego też Unia Europejska idzie w system Galileo, który jest systemem bardzo drogim. Jest to przedsięwzięcie konkurencyjne do GPS. Będzie nas to kosztować duże miliardy euro. Unia wchodzi także w systemy Marco Polo I i Marco Polo II. Chodzi po prostu o to, żeby można było zapewnić rosnącą płynność ruchu albo nie narastającą kongestię, pomimo wzrostu ilości użytkowników dróg kołowych i lotnisk.
Znajdujemy się w sytuacji trochę paradoksalnej. W klasycznej ekonomii uczyliśmy się, że jest elastyczność cenowa popytu. Czyli jeżeli rośnie cena, maleje popyt. Tymczasem, mimo że rośnie cena na paliwa płynne, nie maleje popyt na usługi transportowe zużywające paliwa płynne. Nie tak dawno przecież płaciliśmy 30 dolarów za baryłkę ropy, potem 50 euro. Dzisiaj mamy już cenę 109 dolarów za baryłkę ropy. No i co? No i nic. Dalej rośnie ruch kołowy. Dalej rośnie ruch oparty o zużycie paliw płynnych. A Unia Europejska w 80% zależy od importu paliw płynnych.
Względy środowiskowe. Dosłownie w tych dniach odbędzie się debata na temat zasad projektowania infrastruktury i standardów utrzymania dróg z punktu widzenie bezpieczeństwa ruchu. Właśnie w najbliższy poniedziałek odbędzie się posiedzenie pojednawcze ze względu na duży spór jaki wynikł między instytucjami. Niebawem także będziemy podejmować dyskusję o internalizacji kosztów zewnętrznych w transporcie drogowym. Ze względu na eurowinietę, Komisja Europejska ma jeszcze niespełna rok na zaproponowanie rozwiązania.
Jest pytanie. W jednej złotówce paliwa, którą kupujemy przy pompie, są zawarte 34 grosze za paliwo, a 66 groszy za nie paliwa, czyli podatki. Czy te pieniądze, które się płaci, już zinternalizują koszty zewnętrzne, czy nie? Do kosztów zewnętrznych możemy zaliczyć kongestię, hałas, wypadki. Na drogach państw Unii Europejskiej rocznie w wypadkach drogowych ginie 44 tysiące osób. Najwięcej ginie na drogach niemieckich i polskich, najmniej w Skandynawii. Jeżeli Polska i Niemcy mają podobną ilość wypadków drogowych, w tym także śmiertelnych, to znaczy, że ruch pojazdów jest u nas mniej więcej trzykrotnie mniej bezpieczny niż w RFN.
Jak należałoby rozstrzygać dylemat o projektowaniu infrastruktury drogowej? Czy w taki sposób, że chcemy mieć dyrektywę regulującą te zasady z punktu widzenia bezpieczeństwa. Są państwa, głównie Niemcy, a także grupy polityczne, które mówią – nas to nie interesuje. Niech każdy sobie rozwiązuje te problemy po swojemu. U nas nie ma ograniczenia prędkości na autostradach i zobaczcie - zupełnie dobrze to działa. My dobrze wiemy jak należy wyprofilować drogę, aby samochody na zakrętach nie wyjeżdżały w pole. A jak ktoś nie wie, niech się od nas nauczy. Żadnych dyrektyw nie chcemy.
Ja jestem zwolennikiem, żeby jednak były regulacje europejskie. Dlaczego? Znamy nowo zbudowane odcinki dróg, także w Polsce, na których samochody wyjeżdżają nie tam, gdzie kierowcy chcieliby, by wyjeżdżały. I w zasadzie nie ma winnego. Na wszelki wypadek w Polsce stawiamy w takich sytuacjach znak ograniczający prędkość jazdy do 40 k/h i narażamy się na brzydkie oceny ze strony kierowców.
Na drogach ostatnio stawia się bardzo dużo fotoradarów, czyli punktów kontroli i robienia zdjęć. Instaluje się je przy starym systemie oznakowania dróg. Kiedyś zakładaliśmy, że jeśli chcemy by ktoś przejechał jakiś odcinek drogi z prędkością 70 km/h, stawialiśmy znak ograniczenia do 60 km/h, przyjmując 10% tolerancji. Jeżeli dzisiaj postawiliśmy punkty kontroli i pomiaru, to pewnie będzie trzeba stare znaki drogowe przemalować, przynajmniej w niektórych miejscach. Po co bowiem narażać się na komentarze kierowców, w których padają zoologiczne lub anatomiczne określenia. Ze względu na ograniczenia, o których mówiłem wcześniej, chcemy doprowadzić do bardziej zrównoważonego stopnia wykorzystania istniejącej infrastruktury poszczególnych gałęzi transportu. Czyli stawka na kolej. Mamy następującą sytuację. Posłużmy się statystyką. Istnieją towarzystwa kolejowe, które rocznie wkładają 3-5 mld euro w inwestycje i nie uzyskuje się z tego powodu istotnego przyrostu ruchu. Mamy także inne towarzystwa kolejowe, które w inwestycje nie wkładają prawie nic – i też nie ma przyrostu ruchu kolejowego.
Często w Komisji Transportu i Turystyki zadajemy sobie pytanie, które rozwiązanie jest lepsze. Pierwszy przykład, to Niemcy. Czy lepiej nie mieć widocznego postępu przy zaangażowaniu znacznych środków finansowych, czy lepiej nie mieć widocznego postępu przy nie wkładaniu dużych pieniędzy?. Tym drugim przykładem jest Polska.
Generalnie przeważa pogląd, że pierwszy przypadek jest jednak lepszy, bo przynajmniej nie następuje dekapitalizacja infrastruktury kolejowej. Jeśli się okaże, a tego oczekujemy, że poprzez liberalizację dostępu do rynku kolejowego nastąpi ożywienie na tym rynku, to będzie przynajmniej po czym jeździć. Natomiast kraje, w których miałoby nastąpić ożywienie ruchu kolejowego, a nie będzie podstaw infrastrukturalnych, to zmarnujemy historyczną szansę. Myślę, że dla nas jest to sprawa bardzo ważna.
Finansowanie infrastruktury. Generalnie podchodzi się do tego w ten sposób, że infrastruktura jest pod odpowiedzialnością sektora publicznego. Chodzi o sieci transeuropejskie. Za nie odpowiedzialność ponosi Komisja Europejska i Unia Europejska jako całość. Dotyczy to także odpowiednich odcinków tej sieci w państwach członkowskich, które są objęte projektem i programem TINA. Natomiast sieci narodowe są w odpowiedzialności państw i rządów i parlamentów pod względem projektowania, finansowania, rozwoju, norm i układu przestrzennego, wszakże z oczekiwaniem, że będą się przyczyniać do spójności Unii Europejskiej jako całości. Ponadto, że będą stwarzać warunki spajające państwo, jako całość i poszczególne regiony.
Tak więc eksponowana jest funkcja spójności i w ślad za tym idzie Fundusz Spójności. W regionach za sieci odpowiedzialne są władze regionalne, samorządowe. Dotyczy to infrastruktury drogowej, kolejowej, także lotniczej. Są w odpowiedzialności władz samorządowych, choć wcale niekoniecznie muszą być przez nie zarządzane. Są jedynie w odpowiedzialności publicznej. Ktoś projektuje, tworzy warunki funkcjonowania i warunki działania.
A zatem oczekuje się, że w budżetach państw członkowskich będą stosowne kwoty przewidywane na budowę, modernizację, odtwarzanie, utrzymanie, podnoszenie kategorii, w tym także ze względów eksploatacyjno-operacyjnych, przepustowości i wydajności. Mamy mniej więcej taką sytuację. Są państwa, które już zbudowały sieć dróg i sieć linii kolejowych wcześniej lub w ostatnim okresie, jak na przykład Hiszpania. W tym kraju w ostatnich latach wybudowano 5 tysięcy kilometrów solidnych linii kolejowych przystosowanych do przyzwoitych prędkości. Są to linie normalnotorowe, a nie 1600 mm rozstawu osi, jak to klasycznie do tej pory funkcjonowały w Hiszpanii. Ta rozbudowana sieć po 20 czy 30 latach eksploatacji, teraz wymaga dużych nakładów na jej modernizację i odtworzenie.
Mówią nam; jeżeli chcecie być częścią składowa europejskiego systemu, musicie teraz ponieść duże nakłady, ale pamiętajcie, że potem nie będą one istotnie mniejsze, bo trzeba je utrzymać w ładzie. Unia Europejska, zgodnie z zasadą solidaryzmu, wspiera te obszary i te państwa, które mają zaległości w budowie i utrzymaniu infrastruktur. Temu właśnie służy Fundusz Spójności. Polska otrzymała najpierw środki z Funduszu ISPA, były to 3 mld euro w latach 2000-2004, potem z Funduszu Spójności 6 mld euro na latach 2004 od 1 maja, do 31 grudnia 2006 roku. Natomiast od 1 stycznia 2007 roku otrzymaliśmy: w roku 2007 – 5,7 mld euro w funduszach strukturalnych, w tym połowa to Fundusz Spójności oraz 7,8 mld euro w roku 2008. W następnym roku będzie to już kwota 9,4 mld euro.
Trzeba liczyć się z tym, że program budowy i modernizacji infrastruktury, który był wynegocjowany w Traktacie Akcesyjnym do roku 2004, będzie realizowany, plus oczywiście coś jeszcze. Oczekuje się, że Polska będzie utrzymywać proporcje: około 0,4 środków unijnych na kolej i około 0,6 na drogi.
W Parlamencie Europejskim dokonywaliśmy oceny wykorzystania tych środków - najpierw na forum Komisji Kontroli Budżetowej, gdzie mam przyjemność być wiceprzewodniczącym i teraz na forum Komisji Transportu i Turystyki. Wykorzystanie środków Funduszu Spójności za okres 2004-2006 na koniec roku 2007 było na poziomie 40%; w transporcie 43%, w ochronie środowiska 36%. To znaczy, że mamy jeszcze do wykorzystania kwoty za lata 2004-2006. Generalnie stosuje się w takim przypadku formułę N+2, aczkolwiek przy Funduszu Spójności możemy środki unijne wykorzystywać o jeden rok dłużej.
W listopadzie ubiegłego roku zakończone zostały dopiero negocjacje dotyczące projektów na lata 2007. Część środków z kwoty 5,7 mld euro otrzymaliśmy z Unii Europejskiej w grudniu tylko i wyłącznie jako zaliczka 1,443 mld euro.
Komisja Europejska oczekuje i Parlament Europejski się z tym zgadza, że nastąpi istotne ożywienie także w zakresie sieci transeuropejskich. Dyskusja o pieniądzach przypomina mi trochę z przeszłości dyskusje w polskim parlamencie i w polskim rządzie na temat pieniędzy na transport. Chcieliśmy, przynajmniej takie były zapowiedzi, żeby w latach 2007-2013 mieć 23 miliardy euro na transeuropejskie sieci. Potrzeby szacowaliśmy na około 140 mld. Natomiast efektywnie otrzymaliśmy 8,5 mld euro.
Oprócz finansowania infrastruktury istotna jest kwestia zarządzania. Unia Europejska stoi wobec takiego dylematu. Chcemy mieć jednolitą spójność operacyjną infrastruktury, przynajmniej od polskiej wschodniej granicy do Lizbony i portów portugalskich przy wyjściu na otwarty Atlantyk i od Kirunoguliware w Szwecji, po Sycylię i Maltę na południu.
Także w transporcie lotniczym w zasadzie następuje interoperacyjność. Z kilku powodów. Powód pierwszy – coraz mniejsza liczba producentów samolotów, z których korzystamy. Powód drugi – przyjęte już procedury kierowania ruchem lotniczym, łącznie z językiem, którym się posługujemy. I powód trzeci – bardzo niski współczynnik oporu do wchodzenia w tę interoperacyjność.
W transporcie drogowym też nam to dosyć gładko weszło, natomiast transport kolejowy wciąż znajduje się w takiej sytuacji, że tam gdzie jest możliwe, granica państwa stanowi póki co barierę bardzo trudną do przejścia i do współpracy między poszczególnymi zarządami. Wiemy, że na granicy polsko-niemieckiej, polsko-czeskiej, polsko- słowackiej i tak dalej, coś się kończy pod każdym względem. Najbliższe nam systemy, patrząc z północy na południe, mają Włosi. Po drodze wszystko jest inne. Albo ruch jest lewostronny, albo natężenie czy rodzaj prądu jest odmienny, albo występują różnice w systemach hamowania i sterowania ruchem.
Wobec tego stajemy wobec dylematu, czy wybrać system RTMS, któremu poświęcamy dużo uwagi. Ale natychmiast powstaje inny dylemat, który zapewne może potwierdzić pan prezes Wach – a którą zastosować technologię? Po drugie – stajemy wobec sytuacji bardzo zróżnicowanego sposobu finansowania kolei, zwłaszcza ze środków publicznych. Przypomina się znana teza, że ile by w Polsce pieniędzy nie dać na kolej, to i tak kolejarze wszystko zmarnują. Oczywiście, jest to teza krzywdząca, bardzo płytka, ale niestety ciągle pokutująca. Do tego dodajmy nierówność traktowania kolei, zwłaszcza przez państwa ze sobą sąsiadujące.
Mała Belgia rocznie 1 mld euro przeznacza na kolej, a wielka Polska kilkadziesiąt milionów, ale złotych, na infrastrukturę kolejową. Dopiero w tym roku mamy drugi budżet po ośmioletniej przerwie, w którym rysuje się jakaś sensowna kwota na kolei.
Wrócę do wykorzystania środków unijnych. Referując stan rzeczy z punktu widzenia Brukseli, pokazujemy trzy przyczyny. Każda z tych kategorii przyczyn nie leży bezpośrednio u beneficjenta, czyli ani w Polskich Liniach Kolejowych, ani w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Pierwsza przyczyna, to budżet centralny państwa. Od przynajmniej dwóch lat zwracamy się do władz państwa polskiego o zmianę sposobu budowy budżetu państwa.
Chodzi o to, aby komponent krajowy potrzebny do korzystania z pieniędzy europejskich przez ministra transportu nie był zamieszczany w rezerwie budżetowej. Rezerwa ta może być bowiem uruchamiana w drugiej połowie roku. Dokąd nie mamy pewności zabezpieczenia środków budżetowych, dotąd nie można rozpisać przetargów. A resztę to już państwo doskonale znają.
Jest taki zbieg okoliczności, nie wiem czy przypadkowy, ale…Pani wicepremier Zyta Gilowska chwaliła się po wyborach, że po roku 2007 mamy oszczędności budżetowe 5 mld zł. I mamy niewykorzystane 5 mld euro w funduszach strukturalnych. Przypadkowa zbieżność kwot? Przy obecnym sposobie budżetowania nie da się skorzystać ze środków europejskich. W Parlamencie Europejskim reprezentujemy stanowisko, że 2 stycznia danego roku minister transportu, a także prezes Polskich Linii Kolejowych PKP, jak i Dyrektor Generalny Dróg Krajowych i Autostrad, powinni wiedzieć jaką kwotą dysponują na cały rok. I to wiedzieć jednoznacznie. Może być potem dokonana korekta w prawo czy lewo o 50-100 mln zł, zanim się budżet przyjmie w Sejmie, ale nie cała kwota zablokowana.
Druga przesłanka jest tego typu. W listopadzie 2007 roku Polska miała zatrudnionych 3820 osób na etatach przygotowujących projekty dofinansowania z Unii Europejskiej. Takie dane statystyczne przedłożyły polskie władze. Średnia pensja tych osób wyniosła około 1900 zł. Średnie wymagania – wykształcenie wyższe, techniczne, ekonomiczne, prawnicze i znajomość języka obcego, najchętniej angielskiego oraz procedur Unii Europejskiej wymaganych przy aplikacjach. Oczywiście, kandydat przychodzący mógł spełnić to co mógł, procedur był nauczany, podobnie jak sposobu postępowania. Jeżeli po okresie próbnym awansował z pułapu 1700 zł na 1900, a nawet na 1950 zł, to po pół roku albo jeszcze wcześniej, dostawał propozycję z firm prywatnych o tysiąc złotych wyższą, albo lepiej i odchodził. Z tego powodu była i jest wielka rotacja kadr.
W latach 2007-2013 mamy do wykorzystania 67 mld euro w funduszach strukturalnych i spójności. Podzielone przez 3820 osób daje kwotę 17,3 czy 17,6 mln euro na jednego zatrudnionego. Wybaczcie, ale to trochę za dużo jak na jedną osobę. Jest zatem propozycja. Dać tym osobom nie 1900 zł przy współczynniku rotacji 9 czy 10 miesięcy, ale na przykład 1200 euro i stabilizację na 5 lat. Pieniądze te byłyby płacone z Funduszu Pomocy Technicznej, które Unia Europejska dla Polski przeznacza i z którego korzystamy w bardzo małym stopniu. A jeżeli już korzystamy, to na takiej zasadzie, że przyjeżdżają do nas Hiszpanie, Francuzi i ich zatrudniamy.
Jeśli są wątpliwości, to potem państwu powiem, dlaczego tak się dzieje..
W każdym razie jest propozycja; niech Polska z tych środków skorzysta. Z różnych województw dostałem odpowiedzi w rodzaju: A co pan sobie wyobraża? Ludzie obok będą zarabiać po 1800, a innym damy 4 tysiące? Gdzie sprawiedliwość społeczna? Nie ma czegoś takiego, jak sprawiedliwość społeczna tak rozumiana. Jest natomiast kwestia - bierzemy te pieniądze z Unii czy nie bierzemy?
Kończąc ten wątek chcę podkreślić bardzo wyraźnie. W roku 2009, czyli dokładnie za rok o tej porze, będzie dokonana ocena celowości i skuteczności wykorzystania pieniędzy z alokacji budżetowych 2007-2013. Będzie to przedmiotem pracy przede wszystkim „mojej” Komisji Kontroli Budżetowej. Ocena będzie iść w następującym kierunku. Państwo, które nie wykorzystuje środków w sposób budzący wątpliwości co do dalszego skutecznego ich wykorzystania, powinno zagrożoną część pieniędzy zwrócić do budżetu europejskiego. Zwrócona część pieniędzy do budżetu europejskiego może:
a- być zwrócona tym, którzy ją wpłacili. Czyli my nie bierzemy, a Luksemburg, Holandia i Niemcy dostają pieniądze z powrotem,
b- przeznaczona dla innych państw nowych, które je wykorzystają. Dla Polski to też nie jest wielka pociecha,
c- ewentualnie w jakimś stopniu wewnątrz danego państwa członkowskiego przesunięte na inne cele.
Unii Europejskiej może oznaczać wyraźnie zmniejszenie kosztów logistycznych czyli konkurencyjność. Infrastruktura bezpieczna i sprawna, czyli wyraźne podniesienie jakości życia obywateli i bezpieczeństwa. Jest to zgodne z ideą Unii – wzrost satysfakcji każdego z nas.
Infrastruktura może też pozytywnie odpowiedzieć na trend rosnącej mobilności ludności. Widzimy bowiem stale i systematycznie rosnącą chęć podróżowania. Podróżujących jest i będzie coraz więcej. Wiąże się to z wolnym czasem od pracy, systemem oświetlenia, chęcią wynoszenia się poza miasto itd.
Wreszcie infrastruktura ma nas łączyć ze światem otaczającym. 80% unijnego eksportu i importu odbywa się drogą morską, a tylko 20% drogą lądową, głównie przez Polskę. Popatrzcie państwo - wszędzie dookoła są morza. Chcemy zatem, aby nasza infrastruktura rozwijała się także w sposób zharmonizowany z planami rozwojowymi państw sąsiedzkich. Czyli Polska-Ukraina, Polska-Białoruś, Polska-Rosja, Polska-Słowacja i dalej wyjście w kierunku Morza Czarnego, ale nie przez państwa członkowskie. Chcemy także rozwoju infrastruktury lotniczej.
Wreszcie ostatnia sprawa, to jest Odra i ewentualnie żegluga śródlądowa i połączenie z systemem tej żeglugi w krajach zachodnich. Póki co jednak nie mamy jakiś istotnych planów w tym względzie. Mamy znaczne opóźnienia w zakresie transeuropejskiej sieci na terenie Polski. Dotyczy to autostrady i linii kolejowej z Gdańska w dół na południe, a także Via Baltica i Rail Baltica. W stosunku do założonego harmonogramu czasowego realizacja tych inwestycji jest obecnie na poziomie 27%.
.
Janusz Piechociński :
Przede wszystkim chciałem podziękować za to, że systematycznie się spotykamy, a także wymieniamy dokumentami, ocenami i materiałami; jest to bardzo potrzebne. Zaczął się czy zaczyna się ostatni rok tej kadencji Parlamentu Europejskiego i pierwszy rok kadencji parlamentu polskiego. Warto sobie odpowiedzieć, czy jeszcze w tej kadencji możemy zaprogramować sprawy transportowe w ważnych dla nas miejscach. Czy możemy dzisiaj przygotować to, czym będzie się zajmowała, jako priorytetem, przyszła kadencja Parlamentu Europejskiego. I na ile wśród tych priorytetów znajdą się sprawy Europy Środkowo -Wschodniej, w tym także Polski.
W mojej ocenie, coraz częściej w Brukseli będą omawiane sprawy w wymiarze globalnym, a coraz mniej będzie można dotknąć spraw regionalnych. Dotyczy to także problemów transportowych. Dlatego sprawą kluczową, według mnie, byłoby, aby rząd i jego agendy, poprzez polskich europarlamentarzystów w Komisji Transportu i Turystyki, już zastanawiali się co wprowadzić pod obrady, jak uruchamiać procesy legislacyjnego. Chodzi o to, by odnieść korzyści z tego tytułu w następnej kadencji, aby było maksymalnie dużo spraw, na których załatwieniu nasz transport może najwięcej zyskać. Transport i cała nasza gospodarka.
W sprawie drugiej prosiłbym o aktywne współdziałanie parlamentarzystów zasiadających w Parlamencie Europejskim. Powinniśmy zacząć myśleć w kategoriach, czym będzie polskie przywództwo w Unii Europejskiej, czym będzie polska Prezydencja? Czy w obszarze naszych narodowych priorytetów nie powinien znaleźć się temat transportowo-gospodarczy i który? Myślę, że czas najwyższy zacząć o tym myśleć. Pan przewodniczący powinien ogłosić na forum naszej Komisji swoiste audio-tele dla agend, które z nami współpracują. Coś w rodzaju hasła – słuchajcie, zbieramy pomysły rewelacyjne, takie sobie i słabe. Mają one odpowiedzieć na pytanie, jaki wybrać temat wśród tych trzech czy pięciu wniesionych przez Polskę na forum Parlamentu Europejskiego? Bo widać, że z obszaru gospodarki będzie to na pewno bezpieczeństwo i solidarność energetyczna. Ale jaki temat powinniśmy przedstawić na forum Parlamentu Europejskiego z obszaru transportowego w czasie polskiej prezydencji? Chodzi o to, abyśmy byli skuteczni w nagłośnieniu, a potem w wygraniu tej sprawy.
Trzecia sprawa. Będę kontynuował naszą wczorajszą emocjonalną debatę związaną z naszą granicą wschodnią. Myślę, że w ostatnim roku kadencji odchodzącego Parlamentu Europejskiego, sprawą kluczową, także dla Komisji Transportu i Turystyki, powinna być polska granica wschodnia, a raczej unijna granica wschodnia. Takie postawienie sprawy jest korzystne dla Polski. Im więcej będzie tego zainteresowania, tym lepiej dla polskiej gospodarki, dla polskiego transportu. I to nie tylko zainteresowania wyrażającego się w odnotowaniu, że coś się dzieje na polsko-ukraińskiej granicy wschodniej i że coś przez nią nie przejeżdża. Chodzi o zainteresowanie wyrażające się konkretnie w programach, m.in. Marco Polo II, w inwestycjach, w dodatkowych środkach i integrowaniu systemów.
Stanowiłoby to także wzmocnienie naszych politycznych aspiracji co do tworzenia scenariusza dla Ukrainy.
Kolejna sprawa, na którą chciałbym zwrócić uwagę. To jest ostatnia okazja, żeby programując przyszłe decyzje Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, próbować wywołać dyskusje o potrzebie nowych korytarzy europejskich po poszerzeniu Unii na wschód. Proszę zwrócić uwagę; sieć korytarzy europejskich jest z roku 1994, w pewnymi korektami. De facto jest to ciągle ten sam program. Od tego czasu nie ma nowych wizjonerskich koncepcji. A przecież Unia się przesunęła na wschód. Już nie tylko Polska jest w Unii, otwierają się nowe kanały usług, produkcji, handlu itd.
Myślę, ze warto by było jeszcze starać się zwiększyć to zainteresowanie poprzez nasze zaangażowanie i naszą pracę i kontakty z Parlamentem Europejskim, a także przez zaangażowanie naszej Komisji we współdziałania z parlamentami krajów ościennych i na różnych konferencjach międzynarodowych.
Na koniec pragnę zwrócić uwagę na kwestię gdzie można wygenerować usprawnienie systemu za stosunkowo małe pieniądze. Otóż jest to możliwe w poszerzonej Unii na styku nowych państw unijnych. W związku z tym trzeba sobie zadać pytanie, czy nie podsunąć takiego pomysłu, choćby w transporcie kolejowym. Może dzisiaj trzeba uruchomić specjalny program na rzecz integracji na styku nowych państw europejskich.
Możemy zmodernizować linię kolejową Warszawa-Gdańsk, ale jeśli na granicy ze Słowacją czy z Czechami przejścia kolejowe nie zostaną dostosowane do nowych wymagań, to powstaną wąskie gardła. Warto wobec tego dokonać bilansu, gdzie się lepiej opłaca skierować pieniądze; czy na usprawnienie przejść kolejowych na granicy polsko-niemieckiej, by uzyskać większą efektywność szlaków kolejowych tak po stronie polskiej, jak i niemieckiej? Czy może zapobiec powstaniu wąskich gardeł, o których wspomniałem. Sądzę, że pod tym pretekstem można wygenerować dodatkowe pieniądze ze wspólnego worka unijnego. Bo z punktu widzenia nowej Unii, jedno euro wydane na poprawę funkcjonalnego stanu przejścia kolejowego Polska-Niemcy, daje więcej niż 10 euro wydane na styku kolei belgijskich z holenderskimi. Powinniśmy próbować zasugerować taki sposób myślenia, bo on jest bardzo istotny.
Streszczenie wystąpień na Sejmowej Komisji Infrastruktury

[ Komentarz dodany przez: Bastian: 2008-04-23, 11:12 ]