Anna Maria Jopek - Ścigam się z moim życiem

Wierzy w magię znaków. Kiedy samolot wpada w turbulencje, potrafi wyrzucić pierścionek z perłą, bo perły "cierpienie przynoszą". Po śmierci taty uciekła z mężem i synami do Afryki. Najnowszą płytę "I.D" nagrywała między 8 a 12, bo potem odbiera dzieci ze szkoły.
ELLE: Co Ci się dzisiaj śniło?
ANNA MARIA JOPEK: Nie pamiętam, ale mam nadzieję, że nic złego. Może dlatego, że moje życie jest dobre, nie miewam dobrych snów. Tylko te duszne, ciemne - kontynuacje lęków i tęsknot. Przychodzą, kiedy czuję zbyt dużą odpowiedzialność na sobie i w trudnych okresach życia. Nigdy nic dobrego z nich nie wynika. Dlatego boję się je pamiętać. Boję się, że to będzie zły znak.
ELLE Wierzysz w znaki?
A.M.J. Tak, w małe sygnały, małe znaki. Nieprzypadkowe przypadki, przeczucia, siłę gwiazd, wpływ Księżyca, magię kamieni. Mimo, że jestem wierząca, nie umiem wyzwolić się z guseł codzienności. Potrafię kupić na lotnisku pierścionek z maleńką perłą i potem, kiedy w powietrzu zaczyna rzucać samolotem i turbulencje robią się nieznośne - a ja okropnie boję się latać - myślę, że to perła winna jest tej sytuacji. Wtedy wracają w głowie słowa mojej babci: "Perły z cierpienia powstają i cierpienie przynoszą". Więc w rozpaczy spoglądam ostatni raz na mój śliczny pierścionek, porzucam go w kieszonce przy siedzeniu i... szczęśliwie ląduję na Okęciu. Tak samo, kiedy w pobliżu jest ktoś nieżyczliwy, nielojalny, odczuwam to wręcz fizycznie. I jeśli nie odcinam się od takiej osoby, potrafię chorować. Prawdziwą, zdiagnozowaną chorobą.
ELLE: A znaki pozytywne?
A.M.J.: Czasami myślę o tym, jak niewiele z tego, co widzimy, zostaje na twardym dysku pamięci. A jednak obrazy w mojej głowie, przechowywane latami, z pozoru nieistotne, z czasem jak puzzle układają się w logiczną całość. Piętnaście lat temu widziałam na jednym z pierwszych CD studio Real World Petera Gabriela. Był w tym filmie kadr ze złoto-zieloną wodą, która spadała z hukiem pod stary młyn, bo w takim miejscu jest zbudowane studio Petera. W ubiegłym tygodniu stałam tam, w prawdziwym studiu Real World, patrzyłam na prawdziwą wodę, bo los pozwolił mi nagrywać z mistrzami najnowszą płytę. Nigdy nie śmiałabym o tym marzyć, a jednak tamta woda płynęła już w mojej głowie od 15 lat. Jak przeznaczenie.
ELLE: Magiczne miejsce?
A.M.J.: W grudniu byliśmy znów w Afryce. Mój mąż kocha tam żyć i ja go rozumiem, bo tam żyje się prosto i szczerze. Przyroda wyznacza cykl. Naturalnie to Afryka trochę dla turystów. Bez wojen, głodu, nędzy - choć trudno o tym nie pamiętać. Mówię teraz o Kenii - Afryce Karen Blixen. O pięknej Afryce. Ona jest moją ucieczką.
ELLE: Ucieczką od...?
A.M.J.: Ucieczką od siebie. Tego ucapienia się muzyki za wszelką cenę. Tego poczucia, że muszę codziennie grać koncerty, bo tylko to jest w stanie ocalić mnie po utracie taty (milczenie). Marcin odnalazł Johna, kierowcę, który woził go jeszcze za czasów jego pracy dla "National Geographic". Stary terenowy pikap, okna zamykane na gumki, podnoszony dach. U nas nie istnieją od kilkudziesięciu lat, ale nadal produkuje się je dla Afryki, bo tam sprawdzają się idealnie. W bagażniku był cały nasz dobytek: plecaki i gitara. Parki narodowe Amboseli i Tsavo to ogromne przestrzenie, możesz się po nich poruszać tygodniami. Wędrowaliśmy przed siebie, spaliśmy w namiotach. Każdy dzień przynosił nam coś innego, nigdy nie wiedzieliśmy, w jakim czasie uda nam się przejechać z punktu A do punktu B. Raz staliśmy przez półtorej godziny. Nie byliśmy w stanie ruszyć się ani o milimetr, ponieważ drogą przechodziło stado słoni. Powoli, dostojnie, majestatycznie. Na czele grupy szedł gigantyczny przewodnik, samiec alfa, za nim żony, siostry, bracia i cała reszta. Na końcu dwa małe, które chyba miały jakiś kryzys w przyjaźni, bo bezlitośnie okładały się trąbami i ze złością ciągnęły za ogony. Staliśmy zahipnotyzowani, respektując ich pierwszeństwo przejścia. To naprawdę zdumiewający świat.
ELLE: Szczególnie dla Twoich synów.
A.M.J.: Moje dzieci patrzyły na to jak zaczarowane, choć czasami widok bywał okrutny. Na przykład wtedy, kiedy dzikie zwierzę rozszarpywało małą antylopę gnu. Wtedy wszystko w tobie pęka, chce ci się wyć, ale nie
wolno ci nic zrobić. Natura na wyciągnięcie ręki, ale nie masz prawa w nią ingerować. Zostawiasz przyrodę samej sobie. A tam wygrywają silni, przegrywają słabi. Patrzysz na to i musisz się pogodzić, że tak po prostu jest. To część świata, do którego należysz. Ale potem jedziesz dalej, śpisz w namiocie i rano, kiedy jesz śniadanie, wpadają małe małpki i wyrywając ci z rąk bułki, kradną wszystko, co da się ukraść.
ELLE: Nigdy się nie bałaś?
A.M.J.: Czasami bardzo. Przychodziły noce, kiedy zrywały się ulewy i burze, ale takie, że miałam wrażenie, że niebo wali mi się na głowę. Rano budziłam się, a namiot stał w potokach płynącej rzeki. Wszędzie wokół woda, a samochód do połowy zanurzony w lepkim błocie. Na dodatek okazywało się, że nie możemy przeprawić się na drugą stronę rzeki, bo most jest zalany. Wtedy nasz kierowca musiał odkopać z Marcinem auto, a potem sam, po omacku, zaczął szukać w rzece... mostu. Znalazł go w okolicach miejsca, gdzie teoretycznie powinien być, i postanowił, że spróbujemy po tym niewidocznym moście przejechać. Wszyscy razem. Gdybyśmy się wtedy obsunęli choćby o pół metra w jedną stronę, mogliśmy się utopić. W takich sytuacjach panikowałam potwornie: "Czy nie moglibyśmy leżeć na plaży, pod palmą, czytając książkę?!". Ale te tygodnie spędzone w towarzystwie najbliższych, w trudnych warunkach, były dla mnie oczyszczające, choć wyglądaliśmy ciut "dziko". Pamiętam, jak po cztery - pięć dni nie mieliśmy czystych ubrań. Prałam je w namiotach, w rękach i próbowałam wysuszyć. A ponieważ niespodziewanie wciąż trwała pora deszczowa, nic nie schło. Ciągle woziłam to mokre pranie w plastikowych woreczkach i wieszałam na każdym postoju, marząc o pogodzie. Ileż bym wtedy dała, żebyśmy mieli na sobie coś czystego. Życie zostało sprowadzone do małych potrzeb i było mi z tym dobrze.
ELLE: Jaki był powrót do rzeczywistości? Zmierzenie się z życiem po tragedii?
A.M.J.: Kiedy tracisz kogoś kochanego, najbliższego, dociera do ciebie kruchość życia. Dostrzegasz, jak potwornie mało czasu jest na wszystko. Przestajesz żyć odruchowo, mechanicznie. Zaczynasz mieć potrzebę i chęć zapamiętania każdego poranka. Ja po tym bardzo zapragnęłam żyć. Dla życia, nie dla czegoś. Zawsze będę powtarzać, że cudownie jest tworzyć muzykę, bo to jest wielka frajda, że wspaniale jest grać koncerty, bo one dają człowiekowi siłę napędową i poczucie, że jest się komuś potrzebnym. Ale takie detale jak poranna kawa, pąki na jabłonce za oknem... Chcę mieć czas, żeby tego skosztować, popatrzeć na to. Coraz częściej myślę o tym, kiedy widzę, jak moje dzieci są - przeze mnie zresztą - tresowane. Zawsze byłam przekonana, że muszę dać im szansę, żeby potem, w przyszłości, nigdy mi nie powiedzieli: Mamo, nie dałaś nam odpowiedniego wykształcenia i teraz nie możemy się odbić od trampoliny. Patrzę, jak ganiają dzieci i rodzice, z zajęć na zajęcia, z tresury na tresurę i... mam coraz więcej wątpliwości, czy nie kradniemy dzieciom dzieciństwa, a sobie samym życia.
ELLE: W życiu najważniejsza jest harmonia.
A.M.J.: W życiu najważniejsze jest życie. Uczę się tego po latach. Kiedy ja chodziłam do tej samej szkoły, co mój starszy syn Franio, byłam strasznie grzeczna i układna, bo nie chciałam sprawić przykrości ani rodzicom, ani nauczycielom. Nieustannie myślałam o tym, żeby nie zrobić czegoś takiego, za co rodzice musieliby się wstydzić na wywiadówce. Myśl, że mogłabym ich rozczarować była nieznośna. Jednocześnie zazdrościłam koleżankom, które miały czerwone uszy, ponieważ były za nie permanentnie targane. Za gadanie, rozrabianie, żartowanie. Dla mnie były uosobieniem radosnego, nieokiełznanego dzieciństwa. Kiedy na nie patrzyłam, ta moja grzeczność uwierała mnie i drażniła. Czułam, że to nie jest mój naturalny wybór, ale raczej ukłon w stronę dorosłych.
ELLE: Twój syn odziedziczył tę układność?
A.M.J.: Franio przychodzi do mnie po szkole, podtyka pod nos dzienniczek z wielką, wymalowaną dwóją i mówi: "Proszę cię, podpisz, mamusiu". Bez cienia skruchy i wstydu. Albo okazuje się, że jest wywiadówka. Ja się na nią wybieram, ale w ostatniej chwili łapie mnie ostra grypa. Moja mama uczynnie proponuje, że pójdzie, na co Franio, który - jak się okazuje - ma więcej litości dla babci niż dla własnej matki, mówi: "...no..., nie radziłbym". Na co obie z mamą struchlałe dociekamy: "Jak to - nie radziłbyś?! Czy są jakieś okoliczności, o których nie wiemy, o czym nam nie doniosłeś? Zapomniałeś powiedzieć?!". "No, tak - Franio na to - właściwie to powinienem wam powiedzieć, że mam trzy pały".
Z jednej strony to jest dla mnie coś niebywałego, ten jego brak ambicji i to, że on sobie swobodnie z tymi pałami żyje i nie uważa nawet, żeby była to kwestia warta jakiejś dyskusji rodzinnej. Z drugiej przypominam sobie swoje grzeczne dzieciństwo i ta moja niepokorna część natury... po prostu się z tego śmieję. Bo wiem już, że jak w wieku 15 lat będzie miał w sobie determinację i chęć nauki, to wszystkie uniwersytety stoją przed nim otwarte.
ELLE: Dobrze Ci idzie ta nauka asertywności.
A.M.J.: Nadal głęboko tkwi we mnie ten lęk, żeby inni się na mnie nie gniewali. Żeby im nie było przykro, żeby nie myśleli o mnie źle. Ale wiem już, że tak się nie da żyć! Liczba osób, które się na mnie nieustannie obrażają jest ogromna; bo nie chcę się spotkać, umówić, pójść na wino. A ja nie chodzę ani do kina, ani do teatru, moje życie towarzyskie ogranicza się do odbierania telefonów i wysyłania SMS-ów. Nikt nie rozumie, że tak jest nie dlatego, że ja "robię karierę", ale że to jest problem każdej pracującej matki. Tyle że ode mnie wymaga się innych standardów. Mnóstwo ludzi ma mój prywatny numer, więc kiedy np. wieczorem robię kąpiel Stasiowi i Frankowi, dzwoni telefon i pani z poważnego tygodnika pyta, co sądzę o eutanazji. "Ale na litość boską - odpowiadam - ja w tej chwili kąpię moje dzieci". Na co ona rzuca słuchawką, a ja potem jestem roztrzęsiona trzy godziny. A to przecież ona powinna czuć się niezręcznie.
Niektórzy sądzą, że moje życie wygląda tak jak na zdjęciu w gazecie. W perfekcyjnym makijażu i sprzyjającym świetle poleguję na szezlongu. A ja się ścigam z moim życiem. Przed siódmą jestem na nogach, tarmoszę dziećmi, śniadanie, ubranie, wyprawa do szkoły. Wokal na najnowszą płytę - która jest projektem mojego życia - nagrywałam od 8.30 do 12, bo po 12 dziecko wychodzi ze szkoły. Wiedziałam, że albo to zrobię w tym przedziale czasowym, albo tego nie zrobię wcale. Czekanie na to, że po południu będzie lepiej, cieplej, będę miała lepszy głos, mniej zapchany nos, będę wyspana, to są dla mnie rzeczy, które mi się nie przydarzają. Biorę to, co jest, i nie czekam. Wiem, że życie też nie będzie czekało.
ELLE: Dlaczego "I.D" nazywasz projektem życia?
A.M.J.: To jest płyta przygoda. Taka, którą robi się z okazji 10-lecia istnienia w polskiej fonografii. Zaprosiliśmy do współpracy wspaniałych artystów: Branforda Marsalisa, Richarda Bonę, Christiana McBride'a, Torda Gustavsena, Dhafra Youssefa, Mina Cinelu, Oscara Castro-Nevesa, Mateusza Pospieszalskiego, Leszka Możdżera, Krzysia Herdzina i uwielbianą przeze mnie Kayah. Naturalnie nie zabrakło kolegów z mojego zespołu - Pawła "Bzina" Zareckiego i
Marka Napiórkowskiego.
Płytę nagrywaliśmy w wielu miejscach na świecie, od studia w Łomiankach aż po legendarny Aviatory w Nowym Jorku. Z twardym dyskiem pod pachą podróżowaliśmy z Marcinem cały rok. Dogrywaliśmy kolejnych bohaterów w kolejnych punktach świata. Każdy z gości ma silną muzyczną wizję, wielką charyzmę i własną historię. Ciekawie jest krzyżować naszą słowiańską melodykę z tą charakternością. Na miksy pojechaliśmy do studia Real World, aby pracować z jego mistrzem dźwięku Benem Findlayem. Nie masz pojęcia, jakie to cudowne uczucie nie mieć ograniczeń w pracy nad płytą. Fantastycznie, jeśli słuchacze odnajdą w niej coś ważnego dla siebie. Ale zrozumiem, jeżeli radiowe playlisty jej nie podejmą. Bo to jest bardzo "szeroka" muzyka.
Po tylu latach nagrań i mierzenia się z wieloma ograniczeniami przyszedł moment, kiedy mogę powiedzieć: Zrobiliśmy taką płytę, o jakiej zawsze marzyliśmy.
Z Anną Marią Jopek rozmawia Beata Nowicka.
źródło: interia.pl