Signum temporis

Dziwni ludzie, Polacy.
Grupa Historia nie jest co prawda reprezentatywna dla narodu,
ba-nawet dla inteligencji polskiej. No ale przeciez jakas probka
tych populacji jest. Dzis wiec, gdy znowu nakreca sie kolo sprawy
Jedwabnego, gdy znowu skupiamy swoja uwage na tej nieszczesnej sprawie,
nie widze tutaj aby ktos byl laskaw zwrocic uwage na dziesiatki takich
wsi jak Jedwabne, wsi gdzie zginelo z rak Ukraincow co najmniej 10 a jak
twierdza niektorzy, nawet i 30 tys. etnicznych Polakow.

Mam na mysli akcje ukrainska na Wolyniu,Podolu, Pokuciu a nawet tuz za
Bugiem,
akcje noszaca wszelkie znamiona ludobojstwa. Akcje, ktorej celem
politycznym bylo wymordowanie lub co najniej wygnanie, ludnosci polskiej
zamieszkujacej tamte tereny. Akcja ta zaczela sie wlasnie w lipcu 1943r.
Przypomina ja dzis na emigranckiej Sciepie przejmujaco pewien czlowiek.
A tutaj nic, cisza, jakby nic sie nie stalo. Nie wstyd wam, Polacy?

Uczcie sie od Zydow, ludzie! Oni nie darowali zbrodni w Jedwabnem, nie
dali jej zaklamac. Zmusili nas abysmy uwaznie przyjrzeli sie sami sobie.
Ale czy nasi bracia na Kresach mniej sa godni pamieci? Oni tez przeciez
pozostali nierozliczeni, zaklamani ale tez, co gorzej-zapomniani.

fatso

 

Signum temporis

Cytat:Dziwni ludzie, Polacy.
Grupa Historia nie jest co prawda reprezentatywna dla narodu,
ba-nawet dla inteligencji polskiej. No ale przeciez jakas probka
tych populacji jest. Dzis wiec, gdy znowu nakreca sie kolo sprawy
Jedwabnego, gdy znowu skupiamy swoja uwage na tej nieszczesnej sprawie,
nie widze tutaj aby ktos byl laskaw zwrocic uwage na dziesiatki takich
wsi jak Jedwabne, wsi gdzie zginelo z rak Ukraincow co najmniej 10 a jak
twierdza niektorzy, nawet i 30 tys. etnicznych Polakow.

Mam na mysli akcje ukrainska na Wolyniu,Podolu, Pokuciu a nawet tuz za
Bugiem,
akcje noszaca wszelkie znamiona ludobojstwa. Akcje, ktorej celem
politycznym bylo wymordowanie lub co najniej wygnanie, ludnosci polskiej
zamieszkujacej tamte tereny. Akcja ta zaczela sie wlasnie w lipcu 1943r.
Przypomina ja dzis na emigranckiej Sciepie przejmujaco pewien czlowiek.
A tutaj nic, cisza, jakby nic sie nie stalo. Nie wstyd wam, Polacy?

Uczcie sie od Zydow, ludzie! Oni nie darowali zbrodni w Jedwabnem, nie
dali jej zaklamac. Zmusili nas abysmy uwaznie przyjrzeli sie sami sobie.
Ale czy nasi bracia na Kresach mniej sa godni pamieci? Oni tez przeciez
pozostali nierozliczeni, zaklamani ale tez, co gorzej-zapomniani.



No jak to, przeciez ciagle iskrzy na linii Wawa - Kijów chocby za sprawa
nieszczesnej plyty na cmentarzu we Lwowie.
A co do zbrodni Ukrainców to nie bylismy im dluzni, bylo cos takiego jak
akcja Wisla. Nie tylko polska krew tam plynela.

pozdr.
T.

Kock 1939 - nowe spojrzenie

dzie to napisałem?

Nie mylisz przypadkiem Wołynia z Podolem i Pokuciem, oraz 14 września z 17 września???

Ukraina przekazała IPN-owi dokumenty NKWD i KGB

Cytat: „Jeżeli w archiwach będą dokumenty świadczące o wydarzeniach w Bykowni czy pod Charkowem, oczywiście zostaną one ujawnione i odtajnione”. Z dr. Wołodymyrem Wiatrowyczem, dyrektorem Archiwum SB Ukrainy, rozmawia Jan Matkowski.

Czego dotyczyło Pana spotkanie z delegacją polskiego IPN?

Wykonując rozporządzenia prezydenta Ukrainy z 23 stycznia, pracujemy nad odtajnieniem dokumentów z okresu radzieckiego, w tym dotyczących również historii narodu polskiego. Na mocy porozumienia ze stroną polską razem z IPN realizujemy wiele wspólnych projektów, wśród których znajduje się wielotomowe naukowe wydanie „Polska i Ukraina w latach 3-.-40. XX wieku. Nieznane dokumenty z archiwów tajnych”. Obecnie ukazał się siódmy tomik, poświęcony Wielkiemu Głodowi na Ukrainie. Poprzednie części to: Polskie podziemie w latach 1939-1941. Lwów-Kołomyja-Stryj-Złoczów, Przesiedlenia Polaków i Ukraińców w latach 1944-1946, Polskie podziemie 1939-1941. Od Wołynia do Pokucia, Polacy i Ukraińcy pomiędzy dwoma systemami totalitarnymi 1942-1945, Akcja „Wisła”, Operacja „Sejm”. Obecnie pracujemy nad częścią ósmą pt. Wielki terror na Ukrainie: polska operacja 1937-1938.

Czy w odtajnionych archiwach znajdują się dokumenty mówiące o zamordowaniu polskich oficerów pod Kijowem i Charkowem? Czy będą one dostępne dla badaczy?

Rozporządzenie prezydenta Ukrainy umożliwia badaczom wolny dostęp do odtajnionych akt. Ze swojej strony staramy się w pierwszej kolejności odtajnić dokumenty dotyczące represji oraz zwalczania przez system komunistyczny narodowo-wyzwoleńczych ruchów na Ukrainie, zarówno ukraińskiego, jak i polskiego. Jeżeli w archiwach będą akta świadczące o wspomnianych wydarzeniach w Bykowni czy pod Charkowem, oczywiście zostaną odtajnione i udostępnione. Zawartość wielu z nich na razie nie jest znana i muszą być opracowane przez naszych historyków. Prowadzimy specjalne poszukiwania akt dotyczących zamordowania polskich żołnierzy pod Charkowem. Jak wiadomo, 2 listopada 2008 r. dowództwo SB Ukrainy we współpracy z lokalnymi władzami i przedstawicielami Polski upamiętniło ofiary stalinowskich mordów w Charkowie. Stało się to możliwe również na mocy rozporządzenia prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki. Na byłym więzieniu NKWD została umocowana tablica pamiątkowa w językach polskim i ukraińskim.

Jan Matkowski.


 

zaś -- znowu

Dnia 04-02-17 05:23, w liście od osoby znanej jako Stasinek było:

Cytat:

Według nowego podziału administracyjnego Małopolska to tylko zachodnia część
Małopolski zachodniej.



Południowozachodnia...

Tknąłeś tematu, który kilka lat temu wywoływał u mnie wypieki i chęć do
dyskusji po świt. Teraz już się uspokoiłem, ale co mi tam...

Cytat:Wschodnia Małopolska (ta nad Zbruczem) nie istnieje.



I nigdy nie powinna istnieć. Małopolska w najszerszym ujęciu, jakie
akceptuję to: Częstochowa, Kraków, Kielce, Radom, Lublin, Rzeszów,
Przemyśl, Zakopane (Sosnowiec, Pszczyna i Lwów z olbrzymim trudem).
Uważam, że utożsamianie Małopolski z Galicją, to wstrętny imperializm,
podobny do utożsamiania wszystkich ziem polskich zajętych przez państwo
brandenbursko-pruskie z Prusami. Jeżeli Środkowa i Wschodnia Galicja to
też Małopolska, to niech Wielkopolska będzie Prusami Południowymi, a
Mazowsze i Podlasie Prusami Nowowschodnimi... Wszystkie te nazwy
funkcjonowały przez pewien czas, ale to nie znaczy, że należy je
utrwalać. Ja pochodzę ze Wschodniej Małopolski. Kiedyś nazwa ta była
tożsama z Sandomierszczyzną, a głownymi ośrodkami poza Sandomierzem były
Wiślica i Lublin. Później Wchodnia Małopolska zaczęła wchłaniać kawałki
Rusi Czerwonej, i nie mam najmniejszych oporów przed zaliczaniem do niej
Przemyśla, lecz dalej bym się nie posuwał - Lwów to już Podole. Później
przyszli Austriacy i wymyślili, że jako sukcesorzy Królestwa Węgier mają
prawo do Rusi Halicko-Włodzimierskiej, więc wszystkie zajęte polskie
tereny nazwali Galicją-Lodomerią (przez kilkanaście lat Galicja więc
obejmowała np. Siedlce). Następnie zaś niektórzy polscy "imperialiści"
:-) stwierdzili, że należy zamienić nazwę Galicja na Małopolska i będzie
w porządku, co doprowadziło do tego, że chcieli Małopolską nazywać
tereny Ukrainy (Podole, Wołyń, Pokucie). Mnie takie podejście wydaje się
zupełnie bzdurne - Małopolska, to Małopolska - obszar w granicach
Polski, a Galicja, to Galicja - obszar Królestwa Galicji-Lodomerii i
Krakowa z czasów Austro-Węgier - Kraków i Rzeszów to zarówno Galicja,
jak i Małopolska, ale Kielce to nie Galicja, a Stanisławów to nie
Małopolska.
Już pogodziłem się z tym, że Lubelszczyzna się wyodrębniła i nie upieram
się przy tym, że to też Wschodnia Małopolska. Co więcej, prawie bez
zgrzytu przyjmuję, że Podkarpacie, to np. Stalowa Wola i Tarnobrzeg.
(Jeszcze niedawno wykłócałbym się, że ta nazwa dotyczy tylko pasa Sanok,
Krosno, Brzozów, Jasło, Gorlice, ew. Limanowa, i Nowy Sącz)

Cytat:Ale cóż się dziwić? Skoro dla twórców aktualnego podziału administracyjnego
Mazowsze sięga nawet na południe od Radomia...



Mazowsze jest ekspansywne - wchłonęło Radomszczyznę i nic na to się nie
poradzi. Nawet gwara radomska już bardziej przypomina dialekt mazowiecki
niż małopolski... W zasadzie też teraz to ono przyciąga zawsze
"niewyraźne" tereny niegdyś Łęczycko-Sieradzkiego, obecnie zaś
Łódzkiego. Kto dziś wyczuwa związek Piotrkowa z Wielkopolską? Ja już nie
bardzo...
Za to traci wschodnie tereny - już mało kto do Mazowsza zalicza Łomżę,
Grajewo itp. Status Siedlec, Sokołowa Podl., Wysokiego Maz. itp. jest
chwiejny... Podlasie jest też ekspansywne - kiedyś to była zachodnia
peryferia Rusi (Pod Lachia), teraz zaś to wschodnia peryferia Polski,
wchłania więc polskie resztki Litwy (Suwałki), sięga ku Prusom (Ełk),
Mazowszu (wyżej), Lubelszczyźnie (Biała Podl.)

Podobnie bzdurnym, i na szczęście nieutrwalonym, tworem do Małopolski
Wschodniej nad Dniestrem jest Pomorze Wschodnie nad Łyną. Już wolę ten
dziwotwór "Warmia i Mazury", choć dla mnie to po prostu Prusy. Prusy bez
przymiotnika, bo Prusy Zachodnie (czy kiedyś Królewskie), to dla mnie to
samo "imperialne" zjawisko - Gdańsk, Iława, to Pomorze Wschodnie, a nie
żadne Prusy.

To na razie tyle, bo jak już zaznaczyłem, straciłem zapał. W ogóle, to
przyznaję, że granice regionów zawsze były jakoś arbitralnie ustalane, a
podział administracyjny robi swoje. Dlatego nie oburzam się już na
nazywanie Częstochowy Śląskiem, a Łomży Podlasiem.

Cytat:Kozienice mazowieckie... Koń by się uśmiał!
Stasinek



pzdr
piotrek

Wołyń-hańba milczenia. Prawda sprzedana za Euro.

To już jest "polska" specjalność - zakłamywanie rzeczywistości w imię fałszywie rozumianego pojednania. To co się wyprawiało w tym roku musi przechodzić pojęcia każdego uczciwego człowieka, każdego Polaka, świadomego martrologi swojego narodu. Dla mnie szczytem oportunizmu było
objęcie patronatem przez prezydenta RP Festiwalu Kultury Ukraińskiej, zorganizowanego ( na bank celowo ) w rocznicę ludobójstwa Wołyńskiego ( co najmniej 120 tys. Polaków straciło wtedy życie - dzieci, również te nienarodzone - bandy UPA otwierały ciężarnym kobietom brzuchy - kobiety, mężczyźni, najczęściej odbierane w sposób przewyższający bestialstwem nazistów i komunistów ). Brak jakiegokolwiek ważnego urzędnika państwowego w czasie obchodów tej rocznicy w Warszawie ( Kaczyński wycofał swój patronat w ostatniej chwili ). A na koniec mój "ulubiony", "polski" arcybiskup Józio ( używam zdrobnienia w sposób świadomy, by podkreślić brak szacunku, a nawet pogardę wobec tego człowieczka ) Życiński.
" (...) choć jest arcybiskupem lubelskim, nie znalazł ani minuty, by pomodlić się wspólnie z Kresowianami za Polaków ginących, także na Lubelszczyźnie, z rąk UPA. Znalazł jednak czas, aby strofować za to, że przez porównanie ludobójstwa Polaków do Holokaustu rani się uczucia... Ukraińców. O uczucia rodzin ofiar natomiast się nie zatroszczył". ( Ks. T. Isakowicz-Zaleski, Ojciec dobrze rąbał [w:] Gazeta Polska, nr 30, Warszawa 23 lipca 2008 r, s 32 ).

I jeszcze to:

"Po objęciu fotela prezydenckiego (...) zaczął też gloryfikować zbrodniarzy wojennych, odpowiedzialnych za śmierć i cierpienie setek tysięcy Polaków, Żydów i Ukraińców. Nadał także tytuły Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi, który (...) został płatnym najemnikiem III Rzeszy (...) przygotowywał wiele zamachów na polskich urzędników , w tym też na ministra Bronisława Pierackiego. (...) Był też odpowiedzialny za ówczesne dwa pogromy ludności żydowskiej Lwowa; w pierwszym zamordowano 7 tysięcy żydów, w drugim (...) 2 tysiące. Organizował także UPA, będąc bezpośrednio odpowiedzialnym za ludobójstwo ludności ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji. Równocześnie ze szczególną zajadłością mordował dalej żydów, a także tych Ukraińców, którzy odmawiali udziału w mordach.". ( Ks. T. Isakowicz-Zaleski, op. cit ).

To jest właśnie to. zafałszowanie historii w imię fałszywie pojmowanego wybaczenia. Niektórzy niestety zapominają na czym opiera się sakrament pokuty : na szczerym żalu za grzechy i wyznaniu win ( uważam, że jest to konieczny warunek do pojednania i wybaczenia ). Niektórzy uważają, że wystarczy przyznać się do winy w "cichości serca swego". Hojni szafarze wypaczonego przebaczenia ( którzy przeważnie nikogo nie stracili w takich warunkach ) zapominają jednak, że takie działanie prowadzi do zgorszenia.

Gdy w jakiejś stodole zamordowano kilkuset żydów ( a i tego nie wiadomo na pewno , bo
żydzi sprzeciwili się ekshumacji ) naród polski stawia pomniki i kaja się. Gdy naród domaga się przeprosin za setki tysięcy pomordowanych, jest zmuszany do przebaczania swoim oprawcom.

Swoją drogą to ciekawe, że postawa Juszczenki " ambasadzie izraelskiej w Kijowie jakoś nie przeszkadza, choć gdyby najmniejszy ułamek tej gloryfikacji dział się w Polsce, bylibyśmy dzień i noc lani przez prasę amerykańską, Unię Wolności i Józefa Życińskiego" ( op. cit.)

Bandy UPA w optyce historyka IPN

Cytat:Przeprosiny z Ukrainy

Poniedziałek, 24 lutego 2003

Kilkudziesięciu ukraińskich intelektualistów zwróciło się w liście otwartym do Polaków z prośbą o wybaczenie tragedii na Wołyniu w 1943 roku.

W trakcie rozpoczętej w 1943 r. na Wołyniu pacyfikacji, prowadzonej przez miejscowe oddziały UPA i chłopów, zginęło - jak dotychczas ustalono - około 50 tysięcy Polaków. Ukraińcy mówią o 10-12 tysiącach zabitych. Celem tej akcji było zmuszenie do ucieczki wszystkich Polaków z tych terenów.

"Prosimy o wybaczenie tych Polaków, których losy złamał ukraiński oręż, a poprzez nich - całe polskie społeczeństwo. Wyrażamy żal, że tę broń skierowano także przeciwko niewinnym ludziom i przyznajemy, że usunięcie siłą społeczności polskiej z Wołynia było tragiczną pomyłką" - czytamy w liście podpisanym m.in. przez znanego pisarza Jurija Andruchowycza i historyka Jarosława Hrycaka.

Autorzy listu piszą, że konflikt wołyński pochłonął także wiele ukraińskich ofiar i proszą żyjących, aby wybaczyli winnym tego Polakom. Tylko wzajemne przebaczenie - czytamy w liście - może być przepustką do normalnych polsko-ukraińskich stosunków w przyszłości.

"Dlatego apelujemy do obydwu narodów, aby w geście pokuty usunąć ze swoich serc ziarna nienawiści, wyznając tym samym naszą wiarę w wyższą prawdę miłości" - piszą autorzy listu.

Według nich nie jest możliwe, aby Polacy i Ukraińcy mieli jednakowy pogląd na wspólną przeszłość. "I to jest normalne. Ale nas bardziej martwi to, jak będziemy patrzeć na naszą przyszłość".

List jest jednym z pierwszych ukraińskich głosów w sprawie tragedii na Wołyniu, zawierających prośbę o wybaczenie. Miejscowi historycy tłumaczą, że dopiero od 1991 r. mogą swobodnie zajmować się tym tematem i dlatego ukraiński głos nie ma jeszcze ugruntowania w zbadanych faktach. Według nich jest to powodem dużej ostrożności w wypowiedziach na ten temat badaczy i polityków.

Władze ukraińskie planują w tym roku szereg uroczystości w związku z 60. rocznicą tych tragicznych wydarzeń, w tym odsłonięcie pomnika pojednania polsko-ukraińskiego.

13 lutego podczas spotkania z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim w miejscowości Huta prezydent Ukrainy Leonid Kuczma opowiedział się za wyjaśnieniem wszystkich okoliczności zbrodni dokonanych na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu. "Zbrodnie przeciwko ludzkości nie mogą zostać usprawiedliwione. Niech to będzie ostatnie takie +święto+ w naszych stosunkach" - powiedział Kuczma.

W oświadczeniu przyjętym po spotkaniu prezydentów napisano, że w lipcu tego roku mija rocznica wydarzeń, "które wryły się w pamięć zbiorową obu narodów". "Jest niezwykle istotne, by obchody tej rocznicy stały się znaczącym krokiem na drodze do przezwyciężenia rozbieżności w pojmowaniu wspólnej historii". W dokumencie czytamy również, że osiągnięto porozumienie w kwestii wspólnego przygotowania obchodów dla "godnego uczczenia ofiar tych tragicznych wydarzeń".



http://www.wspolnota-pols...php?id=p30714_1

Jak należy postąpić

Cytat:

Skoro tak się robi w Polsce, to możesz podać jakiś przykład? Bo ja jakoś żyje w Polsce ponad 30 lat i takiego przykładu nie spotkałem.



Wybaczanie i zapominanie win tudzież zbrodni dawnym oprawcom komunistycznym. Uniewinnienie Kiszczaka. A z ostatnich wydarzeń - objęcie patronatem przez prezydenta RP Festiwalu Kultury Ukraińskiej, zorganizowanego ( na bank celowo ) w rocznicę ludobójstwa Wołyńskiego ( co najmniej 120 tys. Polaków straciło wtedy życie - dzieci, również te nienarodzone - bandy UPA otwierały ciężarnym kobietom brzuchy - kobiety, mężczyźni, najczęściej odbierane w sposób przewyższający bestialstwem nazistów i komunistów ). Brak jakiegokolwiek ważnego urzędnika państwowego w czasie obchodów tej rocznicy w Warszawie ( Kaczyński wycofał swój patronat w ostatniej chwili ). A na koniec mój "ulubiony", "polski" arcybiskup Józio ( używam zdrobnienia w sposób świadomy, by podkreślić brak szacunku, a nawet pogardę wobec tego człowieczka ) Życiński.
" (...) choć jest arcybiskupem lubelskim, nie znalazł ani minuty, by pomodlić się wspólnie z Kresowianami za Polaków ginących, także na Lubelszczyźnie, z rąk UPA. Znalazł jednak czas, aby strofować za to, że przez porównanie ludobójstwa Polaków do Holokaustu rani się uczucia... Ukraińców. O uczucia rodzin ofiar natomiast się nie zatroszczył". ( Ks. T. Isakowicz-Zaleski, Ojciec dobrze rąbał [w:] Gazeta Polska, nr 30, Warszawa 23 lipca 2008 r, s 32 ).

I jeszcze to:

"Po objęciu fotela prezydenckiego (...) zaczął też gloryfikować zbrodniarzy wojennych, odpowiedzialnych za śmierć i cierpienie setek tysięcy Polaków, Żydów i Ukraińców. Nadał także tytuły Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi, który (...) został płatnym najemnikiem III Rzeszy (...) przygotowywał wiele zamachów na polskich urzędników , w tym też na ministra Bronisława Pierackiego. (...) Był też odpowiedzialny za ówczesne dwa pogromy ludności żydowskiej Lwowa; w pierwszym zamordowano 7 tysięcy żydów, w drugim (...) 2 tysiące. Organizował także UPA, będąc bezpośrednio odpowiedzialnym za ludobójstwo ludności ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji. Równocześnie ze szczególną zajadłością mordował dalej żydów, a także tych Ukraińców, którzy odmawiali udziału w mordach.". ( Ks. T. Isakowicz-Zaleski, op. cit ).

To jest właśnie to. zafałszowanie historii w imię fałszywie pojmowanego wybaczenia. Niektórzy niestety zapominają na czym opiera się sakrament pokuty : na szczerym żalu za grzechy i wyznaniu win ( uważam, że jest to konieczny warunek do pojednania i wybaczenia ). Niektórzy uważają, że wystarczy przyznać się do winy w "cichości serca swego". Hojni szafarze przebaczenia ( którzy przeważnie nikogo nie stracili w takich warunkach ) zapominają jednak, że takie działanie prowadzi do zgorszenia.

Gdy w jakiejś stodole zamordowano kilkuset żydów ( a i tego nie wiadomo na pewno , bo
żydzi sprzeciwili się ekshumacji ) naród polski stawia pomniki i kaja się. Gdy naród domaga się przeprosin za setki tysięcy pomordowanych, jest zmuszany do przebaczania swoim oprawcom.

Swoją drogą to ciekawe, że postwa Juszczenki " ambasadzie izraelskiej w Kijowie jakoś nie przeszkadza, choć gdyby najmniejszy ułamek tej gloryfikacji dział się w Polsce, bylibyśmy dzień i noc lani przez prasę amerykańską, Unię Wolności i Józefa Życińskiego" ( op. cit.)

Ukraina, państwo sezonowe - konflikty etniczne, UPA itd

Cytat:Porównywanie Jedwabnego, Kielc i innych "drobnych" incydentów w których zginęło może kilkadziesiąt, kilkaset osób do zaplanowanej czystki etnicznej gdzie zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób, może nawet sto tysięcy to nieporozumienie. Mordercom z Jedwabnego, Kielc, Auschwitz, Bydgoszczy, Babiego Jaru itd. NIE STAWIA SIĘ POMNIKÓW, a tym łajdakom tak.
Tak jak napisałem, włodarze Lwowa i całej Ukrainy zachodniej kipią od nienawiści do Polaków wyrażając oburzenie na niszczenie pomników dla zbrodniarzy mordujących cywili, nie żołnierzy. I to oni są winni, i ci którzy takie a nie inne władze wybierają, winni są bezmózgowi, podli mieszkańcy Tarnopola którzy wybierają taką Swobodę.

To ja ci coś powiem, po kolei :
1. czy ci to się podoba, czy nie, to członkowie UPA walczyli o wolną Ukrainę. I dla zwykłego Ukraińca, są oni bohaterami. Zwykłego Ukraińca tak samo boli ludobójstwo na Wołyniu jak ciebie boli wypędzenie Niemców w 1945/6 r. Będzie to dla niego akt sprawiedliwości dziejowej, co najwyżej trochę przesadzony w skutkach. Bo zapewne wiesz, jak II RP głaskała Ukraińców po głowie. Lubić nas nie mieli za bardzo za co.
2. historia UPA to jest kilka ładnych lat walki. Przy tym wszystkim, rok ludobójstwa na Polakach to jest niewiele czasu. Upowcy pokazali, ze potrafią walczyć również z wojskiem - mam oczywiście na myśli żołnierzy NKWD. Co zresztą robili od 1945 r. przez lat kilka.
3. Dla ciebie upowiec jest bandytą z UPA, dla Ukraińca - jest żołnierzem UPA. Dla mnie jest to rzecz oczywista ... jeśli ciebie to boli - cóż ... póki co, możesz sobie nad tym tylko pozgrzytać zębami, Ukraina przed tobą nie uklęknie. Niejednoznaczność historii UPA jest oczywista, ale jej oczywistość zależy od punktu siedzenia. Dla przeciętnego Ukraińca niejednoznaczności nie ma. I nie dziwię się wcale.
4. Komu "bezmózgowi mieszkańcy Tarnopola" mają stawiać pomniki ? Armii Czyngis chana, wojskom NKWD, a może Wojsku Polskiemu ? A może w ogóle Myszce Miki ?
5. Rozumiem, że boli cię porównywanie Jedwabnego do Wołynia. I zgadzam się - porównanie nie na miejscu. Tyle że jeśli my sami nie potrafimy przeprosić za rzeczy mniejsze, to nie oczekujmy pokuty naszych sąsiadów za rzeczy większe.
6. III RP szybko i łatwo przeprosiła za akcję Wisła. I słusznie. Ta sama III RP nie potrafiła nawet zająknąć się o tym, że niedawno upłynęła 70ta rocznica masowego niszczenia cerkwi na Chełmszczyźnie. A to dlaczego ? Nie wiem, mogę tylko przypuszczać, że za działalność Polski komunistycznej przepraszanie nam idzie łatwo ... gorzej jest z przepraszaniem za to co było do 1944/5 r. Jak zresztą widać na podanym przykładzie.
7. Jeszcze co do pomników dla "łajdaków" ... Ano ja się dziwię Ukraińcom w jednym - ze tolerują odbudowę cmentarza i pomnika Orlętom Lwowskim, którzy czynnie walczyli o to, by Lwów nie był ukraiński. Już dokładnie nie pomnę, ale jest tam na tablicy napisane coś w tym stylu, że oni walczyli o polskość Lwowa. Chciałbym widzieć, że kiedyś na Śląsku powstanie pomnik niemieckich obrońców Sląska podczas powstań śląskich, i że będzie tam napisane, że oni walczyli o niemieckość Śląska. Ale chyba się nie doczekam. Fajnie, że symetria dla takich "patryjotów" jest ideą bardzo jednostronną.
8. Kaczyński, którego szczerze nie trawię, o dziwo nie daje się wciągnąć w te przepychanki i trzyma sztamę z Juszczenką. Co oczywiście nie podoba się pewnym marginalnym środowiskom, które plują jadem, bo Juszczenko nie powinien dostać doktoratu hc na KUL. Tak jakby Juszczenko czynnie brał udział w działalności UPA od chwili poczęcia. Tej bezdennej głupoty nie rozumiem - po co nam kolejny wróg zza wschodniej granicy ?
9. Nie ma rzetelnych badań co do rozmiarów ludobójstwa na Wołyniu. Niedawno okazało się, że sztandarowy obrazek tej rzezi, a mianowicie zabite dzieci przywiązane drutem kolczastym do drzewa, to historia sprzed wojny, kiedy to jakaś chora psychicznie cyganka zabiła swoje własne dzieci i tak je przywiązała. Dla bezzębnych, rozczochranych "patryjotów" wszystko jest jasne i oczywiste.
10. Pytanie wtóre, które jakoś przeszło bez echa - jak ma Ukraina przeprosić za Wołyń ? Tym bezzębnym będzie zawsze za mało.
11. Ja wolę na to nie patrzeć, tak samo jak szlag mnie trafia na gadanie w koło macieju o Katyniu. Chcecie - wybaczcie, nie chcecie - wylewajcie żółć. Ale ODWALCIE się od bieżącej polityki. Bo nachrzanicie więcej niż się wam wydaje, panowie "patryjoci". A za wasz "patryjotyzm" zapłacą wszyscy. Bo już płacą za nudne, głupie i bezmyślne rozgrzebywanie Katynia, katastrofy pod Gibraltarem, Wołynia i być może dziesiątek innych miejsc.

Ukraina, państwo sezonowe - konflikty etniczne, UPA itd

Abacil:

Nie bardzo mam ochotę Ci odpowiadać, ale czuję, że chyba powinienem, mimo wszystko.

Cytat:czy ci to się podoba, czy nie, to członkowie UPA walczyli o wolną Ukrainę.



To jest kłamstwo. UPA walczyła o państwo o charakterze totalitarnym, a nie o wolną Ukrainę. Poczytaj Doncowa, poczytaj np. projekt konstytucji Mykoły Ściborskiego. Jeżeli państwo, jakie chciała stworzyć OUN to wolna Ukraina, to ówczesne ZSRR było wolną Rosją a III Rzesza wolnymi Niemcami.

Cytat:Lubić nas nie mieli za bardzo za co.



Państwa polskiego mogli nie lubić, ale czemu w tak okrutny sposób mordowali swoich sąsiadów, którzy za politykę Polski wobec Ukraińców odpowiadali tak jak Ty za becikowe?

Cytat:Rozumiem, że boli cię porównywanie Jedwabnego do Wołynia. I zgadzam się - porównanie nie na miejscu. Tyle że jeśli my sami nie potrafimy przeprosić za rzeczy mniejsze, to nie oczekujmy pokuty naszych sąsiadów za rzeczy większe.



Może Ty mieszkasz w innej Polsce niż ja?

"Jako człowiek, jako obywatel i jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, przepraszam - powiedział prezydent Aleksander Kwaśniewski, składając hołd wszystkim pomordowanym. - Przepraszam w imieniu swoim i tych Polaków, których sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią. W imieniu tych, którzy uważają, że nie można być dumnym z wielkości polskiej historii, nie odczuwając jednocześnie bólu i wstydu z powodu zła, które Polacy wyrządzili innym."

Czyli kolejna bzdura wyssana z palca.

Cytat:Ano ja się dziwię Ukraińcom w jednym - ze tolerują odbudowę cmentarza i pomnika Orlętom Lwowskim, którzy czynnie walczyli o to, by Lwów nie był ukraiński. Już dokładnie nie pomnę, ale jest tam na tablicy napisane coś w tym stylu, że oni walczyli o polskość Lwowa.



Jeżeli nie pamiętasz co jest napisane na tablicy, to pojedź i odśwież pamięć. Co do reszty Twojego wpisu, to nie potrafię zrozumieć mentalności nacjonalistycznej, ani polskiej, ani ukraińskiej. Jest mi obca. Gdy jestem na Cmentarzu Łyczakowskim, zachodzę na oba memoriały, bo obu stronom konfliktu należy się szacunek. I nie porównuj pomników do cmentarzy, to dwie różne rzeczy.

Cytat:Kaczyński, którego szczerze nie trawię, o dziwo nie daje się wciągnąć w te przepychanki i trzyma sztamę z Juszczenką. Co oczywiście nie podoba się pewnym marginalnym środowiskom, które plują jadem, bo Juszczenko nie powinien dostać doktoratu hc na KUL. Tak jakby Juszczenko czynnie brał udział w działalności UPA od chwili poczęcia. Tej bezdennej głupoty nie rozumiem - po co nam kolejny wróg zza wschodniej granicy ?



Ci "plujący jadem" to przede wszystkim ludzie, którym UPA wymordowała rodziny, nierzadko na ich własnych oczach. Oni nie plują jadem, tylko walczą o prawdę i pamięć. Pielęgnują swoje poczucie krzywdy, bo zostali niewiarygodnie skrzywdzeni. Kim jesteś, że obrzucasz ich takimi obelgami? ile masz lat? Trochę pokory i szacunku dla tych, którzy przeszli przez piekło.

Cytat:Nie ma rzetelnych badań co do rozmiarów ludobójstwa na Wołyniu. Niedawno okazało się, że sztandarowy obrazek tej rzezi, a mianowicie zabite dzieci przywiązane drutem kolczastym do drzewa, to historia sprzed wojny, kiedy to jakaś chora psychicznie cyganka zabiła swoje własne dzieci i tak je przywiązała. Dla bezzębnych, rozczochranych "patryjotów" wszystko jest jasne i oczywiste.



I co, jedno nieporozumienie ze zdjęciem sprawia, że badania są nierzetelne? Opracowań jest wiele, ale nie będę za Ciebie odrabiał zadania domowego. W każdym razie znowu mijasz się prawdą.

Nie wiem też, ile razy można powtarzać, że nie chodzi o żadne przepraszanie. Chodzi o powiedzenie prawdy. Chodzi o to, żeby czystki etniczne nazywać mianem "czystek etnicznych", a nie "tragedią" czy "wydarzeniami", żeby czasem się Ukraińcy nie obrazili, bo ktoś ośmielił się prawdę powiedzieć. Każde państwo ma obowiązek uczcić swoich poległych i pielęgnować pamięć o nich. Jeżeli Ukraińcy chcą honorować upowców - proszę bardzo. Ich sprawa, ich sumienie. I ich problem co zrobią z kilkunastoma tysiącami wymordowanych przez UPA Ukraińców. Ale prezydent Polski nie ma prawa tańczyć tak, jak mu neobanderowcy zagrają.

A Ty jak na polskiego nacjonalistę to całkiem sprawnie powielasz banderowską propagandę.

Pozdrawiam

Sowieci w bitwie pod Tomaszowem Lubelskim

Cytat:Nie trwał przy zamiarze ‼opanowania lub zabezpieczenia się” (btw – wypadałoby się zdecydować - w końcu zabezpieczenia się, czy opanowania), tylko chciał obejść Zamość – a musiał to zrobić – a wcześniej musiał cofnąć rozkazy do natarcia pod Zamościem i przerwać to natarcie, bo było już w toku – a więc musiał się także oderwać od nieprzyjaciela pod Zamościem – a przy odrywaniu się od npla. Koniecznym jest także zabezpieczenie się od niego, jest to naturalna kolej rzeczy (i bynajmniej nie zabezpieczał się całością sił, bo część sił już od 20 września wykonywała natarcie wstępne w związku z operacją tomaszowską, mające na celu uchwycenie pozycji wyjściowych do natarcia głównego).


Niestety nie masz racji. Dąb pod wpływem sugestii gen. Olbrychta postanowił opanować Krasnystaw i Zamość aby osłonić się od jakiegoś uderzenia ze strony Niemców z tego rejonu na swoje tyły. Zadanie realizowały 39 DP rez oraz 29 BP rez.
20 września okazało się że ani Zamościa ani Krasnegostawu nie udało się opanować, ale gen. Dab-Biernacki nadal uważał że rejon Zamoscia jest newralgiczny dla osłony dalszych swoich działań i w myśl tego zamiaru dalej działał gen.Olbrycht. Dlatego doszło do boju pod Cześnikami i Barchaczowem w dniach 21 i 22 września.
Zadanie to opóźniło o kilka dni rozpoczęcie działania na Tomaszów.
Gdyby nie to opóźnienie to Armia gen. Przedrzymirskiego i GO gen. Kruszewskiego mogły rozpocząć swój marsz najpóźniej 20 września a nie dopiero 21.09 wieczorem.
Jedyna szansa na nawiązanie łączności czy współdziałanie pomiędzy Piskorem a Dębem mogła nastąpić tylko wtedy gdyby nie realizowano w ogóle działań pod Zamościem i Krasnymstawem a maszerowano tym zgrupowaniem bezpośrednio na Tomaszów lub Rawę Ruską.
Cytat:Niestety nie masz racji ponieważ łącznie w tym czasie Sowieci wzięli pareset tysięcy jeńców – pod samym Tarnopolem meldowali wzięcie 60 tysięcy jeńców i bynajmniej nie pisali, że wzięli tam do niewoli 6 dywizji piechoty – ani jakiekolwiek dywizje piechoty czy brygady kawalerii.


A może po prostu sowieccy dowódcy pod Tarnopolem lubili podawać numery licznych pułków które zagarniali a ci z Wołynia ułatwili sobie sprawozdanie pisząc że zagarneli trzy dywizje.
No i pozostaje pytanie na które nie odpowiedziałeś jakie to były dywizje, jakie miały nazwy lub numery czy nazwiska dowódców. Dlaczego nie ma śladu po tych dywizjach w jakiś polskich źródłach czy opracowaniach ?
Warto może przeczytać chociażby te wspomnienia http://www.lwow.com.pl/wrzesien39.html
Aby uświadomić że na nowe dywizje z Wołynia szans nie było.
Zresztą rozkazy gen. Stachiewicza i marszałka Śmigłego były wyraźne- wszystko jak najszybciej na przedmoście.
Nawet Grupa "Włodzimierz" miała się bronić 1-2 dni a następnie w małych grupach maszerować na Pokucie.

Apel ks. Tadeusza Isakiewicza Zalewskiego

Zapalmy znicze ku czci pomordowanych Kresowian!‏
Od: Prezes (prezes@albert.krakow.pl)
Wysłano: 4 lipca 2009 04:26:02
Do: "Undisclosed-Recipient:;"@tau7.ceti.pl
Szanowni Państwo! Drodzy Przyjaciele!

11 lipca br. minie kolejna rocznica "Krwawej Niedzieli" na Wołyniu, w czasie ktorej oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii zaatakowały 167 polskich kościołów na Wołyniu, mordując dziesiątki księży rzymskokatolickich i tysiące bezbronych wiernych, modlących sie w świątyniach. W sumie czasie ludobójstwa trwajacego na Kresach Wschodnich w latach 1939-1947 zamordowano 150 tys. Polaków, a także wielu Żydów, Ormian i przedstawiciele innych narodowości, w tym też tych sprawiedliwych Ukraińców, którzy ratowali Polaków lub wyrażali swój sprzeciw wobec opętańczej ideologii Stepana Bandery, Dmytro Doncowa i Romana Szuchewycza ps. "Taras Czuprynka".
Na większości zbiorowych mogił do tej pory ani władze polskie, ani ukraińskie, nie postawiły nie tylko pomnika, ale i nawet krzyża. Cała zaś sprawa ludobójstwa otoczona jest zmową milczenia, wynikającą z tzw. "poprawności politycznej". Z kolei za sprawą prezydenta Wiktora Juszczenki i premier Julii Timoszenko na Ukrainie gloryfikuje się zbrodniarzy i stawia się im pomniki we Lwowie, Stanisławowie i Tarnopolu i w ielu innych miejscowościach.
Napis na Pomniku Ofiar Ludobójstwa na Kresach, ustawionym na Cmentarzu Rakowickim głosi: "Nie o zemstę, lecz o pamięc wołają ofiary".
W tymże duchu apeluje jak w zeszłym roku:
Zapalmy znicze ku czci pomordowanych Kresowian!
Zapłoną one już w przeddzień rocznicy, w piątek 10 lipca o g. 12.00 pod Konsulatem Ukrainy przy ul. Krakowskiej 41 w Krakowie. Po zapaleniu zniczy rodziny pomordowanych Kresowian wręczą konsulowi apel do władz Ukrainy o wyrażenie zgody na postawienie krzyży na wszystkich zbiorowych mogiłach. Wszystkich, którzy chcieliby poprzeć ten zapraszam w tym dniu i o tej godzinie pod wspomniany konsulat.
Apeluję także, aby te znicze zapalono także w innych miejscach, wszędzie tam gdzie są tablice pamiątkowe ku czci pomordowanych Kresowian. To jest nas obowiązek chrześcijański i obywatelskich.
Wieczne odpoczywanie racz im dac, Panie ....
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, krewny Polaków momordowanych w Korościatynie k. Monasterzysk, powiat Buczacz na Tarnopolszczyźnie i Ormian pomordowanych w Kutach nad Czeremoszem na Pokuciu.
www.isakowicz.pl
P.S. Wszelkie inne pomysły na uczczenie "Krwawej Niedzieli" proszę przesyłać na mój adres e-mailowy tadeusz@isakowicz.pl

Szanowni Państwo! Drodzy Przyjaciele!

Muszę poprawić adres Konsulatu Ukrainy w Krakowie, który od niedawna jest nie przy ul. Krakowskiej, a przy ul. Beliny-Prazmowskiego 4 (obok ronda Mogilskiego) Jeżeli ktoś już umiesciła apel na swojej stronie lub rozesłał do swoich znajomych, to prosze o poprawienie.

Przy okazji polecam: Protest Kresowian w Lublinie – konferencja prasowa i pikieta pod KUL – 30 czerwca 2009 r.

Link bezpośredni: http://www.youtube.com/watch?v=3I48u3KJHJ4

Szczęśc Boże!

ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
www.isakowicz.pl

LIST OTWARTY Ks.TADEUSZA ISAKOWICZA-ZALEWSKIEGO.

List otwarty do posłów Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości 2008-07-14

"Nie o zemstę, lecz o pamięc wołają ofiary"
Szanowne Panie Posłanki!
Szanowni Panowie Posłowie!
Premier Donald Tuski w dniu 10 maja 2008 r. w obozie hitlerowskim KL Stutthof powiedział dobitnie mądre słowa: "
"Prawda jest jedynym fundamentem, na którym może powstać autentyczna przyjaźń i zrozumienie w tej części świata”.
Z kolei pięć lat temu, w dniu 9 lipca 2003 r., Jarosław Kaczyński, ówczesny poseł PiS, powiedział w polskim Sejmie:
"To, co się stało przed 60 laty na Wołyniu, a później w innych częściach Galicji Wschodniej, to było ludobójstwo. To było ludobójstwo w najczystszym tego słowa znaczeniu. To było ludobójstwo na wielką skalę. I każdy, kto nie chce tego powiedzieć, każdy, kto tego po prostu nie mówi, kapituluje przed zbrodnią, zapewnia triumf zbrodniarzom, wykazuje słabość, która zawsze w takich sytuacjach, dziś, jutro albo pojutrze, jest wykorzystywana. (...)
Każdy, kto się cofa, kto wykazuje nieśmiałość choćby poprzez używanie nieadekwatnego języka, nie tylko kapituluje przed zbrodnią, nie tylko dokonuje wielkiego moralnego nadużycia, nie tylko zachowuje się tak, jak przyzwoity człowiek i przyzwoity Polak zachowywać się w żadnym wypadku nie powinien. Godzi także w polskie interesy polityczne."
Natomiast w czasie kampanii wyborczych w 2005 i 2007 r. oba Wasze ugrupowania, wyrastające z tradycji Polskiego Sierpnia 1980 r., szły pod sztandarami przywrócenia pamięci narodowej, tak okrutnie okaleczonej w czasach PRL. .
Pomimo tych publicznych deklaracji przywódców oby Waszych partii doszło w ubiegłym tygodniu do żenującego postępowania marszałka Bronisława Komorowskiego i władz klubów parlamentarnych obu Wasz partii, w wyniku czego pod obrady Sejmu nie trafiła uchwała potępiająca ludobójstwo ponad 100 tysięcy naszych rodaków, pomordowanych w tak barbarzyński sposób na Wołyniu, Galicji Wschodniej oraz Ziemi Lubelskiej, Rzeszowskiej i Przemyskiej przez członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Armii Powstańczej. Uchwała ta miała również ustanowić dzień 11 lipca dniem pamięci narodowej o tych wydarzeniach.
W ten sposób oba Wasze ugrupowania, współdziałając ściśle z postkomunistami, po raz kolejny przyczyniły się do zafałszowania historii oraz wyrządziły ogromną krzywdę tak pamięci narodowej, jak i rodzinom ofiar ludobójstwa. Krzywdą jest też postępowania Pana Prezydenta RP i Pana Premiera oraz Marszałków Izb Parlamentarnych, którzy nie raczyli przybyć osobiście na żadną z uroczystości ku czci pomordowanych Polaków, choć dla innych uroczystości mają zawsze czas.
Zawstydzający był także list Pana Prezydenta RP z dnia 11 lipca 2008 r., zawierający zafałszowany obraz ludobójstwa dokonanego na polskich obywatelach. Do listu tego odnosi się m.in. powyżej zacytowane słowa, wypowiedziane pięć lat temu przez posła Jarosława Kaczyńskiego.
Jako krewny ofiar ludobójstwa - Polaków pomordowanych w dniu 28 lutego 1944 r. w Korościatynie k. Monasterzysk na Tarnopolszczyźnie i Ormian pomordowanych w dniach 21-23 kwietnia 1944 r. w Kutach nad Czeremoszem na Pokuciu - wzywam Was, wierząc nadal w Waszą uczciwość i miłość do Ojczyzny, do ponownego rozpatrzenia wspomnianej uchwały lub innego dokumentu, który przywróciłby prawdę historyczną o tym ludobójstwie oraz byłby satysfakcją dla Kresowian i ich rodzin, którzy za wierność Polsce zapłacili krwią.
Szanowni Państwo! Polski Sejm przyjął w ostatnim wiele ważnych uchwał, potepiając m.in. ludobójstwo Ormian w Turcji w 1915 r., "Wielki Głód", dokonany przez komunistów w latach trzydziestych na Ukrainie Wschodniej oraz akcję "Wisła" także dokonaną przez komunistów. Słusznie też Polska domaga się uznania Zbrodni Katyńskiej za ludobójstwo. Dlatego też tym bardziej mam nadzieję, że oba Wasze ugrupowania również i w tej sprawie wzniosą się ponad doraźny interesy polityczne i dotrzymają złożonych obietnic.
Oddanie w formie oficjalnego dokumentu czci polskim męczennikom, a także tym Ukraińcom, którzy pomagali naszym rodakom, oraz nazwanie ludobójstwa po imieniu będzie nie tylko sprawiedliwością dziejową, ale i krokiem milowym w pojednaniu polsko-ukraińskim. Nigdy bowiem żadnego pojednania nie da się zbudować na kłamstwie i przemilczeniu.
Z należnym szacunkiem
Szczęść Boże!
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
Radwanowice, 14 lipca 2008 r.

Zaproszenia od ks. Zaleskiego

Zaproszenia od ks. Zaleskiego

Szanowni Państwo Drodzy Przyjaciele!

Serdecznie zapraszam na następujace uroczystości. Dokładne informacje są na mojej stronie www.isakowicz.pl

Piątek, 19 czerwca, g.17.00- Złotoryja - Ośrodek Kultury i rekreacji przy ul. Reymonta 1 - spotkanie autorskie i prelekcja o ludobójstwie na Kresach.

Niedziela, 21 czerwca, g. 14.00 - Wrocław - msza św. ormiańskokatolicka w kościele ojców dominikanów z okazji odpustu św. Antoniego, nawiązującego do tradycji odpustów ormiańskich w Kutach nad Czeremoszem.

Intencja mszy św. - o blogosławieństwo Boże dla Ormian i Polaków oraz ich potomków z Pokucia i Kresów Południow-Wschodnich. Po mszy św. zapraszam na spotkanie środowiskowe.

25 czerwca g. 18.00 Prabuty - msza św. w intencji ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA w czasie II wojny światowej odprawiona w konkatedrze św. Wojciecha przy ul. Barczewskiego (kazanie ks. Zaleski) .
Po mszy, złożenie kwiatów pod pomnikiem-symboliczną mogiłą pomordowanych na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej - Cmentarz komunalny ul. Parkowa

26 czerwca g. 10.00 Prabuty - Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury ul. Łąkowa 22 w Prabutach.
1. Powitanie uczestników konferencji - Burmistrz Miasta i Gminy Prabuty Pan Bogdan Pawłowski
2.Otwarcie konferencji i wystawy (tej z Wrocławia) Andrzej Mosiejczyk
3.Wykład dr Leona Popka z IPN w Lublinie- Zbrodnie OUN-UPA w 1943 roku na Wołyniu.
4. Wykład ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego - Ludobójstwo Polaków na Kresach, na tle ludobójstwa Ormian w Turcji i holocaustu Żydów.
5. Wystąpienia zaproszonych gości.
6.Wręczenie nagród laureatom konkursu "Kresy-moje korzenie".
Organizator - Prabuckie Stowarzyszenie Kresowiaków.
Wtorek 30 czerwca, g. 13.00 - Lublin - konferencja organizatorów protestu przeciwko nadaniu doctoratu h. c. Wiktorowi Juszczence przez KUL.
Wtorek 1 lipca, g. 18.00 - Lublin - mój wykład sali konferencyjnej hotelu Mercure Unia Lublin przy al. Racławickich 12 pt. "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Kresach Wschodnich II RP".

Niedziela, 5 lipca, 11.00 - Światowy Zjazd Kresowian i Pielgrzymka na Jasną Górę. Msza św. z moim kazaniem w kaplicy Cudownego Obrazu, a nastepnie uroczysta akademia i sesja naukowa.
Sobota, 11 lipca - Chełm - uroczystości ku czci pomordowanych w 65 rocznicę ludobójstwa w Małopolsce Wschodniej (dokładny program podam w najbliższym terminie).
Niedziela, 12 lipca - Legnica - uroczystości ku czci pomordowanych w 65 rocznicę ludobójstwa w Małopolsce Wschodniej
13.00 - msza św. w kościele ojców franciszkanów z kazaniem ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.
14.00 - spotkanie autorskie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, autora "rzemilczanego ludobójstwa na Kresach".
Organizator: Stowarzyszenie Kulturalne "Krajobrazy" i Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Legnicy.

Prosze o przekazanie ww. zaproszeń innym zainteresowanym oraz o umieszczenie ich na swoich stronach internetowych. W imieniu organizatorów protestu dziękuję wszystkim, którzy protest ten poparli. Podpisy pod nim można nadal składać poprzez mój e-mail.
Szczęśc Boże!
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
www.isakowicz.pl

Kolejna rocznica "Krwawej Niedzieli".

Szanowni Państwo! Drodzy Przyjaciele!

11 lipca br. minie kolejna rocznica "Krwawej Niedzieli" na Wołyniu, w czasie ktorej oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii zaatakowały 167 polskich kościołów na Wołyniu, mordując dziesiątki księży rzymskokatolickich i tysiące bezbronych wiernych, modlących sie w świątyniach. W sumie czasie ludobójstwa trwajacego na Kresach Wschodnich w latach 1939-1947 zamordowano 150 tys. Polaków, a także wielu Żydów, Ormian i przedstawiciele innych narodowości, w tym też tych sprawiedliwych Ukraińców, którzy ratowali Polaków lub wyrażali swój sprzeciw wobec opętańczej ideologii Stepana Bandery, Dmytro Doncowa i Romana Szuchewycza ps. "Taras Czuprynka".
Na większości zbiorowych mogił do tej pory ani władze polskie, ani ukraińskie, nie postawiły nie tylko pomnika, ale i nawet krzyża. Cała zaś sprawa ludobójstwa otoczona jest zmową milczenia, wynikającą z tzw. "poprawności politycznej". Z kolei za sprawą prezydenta Wiktora Juszczenki i premier Julii Timoszenko na Ukrainie gloryfikuje się zbrodniarzy i stawia się im pomniki we Lwowie, Stanisławowie i Tarnopolu i w ielu innych miejscowościach.
Napis na Pomniku Ofiar Ludobójstwa na Kresach, ustawionym na Cmentarzu Rakowickim głosi: "Nie o zemstę, lecz o pamięc wołają ofiary".
W tymże duchu apeluje jak w zeszłym roku:
Zapalmy znicze ku czci pomordowanych Kresowian!
Zapłoną one już w przeddzień rocznicy, w piątek 10 lipca o g. 12.00 pod Konsulatem Ukrainy przy ul. Beliny-Prazmowskiego 4 (obok ronda Mogilskiego) w Krakowie. Po zapaleniu zniczy rodziny pomordowanych Kresowian wręczą konsulowi apel do władz Ukrainy o wyrażenie zgody na postawienie krzyży na wszystkich zbiorowych mogiłach. Wszystkich, którzy chcieliby poprzeć ten zapraszam w tym dniu i o tej godzinie pod wspomniany konsulat.
Apeluję także, aby te znicze zapalono także w innych miejscach, wszędzie tam gdzie są tablice pamiątkowe ku czci pomordowanych Kresowian. To jest nas obowiązek chrześcijański i obywatelskich.
Wieczne odpoczywanie racz im dac, Panie ...
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, krewny Polaków momordowanych w Korościatynie k. Monasterzysk, powiat Buczacz na Tarnopolszczyźnie i Ormian pomordowanych w Kutach nad Czeremoszem na Pokuciu.
www.isakowicz.pl
P.S. Wszelkie inne pomysły na uczczenie "Krwawej Niedzieli" proszę przesyłać na mój adres e-mailowy tadeusz@isakowicz.pl

Protest przeciwko nadaniu Prezydentowi Juszczence doktoratu h.c. KUL, Lublin 30.06.09r.

http://www.youtube.com/watch?v=3I48u3KJHJ4

♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Blog

http://www.isakowicz.pl/i...&kid=8&nid=1895

Czytelnia:Lux perpetua - Andrzej Sapkowski cześć 2

Cytat:***

– Masz rację, ojcze – przyznał gorzko Reynevan. – Faktycznie, co problem, to rodzaju żeńskiego. I mnożą mi się te problemy, iście grzyby po deszczu... Największym jest jednak w tej chwili Jutta. A jestem w kropce. Kompletnie nie wiem, co robić...
– No to jest nas dwu – oświadczył poważnie kanonik Otto Beess. – Bo ja też nie wiem. Nie przerywałem, gdy snułeś opowieść, choć miejscami brzmiała jak pieśń trubadura, tyleż samo bowiem zawierała iście fantastycznych niemożebności. Nie mogę zwłaszcza wyobrazić sobie inkwizytora Grzegorza Hejnczego w roli porywacza panien. Hejncze ma własny wywiad i kontrwywiad, ma sieć agentów, wiadomo też, że od dawna usiłuje infiltrować husytów, a w metodach nie przebiera. Ale porwanie dziewczyny? Nijak jakoś nie trafia mi to do przekonania. Ale cóż, wszystko jest możliwe.
– To – mruknął Reynevan – akurat prawda.
Kanonik utkwił w nim oczy, nic nie powiedział. Bębnił palcami po blacie.
– Dziś jest Purificatio – rzekł wreszcie. – Drugi dzień lutego. Od bitwy pod Wielisławiem minęło pięć tygodni. Wnoszę, przez cały ten czas przebywałeś na Śląsku. Gdzieś był? Klasztor w Białym Kościele odwiedziłeś może?
– Nie. Miałem z początku taki zamiar... Opatka była magiczką, magia mogła pomóc w poszukiwaniach Jutty. Ale nie pojechałem tam. Wtedy... Wtedy ściągnąłem na nie zagrożenie, na Juttę i na mniszki, na cały klasztor, omal nie stałem się przyczyną zguby. Nadto...
– Nadto – dokończył zimno kanonik – bałeś się spojrzeć opatce w oczy krótko po tym, jak utrupiłeś jej rodzonego brata. A ze sprowadzonym na klasztor nieszczęściem masz rację, a jakże. Grellenort nie zapomniał. Biskup rozwiązał konwent, klaryski rozseparowano po różnych klasztorach, opatkę wysłano na pokutę. I tak miała szczęście. Siostrzeństwo Wolnego Ducha, begiński Trzeci Kościół, kataryzm, magia... Za to idzie się na stos. Biskup kazałby ją spalić jak dwa a dwa cztery, okiem nie mrugnąwszy. Nijak mu jednak było sądzić za herezję i czary, a potem publicznie tracić rodzoną siostrę księcia Jana Ziębickiego, którego w tym samym czasie kreował już na męczennika walki za wiarę, za którego duszę nakazał msze odprawiać i we dzwony bić jak Śląsk długi i szeroki. Opatce upiekło się więc, skończyło na pokucie. Była magiczką, mówisz? O tobie też mówią, żeś czarownik. Że się na czarach rozumiesz, z guślarzami i monstrami zadajesz. Czemu u nich tedy nie szukasz pomocy?
– Szukałem.

***

Wieś Grauweide nie była spalona, ocalała. Cało wyszła też położona pół mili dalej osada Mieczniki. To dobrze rokowało, napawało optymizmem. Tym większe i bardziej bolesne było rozczarowanie.
Z klasztornej wsi Gdziemierz nie pozostało niemal nic, wrażenie nicości i pustki potęgował śnieg, grubą warstwą zalegający pogorzelisko, śnieg, z którego jaskrawej białości rzadko sterczały czarne zwęglone słupy, belki i osmalone kominy. Niewiele więcej ostało się po położonym na skraju wsi zajeździe pod „Pod Srebrnym Dzwonkiem”. W miejscu, gdzie stał, spod śniegu wyglądała bezładna sterta opalonych belek, krokwi i kalenic, wspierająca się na resztkach murowanej konstrukcji i gruzowisku poczerniałych cegieł.
Reynevan objechał ruinę dookoła, przyjrzał się zgliszczom, wciąż budzącym miłe wspomnienia sprzed roku, z zimy przełomu lat 1427 i 1428. Koń stąpał ostrożnie po zjeżonym upalonym drewnem śniegu, przestępował nad belkami, wysoko unosząc kopyta.
Nad resztką muru wznosiła się smużka siwego dymu, idealnie niemal pionowa w mroźnym powietrzu.
Słysząc chrap konia i skrzyp śniegu, klęczący przy małym ogieńku brodaty włóczęga podniósł głowę, odsunął nieco sięgającą brwi futrzaną czapę. I wrócił do poprzedniego zajęcia, którym było dmuchanie w osłaniany połą szuby żar. Opodal, pod murem, stał osmolony garnek, obok spoczywały dudy, worek i zaopatrzona w rzemienie skrzynka.
– Pochwalony – pozdrowił Reynevan. – Stąd jesteś? Z Gdziemierza?
Włóczęga uniósł oko, po czym wrócił do dmuchania.
– Ludzie tutejsi, dokąd wywędrowali? Wiesz może? Karczmarz, Marcin Prahl, z żoną? Nie wiesz przypadkiem? Nie słyszałeś?
Włóczęga, jak dało się wnioskować z reakcji, albo nie wiedział, albo nie słyszał, albo olewał Reynevana i jego pytania. Albo był głuchy. Reynevan pogrzebał w kalecie, zastanawiając się, o ile może uszczuplić swój skromny stan posiadania. Kątem oka złowił ruch.
Obok, pod przysadzistym kikutem obwieszonego soplami drzewa, siedziało dziecko. Dziewczynka, najwyżej dziesięcioletnia, czarna i chuda jak mała zabiedzona wronka. Oczy, które w niego wpijała, też były wronie: czarne i szkliście nieruchome. Włóczęga dmuchnął w żar, zamruczał, uniósł się, wyciągnął rękę, coś wymamrotał. Ogień z trzaskiem wystrzelił z kupki chrustu. Wronka dała wyraz radości. Dziwnym, świszczącym, zupełnie nieludzkim dźwiękiem.
– Jon Malevolt – powiedział głośno, wolno i wyraźnie Reynevan, zaczynając pojmować, kogo ma przed sobą. – Mamun Jon Malevolt. Nie wiesz, gdzie mógłbym go znaleźć? Mam do niego sprawę, sprawę życia i śmierci... Znam go. Jestem jego druhem.
Włóczęga umieścił garnek na ustawionych przy ogniu kamieniach. I podniósł głowę. Patrzył na Reynevana tak, jak gdyby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jego obecności. Oczy miał przenikliwe. Wilcze.
– Gdzieś w tych lasach – ciągnął wolno Reynevan – mają siedzibę dwie... Dwie panie. Znające, hmm... Znające Arkana. Jestem znajomym tych pań, ale nie wiem drogi. Zechciałbyś mi ją wskazać?
Włóczęga patrzył na niego. Wilczo.
– Nie – powiedział wreszcie.
– Co, nie? Nie wiesz? Nie znasz? Czy nie chcesz?
– Nie to nie – powiedziała Wronka. Z wysoka, ze szczytu muru. Reynevan nie miał pojęcia, jak się tam znalazła, jakim cudem mogła się tam dostać, i to niezauważenie, spod drzewa, gdzie dopiero co siedziała.
– Nie to nie – powtórzyła świszcząco, kuląc głowę w chude ramionka. Rozwichrzone włosy spadły jej na policzki.
– Nie to nie – potwierdził, poprawiwszy czapę, włóczęga.
– Dlaczego?
– Dlatego. – Włóczęga szerokim gestem wskazał na zgliszcza. – Dlatego, że rozszaleliście się w zbrodni. Że ogień i śmierć przed wami, a po was pogorzeliska i trupy. I ośmielacie się pytania stawiać? Wskazówek prosić? O drogę rozpytywać? Druhami się zwać?
– Druhami się zwać? – powtórzyła jak echo Wronka.
– Co z tego – włóczęga nie spuszczał z Reynevana wilczego spojrzenia. – Co z tego, żeś był wtedy, jako jeden z nas, na Grochowej Górze? To było kiedyś. Dziś ty, dziś wy wszyscy zbrodnią i krwią zarażeniście jak morem. Nie nieście nam waszych chorób, trzymajcie się z dala. Idź sobie stąd, człowieku. Idź sobie.
– Idź sobie – powtórzyła Wronka. – Nie chcemy cię tu.

***

– Co było potem? Dokąd trafiłeś?
– Do Oławy.
– Do Oławy? – kanonik raptownie uniósł głowę. – Nie mów mi tylko, że byłeś tam...
– W niedzielę przed Antonim? A jakże. Byłem.
Otto Beess milczał długo.

***

– Ten Polak, Łukasz Bożyczko – powiedział kanonik – to następna zagadkowa kwestia w twojej opowieści. Widziałem go przy inkwizytorze raz, może dwa razy. Wisiał Grzegorzowi Hejnczemu u poły, dreptał za nim jak pacholik. Wrażenia nie zrobił. Powiem tak: wszechwładną szarą eminencję przypomina w równym stopniu, co nasz biskup Konrad pobożnego i cnotliwego ascetę. Wygląda, jak gdyby do trzech z trudnością zliczał. A gdybym chciał namalować nic, jego wziąłbym, by mi pozował.
– Boję się – odrzekł poważnie Reynevan – że jego wygląd to mylący pozór. Boję się tego ze względu na Juttę.
– W pozór mogę uwierzyć – kiwnął głową Otto Beess. – Ostatnimi czasy ładnych kilka rozwiało się na mych oczach. Wprawiając wręcz w osłupienie tym, co ujrzałem po rozwianiu. Ale pozór to jedno, hierarchia kościelna drugie. Ani ów Bożyczko, ani inny totumfacki nie zrobiłby ani nie przedsięwziął niczego na własną rękę, za plecami inkwizytora i bez jego wiedzy. Ergo, rozkaz uprowadzenia i uwięzienia Jutty Apoldówny musiał wydać Hejncze. A tego żadną miarą wyobrazić sobie nie mogę. Zupełnie nie pasuje mi to do mojej wiedzy o tym człowieku.
– Ludzie się zmieniają – zagryzł wargi Reynevan. – Również na moich oczach rozwiewały się ostatnio pozory. Wiem, że wszystko jest możliwe. Wszystko może się zdarzyć. Nawet to, co wyobrazić sobie trudno.
– Co prawda, to prawda – westchnął kanonik. – Wielu rzeczy, które się w ostatnich latach zdarzyły, też wcześniej nijak wyobrazić sobie nie mogłem. Mógł-że ktokolwiek przypuścić, że ja, prepozyt kapituły katedralnej, miast awansować na infułata, na sufragana diecezji, ba, może nawet na tytularnego biskupa in partibus infidelium, zostanę zdegradowany do rangi kolegiackiego kantora? I to za sprawą synowca mego najlepszego druha, nieodżałowanego Henryka Bielawy?
– Ojcze...
– Milcz, milcz – kanonik lekceważąco machnął ręką. – Nie kajaj się, nie zawiniłeś. Nawet gdybym wtedy przewidział, czym to się skończy, pomógłbym ci i tak. Pomógłbym ci i dziś, teraz, gdy za kontakt z tobą, husyto zatracony, grożą konsekwencje stokroć sroższe niż biskupia niełaska. Ale pomóc ci nie jestem w stanie. Nie mam władzy. Nie mam informacji, władza bowiem i dostęp do informacji są nieodłączne. Nie mam informatorów. Tych wiernych i godnych zaufania znajdywano zasztyletowanych w zaułkach. Pozostali, w tym słudzy, miast donosić mi, donoszą na mnie. Choćby ojciec Felicjan... Pamiętasz ojca Felicjana, zwanego Weszką? To on obszczekał mnie przed biskupem. I obszczekuje nadal. Biskup pomaga mu za to piąć się po szczeblach, nie wiedząc, że ten sukinsyn... Ha! Reynevan!
– Słucham?
– Coś mi przyszło do głowy. W związku z Felicjanem właśnie. Względem twojej Jutty... Byłby otóż może pewien sposób... Może nie najlepszy, ale innego rozwiązania głowa mi jakoś chwilowo nie podsuwa... Rzecz wymaga jednak czasu. Kilku dni. Możesz zostać we Wrocławiu kilka dni?
– Mogę.

***

Na szyldzie nad wejściem do łaźni widnieli święci Kosma i Damian, patroni cyrulików, pierwszy wyobrażony z puzderkiem balsamu, drugi z flakonem leczącego eliksiru. Artysta nie pożałował na świętych bliźniaków farby ni pozłotki, dzięki czemu szyld przyciągał wzrok, żywością barw wabił oko nawet z oddali. Cyrulikowi sowicie opłaciły się wydane na artystę pieniądze: choć na ulicy Młyńskiej łaźni było kilka i klienci mieli wybór, „Pod Kosmą i Damianem” zwykle było pełno. Reynevan, którego barwny szyld przyciągnął tu już przed dwoma dniami, musiał, chcąc uniknąć tłoku, zamówić wizytę z wyprzedzeniem.
W łaźni, ze względu pewnie na wczesną porę, rzeczywiście tłoku nie było, w zzuwalni stały ledwie trzy pary ciżm i wisiały trzy komplety odzieży, strzeżone przez siwego staruszka. Staruszek był cherlawy i zasuszony, minę miał jednak taką, że i Cerber tartarejski by się nie powstydził, Reynevan bez lęku pozostawił więc w jego pieczy także swoją garderobę i dostatki.
– Ząbki nie dokuczają? – z pełnym nadziei uśmiechem zatarł ręce golibroda. – Może coś wyrwiemy?
– Nie, dziękuję. – Reynevan wzdrygnął się lekko na widok kleszczy, w różnych rozmiarach dekorujących ściany balwierni. Kleszczom towarzyszyła nie mniej imponująca kolekcja brzytew, nożyc, nożyków i noży.
– Ale krew puścimy? – nie tracił nadziei balwierz. – Bo jakże nie puścić?
– Mamy luty – Reynevan spojrzał na cyrulika z wyższością. Już podczas pierwszej wizyty zasygnalizował, że z medycyną łączy go co nieco, wiedział z doświadczenia, że w łaźniach medyków obsługiwano lepiej.
– Zimą – dodał – nie powinno się upuszczać. Nadto, księżyc jest w nowiu. To też nie najlepiej rokuje.
– Skoro tak... – balwierz podrapał się w potylicę. – Tedy jeno golenie?
– Wpierw kąpiel.
Izbę kąpielową Reynevan miał, jak się okazało, do wyłącznej dyspozycji, pozostali klienci korzystali widać z cieplicy, z pary i brzozowych rózeg. Krzątający się koło kadzi Bademeister, łaziebnik, na widok klienta odsunął ciężką pokrywę z dębowych desek. Reynevan bez ceregieli wlazł do kadzi, przeciągnął się z rozkoszą, zanurzył po szyję. Bademeister częściowo zasunął pokrywę, by woda nie stygła.
– Traktaty medyczne – odezwał się cyrulik, wciąż obecny w izbie – mam na sprzedaż. Niedrogo. De urinis, przez Aegidiusa Carbolienusa. Zygmunta Albika Regimen sanitatis...
– Dziękuję. Chwilowo ograniczam wydatki.
– Skoro tak... Tedy jeno golenie?
– Po kąpieli. Zawezwę waści.
Ciepła kąpiel rozleniwiła Reynevana i uśpiła, zadrzemał, nie wiedząc kiedy. Obudził go ostry zapach mydła, dotyk pędzla i piany na policzkach. Poczuł skrobnięcie brzytwy, jedno, drugie, trzecie. Stojący za nim golarz odchylił mu głowę do tyłu, skrobnął po szyi i jabłku Adama, przy kolejnym, dość energicznym ruchu brzytwa boleśnie zawadziła o podbródek. Reynevan zaklął przez zęby.
– Czyżbym zaciął? – usłyszał zza pleców. – Upraszam indulgencji. Mea culpa. To przez niedostatek wprawy. Dimitte nobis debita nostra.
Reynevan znał ten głos. I polski akcent.
Zanim zdążył uczynić cokolwiek, Łukasz Bożyczko naparł na dębową pokrywę kadzi, przesunął ją tak, że przydusiła Reynevana do klepek, mocno przygniatając pierś.
– Zaprawdę – powiedział wysłannik Inkwizycji – jesteś jak majeranek, Reinmarze z Bielawy. Pojawiasz się we wszystkich potrawach i daniach. Zachowaj spokój i pacjencję.
Reynevan zachował spokój i pacjencję. Bardzo pomogła mu w tym ciężka pokrywa, skutecznie więżąca go w kadzi. I widok brzytwy, którą Łukasz Bożyczko wciąż trzymał w dłoni. Wiercąc go przy tym spojrzeniem.
– W grudniu, pod Ziębicami – Bożyczko złożył brzytwę – wydaliśmy ci, przypominam, polecenie. Zobowiązaliśmy, byś wrócił do Sierotek i czekał na dalsze rozkazy. Jeżeli w sposób kategoryczny nie zabroniliśmy ci różnych aktywności, w tym śledztw, poszukiwań i tropień, to tylko dlatego, że mieliśmy cię za rozumnego. Rozumny pojąłby, że takie aktywności nie mają sensu i szans, że poszukiwania nie przyniosą najmniejszego rezultatu. Że jeżeli życzeniem naszym jest, by coś było ukryte, to to będzie ukryte i ukrytym pozostanie. In saecula saeculorum.
Reynevan wytarł podanym ręcznikiem piekącą twarz i mokre czoło. Odetchnął mocno, zbierając odwagę.
– Jakie mam gwarancje – warknął – że Jutta w ogóle jeszcze żyje? Że na wieki wieków nie ukryliście jej na dnie jakiejś fosy? Ja wam też coś przypomnę: w grudniu, pod Ziębicami, na nic się nie zgodziłem, niczego wam nie przyrzekłem. Nie obiecałem, że nie będę poszukiwał Jutty, a to z prostej przyczyny: bo będę. I nie zgodziłem się na współpracę z wami. Z podobnie prostej przyczyny: bo się nie zgadzam.
Łukasz Bożyczko patrzył na niego przez chwilę.
– Obłożyli cię klątwą – powiedział wreszcie, dość obojętnie. – Wystawili significavit, obiecali nagrodę za żywego lub martwego. Jeśli będziesz szwendał się po Śląsku i poszukiwał wiatru w polu, zabije cię pierwszy, kto cię rozpozna. A najpewniej dopadnie cię i załatwi Birkart Grellenort, czarownik, który wciąż na ciebie dybie. A choćbyś i uchronił głowę, zważ, że dla nas jesteś atrakcyjny jako husyta, jako ktoś będący blisko dowódców Sierotek i Taboru. Jako dochodząca prywaty i wiodąca jakieś prywatne śledztwo osoba prywatna będziesz dla nas nikim. Atrakcyjność utracisz. Zwyczajnie skreślimy cię z listy. A wtedy twej Jutty nie zobaczysz już nigdy. Masz wóz albo przewóz: albo współpraca, albo o dziewczynie zapomnij.
– Zabijecie ją.
– Nie – Bożyczko nie spuszczał z niego wzroku. – Nie zabijemy. Zwrócimy rodzicom, zgodnie z danym im przyrzeczeniem. Stosownie do zawartego układu, zgodnie z którym czasowo przetrzymujemy pannę w izolacji. Gdy zaś afera ucichnie i cała rzecz przyschnie, oddamy ją i pozwolimy, by rodzice zrobili z nią to, na co wreszcie się zdecydują. A mają dylemat, mają nad czym myśleć. Córka uwiedziona przez obłożonego klątwą heretyka, opętana i zadurzona, do tego zamieszana w działalność kacerskiej sekty Sióstr Wolnego Ducha... Państwo cześnikostwo Apoldowie wahają się więc pomiędzy wydaniem zdrożnej latorośli za mąż a zamknięciem jej w klasztorze, przy czym już ustalili, że klasztor winien być jak najodleglejszy, a ewentualny małżonek z jak najdalszych stron. Dla ciebie, Reynevan, w sumie nieważne, na co się zdecydują. W obu wypadkach małe masz szanse, by twą Juttę ujrzeć. A na to, by z nią być, nie masz żadnych.
– A jeśli będę wam posłuszny, to co? Wbrew danej rodzicom obietnicy zwrócicie ją mnie?
– Tyś powiedział. I jakbyś zgadł.
– Dobra. Co mam zrobić?
– Alleluja – uniósł ręce Bożyczko. – Laetentur caeli, niech się cieszy niebo i raduje ziemia. Zaprawdę, drogi Pańskie są proste, sprawiedliwi kroczą nimi śmiało i szybko do celu. Witaj na prostej drodze, Reinmarze.
– Co mam zrobić?
Łukasz Bożyczko spoważniał. Milczał czas jakiś, gryząc i oblizując wargi.
– Twoi czescy przyjaciele, Sierotki – powiedział wreszcie – do przedwczoraj, do Purificatio, leżeli pod Świdnicą. Nic tam nie wskórawszy, poszli na Strzegom, oblegli miasto. Dość, dość już dokuczyli ci niszczycielscy Myrmidonowie pięknej śląskiej krainie. Na początek pojedziesz więc pod Strzegom. Przekonasz Kralovca, by przerwał oblężenie i poszedł sobie. Do domu, do Czech.
– Jak mam tego dokonać? W jaki sposób?
– Taki, jaki zwykle – uśmiechnął się wysłannik Inkwizycji. – Wszak potrafisz wpływać na losy i wypadki. Masz talent do zmieniania historii, kierowania jej biegu w zupełnie nowe koleiny. Dałeś tego dowód całkiem niedawno, pod Starym Wielisławiem. Definitywnie pozbawiłeś Śląsk Piasta, a księstwo ziębickie piastowskiej sukcesji. Jan Ziębicki nie miał męskich potomków, z jego śmiercią księstwo popada w bezpośrednie władanie Korony Czeskiej. Czy historia ci za to podziękuje, okaże się. Za kilkaset lat. Jedź pod Strzegom.
– Pojadę.
– I zaniechasz wariackich poszukiwań?
– Aha.
– Śledzenia i śledztw?
– Aha.
– Wiesz, co? Nie bardzo ci wierzę.
Nim Reynevan zdążył okiem choćby mrugnąć, Łukasz Bożyczko chwycił go za przegub, z mocą wykręcił rękę. W jego dłoni błysnęła otwierana brzytwa. Reynevan targnął się, ale dębowa pokrywa więziła go nadal, a chwyt miał Bożyczko żelazny.
– Nie bardzo ci wierzę – wycedził, przysuwając nogą miedzianą miednicę. – Upuszczę ci więc na początek nieco krwi. By poprawić zdrowie i charakter. Zwłaszcza charakter. Rządzą tobą bowiem, jak konstatuję, humory, na przemian melancolia i cholera, a te wszak biorą się z wilgotności, z zielonych i czarnych wydzielin żółci. Te złe rzeczy gromadzą się we krwi. Upuszczę ci więc jej trochę. No, może trochę więcej niż trochę.
Poruszył ręką i brzytwą tak szybko, że Reynevan niemal nie ułowił ruchu. Prawie nie poczuł też bólu. Poczuł ciepło krwi, lejącej się po przedramieniu, dłoni i palcach. Usłyszał, jak głośno ciurka do miednicy.
– Tak, tak, wiem – pokiwał głową Bożyczko. – To źle rokujący czas dla krwi puszczania. Zima, księżyc w nowiu, słońce w znaku Wodnika, do tego piątek, dzień Wenery. W takie dni upust bardzo osłabia. Ale to i dobrze. Bo zależy mi, by cię trochę osłabić, Reynevan. Ująć ci nieco energii, którą kierujesz w zupełnie niewłaściwym kierunku. Czujesz? Już słabniesz. I zimno się robi. Duch ochoczy, ale ciało jakby trochę mdłe, co?
– Nie szarp się, nie mocuj ze mną. Nic ci nie będzie, jesteś dla nas zbyt cenny, bym narażał twe zdrowie i niepotrzebnie przysparzał cierpień. Nie obawiaj się, na koniec opatrzę ci rękę. A opatruję, wierz mi, lepiej niż golę.
Reynevan szczękał zębami z ogarniającego go zimna. Izba łaziebna tańczyła mu w oczach. Monotonny głos Bożyczki dobiegał jakby skądś z daleka.
– Tak, tak, Reynevan. Tak właśnie jest. Każda akcja powoduje reakcję, każde wydarzenie ma skutki, a każdy skutek jest przyczyną kolejnych skutków. W Domremy, dajmy na to, w Szampanii, dzieweczka o imieniu Jehanne słyszała głosy. Jakie to będzie miało skutki? Jakie skutki spowoduje na dłuższą metę kula z francuskiej bombardy, która jesienią ubiegłego roku zmasakrowała pod Orleanem twarz hrabiego Salisbury? To, że po tym, jak Salisbury skonał w męczarniach, dowództwo nad oblegającą Orlean armią objął hrabia Suffolk? Jaki wpływ na losy świata będą miały wiersze, które, już jako nowy biskup poznański, napisze Stanisław Ciołek? Albo fakt, że Zygmunt Korybut, za wstawiennictwem króla polskiego Jagiełły wypuszczony z uwięzienia na zamku Waldsztajn, nie wróci na Litwę, lecz zostanie w Czechach? Albo to, że Jagiełło i król rzymski Zygmunt Luksemburski zjadą się niedługo w Łucku na Wołyniu, by radzić o losach Europy Wschodniej? Jakie znaczenie dla historii ma fakt, że ani Jagiełły, ani Witolda nie sposób otruć, pijana regularnie magiczna woda z tajemnych żmudzkich źródeł skutecznie chroni ich przed trucizną? Albo, by daleko nie szukać, to, że ty, Reynevanie z Bielawy, skłonisz Sierotki Jana Kralovca do powrotu do Czech?
– Każdy chciałby wiedzieć, jakież te czy inne wydarzenia będą mieć wpływ na historię, na losy świata. Wszyscy chcieliby, ale nikt nie wie. Ja też chciałbym i też nie wiem. Ale uwierz: staram się jak diabli. Reynevan? Hej! Słyszysz mnie?
Reynevan nie słyszał. Tonął.
W koszmarach.

***

Senne koszmary nie stanowiły ostatnimi czasy problemu dla Elenczy Stietencron – a jeśli i stanowiły, to niewielki i mało problematyczny. Po całodziennej pracy przy chorych w oławskim hospicjum Świętego Świerada Elencza była najczęściej zbyt zmęczona, by śnić. Budzona i zrywana z łóżka ante lucem, przed jutrznią, wraz z Dorotą Faber i innymi wolontariuszkami biegła do kuchni przygotowywać posiłek, który trzeba było wkrótce roznosić chorym. Potem była modlitwa w szpitalnej kaplicy, potem krzątanie się przy pacjentach, potem znowu kuchnia, potem pralnia, znowu sala szpitalna, modlitwa, sala szpitalna, mycie podłóg, kuchnia, sala, kuchnia, pralnia, modlitwa. W efekcie zaraz po wieczornym Ave Elencza padała na posłanie i zasypiała jak kłoda, z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na kołdrze w lękliwym przeczuciu rychłego budzenia. Nie dziwota, że taki tryb życia skutecznie pozbawił ją marzeń sennych. Koszmary, które niegdyś były dla Elenczy problemem, przestały nim być.
Tym dziwniejsze, że wróciły. Od połowy adwentu Elenczy znowu zaczęły śnić się krew, mord i pożoga. I Reynevan. Reinmar z Bielawy. Reynevan przyśnił się Elenczy Stietencron kilkakrotnie, w tak koszmarnych okolicznościach, że zaczęła włączać go do wieczornej modlitwy. Jego też, jak mnie, weźcie pod obronę, powtarzała w duchu, chyląc głowę przed ołtarzykiem, przed Pietą i świętym Świeradem. Jemu też, jak mnie, dodaj siły, użycz pociechy, powtarzała, patrząc na rzeźbione oblicze Bolesnej. Jak mnie, tak i jego chroń pośród nocy, bądź mu tarczą i puklerzem, bądź strażą nieuśpioną. I daj mi choć raz jeszcze go zobaczyć, dodawała w jeszcze głębszym duchu, tak cicho i tak skrycie, by ani Orędowniczka ani święty nie posądzili jej o nazbyt świeckie myśli.
Szesnasty stycznia roku 1429, niedziela przed świętym Antonim, była dla szpitala dniem równie pracowitym, co dni powszednie, pracy bowiem niespodzianie przybyło. Czescy husyci, o których przez cały grudzień było głośno, podeszli pod Oławę w dzień Trzech Króli, a nazajutrz wkroczyli do miasta. Obeszło się, wbrew czarnym i panikarskim przepowiedniom niektórych, bez zdobywania grodu, walki i przelewu krwi. Ludwik, książę na Oławie i Niemczy, zachował się identycznie jak przed rokiem – zawarł z husytami ugodę. Obustronnie korzystną. Husyci przyrzekli nie palić i nie plądrować książęcych dóbr, w zamian za co książę udzielił rannym, chorym i kalekim Czechom azylu w obydwu oławskich szpitalach. A szpitale natychmiast zapełniły się pacjentami. Zabrakło prycz i posłań, materace i sienniki kładziono na podłogach. Było mnóstwo pracy, rosła nerwowość, szybko udzielająca się wszystkim, nawet spokojnym zwykle mnichom premonstratensom, nawet spokojnej zwykle Dorocie Faber. Rosła nerwowość. Niepokój. Zmęczenie. I przemożny, paraliżujący lęk przed zarazą.
Zgiełk, który ją rozbudził, Elencza wzięła początkowo za majak senny. Z jękiem szarpnęła barchan kołdry, tocząc głową po wilgotnej od śliny poduszce. Znowu ten sen, znowu śni mi się Bardo, pomyślała, chwiejąc się na grani snu i jawy. Zdobycie i rzeź Barda, cztery lata temu. Alarm dzwonów, buczenie rogów, rżenie koni, huk, łomot, dziki krzyk najeźdźców, wycie mordowanych. Ogień, podświetlający błony w oknach, błyskliwą mozaiką tańczący na powale....
Zerwała się, usiadła. Dzwony biły na trwogę. Rozbrzmiewał krzyk. Odblask pożaru podświetlał okna. To nie sen, pomyślała Elencza, to nie sen. To się dzieje naprawdę.
Pchnęła okiennice, do izby, wraz z zimnem, wdarł się swąd spalenizny. Pobliski rynek rozbrzmiewał wrzaskiem setek gardeł, migotał chwiejnymi światłami setek pochodni. Od strony Bramy Wrocławskiej słychać było wystrzały. Kilka okolicznych domów stało już w ogniu, łuna wypełzała na niebo nad Nowym Zamkiem. Pochodnie zbliżały się. Grunt zdawał się dygotać.
– Co się dzieje? – spytała trzęsącym się głosem jedna z wolontariuszek. – Gore?
Budynek nagle aż się zatrząsł, rozległ się trzask i łoskot wyłamywanych wrót, dziki ryk, palba. Szczęk oręża. Wolontariuszki i mniszki zaczęły krzyczeć. Tylko nie to, pomyślała Elencza. Byle nie tak, jak wtedy w Bardzie. Nie krzyczeć, nie piszczeć, nie kulić się w kącie z głową między kolanami. Nie zsikać się ze strachu, jak wtedy. Uciekać. Ratować życie. Boże, gdzie jest pani Dorota?
Znowu trzask wyłamywanych drzwi. Tupot nóg. Szczęk żelaza. Wrzaski.
– Śmierć heretykom! Bij, kto w Boga wierzy! Bij!
Przytajona w kątku sieni Elencza widziała, jak wojsko i uzbrojony motłoch wdziera się do hospicjum, widziała wybałuszone oczy, spotniałe i czerwone twarze, zęby wyszczerzone w morderczym szale. Za moment zaciskała dłonie na uszach, by nie słyszeć makabrycznego wycia mordowanych rannych. Zaciskała powieki, by nie widzieć krwi, gęstą falą wylewającej się po schodach.
– Bić ich! Rżnąć! Rżnąć!
Motłoch z tupotem przebiegł tuż obok niej, czuła smród potu i alkoholu. Mniszki w dormitorium krzyczały cienko. Elencza dopadła drzwi wiodących do pralni. Ze szpitala wciąż dobiegały obłąkańcze wrzaski mordowanych. I dziki ryk morderców. Usłyszała łoskot buciorów, ciemność pralni rozjaśniły pochodnie.
– Mniszeczka! Siostrzyczka!
– Husycka kurewka! Bierta ją, chłopy!
Chwycili ją, przewrócili na posadzkę, szamoczącą się wtłoczyli pomiędzy szafliki, przydusili, narzucając na głowę ciężkie, mokre prześcieradło. Krzyczała, dusząc się ich smrodem i odorem ługu. Słyszała rechot, gdy rozrywali i zadzierali jej sukienkę. Gdy wpychali kolana pomiędzy uda.
– Hej! Co tu się dzieje? Zaprzestać! Wraz, żywo!
Uwolniona, zdarła prześcieradło z głowy. W drzwiach pralni stał zakonnik. Dominikanin. W ręku miał pochodnię, na habicie półpancerz, u pasa kord. Napastnicy pospuszczali głowy, pomruczeli.
– Zabawiacie się tu – warknął mnich. – A tam wasi bracia rozprawiają się z wrogami wiary! Słyszycie? Tam, tam jest dziś miejsce dobrych chrześcijan! Tam czeka dzieło Boże! Dalej, precz!
Napastnicy wyszli, spuściwszy głowy, pomrukując i szurając podeszwami. Dominikanin zatknął łuczywo w uchwyt, podszedł. Elencza rozdygotanymi dłońmi usiłowała ściągnąć w dół zadartą powyżej bioder sukienkę. Oczy jej łzawiły, wargi trzęsły się od wstrzymywanego płaczu. Mnich pochylił się, podał jej rękę, pomógł wstać. Po czym z mocą walnął pięścią w ucho. Pralnia zatańczyła w oczach dziewczyny, posadzka uciekła spod stóp. Upadła znowu; nim oprzytomniała, mnich klęczał już na niej. Wrzasnęła, wyprężyła się, wierzgnęła. Z rozmachem trzepnął ją w twarz, chwycił za sukienkę na piersiach, rozerwał tkaninę gwałtownym ruchem.
– Heretycka suko... – wycharczał. – Już ja cię nawróc...
Nie dokończył. Reynevan przedramieniem przegiął mu głowę w tył i nożem poderżnął gardło.

***

Zbiegli po schodach w mroźną noc, w czerwono podświetloną ciemność, wciąż rozbrzmiewającą wrzaskiem i zgiełkiem walki. Elencza pośliznęła się na oblodzonych stopniach, upadłaby, gdyby nie pomocne ramię Reynevana. Spojrzała w górę, na jego twarz, spojrzała przez łzy, wciąż oszołomiona, wciąż nie do końca pewna, czy przypadkiem nie śni. Nogi uginały się pod nią, łamały. Dostrzegł to.
– Musimy uciekać – wykrztusił. – Musimy...
Chwycił ją wpół, wciągnął za załom muru, w kryjący mrok. W samą porę. Zaułkiem przebiegł półnagi i pokrwawiony mężczyzna, za nim, wyjąc i rycząc, pędziła tłuszcza.
– Musimy uciekać – powtórzył Reynevan. – Albo ukryć się gdzieś...
– Ja... – przemogła bezdech i dygot ust. – Ty... Ratuj... mnie...
– Uratuję.
Nagle znaleźli się na rynku, przy pręgierzu, wśród oszalałego tłumu. Elencza spojrzała w górę, wprost w oblicze Śmierci. Krzyk zgrozy zamarł jej w krtani. To tylko rzeźba, uspokajała się, dygocąc. Tylko rzeźba. Wyrzeźbiona w tympanonie nad zachodnim wejściem do ratusza kościotrupia śmierć, wyszczerzona, wywijająca kosą. To tylko rzeźba...
Z okien płonącego ratusza strzelano. Huczała broń palna, z sykiem leciały bełty z kusz. To ci lżej ranni Czesi, przypomniała sobie z zaskakującą jasnością Elencza, lżej rannych i rekonwalescentów zakwaterowano na ratuszu. Nie pozwolili się rozbroić...
Kroczyła chwiejnie, nie wiedząc, dokąd idzie. Reynevan zatrzymał ją, silnie ścisnął ramię.
– Stójmy tu – wydyszał. – Stójmy bez ruchu. Umkniemy uwadze... Oni są jak drapieżniki... Reagują na ruch. I na zapach strachu. Jeśli się nie ruszymy, nawet nas nie zauważą...
Stali więc. Bez ruchu. Niczym posągi. Pośród piekła.
Ratusz padł, obronę przełamano, horda napastników z wrzaskiem wdarła się do środka. Wśród potępieńczego wycia zaczęto wyrzucać ludzi z okien, na bruk, wprost pod czekające maczugi i siekiery. Kilkunastu wywleczonych żywych i półżywych ostrza pik przybiły do muru. Dogorywających tratowano, rozrywano na strzępy. Krew lała się strugami, pieniła w rynsztokach.
Od pożarów zrobiło się jasno jak w dzień. Gorzał ratusz, Śmierć wyrzeźbiona w tympanonie ożyła w tańczącej poświacie, szczerzyła zęby, kłapała żuchwą, machała kosą. Płonęły domy wschodniej pierzei rynku, paliły się jatki za ratuszem, paliły sukiennice, ogień trawił warsztaty walońskich tkaczy i bogate kramy na ulicy Maryjnej. Płomienie tańczyły na fasadzie i dachu szpitala Świętego Błażeja, ogień przeżerał belkowania i kalenice. Przed szpitalem piętrzyła się sterta zwłok, na którą wciąż dorzucano nowe i nowe ciała. Skrwawione. Pokaleczone. Zmasakrowane do niepoznania. Trupy włóczono po rynku na strykach wiązanych do szyj lub kończyn. Wleczono je ku studniom. Studnie były już przepełnione. Sterczały z nich nogi. I ręce. Rozcapierzone, wzniesione, jakby wołające pomsty za zbrodnię.
– Choćbym... – powtarzała Elencza, z trudem poruszając zdrętwiałymi wargami. – Choćbym chodziła doliną cienia i śmierci, zła się nie ulęknę. Bo Ty jesteś ze mną.
Wciąż ściskała dłoń Reynevana, czuła, jak dłoń zwarła się w pięść. Spojrzała na jego twarz. I prędko odwróciła wzrok.
Pijany wściekłością i mordem motłoch tańczył, śpiewał, podskakiwał, potrząsał włóczniami z nadzianymi na groty głowami. Głowy kopano po bruku, przerzucano się nimi jak piłkami. Składano jak hołd, jak ofiarę, przed stojącą na rynku grupą konnych. Konie, wietrząc krew, chrapały, tupały, dzwoniły podkowami.
– Będziesz musiał mnie rozgrzeszyć, księże biskupie – powiedział ponuro jeden z jeźdźców, długowłosy mężczyzna w skrzącym się od złotych i srebrnych haftów płaszczu. – Książęcym słowem honoru zagwarantowałem tym Czechom bezpieczeństwo. Przyrzekłem azyl. Przysiągłem...
– Luby książę Ludwiku, młody mój krewniaku. – Konrad, biskup wrocławski, uniósł się w siodle, wspierając na łęku. – Rozgrzeszę cię, kiedy tylko zechcesz. I ilekroć zechcesz. Choć w mych oczach jesteś sine peccato, a i w oczach Boga niezawodnie również. Przysięga dana heretykom jest nieważna, słowo dane kacerzowi nie wiąże i nie zobowiązuje. Działamy tu na chwałę Bożą, ad maiorem Dei gloriam. Ci dobrzy katolicy, żołnierze Chrystusowi, dają tam, spójrz, wyraz swej miłości do Boga. Ta wszak objawia się poprzez nienawiść do wszystkiego, co Bogu przeciwne i wstrętne. Śmierć heretyka to chwała chrześcijanina. Ze śmierci kacerza korzyść odnosi Chrystus. A dla samego kacerza zatracenie ciała to ratunek ducha.
– Ale nie myśl – dodał widząc, że jego słowa robią na Ludwiku Oławskim niewielkie raczej wrażenie – że się nad nimi nie lituję. Lituję się. I błogosławię ich w godzinie śmierci. Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie. Et lux perpetua luceat eis.
Kolejna krwawa głowa poturlała się pod nogi książęcego konia. Koń spłoszył się, zadarł łeb, zadrobił nogami. Ludwik ściągnął mu wodze.
Motłoch wył, ryczał, wrzeszczał, przetrząsał domy w polowaniu na coraz mniej licznych ocalałych. Wciąż targały powietrze rozlegające się z uliczek wrzaski mordowanych. Huczał pożar. Niemilknącym jękiem spiżu zanosiły się dzwony.
Wyrzeźbiona w tympanonie ratusza Śmierć śmiała się szyderczo i wywijała kosą.
Elencza płakała.

***

Reynevan skończył opowiadać. Jan Kralovec z Hradku, hejtman Sierotek, wsparty na bombardzie, patrzył na Strzegom, w zapadającym mroku czarny i groźny, jak przyczajony leśny zwierz. Patrzył długo. Potem odwrócił się gwałtownie.
– Odchodzimy stąd – rzucił. – Dość będzie. Odchodzimy. Wracamy do domu.

***

Poranek był mglisty, jak na porę roku dość nawet ciepły. Poprzedzona patrolami i awangardą lekkiej jazdy, flankowana przez roty obciążonych pawężami piechocińców kolumna wozów szła, zostawiając za sobą Strzegom, na południe. Traktem na Świdnicę. Na Rychbach, Frankenstein, Bardo, Kłodzko. Na Homole. Do Czech. Do domu.
Skrzypiały pod ciężarem ładunków osie, koła żłobiły w topniejącym śniegu głębokie koleiny. Strzelały baty, rżały konie, porykiwały woły. Woźnice klęli. Nad kolumną krążyły stada czarnych ptaków.
W Strzegomiu bito w dzwony.
Był dwunasty lutego Roku Pańskiego 1429, sobota przed pierwszą niedzielą postu, sabbato proximo ante dominicam Invocavit.

***

Hejtmani Sierotek obserwowali wymarsz z przydrożnego wzniesienia. Zrywający się wiatr szarpał płaszcze, targał chorągwiami.
Nastroje nie były najlepsze. Przeziębiony Brazda z Klinsztejna kichał. Matej Salava spluwał. Zwykle i na co dzień posępny Piotr Polak sposępniał jeszcze bardziej. Nawet pogodny zazwyczaj Jan Kolda z Żampachu powarkiwał pod nosem. Jan Kralovec milczał ponuro.
– O! Patrzajcie! – Salava wskazał nagle zauważonego jeźdźca, ośnieżonym stokiem wzgórza zmierzającego na północ. – Kto to? Czy nie ten ranny Niemiaszek? Puściłeś go wolno, bracie Janie?
– Puściłem – przyznał niechętnie Kralovec. – Chudziak. Okupu by nie dali. No to niech go szlag trafi.
– Da Bóg, trafi – charknął Piotr Polak. – Raniony jest. Sam, bez pomocy, do Wrocławia się nie dowlecze. Zdechnie gdzieś w zaspie.
– Nie będzie sam ni bez pomocy – zaprzeczył Jan Kolda, wskazując drugiego jeźdźca. – Ha! Toć to Reynevan, na swoim inochodźcu! Jemu też pozwoliłeś odjechać, bracie?
– Pozwoliłem. Bo co on, niewolny czy jak? Gadaliśmy. Wagował się, wagował, widziałem, gryzie go coś. Wreszcie rzekł mi, pry, do Wrocławia mu mus wrócić. To wracaj, rzekłem. I tyle.
– No i niech go tam Pambiczek ma w opiece – skonkludował Brazda i kichnął. – Jedziem, bratrzy.
– Jedziem.
Zjechali ze wzniesienia, krótkim galopem dogonili kolumnę, wysforowali się na czoło.
– Ciekawe – rzekł, wstrzymując konia do kłusa, Brazda do jadącego obok Jana Koldy. – Ciekawe, co też tam ninie w dalekim świecie słychać...
– A tobie – odwrócił się Kolda – na co się znów zebrało? Świat, świat. Co ci po tym świecie?
– Nic – przyznał Brazda. – Ja ot tak, z ciekawości.

***

Poranek był mglisty, jak na miesiąc luty dość ciepły. Całą noc miało się na odwilż, od świtu śnieg topniał, odciski podkutych kopyt i wygniecione kołami wozów koleiny momentalnie wypełniały się czarną wodą. Osie i orczyce skrzypiały, kopie chrapały, woźnice klęli sennie. Licząca blisko trzysta wozów kolumna posuwała się wolno. Nad kolumną unosił się ciężki, duszący zapach solonych śledzi.
Sir John Fastolf sennie kiwał się w siodle. Z drzemki wyrwał go podniecony głos Tomasza Blackbourne'a, rycerza z Kentu.
– Co jest?
– De Lacy powraca!
Reginald de Lacy, dowódca straży przedniej, wrył przed nimi konia, tak gwałtownie, że aż musieli zmrużyć oczy przed pryskającym błotem. Na pokrytej jasnym puchem młodzieńczego zarostu twarzy rycerzyka malował się przestrach. Zmieszany z podnieceniem.
– Francuzi, sir Johnie! – zapiał, opanowując wierzchowca. – Przed nami! Na wschód i na zachód od nas! W zasadzce! Wielka siła!
Już po nas, pomyślał sir John Fastolf. Już po mnie. Zginąłem. A tak było blisko, tak było blisko. Omal się nie udało. Udałoby się nam, gdyby nie...
Udałoby się, pomyślał Tomasz Blackbourne. Udałoby się nam, Johnie Fastolfie, gdybyś, wstrętny opoju, nie chlał na umór w każdej przydrożnej oberży. Gdybyś, zbereźny wieprzu, nie kurwił się w każdym okolicznym burdelu. Gdyby nie to, żabojady nie zwiedziałyby się o nas, już od dawna bylibyśmy wśród swoich. A teraz jesteśmy zgubieni...
– Ilu... – sir John Fastolf chrząknięciem oczyścił gardło. – Ilu ich jest? I kto? Widziałeś znaki?
– Będzie... – zacukał się Reginald de Lacy, zawstydzony, że zemknął, nie przyjrzawszy się dokładniej francuskim proporcom. – Chyba ze dwa tysiące... Z Orleanu, więc to pewnie Bastard... Albo La Hire...
Blackbourne zaklął. Sir John westchnął ukradkiem. Spojrzał na swe własne wojsko. Na stu konnych pancernych. Stu piechurów. Czterystu walijskich łuczników. Woźniców i ciurów. I trzysta wozów. Trzysta śmierdzących wozów, wypełnionych śmierdzącymi beczkami śmierdzących solonych śledzi, zakupionych w Paryżu i przeznaczonych na postny prowiant dla oblegającej Orlean ośmiotysięcznej armii hrabiego Suffolka. Śledzie, pomyślał z rezygnacją sir John. Pożegnam się z życiem z powodu śledzi. Umrę w kupie śledzi. Ze śledzi będę miał grób, ze śledzia nagrobek. By God! Cały Londyn pękać będzie ze śmiechu.
Trzysta wozów śledzi. Trzysta wozów. Wozów.
– Wyprzęgać konie! – zaryczał byczo sir John Fastolf, stając w strzemionach. – Ustawić wozy w czworobok! Związać razem dyszle i koła! Wszystkim rozdać łuki!
Oszalał, pomyślał Tomasz Blackbourne. Albo jeszcze nie wytrzeźwiał. Ale pobiegł wykonać rozkazy.
Zaraz przekonamy się, ile w tym prawdy, myślał sir John, patrząc na krzątaninę swego wojska i formowany wozowy szaniec. W tym, co opowiadali o Bohemianach, o Hussites, tych skądś z Europy Wschodniej czy z Azji Mniejszej... O ich triumfach, o miażdżących klęskach, zadanych Sasom i Bawarom... O ich słynnym wodzu, zwącym się... God damn... Sheeshka?
Był dwunasty lutego Roku Pańskiego 1429, sobota przed pierwszą niedzielą postu. Słońce błysnęło, rozproszyło nisko snujące się mgły. Śledzie, zdawało się, zaczęły śmierdzieć jeszcze silniej. Od wschodu, od strony od miasteczka Rouvray, rozbrzmiewał i narastał łomot kopyt.
– Łuki w garść! – wrzasnął, dobywając miecza, Tomasz Blackbourne. – They're coming!
Ani Blackbourne, ani sir John Fastolf pojęcia nie mieli, że żyją jeszcze tylko przez przypadek, że ocalił ich szczęśliwy traf. Że gdyby nie ten traf, nie ujrzeliby świtu. Hrabia Jean Dunois, Bastard Orleański, zwiedział się o transporcie śledzi już kilka dni temu. Jego półtora tysiąca konnych z Orleanu, wraz z nim La Hire, Xantrailles i Szkot John Stuart czekali w zasadzce pod Rouvray, by tuż przed świtem zaatakować angielską kolumnę i rozgromić ją. Ale, choć mu to żywo odradzano, Dunois oparł swój plan na obozującym pod Rouvray hrabim Clermont. Hrabia Clermont miał uderzyć pierwszy. Hrabia Clermont był urodziwym młodzieńcem, pięknym jak dziewczę. Otaczał się zawsze innymi pięknymi młodzieńcami. Na wojnie się nie znał. Ale był kuzynem Karola VII i trzeba było się z nim liczyć.
Chłoptaś Clermont, jak zwał go La Hire, zawiódł, rzecz jasna, na całej linii. Przepuścił moment, zaprzepaścił zaskoczenie. Nie dał rozkazu do ataku, był bowiem zajęty. Śniadał. Po śniadaniu pomadowano go i fryzowano mu włosy. W czasie fryzowania hrabia uśmiechał się do jednego z towarzyszących mu młodzieńców, słał mu całusy, trzepał rzęsami. Gońców od Dunois hrabia zignorował. A o Anglikach zapomniał. Miał ważniejsze sprawy i plany.
W zamieszaniu i bezhołowiu, gdy stało się jasne, że moment utracono, że Anglików już nie da się zaskoczyć, gdy Dunois klął, gdy La Hire i Xantrailles stali bezczynnie, rozkładając ręce, nadaremnie czekając na rozkazy, John Stuart nie wytrzymał. Wraz ze szkockim rycerstwem na własną rękę runął do szarży na angielskie wozy. Za nimi popędziła w bój część zniecierpliwionych Francuzów.
– Celuj! – krzyknął Dikkon Wilby, dowódca łuczników, widząc pędzący na nich pancerny klin. – Celuj! Remember Agincourt!
Łucznicy, stęknąwszy, napięli długie łuki. Zaskrzypiały naciągane cięciwy. Sir John Fastolf zdjął hełm, jego płomiennie ruda czupryna zaświeciła jak bojowy proporzec.
– Teraz! – zaryczał jak tur. – Fuck them good, lads! Fuck the buggers!
Wystarczyło trzech salw, trzech ulew strzał, by Szkoci poszli w rozsypkę. Do wozów docwałowali nieliczni, po to tylko, by znaleźć śmierć. Skłuły ich oszczepy i gizarmy, porąbały halabardy i topory lochaberskie. Wrzask zabijanych bił w zimowe niebo.
De Lacy i Blackbourne, choć o husytach słyszeli mało, a o ich taktyce bojowej jeszcze mniej, w lot pojęli, co należy uczynić. Na czele swych stu ciężkozbrojnych wypadli zza wozów do kontrataku i w pościg. Jadąc na karkach Szkotów rąbali ich tak, że aż echo szło po równinie. Na wozach Walijczycy darli się triumfalnie, bluźnili i pokazywali uciekającym dwa uniesione palce.
Śledzie śmierdziały.
Dzięki ci, Panie, wzniósł oczy sir John Fastolf. Dzięki wam, wozy. Chwała wam, mężni azjatyccy Bohemianie, chwała ci, wodzu Sheeshka, choć imię twe pogańskie, twój wojenny talent wielki. I'll be damned, chwała i mnie, sir Johnowi Fastolfowi. Szkoda, że Bardolf i Pistol nie mogli tego widzieć, oglądać dnia mojej wiekopomnej wiktorii. Ha, ta bitwa, stoczona pod Rouvray w sobotę przed pierwszą niedzielą postu Anno Domini 1429 po wieczność słynąć będzie jako Bitwa o Śledzie. A o mnie...
O mnie będą pisać sztuki dla teatru.